Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

 

Pamiętniki Andrzeja Walerona    (odcinek 6)

b 8a

ciąg dalszy rozdziału:

część II    Szkolne czasy, czasy szkoły w Prząsławiu

W ogóle w miarę rozwoju przemysłu w Łodzi a przede wszystkim w Zagłębiu Dąbrowskim – o robotników było coraz trudniej i to ojciec musiał brać pod uwagę przy planowaniu zasiewów. Najstarsze ceny zboża, jakie pamiętam, były następujące: żyto za korzec (230 funtów) = 3 ruble, pszenica korzec (240 funtów) = 5 rubli, jęczmień korzec (230 funtów) 3 ruble albo 2rb 80 kop.; owies korzec (240 funtów) = 1rb 50 kopiejek.

Pamiętam też, że za buty chłopskie z rzemienia juchtowego, nowe, z długimi cholewami płaciło się też 3 ruble; a więc za korzec żyta były nowe chłopskie buty. Później, z biegiem lat, te ceny zaczęły się powoli podnosić na życie: z 3 rubli na 4 ruble, na 4rb 50 kopiejek, i wreszcie na 5 rubli. Gdy cena za żyto była 3 ruble, to wtedy cena za pszenicę była 5 rubli. Cena ta bardzo powoli rosła z 5 rubli na 5rb 50 kopiejek, na 6 rubli, na 6rb 50 kop i wreszcie doszła do 7 rubli. W roku 1914 ceny były następujące: żyto = 5 rubli; pszenica 7 rubli; jęczmień 4rb – 4rb 50kop, owies 3 ruble, ziemniaki 2 ruble za korzec. Korzec pszenicy liczył 240 funtów = 100 kg. Funt = 400 gramów. Korzec ziemniaków również 100 kg. Korzec żyta, owsa, jęczmienia = 230 funtów = 92 kilogramy.

Gdy byłem jeszcze uczniem w szkole ćwiczeń, już dobrze mówiłem, czytałem i pisałem po rosyjsku. W tym czasie zebranie gromadzkie wybrało ojca na sołtysa. Wybór był przymusowy. Zrzec się nie było wolno. Musiał przyjąć. Spełniał więc tę służbę gromadzką trzy lata. Ponieważ wtedy wszelkie urzędowe sprawy były załatwiane w języku rosyjskim, to też pomagałem ojcu w tych czynnościach, odczytując wszelkie urzędowe „bumagi” (papiery), pomagając rozkładać podatki z wymiarów na całe kolonie – na poszczególnych posiadaczy działek tych kolonii, bo rozpadanie się pierwotnych dużych gospodarstw chłopskich na mniejsze – postępowało. Trzeba też było doręczać ludności całej wsi i dworu wszelkie listy i urzędowe wezwania, bo to do sołtysa należało.

Czasami w różnych sprawach przybywała do sołtysa policja. Czasami ojca nie było w domu. Wtedy ojca w tych czynnościach zastępowałem, tj. albo udzielałem informacji, których policja żądała, albo też musiałem asystować przy różnych jej czynnościach na wsi, bo były wtedy takie przepisy, że policja na wsi działce w asyście sołtysa. Te czynności – były: poszukiwanie broni, poszukiwanie rzecz skradzionych, gdy komu coś w sąsiedztwie skradziono, a podejrzenie padło na któregoś sąsiada, stwierdzenie tożsamości osoby i t.p. przeważnie drobne sprawy. Rzadko się to zdarzało, ale czasami bywało.

Dużo miał ojciec kłopotów z dzierżawcą folwarku w Sudole hrabią Tarłem, u którego wierzyciele ciągle urządzali różne licytacje, przy których ojciec obok komornika musiał być obecny, a czasami musiał się opiekować rzeczami zajętymi do licytacji. Wielkie miał ojciec szczęście tylko w tym, że z owego dzierżawcy nie ściągał podatków, gdyż dwór wtedy w tych sprawach podlegał bezpośrednio referatowi podatkowemu przy urzędzie powiatowym. Kierownik tego referatu (sekwestrator powiatowy) ściągał wszelkie podatki ze dworów, a sołtysi ze wsi. Jakie kłopoty miał ów sekwestrator z tym bankrutem Tarłem, to już ojciec się tym nie troszczył.

Po trzech latach – powtórnego wyboru na sołtysa ojciec już nie przyjął (przymus był tylko jednokrotny). Ojciec wódki pił b. mało, matka jeszcze mniej. Ojciec na wesela, chrzciny i w ogóle zabawy chodził bardzo niechętnie i b. mało. Chodzić w goście też nie lubił. Ale miał jednego przyjaciela, u którego często przesiadywał, lub też na odmianę ów przyjaciel przesiadywał u ojca. Był to Michał Nowak, posiadacz dziadówki, położonej niedaleko od domu rodziców. Tego Nowaka wszyscy w Sudole nazywali „Kubikiem”, bo chodził on do sąsiednich lasów (2 km) na roboty jako robotnik leśny, tak się nauczył kubikować drzewa i później czynił to i dla prywatnych kupców (żydów), którzy poręby po lasach kupowali skubikowawszy drzewa, zwozili je na stacje, a odpadki sprzedawali chłopom na opał.

Ów Nowak był człowiekiem całkiem nie głupim. Doszedł w końcu do tego, że te odpadki w postaci wierzchów i gałęzi, układanych w „kupki” i drzewa nie budowlanego układanego w sągi – zaczął od żydów kupować hurtem w lesie, i takowe sągi i kupki sprzedawać okolicznym chłopom detalicznie. Czyli był to człowiek wsi, biedny chłop, posiadacz może morgowej dziadówki pola i chałupki ze stodółką, który powoli, własnym przemysłem przechodził ze stanowiska robotnika leśnego na pozycję początkującego kupca leśnego. Nie można powiedzieć, by się zbogacił, bo tak nie było, ale żył, jak na owe czasy, bez kłopotów pieniężnych i wcale nieźle. Z nim się ojciec przyjaźnił. Zresztą był on dalszym krewnym ojca, gdyż jego matka (już wtedy nieżyjąca) była ciotką mojego ojca – z linii żeńskiej. Obaj albo rozmawiali, a lubili rozmawiać, albo czasami grali w karty w „durnia”, bo gry na pieniądze nigdy nie stosowali.

O tym Nowaku pamiętam bardzo dobrze nie tylko dlatego, że ojciec się z nim przyjaźnił, i że wyróżniał się na wsi tym, iż zaczynał handlować drzewem, ale w dużej mierze także i z tego względu, iż był on wtedy wyjątkowym w Sudole człowiekiem. Ta wyjątkowość jego polegała na tym, iż był on zupełnym wolnomyślicielem – oczywiście w sprawach religijnych. Praktyki religijne wprawdzie wykonywał, ale możliwie mniej, gdy to było konieczne. O swych przekonaniach areligijnych z nikim nie mówił, choć z ojcem mym czasami o tym wspominał, a z ludnością wsi żył dobrze, przykładnie.

Tak szły lata. Wreszcie ów Nowak powoli zaczął chorować, okazało się, że to był rak w żołądku. Gdy się śmierć zbliżała, żona Nowaka chciała mu sprowadzić księdza, by się przed śmiercią wyspowiadał, ale Nowak odmówił stanowczo, zaznaczając, iż uważa on tą spowiedź za zupełnie zbyteczną. Twierdził, że sumienie mu nic nie wyrzuca, więc po co się ma spowiadać. Z wielkim trudem żona Nowaka i jego siostra namówiły go do tej spowiedzi. Uczynił to tylko na ich prośbę, ale zupełnie bez przekonania. To jego stanowisko w sprawie spowiedzi było na całej wsi głośne i wywoływało zdziwienie.

Wreszcie Nowak zmarł, a ojciec stracił przyjaciela. Nie miał ów Nowak dzieci; jego osada przeszła na jego żonę, a po żonie dostała się jej krewnym ze Skroniowa. Dziś na tej dziadówce w Sudole po Michale Nowaku stoi młyn motorowy niejakiego Papki, młynarza z Warzyna, a na tym miejscu, gdzie był domek Nowaka dziś stoi okazały dom młynarza Papki (1.9.1953), o pierwszym zaś wolnomyślicielu w Sudole Michale Nowaku dziś już wszyscy dawno zapomnieli.

Gdy ojciec był sołtysem, miał też kłopot z wojskiem, bo co rok zaraz po żniwach odbywały się manewry wojskowe pod Szczekocinami. Na te manewry co rok w sierpniu udawały się dwa pułki piechoty z Kielc; pułk kozaków duńskich z Opatowa i pułk Dragonów z Pińczowa. Wszystko to przechodziło przez Sudół; trzeba było dawać kwatery i podwody, gdyż carskie wojsko w stanie pokoju nie miało żadnych obozów, a przewoziło się na chłopskich podwodach. Z tymi to podwodami i z ich dostarczaniem miał ojciec dużo kłopotów, tym bardziej, że trzeba je było dawać raz gdy wojsko szło na manewry i drugi, gdy po kilku tygodniach wracało.

Motkowice
Dwór w Motkowicach

W pewnym roku było z tym jeszcze gorzej: generał gubernator Hurko ustąpił, na jego miejsce przybył ks. Imeretyński. Ten dygnitarz przybył wtedy na takie manewry pod Szczekociny. Oczywiście manewry te przekształciły się w manewry krajowe; była masa wojska, Dragonów przechodziło przez Sudół aż 4 pułki (po 6 szwadronów każdy). Manewry były wtedy nie tylko pod Szczekocinami, ale w okolicy Jędrzejowa i Chęcin.

Nawet w Sudole była potyczka dwóch pułków piechoty (W roku 1914 w tym samym miejscu w Sudole była potyczka pomiędzy kawalerią carską i następującymi Niemcami). Podczas tej potyczki wojsk carskich ze dwie godziny była forsowna strzelanina z karabinów; a gdy to ucichło, cała wieś była okryta dymem, bo prochu bezdymnego jeszcze wtedy carskie wojska nie używały. Imeretyński nocował wtedy u dziedzica Górskiego w Motkowicach, bo był z nim nawet jakoś spokrewniony, a Górski należał do obozu wielko obszarniczego, t.z. obozu Polityki Realnej. Z przybyciem do Kongresówki Imeretyńskiego wielkie nadzieje robił Obóz Polityki Realnej (ugodowy, nieliczny), ale z czasem okazało się, że nic realnego z tego nie wynikło, a tak zwanych ulg w nacisku rusyfikacyjnym było akurat tyle, co pies napłakał.

W czasie mojej bytności w ćwiczeniówce i w seminarium urodziła moja matka moją siostrę Franciszkę, później mojego brata Franciszka, jeszcze później moją siostrę Zofię i wreszcie jeszcze jedną siostrę – Marysię. Ta najmłodsza siostra przeżywszy rok – zmarła na szkarlatynę. Ponieważ przebieg tej choroby był łagodny, nie można było ustalić, co to jest; a gdy się ukazała wysypka, lekarz zaczął ją leczyć nawet forsownie, ale było już za późno. Zastrzyków przeciw szkarlatynie jeszcze wtedy nie było.

Chociaż wszystko, co tylko miało styczność z chorym i zmarłym dzieckiem było wyszorowane, a szmaty w kotle wywarzone, jednak coś gdzieś niedostrzeżonego z tej choroby nie zostało, bo gdy z wywarzonych szmat, zamiast je spalić, zrobiono ścierki do mycia podłogi wiosną roku następnego, to prawdopodobnie od tych wywarzonych szmat (widocznie niedostatecznie) zaraziła się szkarlatyną już latem roku następnego siostra Zofia – pierwsza z brzegu i ze starszeństwa po zmarłej.

Tym razem była leczona bardzo starannie i od samego początku. Przebieg choroby był lekki, ale przewlekły. Siostra wyzdrowiała, była później zupełnie zdrowa, ale w osierdziu jej pozostały się jednak ślady, o których nikt nie wiedział, a które ujawniły się dopiero wtedy, gdy siostra Zofia dorosła, wyszła za mąż i urodziła dziecko. Wtedy to owe pozostałości po szkarlatynie przedostały się do serca i spowodowały nagłą śmierć siostry Zofii.

W tymże okresie czasu, gdy byłem w ćwiczeniówce i w seminarium, ojciec mój był z zimie w lesie po drzewo, zaziębił się i chorował b. ciężko na zapalenie płuc, ale powoli wyzdrowiał. Ponieważ ojciec już raz w swej przedpoborowej młodości przechorował tyfus plamisty, to teraz po przejściu zapalenia płuc już do takiego zdrowia jakie miał przed tym zapaleniem, nie wrócił. Bardzo nieznacznie i powoli, ale stale zaczął się u ojca rozwijać katar płuc. A że ojciec miał też i dziedziczny po dziadku i ojcu artretyzm, a leczyć się, jak zresztą i wszyscy chłopi, nie lubił, to razem to wszystko wziąwszy, tz. lekki katar płuc i spacerujący po stawach artretyzm, dawało to w wyniku acz bardzo powolne i niby nieznaczne, ale jednak stałe pogorszenie się zdrowia ojca.

Ale że matka moja była zdrowa, siostra Franciszka i brat Franciszek zaczęli już podrastać a ja w wolnych chwilach od nauki w gospodarstwie ojca pracowałem, to biorąc pod uwagę te okoliczności i pomoc parobka, który także jeszcze był, w wyniku wychodziło, że gospodarstwo szło dobrze. Krów w dalszym ciągu było 4, koni para, cieląt ze dwoje, świń 2-3, kur – 20, gęsi też kilkanaście. Słowem – parokonne gospodarstwo chłopskie.

Ale wróćmy do Seminarium. O nauczycielu języka rosyjskiego Kozaczkowskim już pisałem. Był on nauczycielem tylko w pierwszym roku mojej nauki w seminarium. W drugim roku, t.j. na drugim kursie – nauczycielem był Josif Wikientiewicz Nowicki, czyli Józef Nowicki syn Wincentego. Ponieważ ojcu jego było na imię Wincenty, a takiego imienia w kalendarzu prawosławnym nie ma i nigdy nie było, łatwo się domyślić, że ojciec tego Józefa Nowickiego był Polakiem i katolikiem. Musiał być jednak żonaty z jakąś Rosjanką, a wedle carskich przepisów prawnych dzieci z takich małżeństw, w których jeden z małżonków był prawosławny, były zapisywane na listę prawosławnych i chrzczone w cerkwi. W taki to sposób syn Polaka i katolika, który się ożenił z Rosjanką, stał się prawosławny.

Gdy dodamy do tego, że ojciec wcześnie umarł, a biedna wdowa nie mogła dać rady z dziećmi, to przekazała syna Józefa na wychowanie do prawosławnego „prijuta” (przytułek), gdzie go na rządowy koszt (na kuzionnyj szczot) kształcili, to otrzymamy całkowity obraz, jak wtedy synów Polaków na Rosjan carosławnych i prawosławnych wychowywano. Tak wychowano i owego Nowickiego. Pochodził z Grodzieńszczyzny, a tam przecie rusyfikacja i carosławie kulały i pieniędzy ze skarby na „obrusienje”(ruszczenie) dużo otrzymywały. To też w ten sposób Nowicki wychowywany i kształcony na rządowy koszt na janczara prawosławia (oczywiście carskiego) ukończył aż Akademię Duchowną (prawosławną) w Kijowie, ale tak jak i Szczurowski nie poszedł robić kariery w cerkwi, lecz skierował swoje kroki w kierunku pedagogiki i znalazł się jako nauczyciel w seminarium nauczycielskim.

Był to człowiek już po czterdziestce. W odróżnieniu od Kozaczkowskiego, który w nauce języka rosyjskiego kładł duży nacisk na lekturę, na gramatykę i słowotwórstwo, Nowicki kładł duży nacisk na logikę i ścisłość wyrażania się ustnie i pisemnie. Geografię też wykładał, ale słabiej od Kozaczkowskiego. Z tym wszystkim był to jednak człowiek niezły, aczkolwiek robił minę rygorystycznego Rosjanina. Był punktualnym służbistą, ale nie rusyfikatorem. Uczniowie jednak nie bardzo go lubili, bo był wymagający i w ocenach postępów uczniowskich bardzo surowy.

Wszyscy jechali na trójkach; czwórka u Nowickiego była b. rzadkim stopniem, a dwójkę można było dostać za byle co. Ta to zbytnia surowość tego nauczyciela w stopniowaniu była przyczyną niechęci do niego uczniów. Znaleźli w jego twarzy podobieństwo do szczupaka, więc go też i szczupakiem nazwali. To przezwisko (widocznie było trafne) przyjęło się w całej szkole, było wszystkim znane, wszyscy go tak nazywali, a on też dobrze o tym wiedział, ale był bezsilny. Zresztą był spokojny, zrównoważony i nigdy się nie unosił.

Ponieważ wtedy przy Dyrekcjach Naukowych gubernialnych tworzono dla szkolnictwa powszechnego stanowiska objazdowych wizytatorów szkół ludowych, przeto Nowicki – przeuczywszy w seminarium jeden rok – przeszedł na stanowisko wymienionego wizytatora i wyprowadził się do Kielc. Spotkamy się z nim w pamiętniku jeszcze raz.

Gdym zaś został promowany z drugiego kursu seminarium do trzeciego, w tym trzecim roku nauki w tej szkole nauczycielem języka rosyjskiego był już nie Nowicki, a Wasilij Woskriesienskij. Był to Rosjanin z Moskwy; wzrostu wysokiego, przystojny, ale trochę za otyły, lat 40, blondyn, golił brodę pozostawiając nieduże wąsy; ukończył on filologię rosyjską na uniwersytecie moskiewskim, mógł więc być nauczycielem w gimnazjum ośmioklasowym. Przysłany zaś był do Jędrzejowa zdaje się jakby za karę, bo okazało się nieco później, iż lubił pić. Wprawdzie nikt go nigdy nie widział pijanym, ani na ulicy, ani w szkole, ale okazało się jednak, że wolne chwile poza nauką w szkole spędzał w restauracji, gdzie miał dla siebie osobiście zarezerwowany pokoik poufny, w którym miał zwyczaj wysiadywać samotnie, nie wpuszczając nikogo, i powoli, po trochu pić. W ten sposób wypijał dużo, a nigdy nie był pijany.

Nauczycielem był dobrym i wcale nie rusyfikatorem. Jego specjalnością była historia literatury rosyjskiej. W przeciwieństwie do Kozaczkowskiego, który nieomal terrorem i w sposób gwałtowny zmuszał do wielkich wysiłków w nauce języka rosyjskiego, i do Nowickiego, który ten przymus stosował groźbą dwójek, Woskriesieńskij nie stosując takiej presji – starał się uczniów (III kursu) do nauki tego języka pociągać, dobrze i zajmująco wykładając historię literatury (a wymowę miał b. dobrą) i zwracając uwagę uczniów na najlepsze pod względem artystycznym partie poezji rosyjskiej. Tą drogą starał się wyrobić w uczniach zamiłowanie do nauki tego języka, jako języka w środowisku polskim obcego, ale słowiańskiego.

To traktowanie nauki tego języka nie jako urzędowego przymusu do nauki języka narodu rządzącego, lecz jako dobrowolnej nauki języka narodu sąsiedniego – dawało pewne wyniki, gdyż uczniowie (na III kursie) uczyli się języka rosyjskiego chętnie, bez odrazy, chętnie też studiowali najlepsze utwory poezji rosyjskiej. Słowem, jako umiejętny pedagog, bez stosowania przymusu w nauce tego języka w owe czasy t.z. „państwowego” osiągnął większe wyniki, niźli dwaj jego mniej inteligentni poprzednicy.

Po moim ukończeniu seminarium w roku 1901 – pozostał tam jeszcze Woskriesienskij na stanowisku nauczyciela jeszcze kilka lat, ale z powodu choć potajemnego ale stałego picia wódki tak sobie podkopał zdrowie, a zwłaszcza serce, iż wskutek osłabienia działalności tegoż nie mógł już dobrze chodzić pieszo i idąc z Jędrzejowa do seminarium co jakiś czas przystawał, by odpocząć. Z tego powodu musiał przejść na emeryturę i z Jędrzejowa wyjechał. Jaka była przyczyna, że w taki nałóg wpadł, nikt nie wiedział, gdyż wbrew naturze rosyjskiej – był to człowiek zamknięty, nie lubiący się zwierzać.

W poprzednich moich wspomnieniach wtrąciłem wzmiankę o „galówkach”. Teraz wyjaśnię, co ten wyraz oznaczał. Galówka – była to wielka uroczystość państwowa (gala). Takich dni było w roku kilka: imieniny cara, dzień jego urodzin, imieniny carowej, dzień jej urodzin oraz imieniny następcy cara. W dzień galówkowy ani w urzędach, ani w szkołach nie było zajęć. We wszystkich zaś niepaństwowych zakładach pracy w dniu „galówki” praca odbywała się normalnie.

Wszyscy urzędnicy i młodzież szkolna szli tego dnia do kościoła na msze. Jeżeli w mieście była cerkiew, to prawosławni urzędnicy i prawosławna młodzież szkolna szła do cerkwi, a katolicy do Kościoła; jeżeli zaś cerkwi nie było, to wszyscy szli do kościoła. Duchowieństwo prawosławne i katolickie (i wszelkich innych wyznań) miało obowiązek tego dnia po uroczystej mszy – odmówić specjalną modlitwę na intencję cara, całej jego rodziny i za pomyślność carskiego imperium. Ponieważ seminarium nauczycielskie lokowało się w budynkach poklasztornych tuż przy pocysterskim kościele klasztornym, to taką mszę galówkową odprawiał nauczyciel religii ks. Jędrzychowski.

Cerkwi w Jędrzejowie nie było, ani żadnego popa, a więc na tą mszę przybywali wszyscy nauczyciele bez różnicy religii i wszyscy uczniowie seminarium i ćwiczeniówki. Po mszy po odmówieniu, a raczej odśpiewaniu przez ks. Jędrzychowskiego wyżej wymienionej modlitwy za cara – wszyscy nauczyciele i uczniowie z kościoła udawali się do seminarium do największej sali. Tam stojąc wysłuchali krótkiego okolicznościowego przemówienia dyrektora, które się zawsze kończyło słowami: „Złożmyż więc dziś wszyscy naszemu umiłowanemu Monarsze, całej jego rodzinie i jego imperium nasze gorące życzenia szczęścia i powodzenia (błogosławieństwa) wznosząc trzykrotne hura!” I wszyscy obecni musieli wtedy za dyrektorem przekrzyczeć to hura trzykrotnie (Niech żyje). Na tym się uroczystość kończyła i wszyscy się rozchodzili. Ksiądz nigdy na to przemówienie dyrektorskie nie przychodził, gdyż odśpiewawszy „galówkę” pozostawał w kościele spowiadać ludzi, boć był nie tylko nauczycielem religii, ale i kustoszem kościoła filialnego, a więc spełniał też i obowiązki względem tamtejszych parafian.

Prawosławnych uczniów było w seminarium kilku: 6-8 osób. Mieli oni w seminarium w małej salce prawosławną kapliczkę. Przyjeżdżał do nich czasami (ze dwa razy w miesiącu) pop z Kielc; w tej kapliczce odprawiał dla nich nabożeństwo (obiednia) i tam ich też nauczał religii prawosławnej. Uczniowie prawosławni byli dziećmi tamtejszych miejscowych urzędników – Rosjan. Było ich mało. Żadnej roli w szkole nie odgrywali.

Prąd niepodległościowo – patriotyczny, który się w końcu wieku 19-go zaczął w Kongresówce szerzyć, dotarł i do Jędrzejowa. Pod wpływem tego prądu powstała w zespole uczniów kursu III-go konspiracyjna grupa oświatowa, która też zorganizowała tajną biblioteczkę uczniowską – oczywiście polską. Taka akcja jawna była jak najsurowiej zabroniona, bo przecie w seminarium w tych czasach z całą ścisłością obowiązywała zasada: „zdzies wosprieszczajetsia gaworit pa polski”.

Ktoś z uczniów (katolik czy prawosławny – nie wiem) jednak doniósł dyrektorowi, gdzie ta biblioteczka jest przechowywana. Dyrektor, mając dokładną informację, ową biblioteczkę znalazł i zabrał. Był to starannie związany pęk książek polskich, z kilkadziesiąt tomów. Jednak uczniowie wypatrzyli, że Dyrektor ów pęk książek położył w swym pokoju jadalnym na stole. Nocą więc, gdy Dyrektor spał, uczniowie powoli i po cichu otwarli okno i tą biblioteczkę zabrali, a okno znowu zamknęli.

Przebudziwszy się, Dyrektor nie robił z tego żadnego użytku i potraktował sprawę jako niebyłą; tak mu nawet było wygodniej. Odznaczył się przy tym odwagą i sprytem uczeń Roman Plenkiewicz, co niniejszym zaznaczam. Jeżeli idzie o mnie, to po ojcu odziedziczyłem przekonania contra Rosji carskiej, i z biegiem lat stałem się niepodległościowcem. A więc te wszystkie zabiegi, by mię zrusyfikować a zwłaszcza scarosławić spełzły na niczym.

Pamiętam, gdy jeszcze będąc na trzecim roku ćwiczeniówki dostałem skądś jakiś tygodnik polski z ilustracją wyobrażającą ks. Józefa Poniatowskiego. Było to dla mnie tak mocne przeżycie, że jeszcze dziś pamiętam tę chwilę tak, jakby to było wczoraj. Pamiętam, że było to na drodze od bramy wjazdowej w murze klasztornym do gmachu seminaryjnego, akurat na moście, który tam był wybudowany nad kanałem, którym wiosną wody przepływały. Pamiętam, że było to latem, rano i że dzień był jasny. Jeszcze dziś pamiętam, jakem ten tygodnik z tą podobizną brał do ręki, pamiętam że brałem go ręką lewą, bo prawą trzymałem teczkę z podręcznikami.

Pamiętam, że ten mój kolega (nie pamiętam kto) chętne mi na moją prośbę ów tygodnik podarował. Wyciąłem z niego kawałek z portretem J. Poniatowskiego i przechowywałem jak relikwię. Oczywiście zabrałem się zaraz do czytania książek polskich, a zwłaszcza z historii. Pamiętam, że pierwszą książkę polską, którą w swym życiu przeczytałem, były 24 obrazki z historii polski.

Odtąd zacząłem czytać (od chwili otrzymania owej ilustracji z portretem Józefa Poniatowskiego), a gdy przechodziłem z ćwiczeniówki do seminarium (15 lat ukończonych), byłem już nieźle w historii Polski oczytany; przeczytałem już nawet niektóre powieści historyczne Kraszewskiego. W seminarium zaś, będąc cały czas niepodległościowcem, z konieczności musiałem dużo czytać po rosyjsku: czytałem więc beletrystykę i książki geograficzne, a także podróżnicze, jak np. o podróżach Przewalskiego po Azji Środkowej i inne. Oprócz tego nauki w tym seminarium było dużo, gdyż, jakem pisał, kurs nauk pięcioletni czy sześcioletni był wtłoczony w 3 lata. To przerabianie tak stłoczonego materiału naukowego w przeciągu lat 3ch dawało takie wyniki, że na czytanie książek polskich mało było czasu. Dostrzegłem już wtedy u siebie wielki pociąg do geografii; by to zaspokoić, będąc uczniem, prenumerowałem rosyjski tygodniczek geograficzny: „Wokrug swieta”.

W ćwiczeniówce a później w seminarium miałem dwóch przyjaciół: Roman Prohaska i Marcin Nocoń. Obaj mieszkali na Podklasztorzu, i do szkoły co dzień przychodzili (dziś (3.09.1953) już dawno nie żyją). Dziadek Romana Prohaski – Stanisław Marciszewski był zamożnym obywatelem – rolnikiem na Podklasztorzu i długoletnim ławnikiem w sądzie. Babka pochodziła ze starej jędrzejowskiej rodziny mieszczańskiej – Zakrzewskich. Córka Marciszewskich wyszła za Czecha – Prohaskę, który był malarzem kościelnym. Z tego małżeństwa było dwoje dzieci: Roman i Maria.

Później ów Prohaska – malarz rozszedł się z żoną i wyjechał do Czech; więcej się nie pokazał. Osamotniona jego żona nauczyła się położnictwa (ukończyła kurs położnych w Warszawie), otrzymała stanowisko położnej na kopalni „Saturn” obok Sosnowca i tam zamieszkała na stałe, a oboje jej dzieci (Roman i Maria) wychowywały się u Marciszewskich (dziadków) w Jędrzejowie na Podklasztorzu.

Pompka
Budynki dawnego wodociągu kolejowego (współcześnie)

Marian Nocoń był synem bardzo zdolnego i inteligentnego maszynisty kolejowego, który na Podklasztorzu prowadził kolejowy wodociąg, składający się z sadzawki i maszyny, która wodę z sadzawki pędziła aż na stację kolejową w Jędrzejowie do tamtejszej wieży wodnej (zbiornika wieżowego). Przy owej sadzawce i maszynowni był również kolejowy dom mieszkalny, w którym mieszkał ów maszynista Nocoń, ojciec Mariana.

Obaj ci moi koledzy byli bardzo zdolni; Prohaska – w kierunku – języków, Nocoń – matematyki. Oprócz tego M. Nocoń grał na skrzypcach; grał będąc w ćwiczeniówce, grał będąc w seminarium, a że miał też dobrego mistrza – Murawiowa, który też na skrzypcach grał znakomicie, to kończąc seminarium był w tej sztuce już niemal artystą. A oprócz tego zdradzał niezmiernie wybitne zdolności w dziedzinie matematyki. Roman zaś Prohaska miał w domu u dziadka b. dużo książek (oczywiście polskich), które czytał i mnie chętnie pożyczał. Gdym ukończył seminarium w roku 1901 (czerwiec), a oni obaj w oku 1902, rozjechaliśmy się w różne strony, ale przyjaźń nasza niezmiennie pozostała.

Ta walka rusyfikacji i „obrusienia” z polskością, tak mocno forsowana przez carskie rządy, jeżeli idzie o mnie dała takie wyniki, że kończąc seminarium językiem rosyjskim władałem nawet nieco lepiej niż polskim, ale po upływie roku już u mnie język polski zajął miejsce znacznie wyższe niż rosyjski. To jednak uczenie się w carskiej rosyjskiej szkole, w której wszystko (prócz religii) było wykładane po rosyjsku, to, można powiedzieć, okaleczanie młodzież, to łamanie języka polskiego z rodziny wyniesionego, ta dziesięcioletnia rusyfikacja szkolna u mnie dała takie wyniki, że jeszcze dziś nie mam w przyzwyczajeniu dobrego i czystego stylu polskiego. Boć jeżeli się ktoś w ciągu dziesięciu lat swej najbardziej chłonnej młodości uczył tylko po rosyjsku, to choćby później nawet bardzo się starał pisać i mówić poprawnie – nie jest w stanie pozbyć się tego kalectwa, tego szkolnego obarczenia, tego forsownego psucia języka polskiego, które wtedy w uciemiężonej Kongresówce w carskim szkolnictwie stosowano.

Duży też wpływ na mój sposób ustnego i pisemnego wyrażania się wywarła późniejsza moja nauka łaciny i niemieckiego. Łacina bardzo mi się podobała. W ducha tego języka starałem się bardzo wżyć, by go łatwiej opanować. To mi ułatwiało naukę łaciny, ale psuło polszczyznę. Duży wpływ stylistyczny wywarły na mnie też Kazania Sejmowe Skargi, budową których bardzo się zachwycałem. Zawsze bowiem miałem pociąg do takiej pięknej prozy, która graniczy z poezją.

Te wszystkie szkolne, młodzieżowe obarczenia, te wpływy łaciny, niemczyzny i Kazań Sejmowych oraz pociąg do prozy poetycznej w sumie sprawiły, że jeszcze dziś nie mam w swych pracach piśmiennych dobrej rutyny w dziedzinie stylistyki polskiej, co – sądzę – czytelnicy łatwo zauważą, a za co ich przepraszam. Wybaczcie: dziesięć lat uczono mię tylko po rosyjsku. Tego faktu cofnąć nie można.

Wracając do spraw politycznych zaznaczam, że walka PPS i Narodowej Demokracji (Ligi Narodowej), która w końcu wieku 19go w Polsce się rozgrywała, dotarła i do ówczesnego seminarium nauczycielskiego w Jędrzejowie. A więc w Zielone Święta r. 1901 przybył do Jędrzejowa przedstawiciel PPS – Antoni Anusz i na zebraniu konspiracyjnym, zorganizowanym z uczniami III-go kursu w samo południe pierwszego dnia tych świąt w pobliskim „Gaju” mówił o programie i celach P.P.S. (Później działacz ten przeszedł do PSL Wyzwolenia i w pierwszym Sejmie Ustawodawczym był przewodniczącym Komisji Wojskowej. Stanowił o wtedy w PSL-Wyzwolenie prawe skrzydło).

Już nawet nie pamiętam, kto z uczniów III kursu zorganizował to zebranie w Gaju. Treści przemówienia Anusza w Gaju też nie pamiętam. Tyle wiem, że odtąd Anusza znałem. Po ukończeniu seminarium cały kurs III (kończący) urządził pieszą wycieczkę do Częstochowy. Mieliśmy tylko jedną furmankę, która wiozła nam bagaże i żywność. W Częstochowie przebywał były prefekt (nauczyciel religii) seminarium nauczycielskiego w Jędrzejowie – ks. Adamczyk, który uczył religii przed ks. Jędrychowskim. Przy pomocy więc ks. Adamczyka otrzymaliśmy (było nas 25) na Jasnej Górze kwaterę i stołowanie (w refektarzu) Byliśmy tam 4 dni. Zwiedziliśmy klasztor i miasto. Wycieczka ta nie miała jednak charakteru pątniczego, a raczej krajoznawczy. Z Częstochowy rozjechaliśmy się do domów koleją.

Wkrótce jednak potem nie przypominam sobie kto zorganizował w lecie r. 1901 drugą naszą wycieczkę koleżeńską do Warszawy. Nie pamiętam również, czy były na to jakie koszta podróży, czy też jeździliśmy na koszt własny. Raczej skłaniam się do tego, że ten zjazd był zorganizowany przez nauczyciela z Warszawy Arcichowskiego (czy też Arciszewskiego), który w owe czasy był znanym działaczem Ligi Narodowej (Narod. Demokracji), a którego później widziałem jako posła z obozu t.z. „narodowego” w pierwszym Sejmie Ustawodawczym. Był on wzrostu dość wysokiego, chudy, szczupły, z małą bródką. W czasie posłowania był on urlopowanym nauczycielem w Warszawie, a szkoła jego była gdzieś w sąsiedztwie kościoła na Mokotowie, przy ulicy Puławskiej.

Na to zebranie jednak nie byli proszeni wszyscy b. uczniowie III kursu, a tylko niektórzy. Z liczby 25 było nas tam z 10ciu. Oczywiście byliśmy tam na zebraniu t.z. „narodowym”, na którym przemawiał ów nauczyciel Arcichowski i inni mówcy „narodowi”, a w tej licznie i jakiś wielki wódz, którego wszyscy tam wielce honorowali jakby jakąś wielką powagę. Prawdopodobnie był to „sam Dmowski”.

Zebranie trwało prawie cały dzień. Co na tym zebraniu mówiono, już dziś nie pamiętam. Po zebraniu otrzymaliśmy po kilka książek; tytuł jednej nawet pamięta. Była to książka krajoznawcza p. t. „Z biegiem Wisły”. Przytaczam te fakty zaś poto, by było jasne, że – biorąc pod uwagę raz zebranie Anusza (PPS) a drugi Arcichowskiego (ND) – należy wywnioskować, że PPS i ND ostro wtedy walczyły o umysły i polityczne nastawienie przyszłych nauczycieli ludowych.

Przyznaję się, że wysłuchawszy raz przemówienia Anusza (w Gaju), a drugi – Arcichowskiego (i Dmowskiego) w Warszawie – nie od razu mogłem się połapać, co jest lepsze: i to było dobre, i owo również. Długo więc myślałem i nie mogłem wyrozumieć. Dopiero gdym przepracował jako nauczyciel ludowy w Chomentowie już całą zimę, zaprosił mnie do siebie w przewodnią niedzielę do Motkowic do szkoły nauczyciel tejże szkoły Henryk Krynicki (późniejszy kierownik 7 klasowej szkoły podstawowej w Chmielniku,  dziś już nie żyje). Nie tylko mnie zaprosił, ale jeszcze innych: razem kilku młodych nauczycieli. Przybył tam znowu przedstawiciel PPS (zupełnie mi nieznany) i odbyło się zebranie konspiracyjne, które trwało pół dnia.

Po wysłuchaniu przemówienia tego delegata PPS i po przeprowadzeniu dyskusji ostatecznie rozstałem się z ND, co trwa do dziś (3.09.1953). Z tego wynika, że przechyliłem się ostatecznie na stronę PPS. Tak było w rzeczywistości. Mój wybór odbył się na podstawie następującego rozumowania: Jedna strona mówi o niepodległości Polski (ND) i druga również (PPS), ale druga dodaje, że w tej niepodległej Polsce trzeba też walczyć i o to, by sprawiedliwość społeczną na ziemi do ludzi przybliżyć, a pierwsza o tym nic nie wspomina. Z tego wychodziło, że strona pierwsza, gdyby osiągnęła Polskę niepodległą, to do ulepszeń życia społecznego nie będzie się kwapić, bo to życie uważa widocznie za dostatecznie dobre (konserwatyzm). Druga zaś strona zapowiadała, że nie tylko trzeba walczyć o niepodległą Polskę, ale również o to, by w tej Polsce było dobrze, zwłaszcza ludziom biednym, którzy pracują.

To właśnie dążenie do lepszego, ten program ciągłego ulepszania życia, a co za tym idzie – wchodzenia na drogę postępu – spowodował, iż wybrałem program PPS. Zdecydowały więc zestawione obok siebie dwa wyrazy: konserwatyzm (zastój) i postęp. Przechyliwszy się wtedy, w roku 1902, na drogę postępu kroczę nią w miarę mych sił do dziś. Dlatego też to motkowickie zebranie odegrało w mym życiu rolę decydującą, a Henryk Krzywicki, o 3 lata starszy ode mnie, pozostał mym przyjacielem do swej śmierci, która nastąpiła w latach 1937-1938.

Moi zaś przyjaciele, o których pisałem nieco wyżej, ukończywszy seminarium w roku 1902 – również obaj przechylili się na stronę PPS, to jest na stronę jedynej wówczas w Polsce partii postępowej. Roman Prohaska i Marian Nocoń zdecydowawszy zgodnie przejście na stronę PPS, rozjechali się: Nocoń pojechał do Warszawy studiować muzykę w Konserwatorium, a Prohaska otrzymał stanowisko nauczyciela szkoły podstawowej przy kopalni „Saturn”, utrzymywanej przez tą kopalnię. Była to ta sama kopalnia, przy której pracowała jego matka. Zamieszkał więc u matki. Tam wszedł w stosunki z tamtejszymi organizacjami PPS i stał się tamtejszym działaczem tej partii.

Ja zaś, będąc już nauczycielem w Chomentowie, od roku 1902 przez Prohaskę też nawiązałem łączność z PPS w Zagłębiu, wziąłem niejako pod swoją opiekę seminarium nauczycielskie w Jędrzejowie i przez kilka lat organizowałem w końcu roku szkolnego (czerwiec) z kursem III-cim (kończącym) zebrania konspiracyjne, na które sprowadzałem prelegentów z Zagłębia (przy pomocy Prohaski). Oczywiście robiłem to w tym celu, by przyszli nauczyciele byli ludźmi postępowymi.

Jan Piotrowski
Profesor Jan Piotrowski

Udawało mi się to tylko częściowo, boć „narodowcy” też robili swoje i niektórych do swego obozu przeciągali, czyli walka polityczna i ideologiczna trwała i na odcinku młodonauczycielskim. Nauczyciele zaś, którzy ukończyli to seminarium znacznie wcześniej, gdy prądu niepodległościowego jeszcze nie było i w Kongresówce panował zupełny polityczny zastój, byli z nielicznymi wyjątkami mniej ciekawi, to jest byli bezwolnym narzędziem carskich władz szkolnych, czyli nie sprzeciwiali się złu, którym była rusyfikacja dzieci i kraju.

Dyrektor Szczurowski po ukończeniu przeze mnie seminarium urzędował jeszcze w Jędrzejowie kilka lat; wreszcie przeszedł na emeryturę i wyjechał do Kielc. Tam jego młoda i przystojna żona dość jaskrawe prowadziła znajomości z kieleckimi oficerami, co zatruwało życie jej męża. Widziałem go ostatni raz w lecie r 1914 w ogrodzie miejskim w Kielcach; był już niedołężnym staruszkiem, nawet mię już nie poznał. Gdy się rozpoczęła wojna (sierpień 1914) wyjechał do Rosji i więcej go nie widziałem.

Ów dobry nauczyciel matematyki, mierny nauczyciel przyrody i lichy nauczyciel jęz. polskiego – Borucki – w dwa lata po moim wyjściu z seminarium zmarł na raka w szpitalu w Warszawie. Nauczyciel rysunków i kaligrafii Starankiewicz pracował i dziwactwa wyczyniał jeszcze kilka lat, poczym przeszedł na emeryturę i wyjechał do Rosji. Ksiądz Jędrzychowski pracował jako prefekt do r. 1910; przeszedł w tym roku na stanowisko proboszcza do Ogrodzieńca (pow. Olkusz), a w roku 1930 – do Krzcięcic (pow. Jędrzejów), gdzie już pozostał do śmierci (w czasie drugiej wojny światowej).

Motkowice
Nekrologi prof.
Jana Piotrowskiego

Większość moich szkolnych kolegów pozostała w nauczycielstwie; straciłem z nimi łączność i nawet nie wiem, gdzie pracowali, i kto z nich żyje. Ale była też spora część i takich, którzy poszli w zupełnie innym kierunku. Na przykład – jeden z nich wkrótce okazał się burmistrzem m. Pabianice, dwóch poszło na księży; ci żyją i na parafiach jeszcze pracują, a kilku pod wpływem Boruckiego pojechało do Rosji, tam ukończyli szkoły miernicze i pracowali jako jeometrzy; byli to: Baryłko, Dercz, Gudowski, Szlezyngier, Skalski, Górski; dwaj zaś – Warchałowski i Jan Piotrowski, syn Kazimierza z Jędrzejowa, o którym pisałem znacznie wyżej, ukończyli moskiewski instytut mierniczy i poszli w kierunku naukowym. Obaj wyjechali na Syberię i tam byli profesorami miernictwa na tamtejszej świeżo założonej politechnice.

Po powstaniu w roku 1918 państwa polskiego – obaj powrócili do Warszawy. Warchałowski został rektorem politechniki warszawskiej, a Piotrowski – profesorem. W roku niniejszym (1953) przeniesiono Warchałowskiego na stanowisko profesora, co spowodowało jego śmierć, która nastąpiła w tymże roku. Profesor zaś Piotrowski w dalszym ciągu pracuje na politechnice warszawskiej.