Wspomnienia z dzieciństwa małej „Gałeczki”

wmG

część I
ZANIM  WOJNA  NAS  ROZDZIELIŁA

1.1. Ja w rodzinie

Urodziłam się w rodzinie biednej, wielodzietnej. Nie byłam zbyt mile widziana przez rodzeństwo. Byłam już dziewiątym dzieckiem w rodzinie, pieszczotliwie nazywana przez najstarszego brata Bolesława „wyskrobkiem” lub „znajdą”. Z opowiadań dowiedziałam się (w późniejszym wieku), że tylko najstarszy brat, mając zaledwie 16 lat opiekował się mną, karmił, przewijał, podchodził, kiedy płakałam i zajmował się mną w miarę jego umiejętności. Jak się później przekonałam w dorosłym życiu, był dobry, cierpliwy, wrażliwy na zło, wyrozumiały i miał wielki szacunek do każdego człowieka ale i do samego siebie. Pomagał wszystkim w naszym otoczeniu i mamusi już od najmłodszych lat. Byłam z nim bardzo związana emocjonalnie.

Z dzieciństwa pamiętam bardzo mało. Wiem, że był niedostatek, ale dużo ciepła rodzinnego i wzajemnej miłości. Gdy zbliżały się święta zawsze byliśmy w ścisłym, rodzinnym gronie. Nikt nie otrzymywał żadnych prezentów, bo rodziców nie było stać zakupić najdrobniejszych rzeczy. Nikt z nas nie miał żalu, bowiem wszyscy byli traktowani jednakowo. Ja, jako najmłodsza bardzo oczekiwałam Św. Mikołaja i często pytałam czy nie zapomni przyjść w tym roku. W tym dniu, w nocy zawsze ktoś podkładał mi pod poduszkę małą czekoladkę „Danusia”. Tradycję tę pielęgnował właśnie mój najstarszy brat, który już bardzo wcześnie pracował w Fabryce Gipsu w Jędrzejowie. Nigdy o mnie nie zapominał, ale na co dzień mnie nie rozpieszczał, bo zajęty pracą myślał o wsparciu finansowym dla rodziny. Pieniądze przekazywał Mamusi, która myślała o wykarmieniu i ubraniu całej rodziny.

1.2. Nasz dom

Nasz dom stał, przy głównej ulicy Klasztornej, która prowadziła od Rynku do słynnego, zabytkowego Klasztoru św. Wincentego Kadłubka. Dom był parterowy, drewniany. Frontowa ściana miała ok. 10-12 m długości i 8-9 m. szerokości. Od ul. Klasztornej, wzdłuż bocznej ściany domu, podwórka i ogrodu była tzw. Czarna Droga, prowadząca prosto do stacji kolejki wąskotorowej. Z lewej strony zamykała wylot ulicy Polnej. Ulica Polna była lekko skośna w stosunku do ul. Klasztornej. Piszę lekko, ponieważ była krótka ok. 1000-1500 m. i razem z ul. Klasztorną tworzyła ostry trójkąt i w ten sposób łączyła się z ulicą Klasztorną.

Fragment planu miasta Jędrzejowa, wydanie niemieckie ok. 1940r., skala 1:5000. W niniejszym tekście mowa odpowiednio o ulicach: Klasztornej - w czasie wojny oficjalnie nazywana ulicą Główną, obecnie ul. 11 Listopada, Polnej - obecnie Okrzei i Czarnej Drodze - obecnie Armii Krajowej.
wmG

Wewnątrz naszego domu były cztery izby. Od frontowej strony, pośrodku był korytarz prowadzący na podwórko. Po obu stronach korytarza były wejścia do każdej izby osobno. W domu zamieszkiwały cztery rodziny. Dwie rodziny po lewej stronie korytarza i dwie rodziny po prawej. Nasza izba była od strony frontowej, pierwsza z prawej. Posiadała dwa małe okna widok na ulicę. Izba o wymiarach 20-24 m kwadratowe. Zamieszkiwało w niej osiem osób w tym rodzice. Najstarsza siostra była mężatką i mieszkała w Sosnowcu. Dwoje z mojego rodzeństwa, bliźnięta zmarły (Maryś i Krysia). W izbie tej stały trzy łóżka, stół, cztery krzesła i duży kufer. W kącie stał murowany piec z fajerkami służący do ogrzewania i gotowania posiłków. Z boku wnęka na opał. Jedno łóżko było dla kobiet a drugie dla mężczyzn oraz żelazna polówka jednoosobowa przeważnie dla jednego z mężczyzn. Byłam najmłodszym dzieckiem. Mamusia zabierała mnie zawsze ze sobą dokądkolwiek się udawała.

wmG wmG

Fotografie okupantów niemieckich z okresu II wojny światowej, ul. Klasztorna (okolice skrzyżowania obecnej ul. 11 Listopada z ul. Sportową, w stronę Klasztoru Cystersów). Dom w którym mieszkała autorka wspomnień znajdował się po lewej stronie ulicy.

wmG
Drewniany dom do lat 90. XXw. stał przy ul. Klasztornej, naprzeciw wylotu Czarnej Drogi -  prawdopodobnie był widoczny z okien domu, w którym mieszkała autorka wspomnień

1.3. Rodzice

Ojciec był cieślą. Całymi dniami pracował na budowie. O ile tylko to było możliwe, to wynajmował się do pracy przy budowie domów prywatnych. Stracił słuch. Być może stało się tak za sprawą maszyn, jakich używał do swojej pracy. Zarobki były znikome. Sam nie był w stanie wyżywić rodziny. Mama była osobą o drobnej budowie ciała. Niska, szczupła, przemęczona. Nie była okazem zdrowia. Wyniszczona rodzeniem dzieci jak również żyjąca w ciągłym napięciu i niedostatku. Przyjmowała wszelkie oferty pracy. Umawiała się do prac polowych przy żniwach i kopaniu ziemniaków. Nie odmawiała żadnej pomocy sąsiadom i otrzymywała od nich wzajemność.

Pomimo tego, iż była słabego zdrowia była prawą ręką tatusia. W większości jej stałym „kieratem pracy” była tara stawiana w dużej, około jednego metra średnicy balii. Jej obwód złożony z klepek o wysokości ok. 30 cm. opasany był metalową obręczą. Mamusia wynajmowała się do prania bielizny w najbliższym sąsiedztwie, ale bywało, że i w okolicznych wioskach. Żeby rozpocząć pranie najpierw musiała nanosić sobie wody z pobliskich akwenów lub rzeki. Dorastałam widząc swoją mamę w większości pochyloną nad balią i rękoma opartymi na tarze.

wmG

1.4. Blisko mamy

Drugim miejscem i czasem pracy był sezon żniw i wykopki ziemniaków. Odmianą i może nawet sposobem na „relaks” był czas wysypu jagodzin, malin i grzybów w lasach.

Pamiętam, że narzekała na częste bóle głowy. Dopadały ją migreny i wtedy zawsze w domu musiały być proszki od bólu głowy „z kogucikiem”. Pomimo słabego zdrowia i zmęczenia zawsze widziałam ją w ruchu.

Jako najmłodsze dziecko zawsze byłam blisko mamy i nie opuszczałam jej na krok. Plątałam się między fałdami jej spódnicy, kiedy po sezonie żniw chodziłyśmy na rozległe, zagrabione już pola w okolicach Skroniowa i zbierałyśmy pojedyncze kłosy zbóż. Wiązałyśmy potem je w małe bukieciki i drewnianymi pałkami wybijałyśmy resztki ziarna. Ziarno to mieliłyśmy ręcznie w tzw. „żarnach”. Tak zdobyta mąka nie była miałka i przypominała raczej kaszę jęczmienną zawierającą łuski zbożowe, którą prażyło się w garnku na piecu, pod przykryciem z małą ilością wody. Taki posiłek wywoływał radość na twarzach wszystkich. A prawdziwym rarytasem był ten przysmak, kiedy na wierzchu zobaczyć można było jakąś okrasę choćby nawet z nielicznymi skwarkami ze słoninki.

Pomimo niedostatku Mamusia uczyła nas szacunku i miłości do drugiego człowieka, szacunku do jego własności, pokory i dzielenia się z bardziej potrzebującymi od nas. Prawdę i dobro wpajała nam stale. Zapytałam ją kiedyś, jak mam pomagać i czym się dzielić, kiedy jestem sama głodna i mała. Odpowiedziała mi łagodnie: „Masz serduszko, które Ci zawsze podpowie, z kim masz się podzielić kawałkiem chleba albo pomóc podnieść się komuś, kto upadł”. Proste słowa zrozumiałam na swój sposób. Później, z wiekiem trudno mi było stosować te zasady wpojone przez mamę. Od kiedy pamiętam, sama byłam w biedzie, chłodzie i głodzie, zwłaszcza po aresztowaniu rodziców w 1944r. Dziś, pomimo swoich osiemdziesięciu lat nie zapomniałam tego, jak Mamusia nas uczyła, że trzeba być pomocną innym.

1.5. Bardzo chciałam iść do szkoły…

Wreszcie nadszedł dla mnie czas szkoły i pierwszy rok szkolny. W styczniu 1939r. skończyłam sześć latek i we wrześniu mogłam być przyjęta do I klasy. Ja cieszyłam się radością dziecka a mamusia była zmartwiona. Nie miała pieniędzy na szkolne wyposażenie. Wiadomość o szkole przyjęłam bardzo poważnie. Doznawałam mieszanych uczuć – radość mieszała się ze strachem czy sobie poradzę ze wszystkim. Podglądałam starsze rodzeństwo, kiedy oni się uczyli. Nie pozwalali mi niczego dotykać, żeby nie pobrudzić albo nie porysować. Im więcej wyobrażałam sobie szkołę, tym bardziej byłam nią zachwycona i nie chciałam nawet myśleć, że miałabym nie pójść z powodu braku jakiegoś wyposażenia. Prawda jest jednak taka, że nie miałam bucików, ubrania szkolnego nie mówiąc już o książkach i materiałach piśmiennych. Zastanawiałam się, jak mogę pomóc Mamusi, żeby mieć swój udział w tym szkolnym zaopatrzeniu. I nadarzyła się okazja.

Raz w tygodniu, we wtorki odbywał się targ w Jędrzejowie. Przyjeżdżali gospodarze w sprawie skupu i sprzedaży bydła jak i wyrobów wiejskich (sera, masła, jajek). Przyjeżdżali też mamusi znajomi gospodarze. Było wśród nich bezdzietne małżeństwo a Mamusia w rozmowie z nimi wspomniała, że martwi się, bo mam pójść do szkoły, ale nie ma pieniędzy na ubranie mnie i wyposażenie. (Zawsze chodziłam boso a buciki już podniszczone zakładałam, kiedy szłam do kościoła). Małżeństwo zaproponowało, że mogłabym u nich popracować jako pomoc przy wypasaniu krów i ich pilnowaniu na pastwisku. Nie musieliby sami tak często chodzić w pole i przewiązywać krów z miejsca na miejsce. Słysząc w/w propozycję wyraziłam z ochotą chęć i zgodę na wyjazd. Zostałam przekazana pod opiekę bezdzietnemu małżeństwu i wysłana na wieś. Mamusia miała do nich zaufanie. Gospodarze obiecali mnie ubrać i wyposażyć do szkoły.

Miejscowość, w której mieszkali była gdzieś ok. 10-15 km od naszego domu. Ja byłam uszczęśliwiona, że sama zapracuję na siebie i wynagrodzę Mamusi wcześniejsze przewinienie (wspomnę niżej), oraz, że nie będzie się już martwić o zakupy, a zwłaszcza o buty, które miałam na sumieniu od roku. Pamiętałam bardzo dobrze, jak mamusia kupowała mi buciki. Przymierzyłam pierwszą podaną mi parę i oznajmiłam natychmiast, że są ładne i dobre, pomimo, że czułam, że były za krótkie. Bałam się powiedzieć o tym, że piją mnie w palce, żeby mamusia się nie rozmyśliła i nie zrezygnowała z zakupu w ogóle. Od razu sobie pomyślałam, że nie przymierzę drugich, żeby być bardziej wiarygodną. Rezygnując z tych pierwszych, mamusia może się rozmyślić, albo może nie mieć więcej pieniędzy i ja nie będę miała żadnych bucików. Za parę dni „wyszło szydło z worka” – buty były zbyt małe i nie mogłam w nich chodzić. Był krzyk i narzekania. Za ten właśnie incydent chciałam mamusi wynagrodzić i ulżyć więc chętnie się zgodziłam pomagać temu bezdzietnemu małżeństwu, ale zawiodłam mamę powtórnie. Okazało się bowiem, że tak szybko jak z nimi pojechałam, tak szybko wróciłam sama i płacząc.

Pojechałam z nimi we wtorek, z zawiniątkiem w ręku. Trasa prowadziła szosą w kierunku Nagłowic. Częściowo była mi znana, bo w tym kierunku chodziłam z mamusią pieszo do Prząsławia, rodzinnej wioski tatusia. Po jakimś czasie, już zorientowałam się, że znajome mi drogi zostają za nami a my jedziemy dalej w teren mi nieznany. Im dłużej jechaliśmy, tym bardziej wszystko było obce. Wzdłuż tej szosy, po prawej i lewej stronie widać było osady tuż za małymi uprawnymi poletkami. Po prawej stronie, dość daleko skierowano konie w bok i dojechaliśmy do zabudowań gospodarzy. Wtorek miałam wolne do wieczora. W środę o godz. 4.00 rano musiałam wstać (nie będąc przyzwyczajona do tak wczesnego wstawania). Było mi bardzo ciężko ubrać się. Nie mając butów szłam boso unikając ostrych kamieni i wyboin. Gospodarz wskazał mi teren, gdzie mogę się poruszać. Gdyby krowy wyszły poza ten teren, należy je szybko nawracać. Wytrzymałam tylko dwa tygodnie płacząc w ukryciu.

1.6. Nie wytrzymałam…

W jedną z niedziel, kiedy wygnałam krowy obserwowałam szosę w oddali. Jechały nią co jakiś czas furmanki w stronę Jędrzejowa. Zaciekawiło mnie to, i zapytałam gospodarza, co ciekawego jest na tej drodze do Jędrzejowa, że jedzie tyle wozów. Odpowiedział mi krótko, że jadą na mszę do naszego Klasztoru. Cały kolejny tydzień myślałam, jak dostać się do Jędrzejowa. Kiedy rano w kolejną niedzielę wygnałam krowy na pastwisko, nie tracąc wiele czasu przywiązywałam krowy łańcuchami do wcześniej pozostawionych na polu pali i czym prędzej podążałam w stronę szosy. U gospodarzy zostawiłam wszystko, co miałam. Na szosie spotykałam ludzi zmierzających na pierwszą mszę do naszego Klasztoru. Jechały też furmanki. Ja upewniłam się, czy w stronę Jędrzejowa idę w dobrym kierunku do kościoła. Szłam prosto, jak podążali ludzie. Kiedy dotarłam na miejsce, do kościoła jednak nie weszłam, bo byłam boso i czułam się bardzo zmęczona. Jak się okazało zrobiłam wtedy ok. 10 km. pieszo.

Weszłam do domu. Zdziwiona Mamusia rozpłakała się a ja razem z nią. Powiedziałam, że nie jestem w stanie tak wcześnie wstawać. Krowy są silniejsze ode mnie i mnie nie słuchają. Ciągle uciekają a ja nie wiem, co z nimi robić.

Gospodyni przywiozła mi moje rzeczy i była obrażona, ze nic nie powiedziałam. Przeprosiła ją mama i dowiedziała się, że krowy pozostały do wieczora i nie zginęły. Bali się tylko o mnie, czy coś złego mi się nie przydarzyło. Tak zakończyłam służbę.

Gdybym była dzieckiem pochodzącym z rodziny gospodarczej, być może nie odczułabym tej wczesnej pracy. Nie byłam przyzwyczajona, ani do gospodarstwa, ani do tak wstawania o świcie i chodzenia spać wcześnie. Chodzenie boso po ściernisku było trudne, szczególnie, kiedy trzeba było szybko się przemieszczać, ale nie było w tym wszystkim najgorsze.

Nie miałam żalu do nikogo z dorosłych, bo sama zdecydowałam o wyjeździe, nie zdając sobie sprawy o wadze i odpowiedzialności powierzonej mi pracy.

1.7. Na tyle ile umiałam…

Byłam najmłodszym dzieckiem i Mamusia zabierała mnie zawsze ze sobą dokądkolwiek się udawała. Przed aresztowaniem rodziców przez Gestapo, do 11 roku życia przebywałam zawsze z mamusią. Byłam świadoma jej oczekiwań i potrzeb i nie było mi ciężko pomagać jej w każdej sytuacji. Chodziłam do lasu w sezonie wysypu jagód i grzybów, wędrowałam z nią przez pola i zbierałam do kosza ziemniaki ręcznie wykopywane, kosza, który ledwo umiałyśmy przenieść z miejsca na miejsce. Odbierałam snopki zboża i układałam je w stogi.

Mamusia szła kilometrami do lasu zbierać jagody na obiad, a ja z nią. Z tych wędrówek zapamiętałam miejscowość Skroniów. A rodzinne miejsce tatusia to Prząsław. Zawsze kroczyłam za mamusią, ale nigdy za nią nie mogłam nadążyć. Pozostawałam daleko w tyle. Doganiałam ją zawsze, kiedy zatrzymała się na chwilę, aby odpocząć. Nie rozumiałam tego, ani nie zdawałam sobie sprawy, że opóźniam przybycie mamusi na umówione miejsce. Czasem docierałyśmy do miejsca i tam zatrzymywałyśmy się na 2-4 dni z noclegiem. Bo mamusia wynajmowała się jako praczka, a w sezonie letnim pomagała przy zbieraniu plonów z pól. Dostawała za swoją pracę żywność.

Wracając do domu, była obładowana żywnością. Wszystko nosiła na plecach z moją, minimalną pomocą. W domu nie mieliśmy żadnych toreb, siatek, plecaków. Mamusia miała dużą i małą, dwie kwadratowe płachty, jedna dla siebie a drugą dla mnie. Wiązała dwa przeciwległe narożniki i tam pakowała rzeczy. Dwa kolejne, przeciwległe narożniki zawieszała na ramionach, wiązała na piersi przed sobą i odciągała zgiętymi w łokciu rękoma. Tak szłyśmy pieszo do domu. Mnie dawała do niesienia przeważnie tylko świeży, wiejski chleb i coś tam jeszcze małego. Kiedy skarżyłam się, że jest za ciężkie, zawsze mi tłumaczyła: „Zobacz, jaką radość zrobisz siostrom i braciom, że podzielisz się z nimi kromeczką chleba”. Wiedziała, czym mnie zachęcić. Kiedy czasem buntowałam się, dlaczego to ja, a nie oni, znów cierpliwie tłumaczyła, że oni też pracują i nawet nie mogą wyjść i coś sobie kupić do jedzenia. Nie mogą nawet na chwilę pozostawić tego, co robią. Mają ściśle wyznaczone godziny pracy. Cały zarobek przynoszą do domu, bo jest aż osiem osób do wyżywienia, Przyjmowałam to, co mamusia mi tłumaczyła, niosłam ten bagaż i cieszyłam się, że ja, najmłodsza sama dam im chleba i nie będą już głodni. Czasami nie udało mi się dojść z całym chlebem do domu. Po drodze, będąc daleko za mamą, siadałam i paluszkami odrywałam skórki posilając się. Tym samym zmniejszałam sobie ciężar, nie zdając sobie sprawy, że zmniejszała się też ilość chleba do podziału między rodzeństwo.

wmG
Bolesław Gałczyński ps. 'Roch'

1.8. Szkoła

Nadszedł upragniony i oczekiwany dzień, w którym poszłam do szkoły. Ubrana byłam w białą bluzeczkę z marynarskim kołnierzem, granatową spódniczkę i pantofelki z paseczkiem zapinanym na podbiciu. Książki, które miałam to Elementarz i trzy zeszyty ( w linię, w kratkę i czysty). Pierwsze dni były bardzo radosne i beztroskie. Uczenie się alfabetu na pamięć już nie były takie proste, ale mimo to w krótkim czasie składałam już literki i czytałam swój Elementarz. Kiedy tak ćwiczyłam czytanie często poprawiał mnie brat Bolek, który był zawsze w pobliżu, kiedy ja się uczyłam. Elementarz mnie naprawdę interesował. Wszystko w nim było takie ciekawe a samodzielne czytanie sprawiało mi dużo radości. Niestety, te pierwsze dni w szkole we wrześniu 1939 roku zakłócone zostały przez wejście do Polski wojsk niemieckich. Wraz z wybuchem II wojny światowej wprowadzono w godzinę policyjną. Po godzinie dwudziestej drugiej nie wolno było wychodzić z domu. Żandarmeria niemiecka patrolująca ulice strzelała do każdego ruszającego się punktu, nie ważne czy to było zwierzę czy człowiek. O pranku dowiadywaliśmy się, kto tej nocy zginął.

Dla mnie największym rozczarowaniem było to, że po jakimś pierwszym w tym moim pierwszym roku szkoły, wszystkie szkoły, gimnazja i uczelnie zostały zamknięte. Aresztowana bardzo wiele młodzieży w naszym mieście jak i nauczycieli, lekarzy. Mimo tak trudnych warunków rozwijało się tajne nauczanie. Nie były to stałe miejsca spotkań, ale ciągle zmieniały się adresy, aby chronić się przed donosicielami. Byłam chyba za mała, aby pozwolono mi chodzić na takie tajne nauczanie. Przez cały czas byłam w domu z moim Elementarzem, z którym się nie rozstawałam. W tym czasie Mamusia też rzadziej chodziła do rodziny na wieś. Do lasu też nie mogła chodzić, bo za każdym razem musiała starać się o przepustkę zezwalającą na wstęp do lasu, o co było bardzo trudne i narażało całą rodzinę. Ciągle słyszeliśmy o aresztowaniach. Moje liczne rodzeństwo ukrywało się gdzie tylko mogło. W domu na stałe przebywałam tylko ja, jako najmłodsza (miałam wtedy 6,5 roku) i o cztery lata starsza ode mnie moja siostra Teresa. Nie wiem, jak dokładnie radziło sobie moje rodzeństwo, ale często słyszałam, że bezpieczniej jest nie wiedzieć, gdzie oni są. Nawet po wojnie, nie poznałam dokładnie ich losów z tamtego czasu. Nikt o tym chętnie nie opowiadał. Najstarszy brat Bolesław przez cały czas był bardzo czujny i troszczył się o nas wszystkich. Ustalał nam bezpieczne schronienia, kiedy tylko mógł.

1.9. Z Basią

Jak już pisałam, w tych pierwszych miesiącach mojej szkoły jak i wojny przebywałam dużo w domu. Każdy z nas wyszukiwał sobie zajęcia. Ja zbierałam wszystkie skrawki materiałów, robiłam z nich szmaciane lalki, którym szyłam ręcznie ubranka i sukienki. Ciągle jednak miałam poczucie, że powinnam zając się czymś bardziej pożytecznym. Podglądałam, jak o dziesięć lat ode mnie starsza siostra Basia robiła swetry na drutach. Poprosiłam ją, żeby mi pozwoliła usiąść obok i przyglądać się, jak ona to robi. Ona uważała jednak, że jestem za mała, i że i tak nie zapamiętam. Nie zniechęciło mnie to, tylko z uporem stałam przy niej i zapamiętywałam każdy jej ruch. Kiedy skończyła odłożyła druty z robótką wysoko na szafę a mnie zabroniła ich dotykać. Pokusa była silniejsza. Kiedy zostałam sama w domu, odważyłam się wziąć druty i robótkę i tak jak pamiętałam przerabiałam oczko po oczku. Udawało się i kiedy to zauważyłam, to nabrałam jeszcze większej ochoty, aby dorównać siostrze Basi. Zrobiłam około 10 centymetrów i w wielkim napięciu czekałam do wieczora na powrót siostry i mamy. Wieczorem Basia powiedziała do Mamusi, że nie pamięta, aby tak dużo robótki udało jej się zrobić przed pójściem do pracy. Obyło się więc bez awantury. Byłam przeszczęśliwa i idąc spać obmyślałam, co zrobić, żeby Mamusia i Basia mnie doceniły i zauważyły, że ja potrafię. Na drugi dzień odważyłam się zdjąć druty z oczek i zerwać wełnę. Zrobiłam mały kłębuszek dla siebie, resztę zawiązałam ponownie. Miałam już „pożyczone” druty zaczęłam nakładać oczka, tak jak wcześniej zaobserwowałam u siostry. Zrobiłam sobie pelerynkę dla lalki.

Trudno mi opisać, co było potem. Wszystkie swoje robótki Basia chowała wysoko przede mną, ale po tym incydencie, zawsze już traktowała moje prośby poważnie. Nigdy już nie odmawiała mi odpowiedzi czy pomocy. Wyjęła szydełko, dała mi zwykłe nici i pokazała jak zrobić łańcuszek a potem słupki. Ależ to była radocha dla mnie. Ja też już nigdy jej niczego nie zepsułam a sama nabierałam wprawy w robótkach ręcznych. Robiłam dla lalki czapeczkę, buciki i wszystkie inne ubranka.

Wszyscy, całe moje rodzeństwo, mieliśmy dar prac manualnych, których nie miał w nas, kto rozwijać ani pielęgnować. Byliśmy skazani na siebie i podglądanie świata. Tak nauczyliśmy się właściwie wszystkiego, bo dla nas wszystkie szkoły i możliwość uczenia się zawodu pozamykała wojna.

1.10. Heniek

Brat starszy o cztery lata był bardzo ruchliwy, żywotny, ciekawy świata. Mówiło się o nim, że wszędzie jest go było pełno. Ciągle wymyślał coś nowego i zbierał wszystko, co znalazł, zobaczył i uznał, że może się do czegoś przydać. Nie raz dostał od mamusi burę i pamiętam, jak raz bardzo go skrzyczała mówiąc do niego: „Znowu miałeś klejące ręce!”. Nie rozumiałam wtedy, że Mamusia jest zła, że przywłaszcza sobie nie swoje rzeczy. Nie był ani złym bratem ani człowiekiem, ale przez to, że był żywy i wszyscy go znali zdarzało się, że posądzali go o różne przewinienia, choć często niesłusznie. Mamusia kazała mu wtedy przez parę godzin klęczeć w kącie. Ja mu oczywiście towarzyszyłam. Pewnego razu, po przyjściu z podwórka zobaczyłam, że Heniek klęczy na grochu owiniętym w szmatę. Strasznie mi go było żal. Uklękłam obok niego. Jedno kolano na grochu było jego a drugie moje. Tak nas zastała mama. Rozśmieszyło ją to i zwolniła nas oboje. Od tej pory już nie pamiętam, aby mama stosowała w domu kary. Myślę, że trochę uratowałam Heńka od takiego traktowania, jak gdyby zawsze miał być kozłem ofiarnym.

