Wyzwolenie 1945

Według relacji  Moniki Żeromskiej,  która w styczniu 1945 roku przebywała wraz z matką w domu Przypkowskich, wyglądało to następująco.

13 stycznia zbudził nas wielki, nieustanny głos artylerii. Jędrzejów został raz i drugi ostrzelany w sposób, który dla mieszkańców był końcem świata. Tadeusz zniósł do piwnicy drzewo genealogiczne i wszystkie zegary słoneczne, a na nie wrzucił całą rodzinę i nas, mimo naszych protestów. Został trafiony garaż w końcu ogrodu, kilka bliższych i dalszych wybuchów wstrząsnęło domami okolicznymi - potem zrobiło się cicho.

Okropnie niewygodnie było siedzieć w tej piwnicy, więc wydostałyśmy się stamtąd mimo protestów. Poszłam na nasze pięterko i wyjrzałam oknem. był szary dzień bez słońca i niskie chmury nad nieskończonymi polami były o wiele ciemniejsze od śnieżnej ziemi. W niewielkiej odległości od domu sadził przed siebie wielkimi skokami prosto w te puste pola oficer niemieckiej w siodłatej czapie, obiema rękami unosząc wysoko poły długiego zielonego płaszcza. Zapadał głęboko w śnieg przy każdym kroku i zostawiał za sobą nieforemny ślad. Stałam i patrzyłam, jak malał w pustej ten przyszły trup, ostatni Niemiec na tej ziemi. Dożyłam tego...

Wróciłam do wzburzonych mieszkańców domu, mama tylko lekceważąco odnosi się do tego mini oblężenia.

Zdumiewające uczucie - nie ma Niemców. Ta cała sześcioletnia przeszłość nagle się skurczyła zmalała, teraz jest uczucie oszołomienia, zdumienia, że to tak prędko się stało, dziś rano jeszcze było jak przedtem, wiedzieliśmy oczywiście zawsze, że ten dzień nadejdzie, ale on nam spadł na głowę chyba naprawdę niespodziewanie pomimo stałych wiadomości o zbliżającym się froncie, pomimo map najeżonych szpileczkami, nazw coraz bliższych miejscowości i nawet mimo coraz wyraźniejszego grzmotu artylerii. Właściwie wszystko, co było dawniej, odeszło gdzieś, a przyszłość odsunęło się wobec tej jedynej dzisiejszej myśli, że Niemcy uciekli.

Obstrzał ucichł, ludzie zaczynali wychodzić ze swoich schowków, piwniczek i rowów pokopanych w głębi ogrodów. Oglądając te nieliczne szkody, coraz więcej osób na chodnikach przed domami, Tadeusz wynosi już w piwnicy swoje zegary i wielki rulon z drzewem genealogicznym wymalowanym na ogromnej płachcie, Stoimy przed bramą, tłum już gęsty dookoła, wszyscy się uśmiechają, rozmawiając, cieszą - jeden tylko temat - nie ma Niemców, skończyło się, wylecieli z miasteczka jak z procy, z urzędów, garnizonu, biur, z mieszkań i koszar. To jest właśnie ta pokrywa, fizycznie obecna nad głową przed tyle lat, która się teraz odsuwa.

Stoimy tak, nikomu nie chce się iść do domu, kiedy z czterech rogów rynku słyszymy wzmacniający się głos, chrobot czy zgrzyt, który się łączy i wypełnia ten wielki płaski plac. Patrzymy, kręcimy szyjami, bo to idzie zewsząd równocześnie, Puste cztery rogi rynku, wyloty czterech ulic wypełniają się nagle buro żółtą masą, która wlewa się stamtąd i napełnia rynek gęstym tłumem ludzi i czołgów. Żołnierze - mali żółci, z płaskimi twarzami - idą i jadą na czołgach, a nawet wiszą na lufach dział. W czapkach z odpadniętymi nausznikami, w pikowanych fufajkach, portkach i walonkach, cali zaszyci w te ubrania koloru gliny. Trochę małych grzywiastych koników, żadnych wozów, kuchni ani podwodów. Tylko czołgi zakurzone i oblepione tym drobnym tłumem jednakowego koloru. To nie robi wrażenia marszu, tylko płynięcia ściśle wypełniającego przestrzeń.

Stoimy obok siebie bez ruchu, odwracam głowę, widzę że o parę kroków ode mnie w tłumie Tadeusz patrzy na mnie i wiem, co myśli. Ta masa przepływa wzdłuż chodników, a my stoimy i przyglądamy się im. Są to naprawdę wszyscy zupełnie jednakowi. W domu po powrocie jest niejaki niepokój, nie znamy tych przybyszów, żeby wiedzieć - gwałcą czy nie gwałcą, czy mamy chować gdzieś córeczkę Hassy Ewę, czy same także schodzić im z drogi. Noc także jest niespokojna, bo paliło się kilka domów w rynku, ale jak się okazało rano, nie były to umyślne podpalenia. Nowi żołnierze wchodzili do mieszkań w poszukiwaniu Niemców z pochodniami zrobionymi z czegokolwiek, bo elektrownia przestała działać. Rzucali te pochodnie potem byle gdzie, a ludzi siedzący w piwnicach bali się wychodzić gasić.

Szukali Niemców w mniemaniu, że już weszli do Rzeszy, wiemy to stąd, że wielu żołnierzy, idąc w tej zbitej masie, wolało do nas, stojących na chodnikach: "Berlin? Eto Berlin?". Po chwili niemego zdumienia, że ktoś mógł rynek w Jędrzejowie wziąć za Berlin, odkrzykiwaliśmy gorliwie, że nie, że Berlin, jest dalej, machaliśmy w zachodnią stronę rękami, bo lepiej, żeby nas nie brali za niemieckich faszystów, mogłoby to nam zaszkodzić. Jedne grupy tego wojska mijały Jędrzejów i szły dalej, inne zostawały na rynku i ulicach, odpoczywając na ziemi, ale co jedli? Nie było przy nich widać żadnego zaopatrzenia, kuchni, podwodów. Niektórzy wchodzi do mieszkań i prosili o kipiatok.

Były to istotnie jakieś czukcze czy kamczadały, małe i żółte. Rozglądali się po kuchni, przedpokoju, kiedy weszli do salony zajmowanego do niedawna przez Niemca oficera - wpadali w zdumienie i zachwyt przed wielkim lustrem wiszącym nad kominkiem, zaglądali w nie z boku, wyciągali ostrożnie rękę i kiedy odbicie ukazywało się zza ramy, wybuchali szalonym dziecinnym śmiechem, robili to jeden przez drugiego, wołali następnych. To samo było z parasolami przedpokoju, otwierali je i zamykali, podskakiwali z nimi wysoko, widzieli widać spadochroniarzy. Było ich coraz więcej, bo z zachodu zaczęło napływać transporty rannych, jesteśmy bezpośrednim zapleczem frontu...

Monika Żeromska

Więcej w tej kategorii: