Wierna służba (fragmenty)

(wydanie z 1927 roku)

Wierna służba

Przed frontem strzelców

Zofja Zawiszanka - kartki z pamiętnika

Byłam pierwszą wywiadowczynią Kadrówki...
Późnym wieczorem w Słomnikach dnia 6 sierpnia odebrałam rozkazy od por. Świętopełka. Nazajutrz zerwałam się już o 2-ej nad ranem, gdyż chodziło o to, by uprzedzić wymarsz Kadrówki. Pośpiech mój stał się większy jeszcze, gdy ostrzeżono mnie, że jakoby pod klasztorem w Jędrzejowie przygotowywali Moskale zasadzkę. Miałam zbadać tam stan rzeczy i przesłać zaraz raport tak, aby zdążył być przed północą w Miechowie. Jechałam razem z ob. Sępem, który miał przewieźć ów raport. Na szczęście konie były dobre, chcąc zaś uniknąć „wsypy” ze strony furmana, powoziliśmy na zmianę sami.

Uniknąwszy szczęśliwie spotkania z uciekającymi Moskalami, stanęliśmy w Jędrzejowie o zachodzie słońca.
Zasadzki tu żadnej nie było: Wojsko wymaszerowało już od kilku dni. Komisja mobilizacyjna uciekła w popłochu, posłyszawszy o zjawieniu się strzelców. Z takim meldunkiem ob. Sęp pojechał do Miechowa, a ja nazajutrz po południu widziałam w Jędrzejowie kawalerję Beliny: Dziesięciu śmiałków, których wywiad wojskowy zahaczał się chwilami o mój cywilny, stwarzając śliczne, radosne niespodzianki ciągłych spotkań... Tym razem nie brakło i momentu dramatycznego: Podczas obiadu zaalarmowała nas straż ogniowa wiadomością, że cały wagon piechoty rosyjskiej przybył na stację. W pięć minut potem nasi ułani gnali już naprzeciw niebezpieczeństwu. Lecz w owym wagonie było tylko kilku żandarmów, którzy wycofali się szybko na widok zbliżających się beliniaków.

Odebrawszy przez Belinę rozkaz dotarcia do Chęcin, stanęłam tam późnym wieczorem w towarzystwie kol. Szarej, którą do mnie skierowano z Miechowa.

Dom p.p. Hemplów, rodziców naszych kolegów, drużyniaków - w którym nocowałyśmy obie, stał się punktem węzłowym naszej pracy, tu zbierano wieści o nieprzyjacielu i odsyłano je dokąd należało.
Nazajutrz musiałam odwieźć raport do Jędrzejowa, dlatego też dopiero 9.VIII stanęłam w Kielcach, gdzie już natknęłam się na Moskali. Była to tylko żandarmerja i trochę straży ziemskiej: Piechota i władze cywilne opuściły już były miasto. Przenocowawszy u Wandy Filipkowskiej, ruszyłam z nią razem do Suchedniowa. Tam również wojska już nie zastałyśmy, mówiono tylko, że przewidziane są jakieś jego większe transporty do Kielc. Z tą alarmującą nowiną Wanda wyjechała pośpiesznie.

Ja musiałam pozostać celem założenia stacji wywiadowczej u kol. Nusi Jeziorkowskiej; starałyśmy się poza tem porozumieć z tutejszem kółkiem młodzieży, co nam się tylko częściowo udało. Z powodu wielkich trudności w najęciu koni straciłam mnóstwo czasu i dopiero 11 sierpnia obie z Nusią pojechałyśmy do Kielc.

Kielce były wtedy, jakby neutralnym terenem dla oddziałków obu kawaleryj. Do walk tu jeszcze nie przychodziło. W braku wszelkiej władzy wszystko trzymało się wspomnieniem dawnego porządku rzeczy.

Wkraczających nazajutrz strzelców przyjęło miasto obojętnie, w tępem milczeniu; także biernie odniosło się do potyczki, stoczonej tegoż dnia w jego murach. Przez trzy dni, w czasie ponownego panowania Moskali w Kielcach, musiałam według rozkazu Świętopełka pozostać na miejscu; zdana na fałszywe wieści puszczane przez Rosjan, zadręczałam się myślą, że może nasi wybici są co do jednego.

Po wyparciu Moskali, pojechałam zaraz do Chęcin i tam dowiedziałam się z radością, że straty strzelców są prawie żadne i że komenda nasza znajduje się w obozie, w pobliskiej wsi Korzecku.

 

Na etapie w Jędrzejowie

Hanna Stefanja Kudelska

W drugiej połowie sierpnia 1914 r. otrzymałam rozkaz, by udać się do Komendy etapu legjonowego w Jędrzejowie, celem objęcia tam gospodarki żywnościowej, a właściwie w celu pokierowania kuchniami żołnierskiemi. Na etapie tym znajdowała się naówczas dość znaczna liczba legjonistów; byli to przeważnie świeżo przyjęci ochotnicy ziemi kieleckiej. Liczba ta ulegała dość dużym wahaniom i w niektórych dniach dochodziła do 500 i więcej ludzi.

Komisarzem cywilnym na powiat jędrzejowski był ob. Eydziatowicz, komendantem placu - ob. Protasiewicz-Suszkowski; kierownictwo intendentury etapowej było w rękach ob. Kunowskiego, nazwiska zaś jego zastępcy, oficera prowiantowego nie pamiętam, wiem tylko, że to był z zawodu artysta-malarz, który oczywiście nie znał się zupełnie na gospodarce żywnościowej. On to był moim bezpośrednim zwierzchnikiem. Nie on jeden, zresztą pełnił funkcję, zupełnie nie odpowiadającą pracy na naszym etapie, tak np. oficerem do spraw rekwizycji (choć rekwizycyj tych u nas było bardzo niewiele) był np. Jerzy Żuławski,
To wszystko zresztą były już ,,wysokie władze” miasta Jędrzejowa; my obie zaś z Hanką Rzepecką siedziałyśmy na skraju miasteczka i poza magazynami żywności i kuchniami żołnierskiemi niewiele widziałyśmy świata.
W Jędrzejowie zastałam już nieocenioną ob. Teklę Dulińską, która z całym zapałem, rozmachem i poświęceniem gospodarowała, jak mogła, gotując strawę na znaczną ilość żołnierzy w kotłach, ustawionych po prostu na podwórzu jednego z domów, t. j. piekła się nieustannie w ogniu i wędziła w dymie. Przy jej to pomocy uzyskałam niezwłocznie cały sztab pracowniczek z pośród miejscowych niewiast i wraz z niemi od razu rozpoczęłam pracę.

Kuchnie, które mi oddano do dyspozycji, mieściły się za miasteczkiem, niedaleko opactwa, przy byłej siedzibie „woinskago naczalnika”. Obecnie w tej kancelarji urzędowała Hanka w charakterze podoficera prowjantowego; w jego mieszkaniu zaś, w składach aktów mieściły się podręczne magazyny żywnościowe. Pamiętam swą radość, z jaką ściągałam z półek zakurzone pliki papieru: były to akta poborowych i rezerwistów z całego powiatu jędrzejowskiego, których Moskale nie zdążyli wywieźć. Wszystko to poszło do pieca. Wiedziałam teraz, że gdyby nawet Moskale wrócili kiedykolwiek do Jędrzejowa - to mobilizacja w tym powiecie byłaby, - jeśli nie uniemożliwiona - to przynajmniej znacznie utrudniona.

Do mojej dyspozycji i pomocy nam obydwom miałam przydzielonego podoficera i dwóch szeregowców. Dziwnym trafem, podoficer i jeden z szeregowców mieli jednakie, a bardzo poetyczne pseudonimy: Topola, jakkolwiek Topola-podoficer i z twarzy i z postawy podobny był raczej do - wielkiej rzodkiewki.

Rozpoczęłyśmy tedy pracę, Dzień roboczy zaczynałyśmy o 5-ej rano, o tej porze bowiem przywożono mięso, które trzeba było odbierać, jak również trzeba było wydać prowjant na śniadanie i obiad moim pomocnicom, kucharkom-ochotniczkom, których było przeszło 15. Zaznaczyć muszę, że wszystkie one pracowały bezinteresownie i że, pracując w kuchniach strzeleckich, narażały - w razie powrotu Moskali, co nie było przecież niemożliwością, nie tylko siebie, ale i swoją rodzinę. Nie one jedne, zresztą, stawiały swoje losy na kartę. Nie było niemal dnia, żeby z okolicy nie zjawiła się jakaś niewiasta z wozem prowjantów. Jeździły one po dworach, wsiach i miasteczkach zbierając, co się dało i jak się dało. Była to jakby wskrzeszona tradycja 1863 roku, kiedy to niewiasty z własnej inicjatywy podejmowały prowjantowanie partyj powstańczych, oddając im w ten sposób nieocenione usługi i stwierdzając czynem przynależność swoją do szeregu bojowników niepodległości. Niestety, nic zapamiętałam ani jednego nazwiska tych szarych, cichych pracowniczek.

O godzinie 7-mej rano wydawałyśmy śniadanie. Trwało to nieraz do 9-tej, gdyż oddziały miały do kuchni dość daleko. Jednocześnie już rozpoczynało się przygotowywanie obiadu i tu zaczynała się tragedja. Nigdy bowiem z dnia na dzień nie można było ustalić stanu zaprowiantowania. Był to zresztą etap, przez który przewijali się legjoniści w kierunku frontu i zpowrotem. Nieraz na pół godziny przed obiadem, gdy strawa w kuchniach już się dogotowywała, zjawia się łącznik z komendy z zawiadomieniem, że na obiad przyjdzie 40 lub 50 ludzi ponad przewidziany stan. I rób co chcesz! Jedynym ratunkiem były wtedy owe jaja i serki, zwożone na wozach przez okoliczne paniusie: Pitrasiło się z tego coś naprędce, byle dużo.

Przychodził czas wydawania obiadu. Stawałam wtedy za stołem przy wejściu w rejon kuchni strasznie poważna (nic pamiętam już kto i z jakiej racji kazał mi przyczepić do mojej szarej bluzy strzeleckiej - czerwony sznurek na znak, że to szarża), i meldowali się u mnie po kolei dowódcy oddziałów, zadzierżyści, a przeważnie bardzo młodzi podoficerowie i podawali stan przyprowadzonych oddziałów.

„Obywatelko, plutonowy... melduje...” i wyciągał się szary ogonek strzeleckich mundurów, cywilnych marynarek i kurtek, zdążających do kotłów.

Najgorzej było z wodą. Lekarz etapowy zakazał w obawie epidemji picia surowej wody i ja właśnie musiałam tego zakazu przestrzegać. Ale kiedy to „legun” słuchał zakazów i rozkazów ,,saniteta”! Miałam więc z ową wodą serdeczne utrapienie. W każdym razie po kilku dniach zdołałam sobie u chłopców wyrobić tyle powagi, że kiedy pili wodę, to przynajmniej oglądali się, czy „obywatelka” nie widzi. Prawda, bywały wyjątki. Jakiś, widocznie nowicjusz na etapie, oburzył się, że oto ,,baba” śmie mu wydawać rozkazy i ulżył swemu oburzeniu, sięgając do obfitego słownika leguńskiego. Oj, co się wtedy działo! Przedewszystkiem, omal nie obili go chłopcy, a następnie został przedstawiony do raportu i tylko moja osobista interwencja u komendanta etapu zdołała go wyratować od srogiej „paki”. Skończyło się tylko na godzinie stania pod karabinem.

Praca w kuchni nie ustawała, bo jeszcze przed końcem wydawania obiadu zaczynało się przygotowywanie kolacji, która była wydawana o wpół do 7-mej, O tej godzinie też rozpoczynał się dla nas obu, t. j. dla Hanki i mnie dwugodzinny urlop; jechałyśmy wtedy na kolację do komendy etapu. Był to nasz jedyny kontakt ze światem. Przez etap bowiem przejeżdżał coraz to ktoś z działaczy niepodległościowych lub oficerów strzeleckich, a zresztą i nasze szarże jeździły często do Kielc. Miałyśmy więc wieści o tem, jak stoi sprawa i co się dzieje na wojnie. A czasem, gdy się gawędy wyczerpały, ktoś grał i wtedy marzyło się po cichu w kącie o tem, zawsze o tem, jak to będzie w Polsce i jaki obrót przyjmą nasze strzeleckie poczynania... Bo o czem innem myśleć wtedy nie umiałyśmy: wszystko poza „powstaniem”, tą naszą polską wojną, to była taka drobna i nieistotna rzecz...

A potem powrót do ,,domu”, t. j. do naszej kuchni przez nieoświetlone uliczki Jędrzejowa i - spanie.
Często - dla urozmaicenia - miałyśmy alarmy. Oj, te alarmy jędrzejowskie! Zabłąkało się ponoć gdzieś w lasach, w okolicach Jędrzejowa kilka secin kozaków i z ich to przyczyny bywały owe alarmy. Pamiętam zwłaszcza pierwszy z nich. Głucha noc, zmęczone - śpimy mocno, starając się wykorzystać każdą minutę owej nocy, tak dla nas krótkiej i - nagle - pukanie do okna - alarm! Gotowe w kilka minut - maszerujemy posłusznie. W połowie drogi do rynku, na środku ulicy jakieś rozpłaszczone ciemne sylwety: Placówka. - Stój, kto idzie? Jak się to stało, nie wiem, ale łącznik, który przyszedł po nas z rozkazem i który nas teraz prowadził, nie miał hasła. Cóż powiedzieć? Swój! To nie dosyć. Słyszę już w ciemności groźne repetowanie karabinów; zaczynam się tedy legitymować; „To ja, Hanna, z rozkazu komendanta etapu”. Komendant placówki zajrzał mi w twarz i przekonawszy się o mej tożsamości - przepuścił. Zapakowano nas do apteki i tam nad stosem bandaży i butelką jodyny jako pogotowie sanitarne - przedrzemałyśmy do świtu. Kozaków naturalnie - nie było.

Nazajutrz prosiłam nasze władze, by nas w razie alarmu nie ściągano do miasteczka. Rzeczywiście, następnym razem nietylko nie ściągnięto nas, ale przy wejściu do naszego kuchennego królestwa postawiono placówkę i nas zamieszczono w jej składzie, Byłam bardzo dumna, zostałam bowiem wyznaczona na zastępcę komendanta placówki, Ale Kozacy i tym razem nie przyszli.

Tak oto w pracy, radości i trasce żyliśmy na naszym etapie, oczekując z dnia na dzień, że stanie się coś, co poderwie całe społeczeństwo do walki, że pójdziemy na Warszawę, a gdy Komendant stanie w stolicy, to powstanie nasz własny rząd i wtedy nie będzie miejsca na bierność i obojętność.

Zamiast jednak marszu naprzód - przyszedł odwrót. 11-go września na godzinę przed obiadem zjawił się mój zwierzchnik i wydał rozkaz, by niezwłocznie po obiedzie przystąpić do ładowania na podwodę sprzętu kuchennego i prowjantu tak, by nic nie pozostało na miejscu, gdyż odstępujemy. Rozkaz do chwili wykonania miał pozostać w zupełnej tajemnicy. W kilka godzin potem, przyprowadzono mi podwody i wtedy zaczął się istny sądny dzień. Oto wszystkie moje miejscowe pomocnice poczęły błagać, aby je zabrać. Rozumiałam doskonale ich obawy, ale jednocześnie rozumiałam i to, że nie można obciążać taboru ludnością cywilną, nie miałam nadto dość podwód, to też wyjechały z nami tylko te, które były bardziej ,,skompromitowane”.

Ewakuacja odbyła się bardzo sprawnie. Wyjeżdżaliśmy z Jędrzejowa z •zupełną pewnością, że nasz odwrót, to odwrót chwilowy, że przecież Polska będzie wolna.

Nazajutrz w Wolbromiu otrzymałam rozkaz, przydzielający mnie do Oddziału Wywiadowczego i niebawem wyruszyłam - na drugą stronę liniji bojowej.

materiały i inspiracja: Jagoda A.

Więcej w tej kategorii: