Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

 

Pamiętniki Andrzeja Walerona    (odcinek 7)

b 8a

część III    Praca w szkolnictwie

Ukończyłem seminarium nauczycielskie mając lat 18. Zaraz też dostałem nominację na nauczyciela w Chomentowie, gmina Sobków, pow. jędrzejowski – od 1 września 1901. Pojechaliśmy też obaj z ojcem do Sobkowa do tamtejszego wójta, który miał mię wprowadzić w urzędowanie. By skrócić drogę jechaliśmy nie przez Brzegi i Sokołów, a z Mnichowa przez Smyków i przez Nidę w bród. Woda w Nidzie była wtedy dość duża; z trudem więc przez tą rzekę przejechaliśmy.

Wójt wyjechał na objazd gminny; musieliśmy czekać do wieczora; pisarzem był kielczanin Bolesławski (później był pracownikiem magistratu w Kielcach). Gdy wójt powrócił (był to chłop Pyzowski), pojechaliśmy z nim i pomocnikiem pisarza do owego Chomentowa. Tam zgłosiliśmy się do proboszcza, bo w Chomentowie jest kościół, by odebrał ode mnie przysięgę służbową. A więc wieczorem w tamtejszym kościele złożyłem w obecności wójta, pomocnika sekretarza i miejscowego sołtysa odczytaną przez księdza przysięgę służbową (po polsku), następnie sporządziliśmy protokół o tej przysiędze (po rosyjsku), który podpisali: ksiądz – proboszcz, ja, wójt, pomocnik pisarza i sołtys. Następnie wróciliśmy do Sobkowa, gdzie w kancelarii gminnej podpisałem protokół, że szkołę w Chomentowie od wójta gminy przyjąłem. Odtąd więc stałem się nauczycielem w Chomentowie.

Nie znaczy to, żem zaraz zaczął dzieci uczyć, boć będąc w Chomentowie dowiedziałem się od tamtejszego sołtysa, że nauka w szkole podług przyjętego zwyczaju rozpocznie się 3 listopada. Wróciłem więc z ojcem do domu i pracowałem nadal w gospodarstwie. Zaś wójt przesłał do Dyrekcji Szkolnej (gubernijalnej) urzędowe zawiadomienie, że szkołę przyjąłem i załączył protokół o dokonanej przysiędze.

Dopiero w trzeciej dekadzie października odwiózł mnie ojciec do Chomentowa; tym razem jechaliśmy drogą najkrótszą przez Mokrzko; woda w Nidzie była mała, a i bród w Mokrzku jest dobry; przeprawa więc przez rzekę odbyła się dobrze. Zabrałem ze sobą łóżko żelazne, kuferek z garderobą, siennik i pościel, trochę naczyń kuchennych, kubły na wodę i maszynkę do gotowania „Prymus”.

Szkoła mieściła się w budynku własnym, drewnianym, oszalowanym deskami. Dom ten stoi do dziś. Stoi on na najwyższym punkcie w Chomentowie, tak że cała wieś i kościół są jakby „pod nogami” szkoły. W budynku była dość duża sala lekcyjna i mieszkanie dla nauczyciela; mieszkanie składał się z dwóch izb (pokój i kuchnia) i spiżarki.

Ponieważ pokój był obrócony na północ, trochę wilgotny i zagrzybiony, zamieszkałem w kuchni, która była słoneczna i którą przefasonowałem na ładny pokoik mieszkalny. Stała tam szafa szkolna, przedzielona na dwie części: jedna – książki i akta i druga do wieszania ubrania. Nie potrzebowałem więc szafy kupować, stołów szkolnych było dwa: jeden w mieszkaniu dla nauczyciela, drugi w sali szkolnej. Nie potrzebowałem też kupować stołu; krzesełek szkolnych też było kilka i również nie trzeba ich było kupować.

W szafie zainstalowałem palto, a w połowie dla książek – środki spożywcze. Książki, o których wspominam, miały imitować t.z. „bibliotekę szkolną”. Było ich zaledwie kilka; były to jakieś stare, przedpotopowe książczyska rosyjskie, trochę niby treści pedagogicznej, trochę beletrystycznej; krótko: t.z. „biblioteka szkolna”, która miała niby rusyfikować dzieci – równała się nieomal zeru. Tego Apuchtin nie dopatrzył. Tym lepiej: rusyfikacja się nie udała a ja miałem w szafie dużo miejsca na środki spożywcze.

Co się tyczy aktów szkolnych – to były to dwie teczki: w jednej były wszyte wszystkie okólniki, jakie do szkoły przychodziły. Było ich ze 30. W drugiej były wszyte odpisy wszystkich pism, jakie moi poprzednicy – nauczyciele do Dyrekcji szkolnej do Kielc kiedykolwiek wysyłali. Było tego z kilkadziesiąt, bo szkoła istniała tam przede mną już ze 20 lat. Nauczyciel, który pracował tam przede mną – Węgrzecki wyjechał już wiosną tegoż roku. Szkołę oddał wójtowi, a z ramienia wójta sołtysowi. Od sołtysa więc przejąłem praktycznie to wszystko.

W pokoju pustym zainstalowałem na taborecie miednicę i kubeł z wodą, a drugi z pomyjami. Wodę przynosił mi z sąsiedniej studni wynajęty chłopiec, który też wynosił pomyje. Wszelkie inne czynności domowe wykonywałem sam. W kuchni, która stanowiła moje mieszkanie, był dobry komin kaflowy z blachą do gotowania; był też i piec kaflowy, który ogrzewał jedną stroną kuchnię, a drugą pusty pokój. Na kominie kuchennym zainstalowałem maszynkę Prymus, zasłoniłem komin płócienną firanką, postawiłem stół przy ścianie południowej pomiędzy oknami, które wychodziły na południe, postawiłem obok stołu kilka krzesełek, przykryłem łóżko ładnym połyskującym wełnianym kocem, a stół porządną ceratą; powiesiłem na ścianach kilka obrazków, a że podłoga była czysto wymyta i starannie szmatą wytarta – wszystko to razem tworzyło wcale niebrzydki, wesoły pokoik. Śniadania i kolacje przyrządzałem sobie sam. Chleb, masło, ser, mleko, jaja mogłem zawsze dostać na wsi bez trudności. Herbatę, kawę (w ziarnie) lub kakao, którego dużo używałem, przywoziłem z miasta: z Jędrzejowa lub Kielc.

W tym czasie rozpoczęła się już samorzutna akcja usuwania ze wsi żydowskich sklepikarzy; stało się to i w Chomentowie; i tam się też zainstalował sklepikarz polski. Był to były ślusarz fabryczny z Zagłębia Dąbrowskiego, rodak z Piotrkowic odległych od Chomentowa o 7-8 kilometrów; nazwał się – Ciosek. Wynajął on w domu chłopa Skorodnia pomieszczenie na swe mieszkanie i sklepik, i takowy założył. Sprzedawał tam wszystko, co dla wsi było potrzebne a także słoninę, kiełbasę, kiszkę, wieprzowinę; wieś mu płaciła jajami, a także gotówką. Wódki nie sprzedawał, był bowiem sympatykiem PPS i przeciwnikiem pijaństwa. Ponieważ wieś go popierała masowo, przeto poprzedni żyd – sklepikarz – doprowadzony do nędzy – musiał wieś opuścić. Działo się to na moich oczach, bo Ciosek sprowadził się do Chomentowa zaledwie w dwa miesiące wcześniej ode mnie, a zbankrutowany żydowski sklepikarz wyjechał ze wsi wiosną r. 1902. U tego to sklepikarza Cioska obstalowałem sobie obiady, gdyż jego żona dobrze gotowała, a sklepik był od szkoły blisko.

Przy szkole była stodółka, pomieszczenie na krowę, drwalka i ustęp. Podwórko było ogrodzone sztachetami. Ze stodółki i pomieszczenia na krowę korzystał sąsiedni chłop Ignacy Kwas. Wprawdzie była przy szkole i ziemia: pięć morgów w Staniowicach i 3 w Chomentowie. Ziemia w Staniowicach była nawet wcale niezła, a w Chomentowie bardzo kamienista. Ziemię tą wydzierżawiałem chłopom ze Staniowic i z Chomentowa, stodółka więc i pomieszczenie na krowę lub świnie nie były mi potrzebne. Drzewa sągowego można było kupić w sąsiednim lesie w Łukowej odległym ze 4 kilom. Wynajmowałem co rok w jesieni furmanki, jechałem z nimi do lasu, kupowałem drzewo sągowe w takich ilościach, by wystarczyło na całą zimę i składałem je w drwalce. Drzewo dla siebie i dla szkoły rąbałem sam, dając ludziom przykład, że nowy typ t.z. inteligenta chłopskiego nie wstydzi się pracy fizycznej. Również i wszelkie drobne reperacje w budynku szkolnym, o ile tylko były możliwe do wykonania, jak nap. – wprawianie szyb – wykonywałem sam.

Sala szkolna była dość spora. Miała 4 okna (i ma, bo jest do dziś); dwa na południe i dwa na północ, ale na miejscowe potrzeby była jednak już wtedy za ciasna. Piec kaflowy był jeden. Dobrze grzał; w sali było ciepło. Wejście do sali szkolnej i do mieszkania nauczyciela a także i do spiżarki (zupełnie pustej) było jedno, z sieni. Przed sienią był ganek, na który wchodziło się i wchodzi po wysokich schodach kamiennych. Ten dom szkolny stoi tam i dziś (5.09.1953), uległ tylko tej przeróbce, że ściana pomiędzy kuchnią i pokojem w dawniejszym mieszkaniu nauczyciela została rozebrana, z kuchni i pokoju utworzono drugą salę szkolną, bo dziś szkoła ta została z trzyoddziałowej przekształcona na więcej klasową, a nauczycielstwo ma mieszkania na wsi. Wtedy zaś, tj. w roku 1901 i następnych szkoła była trzyoddziałowa z jednym nauczycielem. Do tej więc szkoły przybyłem w końcu października; wynająłem kobietę na wsi, która w sali szkolnej, sieni i w mieszkaniu dobrze wybieliła ściany i powały i wymyła podłogi i okna. Sprowadziłem drzewo na opał, przeczekałem święto 1 listopada i Dzień Zaduszny i 3 listopada zacząłem zapis dzieci do szkoły. Trwało to kilka dni, po czym rozpocząłem naukę.

Nim przejdę do tej nauki, muszę jeszcze podać kilka wiadomości o ówczesnej organizacji szkolnictwa wiejskiego. Szkoły wiejskie były „gminne” lub „sielskie”. Gminne były te, które postanowiło uruchomić zebranie gminne; gminne szkoły utrzymywały gminy. Sielskie szkoły zaś były te, które były utrzymywane przez jedną wieś lub kilka wsi, t.j. przez jedną gromadę lub kilka gromad. Gdy szkołę utrzymywała cała gmina na mocy uchwały zebrania gminnego, to płaciła też na tą szkołę składkę szkolną cała gmina, t.j. wsie i dwory. Nadmieniam: „składkę szkolną”, gdyż na utrzymanie szkoły był osobny podatek z morgi, który się właśnie nazywał składką szkolną. Zaznaczam również, że w owe czasy gmina wiejska nie miała oprócz składki z morgi żadnych innych dochodów.

Wysokość składki szkolnej przy szkołach gminnych uchwalało zebranie gminne. Raz uchwalona wysokość tej składni (czyli w rzeczywistości i budżet szkoły) nie mogła być zniżona, bo były takie przepisy, że jeżeli gmina uruchomiła szkołę gminną i wyznaczyła na jej utrzymanie ze swej strony pewną sumę pieniędzy, to w następstwie mogła tą sumę tylko podnieść, a nie mogła zniżyć. Szkoła zaś sielska była wtedy, gdy jedna wieś lub kilka postanowiły szkołę założyć i wyznaczyły na to pewną sumę pieniędzy, którą też mogły w następnych latach podnieść (jeżeli zechciały) ale nie zniżyć.

Wieś mogła się składać z gromady ukazowej samej, lub razem z rozparcelowanym obszarem dworskim. Dwór nierozparcelowany do gromady ukazowej nie należał i należeć nie mógł. Ale tenże dwór rozparcelowany i zagospodarowany przez chłopów stanowił wtedy jedną lub kilka grup parcelacyjnych. Taka gmina parcelacyjna (właśnie urzędownie nazywała się „grupą”) miała swój wewnętrzny samorząd (o czym jeszcze będę pisał później) i mogła z miejscową gromadą „ukazową” razem szkołę budować.

Dwór też mógł się z gromadą połączyć i wspólnie szkołę założyć, ale nigdy tego żaden dwór nie chciał (a przymusu nie było), bo o naukę dzieci fornalskich przecie nie dbał. Krótko: dwór do gromady nie należał; dwór nierozparcelowany z gromadą chłopską „ukazową” łączyć się nie chciał; natomiast dwory rozparcelowane, czyli t.z. chłopi – parcelanci chętnie w sprawach szkolnych z gromadami się łączyli. Szkoła w Chomentowie była więc utrzymywana przez, można powiedzieć, niejako – spółkę szkolną, składającą się z gromady ukazowej Chomentów, z trzech grup parcelantów po byłym dworze w Chomentowie, z gromady Staniowice i grup parcelacyjnych po byłym dworze w Staniowicach, z gromady Drochów i grupy parcelacyjnej po rozparcelowanym dworze w Drochowie, z gromady Lipa (nierozparcelowany dwór w Lipie do szkoły nie należał (bo nie chciał), z gromady Jawor (nierozparcelowany folwark w Jaworze również do szkoły nie należał (bo właściciel nie chciał) i z małej grupy parcelacyjnej Karsy, powstałej z rozparcelowanego folwarku Karsy, należącego do dużego dworu w Korytnicy.

Chłopi więc, tj. właściciele gruntów w tych gromadach i grupach byli członkami tego niby towarzystwa, które tą szkołę postanowiło założyć, wybudować i utrzymywać i które pewne kwoty na to uchwaliło – „z morgi”. Tym kolegium urzędowym, które te uchwały podjęło, było zebranie szkolne posiadaczy gruntów w tych gromadach i grupach. Takie zebranie szkolne odbywało się w sali szkolnej w Chomentowie pod przewodnictwem wójta gminy, a protokół tego zebrania pisał w odnośnej księdze uchwał szkoły w Chomentowie – pisarz gminy lub jego pomocnik (uchwały i całe urzędowanie były w języku rosyjskim). Resztę czynności wykonawczych wykonywał zarząd gminy

Gdy zaś miała być budowa gmachu szkolnego, to zebranie szkolne wybierało ze swego grona komitet ludowy szkoły. Oczywiście po ukończeniu budowy – zebranie szkolne wysłuchiwało sprawozdania z budowy, które to sprawozdanie składał wójt, bo on w porozumieniu z komitetem szkołę budował. Gdyby zebranie szkolne dostrzegło przy budowie nadużycia, uchwalało przekazać sprawę prokuratorowi.

Tak oto były fundowane i utrzymywane szkoły sielskie. Taką właśnie szkołą sielską była szkoła w Chomentowie. Gdyby się wszystkie dzieci w wieku szkolnym z tych wymienionych gromad i grup do szkoły zgłosiły, to zapewne było by ich ponad 200, ale przymusu nie było, więc zapisywało się razem do trzech oddziałów dzieci 60. Więcej niż połowę stanowiły dzieci z Chomentowa, reszta była z Lipy, z Jawora, z Drochowa, z Kars (2) i jeden ze Staniowic. Do dziś pamiętam, że ci dwaj z Kars nazywali się bracia Jegierscy (jeden się utopił, drugi dziś gospodaruje w Karsach), a ten jeden ze Staniowic nazywał się Grzegorz Chechelski (nie wiem, czy żyje) i był synem chłopa, który w Staniowicach mieszkał na samym końcu wsi od strony Chomentowa. Dzieci służby dworskiej z folwarków nierozparcelowanych lub dzieci tych mieszkańców tych szkolnych wsi, którzy nie posiadali pola i nie mieli uprawnienia do chodzenia do szkoły – do nauki się nie zgłaszały. Z 60 zapisanych przychodziło co dzień średnio 50. Przyjął bym i tych, którzy nie mieli prawa do nauki, bo w sali nie było ciasno, ale się nie zgłaszali.

Szkół w powiecie Jędrzejowskim było wtedy b. mało. W gminie Wodzisław dwie, w gminie Nawarzyce – trzy, w gminie Sędziszów dwie, w gminie Mstyczów cztery, w gminie Nagłowice jedna, w gminie Węgleszyn dwie, w gminie Prząsław trzy, w gminie Złotniki dwie, w gminie Małogoszcz dwie, w gminie Brzegi jedna, w gminie Sobków dwie, w gminie Raków dwie i w gm. Imielno (Mierzawa) jedna. W latach 1901-1909 był tylko jeden nauczyciel prawosławny – w Brzegach. Tam więc ksiądz uczył religii. Gminne szkoły były w gminach: Wodzisław, Nawarzyce, Sędziszów, Nagłowice, Węgleszyn, Złotniki, i Brzegi i Raków; reszta gmin miała szkoły sielskie.

Dzieci szkolne były podzielone na trzy oddziały: pierwszy, drugi i trzeci. W pierwszym była nauka czytania i pisania; w drugim – tą naukę trzeba było udoskonalić, a w trzecim mieli już biegle i płynnie czytać (po rosyjsku). Arytmetyka – wszystko w zakresie 4 działań arytmetycznych. Język polski – program podobny do rosyjskiego. Religia – 1 rok – nauka pacierza, II rok – katechizm, III rok krótka historia starego i nowego testamentu. Najpierw starałem się co dzień przed południem przeprowadzić lekcje z pierwszym oddziałem (wstępniakiem). Na to zużywałem 3 lekcje (po 40 minut z 5cio minutowymi przerwami) – rosyjski, arytmetyka, polski. Reszta uczni w oddziale II i III wykonywała wtedy prace pisemne z języków i arytmetyki

Żadnego pisania w domu nie „zadawałem”, wychodząc z założenia, że warunki bytowania i mieszkania chłopskiego w owe czasy były ku temu nie bardzo sprzyjające. Wszelkie więc pisanie odbywało się tylko w szkole. Po trzeciej lekcji (w południe) oddział I odchodził do domu. Pozostawały się dwa pozostałe oddziały, w których miałem jeszcze 4 lekcje: oddział II 1 lekcja – rosyjski, oddział III 2 lekcja – rosyjski, oddział II – 3 lekcja arytmetyka lub polski, oddział III – 4 lekcja arytmetyka lub polski.

Ten oddział z liczby pozostałych dwóch, z którymi nie prowadziłem lekcji (prowadząc ją z innym) miał obowiązek przygatawiać się do najbliższej lekcji ustnej. A jeżeli to był oddział II, to mógł się też przysłuchiwać nauce, która się wtedy odbywała w oddziale III-cim. Przy takiej nauce oddział wstępny (najliczniejszy) miał w tygodniu 6 lekcji rosyjskiego, 6 lekcji arytmetyki i 5 lekcji polskiego, gdyż ta 6ta lekcja była zużyta na naukę religii.

Oddział II miał również w tygodniu lekcji rosyjskich, 3 arytmetyki i 2 polskiego, gdyż 3cia była użyta na naukę religii. Oddział III miał w tygodniu lekcji ustnych: 6 rosyjskiego, 3 arytmetyki, 2 polskiego gdyż 3cia była zużyta na religię. Ponieważ w oddziale III-cim była też przepisowo nauka geografii i w dużym streszczeniu nauka historii Rosji, to na naukę geografii zużywałem 1 lekcję kosztem arytmetyki, a na naukę historii Rosji – 1 lekcję z liczby przeznaczonych na rosyjski. W ten sposób szczegółowo było w oddziale IIII tygodniowo 5 lekcji rosyjskiego, 2 lekcje arytmetyki, 2 lekcje polskiego, 1 lekcja religii, 1 geografii i 1 historii.

Tak było do Nowego Roku. Po 1 stycznia oddział I pozostawał się w szkole i po południu, by odrobić 3 lekcje pisemne z rosyjskiego (bo już trochę pisał) z polskiego i arytmetyki. W lutym, gdy dnia przybyło, uczniowie oddziału II i III po ostatniej lekcji pozostawali się raz w tygodniu na gimnastykę (bez dziewczyn), którą urządzałem zużywając na to ze 30 minut w tygodniu.

Powyżej wymieniany rozkład lekcji był dostosowany do przepisów wydanych przez carskie władze szkolne. Święta Bożego Narodzenia były długie, bo podwójne: Katolickie i prawosławne. Święta prawosławne zaczynały się w dzień 3 króli; lekcje więc kończyły się na dzień przed Wigilią (jak i obecnie), a zaczynały trzeciego dnia po 3 królach, o ile tego dnia nie przypadała niedziela. Tak było we wszystkich szkołach niższych, średnich i wyższych w całej Kongresówce.

Językiem wykładowym dla nauki – rosyjskiego, arytmetyki, geografii, historii Rosji i gimnastyki – był język rosyjski. Język polski i religia były wykładane w języku polskim, czyli że tylko na tych lekcjach mógł nauczyciel rozmawiać po polsku, a na innych wymienionych powyżej powinien był rozmawiać po rosyjsku. Piszę „powinien”, bo takie były wymagania władz szkolnych, ale że kontrola, czyli inspekcja była słaba, przeto i praktyka była „rozluźniona”.

Na wsiach obyczajowo nauka kończyła się w sobotę przed Palmową Niedzielą. Już w Poście Wielkim frekwencja słabła, a w sobotę przed Palmową Niedzielą przychodziła już z połowa zapisanych. Nie było przymusu. Taka więc była nauka w ówczesnej szkole wiejskiej, ludowej, powszechnej, a ostatnio – podstawowej.

Naukę religii wykładali wtedy w szkołach wiejskich nauczyciele. Takie było zarządzenie. Dopiero, gdy w jakiejś wsi był nauczycielem człowiek prawosławny, to w tej szkole naukę religii był obowiązany dawać właściwy proboszcz. Tak było do 1905 roku. Wtedy wyszło zarządzenie, że naukę religii we wszystkich szkołach wiejskich mają wykładać miejscowi proboszczowie lub ich wikariusze, o ile się o to będą starać. Byłem nauczycielem w Chomentowie siedem lat, a więc już i po 1905 roku, ale że miejscowy proboszcz po roku 1905 o wykłady religii w tamtejszej szkole wcale się nie starał, to religii w Chomentowie w ciągu siedmiu lat sam wykładałem.

A teraz pytanie: Czy taka szkoła, przeznaczona przez carskie rządy do zupełnego zrusyfikowania wsi polskiej, spełniła swoje zadanie, czy nie. Nie spełniła. A więc pytanie drugie: Czy w takim stanie rzeczy była ona instytucją ostatecznie pożyteczną czy szkodliwą? Była pożyteczną. Stwierdzam więc z całą siłą, że agitacja endecka (stronnictwa „Narodowego”) głosząca po roku 1905, by nie zakładać szkół wiejskich rządowych, a szkółki prywatne, nie była słuszna, bo w praktyce realnej była na wsi niewykonalna, a dawała tylko takie wyniki „uboczne”, że tamowała wzrost liczebny wiejskich szkół normalnych (rządowych) i powstrzymywała w ten sposób rozwój oświaty na wsi.

Tej to endeckiej agitacji, wyglądającej od parady patriotycznie, że to niby, panie dzieju, walczymy z rusyfikacją, uchwycili się dziedzice i zaczęli po roku 1905 agitację po wsiach i na zebraniach gminnych, by nowych szkół gminnych, ani „sielskich” nie zakładać, a w zamian organizować po wsiach szkolnictwo prywatne, że to niby jest ono z językiem wykładowym polskim (oprócz wykładu języka rosyjskiego). Wiedzieli ci „patrioci”, że ówczesny chłop w Kongresówce nie jest w stanie zorganizować szkolnictwa prywatnego, agitując więc przeciw zakładaniu nowych szkół wielskich normalnych (rządowych), w praktyce realnej agitowali w ogóle przeciw szerzeniu oświaty, by… nie płacić składki szkolnej ze swej ziemi dworskiej na… oświatę dzieci chłopskich. Nie wszyscy to robili, ale byli tacy i były też takie nastawienia, co w niniejszych pamiętnikach notuję.

Jeżelim powyżej nadmienił, że ówczesna szkoła wiejska – miast się stać zakładem wielce szkodliwym – stała się w wyniku końcowym instytucją pożyteczną, to postaram się to twierdzenie udowodnić. Prawda, że nauka języka rosyjskiego godzinowo mocno górowała nad arytmetyką i językiem polskim, ale prawda też i to, że nauka języka polskiego, przyswajana przez dzieci polskie chętnie i łatwo dawała w wyniku końcowym znacznie większe rezultaty niż nauka języka rosyjskiego, którego dzieci polskie uczyły się niechętnie i z wielkim trudem. I wszystko to dotyczyło tylko tych szkół, gdzie nauczyciel był zwykłym zjadaczem chleba razowego, ale przecież wielu pośród ówczesnych nauczycieli górowało podam ten poziom zwykłego chlebowego zjadacza.

Wielu, wielu z pośród nich uczyło języka rosyjskiego tyle, ile musiało, a polskiego tyle, ile tylko mogło. To jest druga i poważna okoliczność na korzyść mojego twierdzenia. A trzecią okolicznością, podstawową i zasadniczą było to, że ta cała carska i apuchtinowska kombinacja rusyfikacyjna była oparta na chytrej lecz naiwnej spekulacji, że Polacy Polaków zrusyfikują, i że to nawet zrobią tanio, wprost za psi grosz. Praktyka zaś wykazała, że Polacy Polaków jak mogli – uczyli, a rusyfikować – wcale nie mieli chęci. A dzieci polskie też nie miały chęci się rusyfikować. Ponieważ obie strony nie miały chęci, wynik był taki, iż całe zamiary carsko – milutinowsko – apuchtinowskie na odcinku rusyfikacji nie osiągnęły celu.

Nie dziwmy się ani Apuchtinowi, ani Hurce; oni przecie czytali Puszkina, tego gorącego zwolennika „diekabrystów”, tego którego uważamy za kwiat kultury rosyjskiej; a przecież w poezji Puszkina jak wół stoi, że „słowiańskije ruezji soljutsia w russkom morie”. Tymczasem dziś, w chwili gdy to piszę, wszystkie strumienie i rzeki polskie płyną nie do morza rosyjskiego, tylko… do Bałtyku. Jeżeli się pomylił tak wielki luminarz i wieszcz – Puszkin, to nic dziwnego, że pomylili się też i Apuchtin, i Hurko i inni. Pomylił się też haniebnie i Fryc rzekomo wielki i Bismark i pyszałkowaty a gadatliwy Wilhelm II. Pomylił się też nawet i sam „heil Hitler”.

Ale wróćmy do szkoły w Chomentowie. Starałem się, ile mogłem, by się choć o trzy milimetry podnieść wyżej ponad poziom zwykłego zjadacza chomentowskiego chleba razowego. To też starałem się, by wykłady języka rosyjskiego były minimalne, a polskiego i arytmetyki maksymalne. Pomagały mi w tym same dzieci, które języka polskiego uczyły się 5, 6 razy szybciej i łatwiej, niż rosyjskiego. Kupowałem, oczywiście na swój koszt, w Kielcach drobne i bardzo popularne powiastki i nowelki polskie (były bardzo tanie) i takowe dzieciom III-go a nawet II-go stopnia dawałem, by w domu czytały. Rozumowałem bowiem, że mało jest nauczyć dzieci czytań, ale że trzeba je jeszcze wdrożyć do czytania, bo trzeba dążyć, by u nich powstał nałóg czytania. Robili to i inni nauczyciele.

W programie języka polskiego nic nie było powiedziane o nauce gramatyki. A przecież w III roku nauczania uczyłem gramatyki polskiej i nie tylko etymologii, ale i składni i pisowni i nauki o interpunkcjach t.j. nauki, gdzie pisać przecinek, gdzie średnik, dwukropek itp. Kto cały trzechletni kurs tej szkoły ukończył, ten się tego u mnie nauczył. Przykładałem się także dobrze do nauki arytmetyki, a jeszcze lepiej do nauki geografii (III oddział), jako, że jest to mój przedmiot ulubiony.

Co się tyczy języka rosyjskiego, robiłem tyle, ile stanowił przymus. Ci którzy szkołę trzechletnią w Chomentowie (i gdzieindziej) w pełni ukończyli, w prawdzie biegle i płynnie po rosyjsku nie mówili, ale po rosyjsku umieli nieźle pisać, mogli każdy urzędowy akt łatwo przeczytać i zrozumieć i bez żadnego trudu rozumieli to, co rosyjski urzędnik, policjant lub kozak do nich mówił. To stanowiło dla nich życiowe ułatwienie.

Po opuszczeniu tej carskiej szkoły wiejskiej Polak szybko zapominał naukę rozmowy rosyjskiej, a coraz mocniej utwierdzał się w rozmowie polskiej. Krótko, co było dawane z wysoko-odgórną złą tendencją, to od ucznia odpadało, a co było dlań pożyteczne, - pozostawało. Zupełnie tak jak się śpiewa: „Co złe, to w gruzy się rozleci; co dobre – wiecznie będzie żyć”.

Religii – mimo narastających u mnie przekonań wolnomyślnych – uczyłem też gorliwie. Oprócz wymienionego powyżej programu religii – uczyłem też po łacinie ministrantury i tego, jak służyć do mszy; to też wykształciłem pewną liczbę takich uczniów którzy potem stale do mszy służyli. Tym się tłumaczy, że tamtejszy ówczesny proboszcz, poczciwina ks. Stan. Białas, nawet po roku 1905 do nauki religii w szkole wcale się nie spieszył, wiedział, że robię to starannie.

Płaca nauczyciela szkoły sielskiej była wtedy następująca: 15 rubli miesięcznie jako wynagrodzenie zasadnicze oraz kwoty na opał całego domu szkolnego, na utrzymanie tego domu w czystości i na wydatki kancelaryjne. Razem suma na te tak zwane wydatki rzeczowe stanowiła tam wtedy 6 rubli z kopiejkami miesięcznie. Razem więc otrzymywałem wszystkiego 21 rubli z kopiejkami. Z tego musiałem opalać gmach szkolny, utrzymywać go w porządku: bielić, wprawiać szyby, myć podłogi i t.p. oraz czynić wydatki kancelaryjne. Był to zaiste „psi grosz”.

Tak rozpocząłem swoją karierę życiową. Wprawdzie nauka trwała krótko: od listopada do kwietnia, ale też co dzień trzeba było siedem lekcji odrabiać. Ten zwyczaj – chodzenia dzieci do kwietnia chciałem przełamać. Ogłosiłem więc, że lekcje w szkole będą i po świętach Wielkanocnych, przybyłem do Chomentowa po Świętach w Przewodnią niedzielę i czekałem na uczniów ze dwa tygodnie, ale nikt się nie zjawił, więc wyjechałem do Sudołu, pozostawiwszy klucz u sołtysa. Próbowałem też uruchomić naukę nie po pierwszym listopada, a zaraz po 1 października, ale również bezskutecznie.

Jak się przedstawiała sprawa nadzoru, t.j. wizytacji? Władzą szkolną nad szkołami podstawowymi i seminarium nauczycielskim w Jędrzejowie na całą gubernię kielecką (7 powiatów) był naczelnik t.z. gubernialnej dyrekcji szkolnej. Żadnych pomocników nie miał. Sam jeden jednoosobowo miał wizytować seminarium nauczycielskie i szkoły podstawowe w miastach i wsiach wszystkich 7miu powiatów. To było za wiele. To też wizytacje szkół po wsiach był rzadkie. To była bardzo poważna szczerba w tym systemie rusyfikacyjnym. Nauczyciele przecie o tym wiedzieli. Z tego też powodu a także i z tych, o których już wspominałem, rusyfikacja ta ześlizgnęła się z mas chłopskich w Kongresówce jak woda z gęsi, gdy się w rzece kąpie.

W ciągu mojej siedmioletniej bytności w Chomentowie wizytator w osobie ówczesnego naczelnika gubernialnej dyrekcji szkolnej był dwa razy. Był to dość wysoki dygnitarz szkolny w stopniu tak zwanego rzeczywistego radcy stanu, a więc tytułować go trzeba było „Wasze Priewoschodótielstwo”, t.j Ekscelencjo! Wtedy w szkolnictwie carskim był taki sposób witania wizytatora przez dzieci jak i w wojsku carskim. A więc, gdy wchodził do szkoły, dzieci winny były wstać, a gdy się z nimi po rosyjsku niby przywitał mówiąc: „Zdrawstwujtie dieti!” – dzieci winny były odpowiedzieć zbiorowo: „Zdrawia żełajem, Wasze priewoschodótielstwo!”, co znaczyło: „Zdrowia życzymy, Wasza Ekscelencjo!”.

Oprócz wiadomości, które były w programie nauczania, musiały dzieci znać dobrze tituły, o których pisałem na początku, jak również musiały dobrze zaśpiewać carski hymn państwowy i ze dwie rosyjskie piosenki. Trzeba więc było, spodziewając się wizytacji, nauczyć dzieci owego zbiorowego powitania, o którym wyżej, tytułów oraz śpiewać carski hymn i ze dwie rosyjskie piosenki. Dużo na to trzeba było zużyć czasu, ale był to mus i trzeba to było wykonać. Szczególnie dużo trzeba było zużyć czasu na nauczenie dzieci śpiewu carskiego hymnu „Boże, caria chrani!”, który miał melodię powolną, rozwlekłą z półtonowym cieniowaniem. Dużo musiałem włożyć w to pracy, nim doprowadziłem do tego, że dzieci nauczyły się śpiewu tego hymnu. To też obie wizytacje i pod względem programu naukowego i pod względem tytułów, śpiewu carskiego hymnu, rosyjskich piosenek i nawet przywitania i pożegnania wizytatora – wypadły zadowalniająco. A pożegnanie znowu było takie, że gdy wizytator wychodził ze szkoły, żegnał się z dziećmi mówiąc: „Proszczajtie, dieti!” (Żegnajcie, dzieci), to dzieci winny były wstać i odpowiedzieć: Szczastliwo ostawatisia, Wasze Priewoschodótielstwo! (Bądźcie szczęśliwi, Wasza Ekscelencjo!).

Ogółem mogę stwierdzić, że te wszystkie plany rusyfikacyjne i wymagania rusyfikacyjne zajmowały nauczycielom dużo czasu i dużo mozołu na ich realizowanie, przeszkadzały w nauce języka polskiego i innych przedmiotów naukowych, a swego celu nie osiągnęły. Słusznie Żeromski zwał to wszystko „syzyfową pracą”. Tyle tylko ta rusyfikacja robiła, że zabierając dużo czasu – zmniejszała wyniki nauczania języka polskiego i innych przedmiotów naukowych.

Każdy nauczyciel wiedział, że po wizytacji następna może być za dwa lata, do tego po wizytacji nie był skrępowany urzędowym rozkładem lekcji i uczył, jak chciał. Ten więc słaby nadzór nad tą rusyfikacją był słabym punktem tej carskiej polityki rusyfikacyjnej. Wizytator interesował się nie tylko nauką, ale również i nastawieniem ludności do szkoły a także warunkami materialnymi szkoły. Przy pierwszej wizytacji, przeglądając budżet szkolny, zauważył, że na opał i na utrzymanie porządku była za mała kwota pieniężna przeznaczona. Zapisał to sobie w notesie. A swoje spostrzeżenia dotyczące sposobów nauczania oraz wyniki lustracji wizytator zapisywał w księdze wizytacyjnej, która w szkole się znajdowała. Po odjeździe wizytatora nauczyciel musiał w przeciągu tygodnia wysłać do Kielc do Dyrekcji szkolnej gubernialnej – odpis tego protokołu.

Co się tyczy notatki odnoście niedostatecznej sumy na opał i utrzymywanie czystości w domu szkolnym – wizytator powróciwszy do Kielc napisał o tym naczelnikowi powiatu w Jędrzejowie, a ten znowu wójtowi, by zorganizował zebranie szkolne w Chomentowie i zaproponował podwyższenie sumy na opał i utrzymywanie czystości. Tak też wójt zrobił. Ale że zebranie szkolne odmówiło jakiejkolwiek podwyżki na te cele budżetowe, to naczelnik sam podług swego uznania podwyższył te obie kwoty do wysokości, jaka była w innych szkołach, i polecił tą podwyżkę dołączyć do składki szkolnej. Nazywało się to „primuditielnaja rozkładka” (rozkład przymusowy). Na mocy więc tego rozkładu przymusowego budżet szkoły „sielskiej” w Chomentowie uległ nieznacznemu powiększeniu, tak że od trzeciego roku tamtejszej służby pobierałem na wszystko miesięcznie zamiast 21 rubel z kopiejkami – sumę 26 rubli.

W roku 1906 rząd carski uregulował sprawę płac nauczycielskich w szkołach gminnych i sielskich na 300 rubli rocznie, co miesięcznie stanowiło 25 rubli poborów. Brakujące kwoty rząd z funduszów skarbowych gminom dla każdej szkoły ze swej strony dopłacał. Wtedy więc płaca zasadnicza 2 rubli plus dodatki budżetowe stanowiły około trzydziestu pięciu rubli miesięcznie, co było znacznym polepszeniem w stosunku do pierwotnej kwoty 21 rubel. Taka regulacja płac w szkołach wiejskich (gminnych i „sielskich”) pozostała do wybuchu pierwszej wojny światowej.

Chomentów nie był podobny do Sudołu. Sudół był wsią poduchowną (klasztorną), Chomentów – prywatną (szlachecką); w Sudole uwłaszczenie było w roku 1861 i chłopi dostali ziemię w koloniach i bez szachownicy, zaś w Chomentowie chłopi byli uwłaszczeni dopiero w r. 1864, dostali tą ziemię, którą mieli przed uwłaszczeniem i tam gdzie była przed uwłaszczeniem; w Sudole były kolonie, a w Chomentowie szachownica; w Sudole nie było kościoła, w Chomentowie był kościół, w Sudole nie było szkoły, w Chomentowie była szkoła. W Sudole był dwór i w Chomentowie również.

W Sudole dwór zajmował południową i lepszą część obszaru wsi i w Chomentowie było to samo i pod względem dyslokacji dworu i pod względem gatunku dworskiej ziemi. Różnica jest tylko ta, że ziemia chłopska w Chomentowie jest nieco lichsza niż w Sudole, a ziemia dworska w Chomentowie jest również nieco lichsza niż ziemia dworska w Sudole. Gdym pracował w Chomentowie, dworu już tam nie było, gdyż na kilka lat przed moim przybyciem był rozparcelowany, ale ziemię dworską przez parcelację wzięli nie sami chłopi z Chomentowa, a przybysze, przeważnie z powiatu opoczyńskiego z okolic Białaczewa. Wzięli i chłopi z Chomentowa też po kawałku, ale mało, bo byli za biedni.

Cała parcelacja dworu z Chomentowie odbyła się przy pomocy t.z. „Banku Włościańskiego”. Był to bank państwowy. Zarząd tego banku na gubernię piotrkowską i kielecką był w Piotrkowie. Manipulacja kancelaryjna i formalna była dość prosta. Gdy dziedzic porozumiał się z nabywcami co do ceny, to meldował o tym dyrektorowi banku w Piotrkowie, który przybył do Chomentowa osobiście (taki był zwyczaj) i sklasyfikował ziemię, ogłaszając jednocześnie, ile Bank da pożyczki na każdą morgę. Wtedy nadwyżkę, jaka powstała pomiędzy ceną uzgodnioną przez dziedzica z nabywcami a wysokością pożyczki, nabywcy wpłacali dziedzicowi w postaci zadatku.

Nie wiem, jaki był w Chomentowie ten zadatek, ale z praktyki innych parcelacji wynikało, że zadatek ten zazwyczaj wynosił od 10 do 40 rubli na morgę. Gdy to było wykonane, resztę formalności pomiędzy bankiem i nabywcami wykonywał wójt gminy i pisarz gminny, bowiem zarząd gmin był w każdej gminie aparatem wykonawczym tego państwowego Banku Włościańskiego. Że dziedzic wykonał formalności prawne z pełnomocnikiem banku w hipotece w Kielcach, to rzecz, która sama się przez się rozumie.

Motkowice
Chomentów - fragment geodezyjnej
mapy scaleniowej,
z roku 1938

Nabywcy w Chomentowie byli podzieleni na trzy grupy parcelacyjne; Grupa Chomentów A, Grupa Chomentów B. Grupy te miały ziemię przy wsi ukazowej. Ziemia tak, jakem wyżej wspominał, była nieco lepsza niż ziemia ukazowa, włościańska. Ale była jeszcze i trzecia grupa parcelantów; nazywała się: Grupa Chomentów – Michalinówka (obyczajowo nazywała się „Rejzmanka”). Był to przed parcelacją mały chomentowski dworski folwark (ze 100 morgów), położony za Chomentowem, za lasem Korytnickim w stronę wsi Łukowej. Z Chomentowa od szkoły do tej Rejzmanki było ze 2 km. Ziemia w tej Rejzmance była żytnia i słaba.

Jak z tego wynika, Chomentów składał się z następujących części: Chomentów ukazowy (włościański, b. pańszczyźniany), Chomentów dworski: grupa A, grupa B i grupa Michalinówka (Rejzmanka), wszystkie trzy – chłopi parcelanci. Ale była jeszcze i piąta część, która się nazywała Chomentów – Dziadówki. Skąd to powstało? Przed rokiem 1864 był w Chomentowie plebański folwark; liczył ze 100 morgów. Otóż podczas uwłaszczania rząd carski z tego folwarku wykrajał proboszczowi tylko 6 morgów, a resztę podzielił na parcele od 2 do 5 morgów (średnio 4 morgi) i takowe rozdał różnym biednym chłopom chomentowskim, którzy się też na tych parcelach pobudowali. Tak zrobił rząd carski w roku 1864 w całej Kongresówce we wszystkich parafiach: proboszczom zostawił 6 morgów, resztę ukazem rozdał chłopom biednych, by sobie ich zjednać.

W ten sposób była w Chomentowie i piąta grupa Chomentów – Poduchowny, grupa ukazowa. Obyczajowo nazywała się ta część wsi Chomentów – Dziadowski. Była ona (i jest) położona pomiędzy wsią Chomentów ukazowy i lasem korytnickim. Chłopi byli tam pobudowani przy drodze rzędem, każdy w swej działce; wyglądało to, jakby jakie małe kolonie, boć przecie mieli ziemie scaloną w odróżnieniu od Chomentowa ukazowego, który miał ziemię w szachownicy. Centrum Chomentowa był (i jest) Chomentów ukazowy. Tam w samym środku wsi w odole był i jest kościół, plebania, organistówka, cmentarz kościelny i tuż obok cmentarz grzebalny, a tuż obok kościoła, ale na górce, była szkoła; była ona na najwyższym punkcie Chomentowa.

W jaki sposób Bank Włościański zapłacił dziedzicowi za majątek ziemski, czy obligacjami, czy gotówką, nie wiem. Czytelnicy ciekawi mogą to znaleźć gdzieindziej. Natomiast długi chłopów – parcelantów z tytułu nabycia ziemi – do Banku Włościańskiego były rozłożone na 40 lat, na raty półroczne. Nie zajmowałem się nigdy szczegółowo bankowymi operacjami tego Banku Włościańskiego, ale wiem jedno, że wszyscy parcelanci bankowi w Chomentowie i w sąsiedniej wsi Staniowicach żyli w nędzy i że już w listopadzie stodoły ich były puste. W rozmowie z nimi dowiadywałem się, że dusiły ich owe raty bankowe, które, o ile mię pamięć nie myli, płacili w listopadzie i w kwietniu. Oprócz tych rat płacili też i normalne podatki.

Cena za ziemię nie była wysoka, raty były rozłożone na 40 lat; zdawałoby się, że nie powinny być rujnujące, a jednak były rujnujące. Jaka była przyczyna? Chyba za wysokie oprocentowanie kapitału bankowego. O ile mnie pamięć nie myli, Wł. Grabski w swych książkach ekonomicznych robi bankowi tenże zarzut. Chyba ta była przyczyna. Ale była jeszcze jedna, którą ja zauważyłem: parcelant – w miarę opłaconych corocznych rat – miał co rok mniejsze zadłużenie, a więc i co rok należało zniżać mu ogólną sumę oprocentowania (przy niezmienionej stopie oprocentowania). Tymczasem bank zniżał sumę oprocentowania (a nie stopę) nie co rok, a co pięć lat. To, zdaje się, było drugą przyczyną, która parcelantów bankowych gnębiła.

Co do tych parcelantów, t.z. dłużników Banku Włoś., był jeszcze taki przepis statutowy, że każda grupa parcelacyjna była zobowiązana do solidarnej poręki za swoich członków. Jeżeli więc któryś z członków grupy nie mógł wpłacić jakiejś raty, to zarząd gminny, który był ekspozyturą B. Wł., rozkładał tą zaległość na wszystkich innych członków grupy, którzy musieli płacić. Jeżeli taki bankrutujący parcelant nie wpłacił kilka rat i było widoczne, że z tych trudności nie wybrnie, to grupa żądała przybycia zarządu gminnego na miejsce (wójt i pisarz) i na mocy ogólnego zebrania członków tej grupy, odbytego pod przewodnictwem wójta lub jego zastępcy i zaprotokułowanego przez pisarza gminnego w księdze uchwał tejże grupy, - grupa miała prawo takiego niewypłacalnego swego członka (parcelanta) z grupy usunąć, a jego parcele przekazać innemu chłopu bez względu na to, czy do grupy należał, czy nie. Oczywiście – ten zaangażowany nowonabywca musiał grupie zwrócić wszelkie zapłacone przez nią zaległości podatkowe i bankowe.

Za mojej bytności w Chomentowie takich wypadków w tamtejszych grupach bankowych było ze trzy. Oczywiście niewypłacalny parcelant wyrzucony z grupy tracił wszystko i miał prostą drogę iść do dworu na fornala, lub do fabryki na robotnika. Środka prawnego przeciw takiemu wyrzuceniu – nie było. Oczywiście takie „wyrzucenie” z grupy i wyzucie ze wszelkiego majątku, boć i wpłacone raty przepadały – zdarzało się rzadko, ale bywało i prawnie było możliwe. Zdarzało się to tylko wtedy, jeżeli bankrutujący parcelant był wyjątkowo niedołężny, lub też, gdy parcelant i jego żona zmarli, a nikt nie zechciał jako opiekun ich dzieci przyjąć na siebie zobowiązania wpłacać za te dzieci rat Banku Wł.

Najczęściej zaś bywało tak, że gdy parcelant doszedł do przekonania, że sobie z Bankiem nie da rady, to sam wyszukał nabywcę, zrobili obaj umowę, nabywca coś sprzedawcy zapłacił, i sprzedawca mu ową działkę odstąpił. Ale bywało też i tak, że parcelant zwyczajnie dobrowolnie są parcelę sprzedał drugiemu nabywcy i wyprowadził się na nowy teren. I w pierwszym i drugim wypadku te transakcje zatwierdzało ogólne zebranie członków grupy, odbyte na miejscu pod przewodnictwem wójta i zapisane w księdze uchwał grupy przez pisarza gminnego. W taki sam sposób grupa przyjmowała i prawnego sukcesora po zmarłym członku grupy, który to sukcesor na mocy wyroku właściwego sądu jako nowy właściciel parceli do grupy wstępował.

Jak z tego widać, grupa miała coś w rodzaju swego samorządu z zakresie gospodarczym. To zaś solidarne poręczenie całej grupy za każdego członka, zwane po rosyjsku „krugowaja porunka”, które stanowiło podstawę tego grupowego „samorządu”, trwało, o ile mię pamięć nie myli, do 1910 roku. W tym dopiero czasie Bank Włoś. zmienił nieco swój statut w tym kierunku, że tworzenie grup parcelacyjnych z solidarną poręką nie było przymusowe. Po tym więc czasie, gdy parcelanci nie chcieli tworzyć grup i odpowiadali każdy za siebie, Bank Wł. nie mógł ich do tego przymusić i z niewypłacalnym dłużnikiem załatwiał się sam; nie stanowiło to nawet wielkiego dla B. Wł. kłopotu, bo w każdej gminie zarząd gminny był jego ekspozyturą.

Za czasów mej pracy w Chomentowie było tam tylko czterech gospodarzy zamożniejszych, reszta byli to chłopi biedni lub słabi średniacy. Najzamożniejszym był niejaki Kondras (parcelant), następnie po nim szedł Pawlak (również parcelant). Ci dwaj byli przywódcami tej grupy, która z pod Białaczewa do Chomentowa na parcelowany dwór przybyła i przy parcelacji najlepsze części dworu otrzymała. Pawlak jednak wkrótce zmarł i jego gospodarstwo uległo podziałom rodzinnym. Zaś potomek Kondrasa do dziś jest najzamożniejszym rolnikiem w Chomentowie.

Z pośród zaś t.z. „ukazowych” najzamożniejszym był Woźniczko, mieszkający w pobliżu szkoły. Miał on tylko dwóch synów: Pawła i Karola; obaj chodzili do mnie do szkoły. Karol wkrótce po ożenieniu się zmarł. Paweł żyje do dziś i gospodaruje (9.9.53). Jest on dość zamożnym gospodarzem, a ze względu na zalety swego umysłu (to światły człowiek) i charakteru jest on w Chomentowie już przeszło od 20 lat przywódcą politycznym wsi. Zamożnym był także na terenie ukazowym i Kuchta, który mieszkał tuż za szkołą i przez dłuższy czas był ławnikiem w sądzie gminnym w Sobkowie.

Jako ławnik nie był zbyt odpornym na pokusy ludzi, którzy mieli sprawy w sądzie. Zaczął więc pić. To mu zrujnowało zdrowie. Opowiadali mi chłopi Chomentowscy, że gdy raz w lecie ów ławnik wracał w nocy z Sobkowa do Chomentowa w stanie pijanym (w pijanym widzie – Mucha - Buchner), to w sobkowskich krzakach usnął, a w czasie snu ktoś mu zdjął buty i ukradł. Wrócił więc ów ławnik do Chomentowa w niedzielę rano (bo było to z soboty na niedzielę) zupełnie już trzeźwy, ale boso. Wódka szkodzi na zdrowie. To też i ów Kuchta wkrótce zmarł choć był człowiekiem wzrostu dużego i nie stary. Pozostały się po nim tylko córki; najstarsza wyszła za niejakiego Kwasa, który osiadł na gospodarstwie po Kuchcie, nie był z natury dość rozgarnięty, musiał część gospodarstwa po teściu oddać też młodszym swym szwagierkom i z tego powodu zszedł na średniaka. Jego syn (oczywiście Kwas) ukończył Wyższą Szkołę Handlową w Warszawie i dziś(…)