Dworek w Warzynie

MEM HK dworek

Pośród ogromnego parku, stoi sobie bielusieńki rozłożysty dwór z mansardowym dachem, pokryty ciemnym gontem. Wejściowy ganek wsparty jest na kolumnach. Nie wiem, podczas której pory roku, dworek podobał mi się najbardziej.

Zimą był wyraźnie widoczny od drogi. Poprzez nagie, ciemne gałęzie drzew wydawał się być bielszy od śniegu, taki senny, zadumany. Tylko unoszący się ponad dachem siwy dym z kominów, a wieczorem palące się światła w oknach, stanowiły jedyną oznakę życia w dworku.

Wiosną, gdy rozkwitły bzy, jaśminy, jabłonie, a potem kasztany, akacje i lipy, odnosiłam wrażenie, że dworek budzi się do życia z taką samą radością i entuzjazmem jak wkraczająca wokół zielona wiosna. Otwierał więc dworek okna i zapraszał słońce do środka, a promyki z radością dotykały ścian, ślizgały się po meblach i sprzętach i szeptały im czule coś na przywitanie. A majowa burza z deszczem ? Po niej dworek upajał się zapachem bzów, jaśminów i innego kwiecia.

Potem niepostrzeżenie przychodziło lato pachnące czeremchami. Wieczorami cykały świerszcze, a z pobliskiej sadzawki wtórowały im rechoty żab. Wydawać by się mogło, że jesień już nie zaskoczy go niczym, a jednak.

Wtedy jesienią, kiedy to na ziemię spływał spokój, bociany odleciały do ciepłych krajów, w stodole leżały ciężkie snopy zbóż, a w sadach dojrzewały owoce, on bardzo lubił witać gości czerwonymi koralami rozłożystej jarzębiny rosnącej na podjeździe przy ganku. Musieli kiedyś tutaj zajeżdżać ułani, chronili się powstańcy styczniowi, a potem byli tu żołnierze i partyzanci. Ciekawe ile panien stało na tym ganeczku, czekając na swoich ukochanych ? I ilu kawalerów zawadiacko podjeżdżało tu konno lub bryczką ? Ile marzeń, miłości przechodziło przez ten próg, a ile zostało za drzwiami, na ganeczku, czekając na kolejną wiosnę, kolejną jesień.

Witaj dworku! Wybacz, że to tylko ja, mała dziewczynka podjeżdżająca na oklep, na gniadym koniku. Przecież wiem, że mnie lubisz. Chyba nikt tak Cię nie podziwia, jak ja. Ile bym dała, żebyś był moją własnością. Jestem za mała, żeby Cię mieć, i za mała, żeby Cię ratować. Dach zaczyna Cię ugniatać, trzeba by wymienić parę krokiew, naprawić gont, wzmocnić ściany, bo niektóre zaczynają się przekrzywiać.


Pan Piotr wygląda przez okno. Jak się masz dziecinko! Czy Gniady słuchał Cię, czy zrzucił ? Nie udało mu się dzisiaj, odpowiadam z dumą. Przywiąż go do jarzębiny i wejdź! Do dworku nie wchodzi się już przez ganek, tylko jednym z bocznych wejść przez dużą sień, potem przez kuchnię, pokój i dopiero jestem w pokoju Pana Piotra. Uwielbiam ten pokój. Na ścianach obrazy z końmi, nad łóżkiem kilim, a na nim dwie skrzyżowane szable, biurko, biblioteczka, stolik do gry w karty, dwa fotele, parę krzeseł i zwyczajny stolik. Zawsze, ilekroć znajdę się w tym pokoju, wydaje mi się, że odbywam wędrówkę do innego świata.

Zanim poznałam Pana Piotra, lubiłam wchodzić do parku i podglądać dworek. Chowałam się za olbrzymim kasztanem, albo wchodziłam w krzaki śnieguliczki i obserwowałam go. Od drugiej strony trudniej się było ukryć, bo wokół rozległego tarasu nie było ani krzewów, ani dużych drzew, rosły tylko wysokie, wysmukłe tuje. Dopiero dalej rozciągał się sad owocowy, a na końcu, rosło chyba z 20 starych lip, które zamykały z jednej strony wejście do parku i sadu. Mówiło się, że lipy mają ponad dwieście lat. W miejscu, gdzie lipy wytyczały narożnik, rosły dwa ogromne krzewy bzów, a pośrodku nich stał krzyż. Pod krzyżem wyryty był napis na tablicy – „Boże błogosław pracy rolnika” i data – 1882 rok. Pod krzyżem znajdowały się cztery stopnie, a wokół stopni wytyczony był z kamieni mały ogródeczek. Rosły tam jakieś kwiaty. Ale obok krzyża stał zawsze flakon. Zanosiłam tam polne i łąkowe kwiaty. Jeszcze ktoś inny przynosił tam bukiety, pewnie ktoś z dworku, ale moje kompozycje były chyba ładniejsze.

Wielokrotnie wracając ze szkoły, zbaczałam specjalnie z głównej drogi, biegłam w róg parku, przeciskałam się przez krzewy bzów, siadałam na schodkach pod krzyżem i albo zatapiałam się w marzeniach, albo czytałam książki. W ciszy, spokoju, pośród szeleszczących liści sędziwych lip, wśród brzęczących pszczół, czas wydawał się stawać w miejscu, a życie rajskim ogrodem. Nigdy w tygodniu, nie mogłam pozwolić sobie na więcej takiego dumania niż pół godziny lub najdłużej godzina. Musiałam wracać do domu, bo zawsze czekała na mnie jakaś praca w polu lub w domu. Tym bardziej, ten czas przebywania w pobliżu dworku, był dla mnie tak cenny i czarowny. Marzyłam tez zawsze, że wejdę kiedyś do dworku przez główne wejście obok jarzębiny i że będę siedzieć w wiklinowych meblach na tarasie, i jeść lody. Czy dziecięce marzenia mogą się spełnić ? Wtedy wierzyłam, że tak i miałam rację. Moim marzeniom dopomógł koń.


Gniady

Może nie było to oryginalne imię dla konia, ale koń był ładny. Maści gniadej, z czarną bujna grzywą i pięknym długim czarnym ogonem. Moje pierwsze jazdy na grzbiecie Gniadego, zaczęły się podczas żniw. W południe, bliżej pory obiadowej, zjeżdżało się do domu na odpoczynek, na jakieś dwie godziny. Kosiarkę zostawiało się w polu, bo była to ciężka maszyna, a konie wracały luzem, tylko w uprzężach. Wtedy właśnie, tato pozwalał mi siadać na oklep na Gniadego, a on prowadził za uzdę drugiego konia. Moje szczęście było wtedy tak wielkie, że nie czułam zmęczenia, upału, tylko kołysałam się z rozkoszą na ciepłym końskim grzbiecie.

MEM--HK-alejaTatusiu! Czy pozwolisz mi w niedzielę, kiedy Gniady nie pracuje w polu, przejechać się na nim po łąkach ? Mój Tatuś rzadko odmawiał mi czegokolwiek, ale ja rozsądkowo czułam granice moich próśb, stąd nasze wzajemne stosunki układały się bardzo dobrze. Niedziela. Cóż to był za wspaniały dzień. Nie ma pracy w polu, nie ma szkoły, tylko przed południem nabożeństwo w kościele, a po mszy dobry obiad. W każdą niedzielę, obowiązkowo musiał być rosół z domowym makaronem. Drugie danie, deser, czy ciasto, już nie były takie istotne. To nie był rosół, to był rosołek. Do dziś pamiętam jego smak i choć też potrafię ugotować niezły, to tamten rosołek, jednak jest niedościgniony.

Miałam 9 lat, gdy zaczęłam samodzielnie jeździć konno, uczyłam się sama. Gniady był cudownym koniem, nosił jak wiatr. Wtedy nie mogłam nawet marzyć o siodle, ale wynalazłam na strychu stary wytarty kożuszek, który posłużył mi za derkę. Strzemiona wyczarowałam z postronków i chociaż były w pewnym sensie ruchome, to jednak mogłam wesprzeć sobie nogi. Zaczynałam więc jazdę konną od jazdy na oklep. Oczywiście dość szybko przeszłam do galopowania i pamiętam, że jak zaczynałam się trochę bać podczas szybkiej jazdy, to łapałam Gniadego za grzywę, pochylałam się bardziej na koński kark i wtedy strach mijał. Miałam takie swoje ulubione miejsca wypadów. Zawsze odwiedzałam Aleję Brzozową i Polankę Babci.

Aleja Brzozowa była dla mnie najcudniejszym miejscem w lesie. Po obu stronach leśnej drogi, między sosnowym lasem, ktoś w paru rzędach posadził brzozy. Tak pięknie odcinała się biel ich pni na tle ciemno – zielonego lasu. Lubiłam też w alejce wypatrywać grzybów z końskiego grzbietu i czasami udawało się znaleźć czerwone kozaki. W połowie alejki brzozowej stała sobie chatka bielusieńka kryta słomą. Przed chatką na stołeczku siadywała sobie babcia, a na polance pasła się łaciata krowa. Babcia miała jeszcze przy sobie dwoje towarzyszy, a był to czarny kundelek i bury kotek.

Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że jakoś nie udało mi się nawiązać kontaktu z Babcią. Chyłkiem przejeżdżałam przez polankę, mówiłam „dzień dobry” i oddalałam się. Był we mnie jakiś dziwny respekt i strach przed Babcią, choć Babcia uśmiechała się do mnie. W mojej dziecinnej główce nie mogło pomieścić się coś takiego, że ktoś może mieć 103 lata, a ja mam tylko 9. Te 94 lata różnicy wieku, robiły na mnie piorunujące wrażenie i przytłaczały mnie. Ale mimo to, polanka była dla mnie zaczarowanym miejscem. Wjeżdżając na nią czułam zapach kwitnącej lipy i miodu, dojrzałych jeżyn, suszonych grzybów a nawet mleka od łaciatej.

MEM--HK-polanaPolanka była więc cudnym zapachem. Rok później, w sierpniu, w porze żniw, widziałam pogrzeb Babci. Nieśli ja w trumnie przez alejkę brzozową, potem przez wieś i przez pola. Dobrze, że Pan Bóg podarował Babci, taki piękny słoneczny dzień w dniu pogrzebu. Patrząc z pola na kondukt pogrzebowy i trzymając w ręku snop pszenicy, pomyślałam sobie, że życie Babci, to taka historia małego ziarenka. Zostało wrzucone w ziemię, wykiełkowało, zakwitło, urosło i przyniosło wielokrotny plon. Jakże piękne i wartościowe jest dojrzałe zboże.

Oprócz Alejki Brzozowej i Polanki Babci, miałam jeszcze jedno ulubione miejsce przejażdżek. Był to stary opuszczony dom (nazywany domem Jagny), położony niezwykle malowniczo. Wznosił się niewielki pagórek otoczony starymi drzewami. Na szczycie pagórka stał sobie domek, u podnóża płynęła rzeczka, a po wschodniej stronie domostwa znajdował się nieduży staw. Ludzie na wsi mówili, że w domu Jagny straszy, więc nawet w ciągu dnia omijali ten samotny dom. Ja wierzyłam, że nad tym domostwem muszą krążyć tylko dobre duchy i dlatego właśnie tutaj lubiłam odpoczywać po przejażdżce. Gniady skubał sobie trawkę przy stawie, a ja kładłam się na zboczu pagórka i słuchałam jak szemrze strumyk, liście szeleszczą na wietrze a nad stawem i łąkami latają kwiląc czajki – „czyjaś ty, czyjaś ty, czyja...”.


– „Dziecinko, nie leż na trawie, tutaj przy stawie jest wilgoć, możesz się przeziębić”. Zerwałam się na równe nogi, trochę przerażona, bo chyba nawet zasnęłam na chwilę, a tu nagle ten głos i ten olbrzymi mężczyzna stojący nade mną. Poznałam, że to dziedzic z dworku i tym bardziej poczułam się zakłopotana.

– „Ściągaj sobie derkę z konia, kładź ją na trawie i dopiero Ty siadaj na niej”. Uśmiechnął się do mnie i jakoś poczułam się lepiej, choć w dalszym ciągu nie odezwałam się. Parohektarowa łąka dworska graniczyła ze stawem Jagny, stąd nasze spotkanie.