Heniek bardzo chciał mieć łyżwy. Wziął dwa drewienka o długości swojej stopy. Strugał je i wygładzał kilka dni. Gwoździkami wywiercił dziury, żeby przeciągnąć tamtędy sznurek, który trzeba było przywiązać do stopy i pięty butów. Wcześniej zdobyty drut przymocował do wyszlifowanych drewienek, umieszczając go w rowkach od spodu. Zrobił te łyżwy zupełnie sam zaczynając od zebrania potrzebnych mu przedmiotów. Łyżwy, które budziły podziw wszystkich, przymocowane do butów pozwoliły mu na jazdę na pobliskich akwenach. Wszyscy chwalili go za sposób myślenia, zaplanowania i „wyprodukowania” łyżew. Od tej pory Heńka zaczęto bardziej cenić. Nikt już tak łatwo go nie oskarżał a po tym wydarzeniu otrzymał przydomek „Gałka- Majsterkowicz”. Ja przy nim zostałam nazwana „Mała Gałeczka” – to skrót od nazwiska Gałczyńska.


część II
W  CZASIE  WOJNY

2.1. Mała Gałeczka

Mój przydomek usłyszałam zawsze w sklepie do którego byłam wysyłana. Polskie sklepy prowadziły sprzedaż tylko za gotówkę. Żydzi mieli większe zaufanie do kupujących. Udzielali tzw. kredytu. Od pokoleń mieli wpajaną żyłkę kupiecko-handlową. Prawie w każdym domu prywatnym można było coś nabyć. Byli cierpliwi i nie bali się opóźnionego terminu zapłaty. Nie słychać było, żeby zostali przez kogoś zawiedzeni, oszukani czy wykorzystani. Prowadzili sobie zeszyty kredytowe, na podstawie których można było się zorientować o zaległych kwotach i regulować sukcesywnie według swoich możliwości. Za każdym razem, kiedy wysłana po zakupy przez mamę do sklepu żydowskiego, byłam tam mile widziana. Z drugiego pokoju, gdy padało „Kto przyszedł?” sprzedawca odpowiadał „Mała Gałeczka”. Wtedy z oddali rozlegał się głos - zezwolenie wypowiedziane w dwóch słowach: „Zapisz i wydaj”. Tak też wartość wpisana do książki kredytowej była regulowana przez mamę miesięcznie po otrzymanych wypłatach tatusia i braci.

Jak już wspomniałam brat Bolesław pracował w fabryce, tzw. „gipsowni” (w tym czasie „gipsownia” miała siedzibę przy Czarnej Drodze - przyp. red.), a brat Teofil, młodszy od Bolesława o 2 lata, pracował jako uczeń w elektrowni. Po zdobyciu zawodu został przydzielony do pracy w terenie na inkasenta i zarazem przyjmowania zgłoszeń do zainstalowania elektryczności w poszczególnych zabudowaniach zarówno w mieście jak i w okolicznych wsiach. Przez to dla nas w domu był „ważną szychą”.

2.2. Święta

W naszym mieszkaniu była już instalacja elektryczna. Przewody nie były ukryte podtynkowo tylko były prowadzone na zewnątrz i przypinane uchwytami do ścian i sufitu. Były zaizolowane. Pamiętam, kiedy w święta Bożego Narodzenia, w samą wigilię brat Tolek, ponacinał przewody w równych odstępach, potem prowadził wzdłuż do słupa elektrycznego, który stał przy ul. Klasztornej. Iskrzyło się, ale wyglądało wspaniale, kiedy łańcuch iskierek migał w naszym domu. Mamusia się bała, że to może spowodować pożar i uważała, to za bardzo lekkomyślne. Kazała zlikwidować te nacięcia.

2.3. Przez chwilę w Warszawie

W czasie wszelkich zakazów władz niemieckich, w okresie tym rozwijał się handel potajemny. Gospodarze z okolic dowozili do zaufanych domów w miasteczku wiejskie produkty. Jednym z takich miejsc był nasz dom z uwagi na dobre i życzliwe znajomości mamusi. Miejscowi kupcy jak i przyjeżdżający z innych okolic i miast byli umówieni i na drugi dzień po dostarczeniu towarów przyjeżdżali po odbiór.

Do nas dojeżdżały z Warszawy dwie Niemki i odbierały towar od mamy systematycznie, co tydzień. Miały większe możliwości, bo nie były tak bardzo ściśle kontrolowane ani w podróży ani na miejscu, po okazaniu dokumentów. Obie to były rodowite Niemki, mieszkały w Warszawie. Jedna z nich była zamężna i miała dwie córki, męża Polaka i na stałe mieszkała na Żoliborzu, jeszcze przed wybuchem wojny. Mieli duży jednorodzinny dom i pięknie utrzymany ogród. Dużo kwiatów, drzew owocowych, wszelkie jarzynki i altankę ogrodową, która otoczona była dookoła winogronem. O ogród dbał mąż gospodyni, Polak. Wspominam o tym, ponieważ w czasie lata zostałam zaproszona do nich po uprzednim zezwoleniu mamusi. Zabrała mnie jedna z tych pań do siebie do domu.

Będąc krótki czas w tej rodzinie, jako dziesięciolatka obserwowałam i analizowałam zachowania wszystkich członków tej rodziny. Każdy z nich był inny. To, co zauważyłam to, że brak tam było jedności, ciepła i miłości. Było ich tylko 4 osoby i nie mogli byli liczyć na wzajemne wsparcie. Żal mi było tylko Ireny. Była w rodzinie samotna ze swoim cierpieniem. Po powrocie do domu, zrozumiałam, jaką my, jako rodzina tworzyliśmy jedność. Zaczęłam dokładniej przyglądać się, jak wszyscy w domu troszczymy się o sobie nawzajem. Było nas 8 osób i każdy z nas interesował się życiem drugiego. Łączyły nas silne więzi rodzinne, które dziś nazwałabym prawdziwym braterstwem. Żyliśmy w ciągłym napięciu i strachu, bo aresztowania były coraz to częstsze, więc mamusia nie pozwalała nam odchodzić daleko od domu, ale ten czas ukrywania się przed gestapo wiązał nas ze sobą bardzo.

Byłam tam, w Warszawie w czasie lata jakieś 2-3 tygodnie. Nie pamiętam dokładnie, który to był rok. Pamiętam tylko, że poznałam bliżej jej rodzinę: męża i dwie córki, Irenę i Stefanię. Zarówno mąż i siostry przyjęły mnie ciepło, choć Stefania o wiele mniej serdecznie. Była bardziej zamknięta w sobie i często zamykała się w swoim pokoju. Siostry miały zupełnie różne charaktery. W Stefanii wyczuwałam niezadowolenie i egoizm. Wszyscy w rodzinie byli do tego przyzwyczajeni. Pracowała w jakimś niemieckim biurze i miała szerokie kontakty z Gestapo. Trudno było przed nią utrzymać jakieś tajemnice. W jej obecności siedziałam zawsze cicho jak mysz pod miotłą i tylko obserwowałam.

Obie siostry były już dorosłymi kobietami i miały swoje sympatie. Stefania miała narzeczonego gestapowca. W jej obecności nawet jej rodzice rozmawiając ze swoją drugą córką Ireną zachowywali dystans i dyskrecję, co musiało być bardzo trudne.

Podejrzewali, nie mając, co do tego pewności, że Stefania przyczyniła się do aresztowania Jurka, narzeczonego swojej siostry. Był żołnierzem w wojsku niemieckim, choć był Polakiem. Nie mogłam wtedy zrozumieć, że nie pomogła siostrze w jej smutku i cierpieniu, mając duże możliwości. Irena była serdeczna, zawsze uśmiechnięta, choć nie okazywała swojego cierpienia, to widać było, że cierpi.

Jurek został aresztowany i osadzony w najcięższym więzieniu, jakim wówczas w Warszawie był „Pawiak”. Jeździła do niego dwa razy w tygodniu i zabierała mnie ze sobą. Myślę, że z dzieckiem była bardziej bezpieczna. Tłumaczyła mi, że patrole niemieckie mniej kontrolują kobiety z dziećmi. Chyba obie byłyśmy narażone na aresztowanie z łapanki. Nigdy w mojej obecności nie miała z nim żadnego widzenia czy innego spotkania. Zawsze stałyśmy naprzeciw więzienia w bramie. W którymś momencie Irena przechodziła na tę stronę, po której były budynki więzienia. Wchodziłyśmy w bramę obok, w podwórko. W podwórku tym stał rząd komórek, sięgających do wysokości ok. dwóch metrów. Miały skośne daszki. Górna część tego dachu-spadu przylegała do murów więzienia. Więzienie sięgało do wysokości 4-go, lub 5 – piętra (nie pamiętam tej wysokości). Na ścianach widziałam małe, okratowane okna. Z okna najwyższego okna, widziałam, jak każda ręka Jurka wsuwa się w jedno z małych okratowanych okienek. Widziałam, jak 3 środkowe palce usiłujące zrzucić kawałek papierka obciążonego, z trudem zdobytym kawałkiem gotowanego ziemniaka. Taką „przesyłkę” często trudno było odnaleźć. Żeby nie zwracać niczyjej uwagi, nie mogłyśmy tam przebywać długo i trzeba było szybko opuszczać to podwórko. Za jakiś czas wracałyśmy i często wtedy udawało się znaleźć małe zawiniątko. Nigdy nie pytałam Ireny, za co i kiedy został aresztowany. Łapanki i aresztowania były bardzo częste i nigdy nie wiadomo było do końca, kiedy się zdarzą. O Jurku wiedziałam tylko tyle, że był Polakiem i służył w wojsku niemieckim.

Ciesząc się dobrocią i serdecznością tej rodziny, poznając jednocześnie trochę Warszawę i jej okolice, po jakim czasie musiałam wrócić do domu. W czasie pożegnania, obie z Ireną byłyśmy zapłakane. Wspomniała mi tylko, że teraz trudniej jej będzie samej kontynuować te odwiedziny pod Pawiakiem. To było zbyt niebezpieczne dla samotnej młodej kobiety z powodu częstych aresztowań i łapanek ulicznych.

Po moim powrocie, już nigdy więcej te Panie z Warszawy nie przyjechały. Podobno kontrole przyjazdów z Warszawy były zaostrzone a wrogość hitlerowców stała się jeszcze większa. Coraz częściej było słychać strzelaniny i częstsze były aresztowania na ulicach i podwórkach. Młodzież polska indywidualnie się angażowała, broniła swoich bliskich i pokrzywdzonych. Były pojedyncze przypadki, likwidowanie pojedynczych Niemców – najbardziej sadystycznych gestapowców. Likwidowano też Polaków-donosicieli, po uprzednim dokładnym sprawdzeniu ich kontaktów z Niemcami. Wywiad wśród cywilów był skrupulatny i długi, ale skuteczny. Wrzucano bomby z zapalnikiem do małych, jednoosobowych sklepów utrzymujących się z rzemiosła. Były to pojedyncze, nieliczne przypadki. Więcej takich cywilnych samosądów miało miejsce.

2.4. Aresztowania u sąsiadów

Moi starsi bracia i o 10 lat siostra Basia rzadko spali w domu, bo aresztowania gestapo stały się coraz to częstsze a oni działali w AK. Pewnego ranka, bardzo wcześnie z soboty na niedzielę zbudziły nas strzały. Usłyszeliśmy salwę z karabinów tuż obok naszego domu. Nieraz już w ten sposób likwidowano całe rodziny wywlekane z domów nad ranem w samej bieliźnie. Zerwaliśmy się z łóżek i podbiegliśmy wszyscy do okien, oprócz tatusia, bo był głuchy i nie słyszał jeszcze tych strzałów. Przez szpary w zasłonkach widzieliśmy, jak z naprzeciwka, wyprowadzają mojego kolegę zabaw. Był o jakieś dwa lata starszy ode mnie, mógł mieć wtedy jakieś 12-13 lat, choć był wysoki i dobrze zbudowany. Byłam przerażona. To był straszny widok. Ciągnęli go za ręce a on stawiał opór, wreszcie ukląkł, złożył ręce jak do modlitwy i z płaczem błagał ich o litość. Seria strzałów przeszyła go bezlitośnie. Ta scena na zawsze utkwiła mi w pamięci. Oprócz rozstrzelania, które widziałam, widziałam też, jak Niemcy wywlekają z domów inne osoby i pędzą jak bydło do swoich ciężarowych samochodów a potem do piwnicy na Gestapo.

wmG

W czasie II wojny siedziba Gestapo znajdowała się w budynku przy obecnej ul. 11 Listopada naprzeciw Liceum. Część budynku stoi do dzisiaj w stanie ruiny, po katastrofie budowlanej zaistniałej podczas remontu (fot. Google Street View, 31.07.2017r.)

Po tym zdarzeniu z rozstrzelanym kolegą przez tydzień nie wychodziłam z ciemnego kąta w domu i tylko modliłam się, żeby u nas tak nigdy się nie stało. Aresztowani tego dnia, mieli wyjątkowo dużo szczęścia, bo w kilka godzin później, tego samego dnia partyzanci odbili ich z posterunku Gestapo. My już nie mieliśmy tyle samo szczęścia co oni.

2.5. Aresztowanie Rodziców

Do naszego domu Gestapo przyszło tydzień później. Z soboty na niedzielę, z 5/6 lutego 1944r. nad ranem wkroczyło do nas Gestapo z listą w ręku. Na listach widniały nazwiska starszych braci, Bolesława i Teofila. Nie zastali ich. Byłam ja, cztery lata starsza siostra Teresa i rodzice. Kazali się ubierać wszystkim. Cały czas miałam przed oczyma ten obraz sprzed tygodnia, pamiętając bezwzględność wobec mojego kolegi. Jeden z Niemców mówił po Polsku. Kazał nam się szybko ubierać. Mamusia przekazała tatusiowi głośno, bo słabo słyszał. W pewnym momencie zapytała żandarmów, czy może pójść do ubikacji, która była w podwórku. Chyba miała zamiar uciec. Zgodzili się, ale z obstawą dwóch niemieckich żołnierzy. Jak przyszła zwróciła się do mnie i siostry, żebyśmy też poszły się załatwić. Pozwolili nam iść samym bez obstawy wojskowej. Na podwórku było dwóch gestapowców, obserwowali tylne i boczne strony budynku. Weszłyśmy obie do ubikacji. Po chwili, przez lekko uchylone drzwi wyszłyśmy jedna za drugą, kierując się na tyły ubikacji w kierunku ogrodu. Nie zauważyli nas. W płocie od ogrodu były dwie ruchome deski – takie zamaskowane wejście do ogrodu. Tam najchętniej bawiliśmy się w chowanego. Wzdłuż ogrodu były połączone ze sobą zabudowania mieszkalne. Nie było możliwości przedostania się na żadne z nich podwórko. Na samym końcu ogrodzenia była ulica Polna.

Biegłyśmy, co tchu wzdłuż tego ogrodzenia a na jego końcu, tuż przy ulicy, rozdzieliłyśmy się z siostrą. Nie wiedziałam, gdzie pobiegła siostra. Niczego nie zdążyłyśmy ze sobą uzgodnić. Obie trzęsłyśmy się ze strachu i zimna. Byłam w króciutkiej koszulce na szerokich ramiączkach, która ledwie przykrywała moją gołą pupę bez majteczek. Biegłam boso, ale nie czułam ani lodu ani śniegu. To był luty 1944. Ziemia zamarznięta, lekko pokryta śniegiem. Trudno było mi boso biec bardzo szybko. Później dowiedziałam się, ze siostrze udało się dotrzeć do znajomych, u których często bywała. Ja skradałam się najbliżej jak tylko mogłam zabudowań, żeby dotrzeć do swojego zamierzonego celu. Jeszcze było ciemno, ale nie mogłam iść ani środkiem drogi ani nowej jej brzegiem, bo w godzinach nocnych był całkowity zakaz chodzenia po mieście. Bałam się patroli niemieckich, które ciągle przechadzały się wzdłuż ulic i strzelały do każdego ruchomego punktu. Skradając się tak na pól naga i bosa dotarłam do znajomych.

To było bezdzietne małżeństwo, Helena i Mikołaj Klamkowie, mieszkający przy ul. Polnej, jakiś jeden kilometr od naszego domu. Zmarznięta, zapłakana i wystraszona zastałam tam swojego najstarszego brata Bolesława. Podziwiał moją odwagę, choć po mojej opowieści stracił nadzieję uratowania (ocalenia) rodziców. Wyskoczył z domu jak strzała, bo chciał jak najszybciej zorganizować chłopców z lasu do odbicia więźniów, tak, jak udało się to tydzień wcześniej. Oddział partyzantów szybko zebrał się i podążał w stronę siedziby gestapo. Niestety, Niemcy z tej łapanki od razu wywozili wszystkich aresztowanych prosto do więzienia w Kielcach. Nie było żadnych możliwości skontaktowania się z oddziałami stacjonującymi wzdłuż drogo prowadzącej do Kielc, aby ich włączyć do akcji.

Oboje rodzice zostali osadzeni w więzieniu w Kielcach. Dom nasz zaplombowano. Nigdy już nie było do niego wstępu. Do tej pory nie wiem, co się stało ze wszystkimi naszymi rzeczami pozostawionymi w domu. Nasza ośmioosobowa rodzina, tak silna od środka, została w jednej chwili rozbita jak bańka mydlana. Każdy z nas od tej chwili deptał sobie ścieżki przebywając zarazem krętą, długą drogę życia. Każdy stał się w ułamku sekundy kowalem swojego losu. Ukrywaliśmy się, często zmieniając miejsca. Straciliśmy ze sobą kontakt, i w większości nie wiedzieliśmy, co się z każdym z nas dzieje, nie wiedzieliśmy o sobie. Baliśmy się kontaktować ze sobą, żeby się nawzajem nie narażać. Po aresztowaniu rodziców, każdy z nas miał poczucie utraty gruntu pod nogami.

wmG
Karta z notatnika Bolesława Wyrozumskiego: Ofiary zbrodni niemieckich w mieście i powiecie jędrzejowskim w latach 1939 - 1945 (uzupełnienia autorki)

Na liście, z którą przyszli do domu gestapowcy widniał mój brat Bolesław i Teofil. W tym czasie Tolek był oddelegowany przez zakład energetyczny na Ukrainę. Na Ukrainie były silne walki i zamieszki, o czym jeszcze w Jędrzejowie wtedy nie wiedziano. Tolek był tam napadnięty i wrócił ranny z obandażowaną głową. Życie uratował tylko dzięki temu, ze w porę udało mu się uciec. Na Ukrainie nie znał nikogo. Był sam, obcy na obcym terenie. Opuścił stanowisko pracy i wracał do domu, którego już nie zastał. Ta wiadomość była dla niego szokująca. Prosto spod domu poszedł do oddziału partyzantów nie powiadamiając nawet swojej firmy.

W trzynaście dni po aresztowaniu, dokładnie 19 lutego 1944r. tatusia rozstrzelano. Wtedy nie wiedzieliśmy gdzie, tylko, że gdzieś pod lasem w okolicy Kielc. Jak się później okazało, było to miejsce częstych egzekucji na okolicznej ludności, którą aresztowano w łapankach. Wiem z późniejszej relacji brata, że zmuszono jednego z gospodarzy zamieszkałego w pobliżu, do wykopania dołu zbiorowego. Gospodarz nie miał wyboru, tylko dozorowany przez Niemców kopał. Znudzeni oczekiwaniem zanim gospodarz skończy zakopywać zwłoki, Niemcy odjechali. Jedyne, co gospodarz, szlachetny skądinąd człowiek mógł zrobić, to szczegółowo opisać każdego zakopywanego człowieka, łącznie z opisem szczegółów garderoby, jaką mieli na sobie. Każdemu z osobna wykopał grób i zrobił pochówek zaznaczając gałązkami każdego z osobna. Liczył na to, że po zakończeniu wojny ktoś z bliskich będzie szukał. I tak się stało. Jeszcze w 1945 roku, tuż po wyzwoleniu bracia i inni ich koledzy szukali zwłok, dokonali ekshumacji i przenieśli zwłoki na cmentarz przy Klasztorze w Jędrzejowie. Są tam cztery groby aresztowanych 6 lutego 1944 roku osób, razem z tatusiem. Groby te stały się grobami otoczonymi pamięcią harcerzy…. Mamusię wywieziono do obozu koncentracyjnego na teren Niemiec. Dopiero od 2013 roku wiem, że to był obóz Ravensbrück.

Mamusia była w więzieniu w Kielcach przez kilka tygodni. Jeździłam do niej 2 razy w tygodniu a potem, nagle ślad po niej przepadł. W pewną niedzielę, w czasie mszy, ksiądz na ambonie ogłosił komunikat: „Otrzymano krótki list od matki do dzieci z obozu niemieckiego z Meklemburgii. Zainteresowani są proszeni o przyjście i rozpoznanie charakteru pisma”. Najstarszy brat Bolesław rozpoznał pismo naszej mamusi. Był to jej ślad życia. Wiadomość ta dała nam nadzieję, na jej powrót.

wmG
Helena i Mikołaj Klamkowie (Świdnica)

2.6. Helena i Mikołaj Klamkowie

Ja, uciekając w dzień aresztowania do młodego, bezdzietnego małżeństwa, zapewniłam sobie bezpieczne schronienie na czas wojny. Pozwolili mi oboje postać u siebie i mówić do siebie ciociu i wujku. Byli bardzo dobrzy i wyrozumiali. Od swoich znajomych pożyczyli dla mnie skromne ubranie.

Wujek Mikołaj/Mieczysław był rodzonym bratem naszego sąsiada, Jasia Klamki. Jan Klamka był dorożkarzem, podobnie jak jego brat Stefan. Obaj byli żonaci i bezdzietni. Tylko czwarty z braci, Tadeusz, miał swoje dzieci i mieszkał przy ulicy św. Barbary. Była to ulica równoległa do Klasztornej. Tadeusz pozostał tam z rodzicami na małym gospodarstwie. Mikołaj (Mieciu), bardzo często odwiedzał brata Jana, naszego sąsiada a przy okazji przychodził do tatusia. Często siedzieli wtedy przy stole dostawionym do okna i obserwowali ulicę, ale w taki sposób, aby z zewnątrz być niewidocznym. Grali przy tym w karty. Wtedy, jako dziecko nie rozumiałam, że ta niewinna gra w karty jest częścią pracy konspiracyjnej i służy informowaniu partyzantów o tym, co dzieje się w mieście a możliwe było do zaobserwowania z okien naszego mieszkania. Mikołaj Klamka grał ze mną w warcaby, nauczył mnie grać w „oczko” i dzięki niemu poznałam inne, proste gry w karty. Bardzo lubiłam z nim grać, bo w tym czasie nie pozwalano mi wychodzić z domu z powodu łapanek i aresztowań, więc tymi grami wypełniałam sobie czas.

Żona Mikołaja, Helena Klamka, pracowała w starostwie w Jędrzejowie. Sama regulowała sobie godziny pracy, były to więc różne godziny. Sama była sierotą, więc rozumiała moją sytuację po aresztowaniu rodziców. Była dla mnie oddana i serdeczna. Urodziła się w Niemczech. Potem wróciła z siostrą i rodzicami do woj. poznańskiego. Tam też pracowała. Jeszcze przed wojną została skierowana do pracy do Jędrzejowa. Poznała Mikołaja Klamkę i pobrali się. Zamieszkali przy ulicy Polnej. Znając bardzo dobrze język niemiecki pomagała wielu Polakom załatwiać sprawy urzędowe w starostwie a nawet w Gestapo. Oprócz pracy w starostwie utrzymywała kontakty z okolicznymi gospodarzami. Często jeździła kolejką wąskotorową w kierunku Pińczowa. W ustalonych terminach przywoziła z stamtąd żywność w tym różne wiejskie wyroby. Część sprzedawała a część przeznaczała dla rodziny męża (trzech braci z rodzinami). Regularnie zawoziła część towaru do krewnych do Krakowa. Tam też miała odbiorców tytoniu uprawianego po kryjomu w okolicach Jędrzejowa. Tytoń był wtedy bardzo cennym surowcem, choć groziła za niego kara śmierci. W czasie kontroli dokumentów, Helena rozmawiała swobodnie po niemiecku, więc nie była sprawdzana tak, jak inni podróżni. Bliżej też znała jednego z oficerów Wermachtu. Odbierał od niej świeże dostawy nabiału. Był dobrym i życzliwym człowiekiem i potrafił to okazać. Przynosił też informacje na temat planów Gestapo. Często potrafił uprzedzić, kiedy i gdzie będą aresztowania i uliczne łapanki. Znał też terminy wyjazdów Cioci do Krakowa.

wmG
Jan Klamka na swojej dorożce
z ulicy 11 Listopada skręca w ul. Prostą (obecnie Kwarty)

Pewnego dnia przyszedł wcześnie rano z wiadomością, żeby wstrzymać wyjazd wujka po towar, bo na trasie kolejki wąskotorowej były planowane aresztowania. Przyszedł jednak za późno. Tego dnia wujek wyjechał bardzo wcześnie rano. Nie dojechał do celu, bo właśnie został aresztowany. Ciocia tego dnia była umówiona w Krakowie, gdzie miała zawieźć tytoń. Za tytoń miała otrzymać pieniądze, które już za niego zapłaciła wcześniej, a które teraz potrzebowała na wykupienie wujka. Nie mogła jednak pojechać z tytoniem, tylko musiała ratować wujka. Ten żołnierz wermachtu zaoferował jej pożyczkę kwoty, jaką posiadał. Obawiała się, że nie jest to jednak wystarczająca kwota. Zmartwiona, nie mając pewności powodzenia wykupu, pojechała po niego tak szybko jak tylko to było możliwe. Jeszcze tego samego dnia wieczorem powrócili razem. Tylko, że mnie w domu nie zastali. Zmartwili się, bo zupełnie nie wiedzieli, co się ze mną stało i gdzie mnie szukać. Wieczorem też przyszedł żołnierz niemiecki zapytać, czy wszystko się udało. Wtedy dowiedział się, że ja zniknęłam z domu. Zauważyli też, że oprócz mnie, nie ma też w domu przygotowanego na sprzedaż tytoniu.

Kiedy ciocia pojechała po wujka ja (miałam wtedy 11 lat), pomyślałam, że muszę jej jakoś pomóc. Wiedziałam ile kosztuje bilet do Krakowa, bo wcześniej może dwa a może trzy razy byłam z nią tam. Zapamiętałam również miejsce zamieszkania tego odbiorcy w Krakowie. Nie znałam ani nazwy ulicy, ani numeru domu pamiętałam tylko, jak to miejsce wygląda i że jest w pobliżu torów kolejowych i dworca.

2.7. Sama do Krakowa…

Zabrałam metalowe wiaderko, podobne do takich po marmoladzie. Średnica ok. 25 cm wysokość ok. 30 cm szczelnie zamykane pokrywą. Ubity tytoń mógł ważyć ok. 2-2,5 kg. Wiedziałam, ile pieniędzy jest wart i ile powinnam otrzymać. Już na peronie w Jędrzejowie obok kolejarza stał żołnierz niemiecki i zapytali mnie, po co jadę. Trzęsłam się ze strachu, ale i tak nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji, jakie mogą mnie spotkać. Dziś wiem, że mogłam być na miejscu rozstrzelana. Skłamałam, że jadę do chorej mamusi i przepuścili mnie. W pociągu od razu wdrapałam się na górną półkę. Pudełko przykryłam kurtką. Położyłam się a pudełko włożyłam pod głowę. W czasie kontroli udawałam, że śpię i dali mi spokój. Tak dojechałam do Krakowa. Jedynym problemem było to, że nie mogę iść od razu ze wszystkimi, tylko muszę się ukryć na peronie i poczekać aż się lekko ściemni, żeby niepostrzeżenie przejść po torach na drugą stronę dworca. Pamiętałam, że po przeciwnej stronie wejścia głównego na dworzec, wzdłuż torów była ulica, która mnie już doprowadzi do celu.

Wysiadłam, ale wcale nie szłam ze wszystkimi pasażerami do wyjścia. Ukryłam się w zagłębieniu jednych drzwi, które były zamknięte. Kiedy już nikogo nie było i pociąg odjechał miałam już wolną przestrzeń przed sobą. Było tam jedno przejścia, wąska ścieżka przeznaczona dla służby kolejowej. Poszłam w jej kierunku. Idąc przypominałam sobie wszystkie szczegóły tej drogi, którą pamiętałam, kiedy byłam tu z ciocią. Tak jak przewidziałam, dotarłam na miejsce. Ludzie, którzy mnie też pamiętali zapytali, dlaczego jestem sama. Wszystko im opowiedziałam. Zaskoczeni, nie mogli uwierzyć w moją odwagę. Nakarmili mnie a potem właścicielka tego domu poszła ze mną na stację już zwykła drogą. Poczekała też, aż wsiądę do właściwego pociągu. Tak dojechałam do Jędrzejowa. Na miejscu nie było mi jednak wesoło. Już się zaczęła godzina policyjna, bo była prawie północ. Przez chwilę zastanawiałam się, którą drogą kierować się do domu, do cioci i wujka na ulicę Polną. Postanowiłam pójść skrótem – na ukos, między zabudowaniami, koło Fabryki Gipsu dotarłam do stacji kolejki wąskotorowej. Od niej miała już „Czarną drogę” prowadzącą do ul. Klasztornej. Znałam ją bardzo dobrze. Kiedy doszłam na tyły byłego, „naszego domu” skręciłam w ul. Polną. Wtedy usłyszałam dość głośną rozmowę patrolu niemieckiego. Struchlałam na ułamek sekundy. Pomyślałam, że dobrze, że dopiero tu ich słyszę, bo wcześniej nie byłoby się gdzie schować a tu przynajmniej było takie zagłębienie między rządkami ziemniaków i nakryłam się zielonymi łętami. Trzej żandarmi przeszli niedaleko mnie, ale mnie nie zauważyli. Nie uszłam jednak daleko bo znowu usłyszałam rozmowę w języku niemieckim, który sam w sobie budził moje przerażenie. Mijałam już pierwsze zabudowania, ale celowo wybierałam drogę między grządkami, bo tam było ciemniej i trudniej było mnie zobaczyć.

Do posesji cioci u wujka podeszłam od tyłu domu, bo bałam się wchodzić od samej ulicy, jak budynek był usytuowany. Tylko okno było od podwórka. Choć zaciemnione, to przebijało przez niego światło. Trochę mnie to zdziwiło, ale i ucieszyło, że nie śpią. Zapukałam cichutko w szybę. Odsunął się brzeżek zasłony a Ciocia krzyknęła z radości widząc mnie. Był z nim ten zaprzyjaźniony oficer niemiecki. Wyszedł i ubezpieczał mnie, kiedy wchodziłam do domu. Płacz i radość Cioci była nie do opisania. Zdałam relację z całej wyprawy. Przekazałam przywiezione pieniądze i przeprosiłam, że tyle strachu i kłopotu im sprawiłam. Ciocia opowiedziała mi, w jaki sposób udało jej się dotrzeć z wujkiem do domu. Żołnierz pożegnał się a my wszyscy prawie nad ranem zasnęliśmy.

2.8. Schowałam brata broń

Parę dni później, w godzinach popołudniowych, kiedy byłam sama w mieszkaniu zjawił się mój brat Tolek. Przyszedł z lasu. Był bardzo zmęczony. Chciał się przespać. Zapytał, czy może się położyć w moim łóżku. Powiedziałam mu, że moje łóżko jest na dole w szafie. Uśmiechnął się a ja pokazałam mu jedno z dwóch łóżek cioci i wujka. Zasnął natychmiast. Ubranie zostawił porozrzucane a na wierzchu, na nim zostawił krótką broń. Zaczęłam myśleć, co mam z nią zrobić. Przecież w każdej chwili może ktoś przyjść np. ten żołnierz wermachtu. Nie zastanawiając się długo ukryłam broń w małym worku wypełnionym mąką. Kiedy się obudził, dowiedział się, jaka byłam ostrożna ale to wpędziło go w rozpacz. Każdą część musiał długo i precyzyjnie czyścić. Była to dla niego nauczka na prawidłowe zabezpieczenie i chowanie gdzie należy. Oczywiście wybaczył mi, bo wiedział, że nie zrobiłam tego złośliwie a tylko z braku wiedzy. Dla mnie najbardziej liczyło się nasze bezpieczeństwo.

wmG
I Komunia Św.
Zuzia Gałczyńska i jej opiekunka-ciocia Helena Klamka

W czasie pobytu u moich przybranych opiekunów, Ciocia, która była wierząca zadbała też o ukończenie mojej nauki religii i przyjęcia przeze mnie Komunii św. Naukę religii rozpoczęłam jeszcze przed aresztowaniem rodziców. Do pierwszej komunii przystąpiłam w 1945r. Wszystko, w co byłam ubrana, miałam pożyczone. Wtedy nie można było kupić nic. O wszystko zadbała ciocia. Byłam bardzo wdzięczna Cioci i uszczęśliwiona.

2.9. Do więzienia w Kielcach

Już w pierwszych dniach, kiedy po aresztowaniu rodziców zamieszkałam u cioci i wujka, ciocia organizowała dwa razy w tygodniu moje wyjazdy do więzienia w Kielcach, gdzie osadzeni byli moi rodzice. Zarówno bracia jak i moi przybrani opiekunowie uważali, że bezpieczniej jest dziecku tam jeździć niż osobie dorosłej. Poza tym, choć miałam 11 lat wyglądałam na młodszą i kiedy kontrola, która była zawsze przy wejściu na peron, pytała mnie o kenkartę mówiłam, że mam dopiero 9 lat. Kenkarta była obowiązkowa od lat 10. Nie miałam tego dowodu tożsamości, bo próba jego wyrobienia groziła mi śmiercią. Uciekłam w dniu aresztowania i teraz musiałam ukrywać swoje prawdziwe nazwisko.

W każdy wtorek wiozłam rodzicom do więzienia paczkę żywnościową a w każdy piątek, czystą bieliznę. Każdy wyjazd to był dla mnie strach i stres. Nigdy nie zobaczyłam się z rodzicami. Pamiętam, że żeby dojść od pociągu do więzienia szło się pod górkę. Po drodze wstępowałam do klasztoru, gdzie siostry nas częstowały ciepłym posiłkiem. Pod więzieniem było zawsze bardzo dużo osób. Przeważnie starsi. Ja plątałam się między nimi i czekałam na swoją kolej, aby podać paczkę. Początkowo wartownicy pytali mnie, kto jest moim opiekunem. Odpowiadałam, że jestem sama bo moi rodzice tak mamusia jak i tatuś są tutaj, w więzieniu. Czułam przychylność tych ludzi, zarówno osób, które stały razem ze mną jak i obsługi więziennej.

Pewnego razu, podszedł do mnie jeden z wartowników i zapytał, do kogo tak często przychodzę. Mówił po polsku. Oznajmiłam mu, ze do mamusi i tatusia. Zapytał mnie ponownie, a z kim wolałabym się zobaczyć. Powiedziałam, że z mamą, bo tatuś nie słyszy. Obiecał mi, że postara się czegoś dowiedzieć, i jeśli się uda, to załatwi mi widzenie. Powróciłam do domu z wielką nadzieją. Nie mogłam się doczekać następnego wyjazdu. Przy ponownym spotkaniu, oznajmił mi, że z więźniami politycznymi, jak zakwalifikowani są moi rodzice, widzenie jest zabronione. Mogłabym wynieść jakieś informacje, które zaszkodziłyby prowadzonemu śledztwu.

Po jakimś czasie, nie przyjęli ode mnie paczki dla tatusia. Dowiedziałam się wtedy, że już go nie ma w więzieniu. Przyjechałam do domu z płaczem i przekazałam tę przykrą wiadomość. Po kilku dniach na jędrzejowskim rynku zawisła klepsydra, lista rozstrzelanych osób. Na niej widniało imię i nazwisko naszego tatusia. Wszyscy z listy wywiezieni gdzieś pod Kielce i rozstrzelani w lesie. Bracia dowiedzieli się dopiero po wojnie, gdzie rozstrzelano wszystkich.

Miesiąc później przyjechałam znowu z płaczem, bo nie przyjęto paczki dla mamusi. Nie wiedzieliśmy o niej nic. Ślad zaginął, aż do pamiętnego listu, odczytanego przez księdza w czasie mszy. Jednak od tego 1944 roku aż do 2013r., przez 69 lat nie wiedziałam, gdzie prochy mojej mamusi zostały pogrzebane.

2.10. I przyszło wyzwolenie…

Nadeszło wyzwolenie spod jarzma hitlerowskiego. Najstarsza moja siostra Helena, będąca już wtedy mężatką mieszkała w Sosnowcu. Miała dwoje małych dzieci, Waldka i Ewę, które wychowywała przez całą wojnę sama. Mąż był powołany do wojska i nie było wiadomo czy wróci, a jeżeli tak, to nie wiadomo kiedy. Każdy dzień był wyczekiwaniem w niepokoju. Jako najstarsza z rodzeństwa poczuwała się w obowiązku przejąć nade mną opiekę. Zaraz po otwarciu granicy między Generalna Gubernią a Zagłębiem, mogła przyjechać do Jędrzejowa. Ku jej wielkiemu zdziwieniu, nie zastała już swojego domu rodzinnego a my, całe rodzeństwo byliśmy rozdzieleni. Każdy z nas miał schronienie u dobrych ludzi. Ja byłam u Klamków, bezdzietnego małżeństwa, o czym pisałam wcześniej. Po rozmowie z moimi przybranymi opiekunami w najlepszej wierze, podziękowała im za opiekę nade mną i zabrała mnie do siebie. Wszędzie otwierano wtedy szkoły. Ja miałam już 12 lat i skromny zakres wiedzy, ale zakwalifikowano mnie do piątej klasy. Nie umiałam nic oprócz składania liter i alfabetu. Było mi bardzo ciężko zaaklimatyzować się w szkole, a co gorsza zapamiętywać zakres wymaganych wiadomości, jaki obowiązywał.

Dla siostry Heleny, był to też bardzo trudny czas. Choć serdeczna, ale bez stałego zatrudnienia nie była w stanie wyżywić trójki dzieci. Chodziłam do szkoły zawsze głodna, ale z radością, pomimo trudności, jakie tam pokonywałam. Oprócz chęci uczenia się odkryłam, że w szkole mogę znaleźć coś, co pomaga mojej siostrze wykarmić nas. Na przerwach wszystkie dzieci miały kanapki, których nie dojadały. Zostawiały je pod blatem ławek. Ja przyglądałam się im dyskretnie i tylko w duchu prosiłam, aby ich nie wyrzucały do kosza. Zaraz po lekcjach nigdy nie wychodziłam od razu z klasy, tylko czekałam, aż wszyscy wyjdą. Kiedy już zostawałam sama mogłam spokojnie obejść wszystkie ławki. Zbierałam w tajemnicy przed koleżankami z klasy, żeby uniknąć pośmiewiska. Zawsze znalazłaby się przynajmniej jedna osoba, która nie znając głodu szydziłaby i nie żałowałaby swoich złośliwości. Zbierałam te wszystkie niedojedzone kanapki i skórki od chleba. Czasem trafiła się nienaruszona kanapka. To był prawdziwy luksus. Choć sama byłam bardzo głodna, nigdy nie zjadłam nic tylko przynosiłam do domu i pozostawiałam do podziału przez siostrę. Tak miałam wpojone przez mamę. Kiedy przyniosłam te niedojedzone kanapki pierwszy raz, to siostra ze łzami w oczach dziękowała mi, nie dowierzając, ze może swojej pięcioletniej córeczce i synkowi podać choć skromny, to wymarzony posiłek.

Któregoś dnia siostra napisała prośbę do Czerwonego Krzyża przy mojej szkole z prośbą o zapomogę dla mnie jako swojej siostry i sieroty po utracie obojga rodziców. Czerwony Krzyż przekazał jej pierzynkę do przykrycia dzieci i kupon materiału na garsonkę szkolną.

wmG
Teofil Gałczyński ps. Jaksa

W połowie roku szkolnego zostałam zabrana od siostry przez brata Teofila. Jako pierwszy po wojnie ożenił się. Znał sytuację siostry i wiedział, że nie ma czym nas karmić. W porozumieniu ze swoją żoną, zabrał mnie do siebie. Wtedy mieszkali w Sędziszowie. W połowie roku szkolnego zostałam przyjęta do Szkoły Podstawowej w Sędziszowie. W krótkim czasie brat został przeniesiony służbowo do Wodzisławia, małej miejscowości na trasie Jędrzejów Kraków. Następny rok szkolny byłam już w nowej szkole. Wędrowałam od jednej rodziny do drugiej i podobnie było ze szkołami. Wszędzie poznawałam nowych znajomych i nowych nauczycieli. Choć nie umiałam wiele, ale przechodziłam z klasy do klasy i nie pozostawałam w tyle tylko pokonywałam wszelkie trudności.

W międzyczasie brat miał już dwuletniego synka, Jurka. Sam pracował w elektrowni jako inkasent więc dużo przebywał w terenie. Bywało, że wracał do domu po dwóch lub trzech dniach. Moja bratowa dom była bardzo wygodna i często udawała przemęczenie. Wszelką opiekę nad dzieckiem powierzała mnie. Oprócz opieki nad Jurkiem wymagała ode mnie pracy w kuchni. Robiłam wszystko, co należy do obowiązków młodej pani domu. Jurek był tak przyzwyczajony do mnie, że nie odstępował mnie na krok. Szkoła była z tyłu naszego domu a dojście do niej było bezpieczne. Kiedy ja byłam w szkole, Jurek sam wychodził z domu i przychodził do mojej szkoły. Siadał na kamiennych schodkach i czekał na mnie przy wyjściu. Jego matka widząc przez okno, że siedzi pozostawiała go bez opieki. Nauczyciele widząc to, często pozwalali mi odprowadzić Jurka do domu w czasie lekcji. Dzieci wtedy wyśmiewały się ze mnie. Pytały, czy to moje i że tak wcześnie się o nie postarałam. Dla mnie to było bardzo przykre i niegrzeczne.

W niedługim czasie bratowa urodziła córeczkę, którą znowu niezbyt się opiekowała. Wstawałam w nocy i przewijałam ją bo bratowej jej płacz nie przeszkadzał. W ten sposób przybyło mi obowiązków. Gotowałam, sprzątałam, karmiłam, przewijałam i kąpałam niemowlę od pierwszego dnia jej życia. Bratowa nic przy dziecku nie umiała zrobić. Nie wiem, czy to apatia okołoporodowa czy po prostu lenistwo. W każdym razie mało czasu zostawało mi na uczenie się i przygotowanie do szkoły.

Przez cały ten czas utrzymywałam kontakt z moimi przybranymi opiekunami z czasu wojny, Heleną i Mikołajem Klamką. Często pisałam do nich. Oni po wyzwoleniu osiedlili się w Świdnicy, koło Wrocławia. Kiedy skończyłam 7 klasę zostałam przez nich zaproszona na wakacje. Dostałam pozwolenie od brata. Opowiedziałam mojemu przybranemu wujostwu o moich wędrówkach i obowiązkach w domu brata. Ciocia też była sierotą i rozumiała moją sytuację.

Zaproponowała mi, że w każdej chwili mogę przyjechać do nich i ukończyć szkołę w Świdnicy. Byłam im bardzo wdzięczna, ale chciałam znać stanowisko i decyzję brata. Brat jednak nie zgodził się na to. Tęskniłam za wujostwem i obiecałam sobie, że kiedyś do nich pojadę muszę tylko cierpliwie czekać.

Ósma klasa wymagała większego zaangażowania się w naukę. W domu bratowa o nic nie dbała. Ani o dzieci, ani o dom. Ja nie dawałam rady ogarnąć wszystkiego, czego ode mnie oczekiwano. Pewnego dnia, po powrocie mojego brata z terenu usłyszałam rozmowę, w której bratowa opowiadała bratu o mnie same kłamstwa. Mówiła między innymi, że wszystko w domu musi robić sama a ja jej w niczym nie pomagam. Brat w rozmowie ze mną był bardzo surowy. Uwierzył we wszystko, co powiedziała bratowa. Nie wysłuchał mnie i uderzył mnie w twarz. Rozpłakałam się, bo nie mogłam uwierzyć, że tak łatwo uwierzył w te kłamstwa żony.

Kiedy byłam w Świdnicy, otrzymałam od wujostwa pieniądze na powrót do domu jak i na przybory szkolne. Po konflikcie z bratem spakowałam swój skromny bagaż i okazją (autostopem) dojechałam do Jędrzejowa. Potem poszłam prosto na dworzec i pojechałam do Świdnicy. Wujostwo przyjęło mnie serdecznie choć trochę ich zaskoczyłam. W Świdnicy zgłosiłam się do Szkoły Ogólnokształcącej dla Pracujących. Miałam już świadectwo ukończenia klasy ósmej i zaświadczenie z zakładu pracy. Zaraz po przyjeździe poszukałam pracy, aby nie obciążać finansowo wujostwa. Zostałam przyjęta do pracy w charakterze referenta Powiatowej Komisji Planowania Gospodarczego przy Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Świdnicy. Praca była w terenie i brakowało mi czasu na naukę. Nauczyłam się jednak pracy biurowej.

W krótkim czasie zmieniłam pracę na bibliotekarkę w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Potem zatrudniłam się w Spółdzielni Budowlanej „Instalator”. Tu poznałam swojego przyszłego męża…

Zuzanna Osiak z d. Gałczyńska
adres do korespondencji:  Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.