– „Widziałem Cię już parę razy jak galopujesz po łące, tylko nie wiem, czyja Ty jesteś ?” Jak przystało na dobrze wychowaną dziewczynkę, dygnęłam nóżką, jak mnie uczono w szkole i przedstawiłam się – „Siekajówna jestem”. Wobec tego Twój Tatuś nie pochodzi z tej wioski, znam tu wszystkich. A jakie nazwisko panieńskie ma Twoja Mamusia ? - Różyc, odpowiadam grzecznie. A to już wiem wszystko. Ty musisz być córką Michasi. Twój świętej pamięci dziadek Stanisław, był moim dobrym przyjacielem jeszcze przed wojną. Szkoda, że umarł za wcześnie. Wprawdzie nie kochał koni tak jak ja, ale świetnie polował, nikt mu nie dorównywał. A zaprzęg karych koni miał chyba ładniejszy od zaprzęgu moich siwków. Powiedz Twojej Mamie i Babci, że przyjdę Was odwiedzić jutro wieczorem. Dobrze proszę Pana, odpowiedziałam grzecznie. „Lubisz konie i jeździć na nich ?” – zapytał Pan Piotr na odchodne. – Uwielbiam - uśmiechnęłam się radośnie. „To pewnie zostaniemy przyjaciółmi, bo ja też uwielbiam konie”, - odpowiedział poważnie, uśmiechając się przy tym tajemniczo.

Wpadam do domu jak bomba. Babciu! Mamusiu! – jutro przyjdzie do nas wieczorem Pan Lewicki. A co się stało ? – spytała spokojnie mama. Nic – spotkałam go przy stawie Jagny, rozmawialiśmy, a jak dowiedział się, z którego domu jestem, to kazał Wam powiedzieć, ze przyjdzie jutro wieczorem. Mama i Babcia spojrzały na siebie wymownie i zachowywały się, jakby nic się nie stało. We mnie serce tłukło się z emocji, przecież to taki niezwykły gość, będzie u nas jutro, a one są tak dziwnie spokojne. – Babciu Ty znasz Dziedzica ? - Tak znam go od dawna, a kiedyś nawet bardzo przyjaźnił się z Twoim Dziadkiem. – To dlaczego nigdy nie mówiłaś o nim, ani do nas nie przychodził ? - Widzisz dziecko, jesteś jeszcze za mała, żebym mogła Ci o pewnych rzeczach powiedzieć. Dzieci pewnych spraw nie potrafią zrozumieć, ale kiedyś jak będziesz starsza, to Ci opowiem!

– Cóż to za tajemnica, zaczęłam zachodzić w głowę ? Następnego dnia po powrocie ze szkoły zauważyłam, że Mama i Babcia przygotowują lepszą kolację niż zazwyczaj codziennie. Ulżyło mi, mnie też zależało, żeby wytwornie przyjąć Pana Piotra. Chętnie włączyłam się do pomocy.

– Witaj Teklo – przywitał się Pan Piotr z moją Babcią, całując ją w rękę. Tak jakoś szybko przeleciały te lata, kiedy widzieliśmy się ostatnio. A widzę, że u Was duże zmiany. Michasiu – przedstaw mi swego męża. Mój Tatuś serdecznie uścisnął dłoń Pana Piotra. Zauważyłam, że od razu przypadli sobie do gustu.

– Tą panienkę już zdążyłem poznać, ale jest też i chłopiec. Czy i Ty dziecko interesujesz się końmi ? Nie, proszę Pana. Moim marzeniem jest zostać pilotem – odpowiedział mój starszy brat.

– No proszę!, co ja tu widzę. Oryginalne dzieciaki. Już w tym wieku mają marzenia i chcą je realizować. Moje wnuki są w podobnym wieku, ale nic je specjalnie nie interesuje, nie lubią nawet przyjeżdżać do mnie na wakacje. Nie chcą też pracować w polu, no cóż, miastowe dzieci.

– Boże!, pomyślałam sobie. Gdybym ja miała takiego dziadka, który ma dworek i konie, to pewnie umarłabym ze szczęścia, a ich to specjalnie nie interesuje ? Przez moment ukłuło mnie uczucie zazdrości, ale odrzuciłam je od siebie, bo szybko pomyślałam, że skora Babcia i Mama znają Pana Piotra, to jakoś uda mi się zbliżyć do dworku. Nie wiedziałam, jak długo Pan Piotr gościł u nas tego pierwszego wieczoru, bo musiałam iść spać. Dopiero następnego dnia dowiedziałam się od Babci, że była północ, jak tato odprowadził Pana Piotra do dworu. To dobrze – pomyślałam sobie, pewnie przyjemnie im się rozmawiało. No i tak zaczęła się nasza przyjaźń. Nie tylko moja, ale także moich rodziców i Pana Piotra.

Zrobiło się wesoło w naszym domu. Pan Piotr traktował moją mamę jak córkę, tato stał się dla niego kompanem do pogawędek i do wypicia kieliszeczka, a ja, no cóż, zyskałam Dziadka (obaj moi dziadkowie już nie żyli). Bywały dni, że Pan Piotr bywał u nas w domu co drugi, co trzeci dzień i właściwie w każdą niedzielę na obiedzie. Wraz z nim, wkroczył w nasze życie inny świat, a moje marzenia, niczym gwiazdki spadały z nieba i stawały się rzeczywistością. Nastało dla mnie prawie trzynaście „tłustych lat”, które do dziś wspominam jako beztroskie i najpiękniejsze w moim życiu. To okres późniejszego dzieciństwa i wczesnej młodości, ja nazwę go okresem dworku.

„Niech mi się przyśni dworek skryty w białych sadach,
Z drewnianym gankiem, w modrych, gęstych winogradach”


Kasztanek

Władysławie – rzekł któregoś wieczoru Pan Piotr do mojego Taty. Myślę, że może byśmy tak zajęli się hodowlą koni ? Ja mam doświadczenie, Ty masz warunki i jesteś młody, to może coś zaczniemy ?

– Czemu nie ? – odpowiedział bez dłuższego namysłu Tatuś. Ja podskoczyłam z radości na krześle.

Dżokeja już mamy – roześmiał się Pan Piotr, widząc moja radość. No i zaczęło się. Słowo hodowla, może zabrzmi tu górnolotnie, ale od tamtego czasu, zazwyczaj było u nas trzy, cztery, a czasami nawet pięć koni. Pamiętaj Władysławie, że musimy wyszukać dobrą matkę klacz, która będzie rodzić odpowiednie źrebięta. Ale potrzebny Ci tez będzie jakiś koń do pracy, bo taką półszlachetną klacz, trzeba będzie odciążyć od nadmiernej i ciężkiej pracy. Powinieneś też sprzedać Gniadego. Dlaczego ? – wykrzyknęłam z przerażeniem. Niestety dziecinko, musisz się z tym pogodzić, ale ja widzę, że Gniady ma kłopoty z nogami, często mu puchną. Nie jest to wada na tyle duża, żeby oddać go do rzeźni, ale sprzedamy go komuś, kto potrzebuje konia raczej do jazdy, niż do pracy w polu. Nie martw się, oddamy go do dobrego i spokojnego gospodarza, gdzie Gniady odpocznie sobie i dzięki temu pożyje sobie dłużej. No a Tobie kupimy konia, takiego bardziej wierzchowego, żebyś poznała przyjemniejszą jazdę konną. W tym momencie nie cieszyłam się, bo żal mi było Gniadego. Jedyną moją pociechą było to, że Gniady poszedł w dobre ręce, nie pracował dużo, trochę przytył, nogi mu już nie puchły no i chyba był zadowolony ze swojego nowego gospodarza.

Czwartek – to dzień targowy w Jędrzejowie, jedziemy oglądać konie. Przecisnąć się przez targowisko wcale nie jest łatwo. Najpierw przechodzimy przez plac gdzie kobiety sprzedają jaja, masło, sery i żywy rozwrzeszczany drób. Pełno tu kur, gęsi, kaczek, indyczek i nawet królików. Potem mijamy tą część placu, gdzie na wozach lub w klatkach wystawione są świnki i prosiaki. Dalej krowy, byczki, cielaki i wreszcie elita – czyli konie. Ileż tu wozów i zaprzęgów konnych. Konie przywiązane luzem do wozów to zazwyczaj konie na sprzedaż. Chodzimy między wozami, oglądamy, porównujemy, aż wreszcie Pan Piotr mówi:

MEM-HK-targ– Władysławie, chyba znaleźliśmy odpowiedniego konia. To ten i wskazuje laską w kierunku ślicznego kasztana ze złotą grzywą, białą strzałką na czole i czterema białymi skarpetkami. Tylko Władysławie, nie odzywaj się, jak ja będę rozmawiał z właścicielem a Ty dziecinko też bądź cicho i nie pokazuj zachwytu. Rzeczywiście oczy zaświeciły mi się jak gwiazdy, na widok takiego kasztanka. W głowie mi się zakręciło, wstrzymałam oddech, bo już sobie wyobraziłam, że to będzie mój koń. Nie, to chyba niemożliwe! Pan Piotr dystyngowanie przywitał się z właścicielem konia. Wygląd i maniery Pana Piotra były tak rzucające się w oczy, że gdzie nie przechodził, to chłopi szeptali - to chyba musi być jakiś przedwojenny dziedzic.

– No i co Panie Gospodarzu ? Cóż to za konia macie do sprzedaży!

– Ano Panie, to dobry, spokojny koń, pracowity. Nawet dziecko może mu przechodzić pod brzuchem, a on się nie ruszy.

– Spokojny mówicie! Po wypowiedzeniu tych słów, jakby chcąc temu zaprzeczyć, koń zaczął chrapać nozdrzami i unosić głowę.

– Spokojnie mały, powiedział Pan Piotr, głaszcząc go po białej strzałce na głowie. Kasztanek zarżał radośnie.

– Panie Gospodarzu! A ten koń, to czasami nie lubi sobie tak częściej potrząsać głową ? Ale Panie! Co też Pan mówi, on takich rzeczy nie robi!. A czy czasami jak sobie tak luźno biega, to nie podnosi ogona do góry i robi taki bukiet ? Panie! On nigdy takich rzeczy nie robi, zaczął zaklinać się właściciel. Pan Piotr odwrócił się w stronę mojego Taty i mrugnął porozumiewawczo.

– No dobrze Gospodarzu! My szukamy spokojnego konia, może nam się nada. Chciałbym go jeszcze zmierzyć. I tutaj Pan Piotr wyciągnął swoją magiczną laseczkę. Pociągając uchwyt od laski do góry, wysuwała się miarka. Wysokość konia mierzy się w kłębie. Tak przypuszczałem, mniej więcej, że kasztan będzie miał powyżej 160 cm, dokładnie 163 cm.

– A po co Pan go mierzy ? – zapytał zaciekawiony gospodarz.

– To tak z przyzwyczajenia. Przed wojną, jak przygotowywało się konie do służby wojskowej, to żeby szwadron wyglądał należycie, to dobierało się konie o podobnym wzroście.

– To Pan zna się na koniach ? – zasępił się właściciel kasztana.

– Trochę się znam. Mówcie Gospodarzu, ile chcecie za tego konia! Tutaj chłop, najwyraźniej strapiony, podał cenę niższą, niż zazwyczaj ceniono konie robocze. A macie jakieś papiery na tego konia ? Nie mam Panie, ale kasztan jest po dobrym państwowym ogierze ze stadniny.

– Ten ogier to był jakiś angielski czy arabski ?
Zadumał się chłop. To pewnie był anglo-arab, powiedział Pan Piotr.

– Chyba tak, dobrze Pan mówisz, tak mi się coś przypomina. Ale jeszcze chyba coś mi się wydaje, że ojciec tego ogiera to mówili, że to jakiś folblut, czy jakoś tak.

– A matka kasztana ?

– Ano był u nas na wsi dziedzic i jak już umarł, to jego rodzina wyprowadziła się do miasta i sprzedawali wszystko. Była tam taka stara kobyłka, ale kupiłem ją, bo była tania. No i ta stara kobyłka urodziła jeszcze dwa źrebaki. Ostatni, to kasztanek. No to Panie Gospodarzu! Szczęśliwie żeśmy się spotkali, bo Pan chce sprzedać, a my chcemy kupić. Władysławie, chyba przyniesiemy flaszeczkę, żeby kasztan dobrze nam się sprawował.

– Nie będziecie Panie żałować! Wracamy z jarmarku. Do naszego wozu z tyłu, przywiązany jest kasztanek.

– Cholera, co za koń, powiedział Pan Piotr, a ja umieram ze szczęścia, bo to będzie mój koń.

– Władysławie – takiego konia to w całej okolicy trudno znaleźć. Przecież to jest prawdziwy wierzchowy koń. Te białe skarpetki trochę świadczą o słabości nóg, ale wygląd, ruch, cała sylwetka. Cały koń! – te dwa słowa co jakiś czas powtarzał, cmokając z zadowolenia i przyglądając się uważnie kasztankowi. Wjeżdżamy na podwórko.

– No to Władysławie, chyba zasłużyliśmy na dobry obiad.

Halina Kurtyka

Źródła obrazów: materiały własne, Juliusz Holzmüller, Yanika Panfilova, Bronisław Dróżka

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz