Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

 

Pamiętniki Andrzeja Walerona    (odcinek 5)

b 8a

część II    Szkolne czasy, czasy szkoły w Prząsławiu

Gdy mi się skończyło 7 lat, matka zaprowadziła mnie do szkoły początkowej w Prząsławiu. Było to już na początku zimy. Odległość od domu do szkoły nie przekraczała 2km. Budynek szkolny był drewniany, ale dosyć duży: składał się z sali szkolnej, sieni i trzech izb, w których mieszkał nauczyciel. W tej sali uczyły się dzieci w trzech oddziałach: pierwszym, drugim i trzecim.

Program więc ówczesnej szkoły podstawowej na wsi był trzyletni. Nauka była tylko w języku rosyjskim, czyli język rosyjski był językiem wykładowym. Po poza tym język polski był zaledwie tolerowany. Im go nauczyciel mniej uczył, tym lepiej to było widziane przez carskiej władze szkolne.

Były to czasy Aleksandra III i Apuchtina. Cała sala szkolna w Prząsławiu była obwieszona portretami cara, carowej, carskich dygnitarzy centralnych jak ministrowie i krajowych jak generał – gubernator Hurko i kurator szkolny Apuchtin.

Nauczycielem w Prząsławiu (oczywiście jednoosobowo) był Puchalski. Podług moich obserwacji był to człowiek pochodzenia szlacheckiego, albo przynajmniej jego ojciec był gdzieś w dużym dworze rządcą. Żadnego współżycia towarzyskiego lub sąsiedzkiego ze wsią nie prowadził. Nie słyszałem nigdy, by chłopów chamami nazywał lub się wyrażał o nich lekceważąco, ale trzymał się od wsi z daleka. Krótko, był to człowiek z usposobienia dosyć ambitny i zarozumiały, brunet, wzrostu wysokiego, przystojny, z dużymi czarnymi wąsami. Pod względem urody był podobny do hrabiego Tarło. Ubierał się starannie. Wyglądał na poważnego dziedzica.

Wynagrodzenie nauczyciela wiejskiego było wtedy (i później) – nędzne. To też Puchalski musiał dorabiać. W jaki sposób? Prząsław odlega od Jędrzejowa o 6 km. Trzymał Puchalski konika i miał małą bryczuszkę. Co dzień więc po zakończeniu lekcji wyjeżdżał tym konikiem i bryczką do Jędrzejowa, gdzie wieczorem pracował w biurze komornika sądowego. Oczywiście późno wieczorem powracał do domu. Uczył w szkole dobrze, ale miał wadę, iż był z usposobienia człowiekiem nie znoszącym najmniejszej opieszałości lub niedokładności, a więc – pozbawiony był wyrozumiałości, która każdemu nauczycielowi jest potrzebna. Charakter miał gwałtowny, a gdy wpadł z gniew, był straszny i wtedy dzieci szkolne bardzo bił. Był to więc duży kawał tyrana.

Gdym się zjawił do szkoły, już umiałem czytać po polsku, czyli że naukę języka rosyjskiego, która odgrywała wtedy w szkole rolę najgłówniejszą, miałem ułatwioną: wystarczyło nauczyć się rosyjskich 34 liter, a sam proces czytania już uprzednio w domu opanowałem. To też choć Puchalski opieszałych bardzo bił: dawał „łapy” linijką w dłoń (a był duży i silny), targał za uszy lub włosy, to jednak mnie te kary nie dosięgały, bo nie było za co. Za złe sprawowanie też nie byłem karany, bo zachowywałem się spokojnie. Ale inni moi sąsiedzi z ławek szkolnych, nim się nauczyli po rosyjsku czytać, sporo przecierpieli.

Uczniowie trzeciego oddziału pełnili dyżury po kolei. Kto się podczas pauzy źle sprawował, tego dyżurny zapisywał na tablicy, a po zakończeniu lekcji na polecenie nauczyciela tenże dyżurny wymierzał zapisanemu liniją – „łapę”. Pamiętam, że jeden z takich dyżurnych raz niesłusznie (za winę innego ucznia) zapisał mnie na tablicy. Oczywiście po lekcjach dostałem od niego „łapę”. Nie była to „łapa” bardzo mocna, ale ten wypadek pamiętam, bo była niesprawiedliwa. Później ten uczeń – dyżurny, gdy dorósł, był dosyć zamożnym chłopem i – należąc do PSL-Piasta – ciągle mi przeszkadzał w mej późniejszej działalności wyzwoleniowo – ludowej.

pług
Alfabet rosyjski

Co się zaś tyczy Puchalskiego, to choć języka rosyjskiego uczył dość pilnie, jednak rusyfikatorem ducha nie był i żadnej propagandy carosławnej wiernopoddańczości na wsi nie szerzył. Był to więc człowiek wychowany w kulturze szlacheckiej, zmuszony popowstaniowymi warunkami życiowymi do pracy w szkole wiejskiej. Rusyfikacja była forsowna. Po rosyjsku wykładano nie tylko język rosyjski, ale i rachunki oraz wszelkie inne wiadomości. Rozmowa w szkole nauczyciela z uczniami też miała być prowadzona po rosyjsku z wyjątkiem lekcji języka polskiego i religii. Ale modlitwę przed lekcją i po lekcji uczniowie odmawiali po rosyjsku. Pamiętam, że modlitwa przed lekcją zaczynała się słowami: „Priebłagij Gospadi nam dary ducha twojego swiatogo…” (Boże dobry, ześlij nam dary Ducha Twojego Świętego). Modlitwa zaś po lekcjach zaczynała się słowami: „Błogodarim Tiebia Zasdatielu!”… (Dzięki Ci, Boże, składamy).

Prawdziwą plagą była dla dzieci wiejskich nauka tytułów wszystkich dygnitarzy, zaczynając od cara, następcy tronu, premiera, ministra oświaty, warszawskiego generał – gubernatora, kuratora szkolnego (na całą kongresówkę) i naczelnika gubernijalnej dyrekcji szkolnej. Tytuł – na przykład cara – brzmiał w skróceniu dla szkół: Jego impieratorskoje wieliczestwo – impierator wsierosijskij Aleksandr Aleksandrowicz. Tytuł carycy: Jeja (jej) impieratorskoje wieliczestwo impieratrica (cesarzowa) wsierosijskaja Maria Fiedorowna. Tytuł następcy tronu: Jego impieratorskoje Wysoczestwo naslednik prestoła (tronu) Nikołaj Aleksandrowicz. Premier miał tytuł: Jego wysoko-priewoschoditidstwo stats-siekrietar (ri) ... (nazwiska nie pamiętam.

Ministrem oświaty był rosyjski hrabia, miał więc tytuł: Jego Jiatelstwo (jaśnie oświecony) ministr narodnago proswieszczenia graf Dielanów. Generał gubernatora tytułowano: Jego wysokoprewoschoditielstwo (wysoka ekscelencja) genierał gubernator Priwislinskogo kraja (król. Pol.) genierał - lejtienant... Górko (imienia nie pamiętam). Kuratora trzeba było tytułować: Jego priewosenoditielstwo popieczytiel Warszawskogo uczebnago okruga – diejswitijelnyj storfskij sowietnik Apuchtin. Szefa gubernijalnej dyrekcji szkolnej musieliśmy tytułować Jego Wysokorodie naczalnik Kieleckoj Uczebnej Direkcji... (nazwiska nie pamiętam).

Ponieważ nauczenie się po rosyjsku modlitwy przed lekcją i po lekcji a także tytułów było obowiązkowe na pierwszych dwóch zimach nauki, to nauczyciel chcąc tego dzieci nauczyć - dużo na to zużywał czasu, co tamowało ogólne postępy nauki w szkole. Rozpoczynanie też nauki czytania i pisania z siedmioletnimi dziećmi w języku obcym, rosyjskim, z zastosowaniem przy tym przez nauczyciela rozmowy tylko w tymże języku obcym - także wybitnie hamowało postępy naukowe dzieci, gdyż było to rozpoczynanie od trudnego; ale takie były zarządzenia, bo kurator Apuchtin myślał, że w ten sposób całą Polskę połknie.

Przy nauce tytułów wychodziły czasami śmieszne sceny: dzieci zwłaszcza pierwszoroczne wyrazu „tituły” nie mogły wymówić i polszczyły go po swojemu używając wyrazu „pituły”, a zamiast: „tituł” czasami mówiły: „pituł”, co w gminie prząsławskiej oznaczało: gamoń, głupek. Pienił się i rzucał nauczyciel, ale sprawa była trudna. Nauka modlitwy przed lekcją i po lekcji w brzmieniu nawet nie rosyjskim, a starocerkiewno-słowiańskim szła także bar. ciężko, gdyż dzieci nic z tego nie rozumiały. Skąd dzieci miały wiedzieć, że słowo „priebłagij” - znaczy przedobry, bardzo dobry, najlepszy, albo, że wyraz sozdatiel - to znaczy stworzyciel.

Śmiech też czasami wynikał w szkole przy tytule nawet samego Apuchtina, bo dzieci wyraz „popieczytiel” (kurator) za zwyczaj wymawiały: „popieprzyciel”. Śmieli się wtedy wszyscy uczniowie, bo wychodziło, że Apuchtin coś gdzieś „popieprzył”, co stawiało go jako wielkiego dygnitarza w pozycji humorystycznej.

Był też przymus, żeby wszystkie dzieci w szkole uczyć po rosyjsku śpiewać, zaczynając przede wszystkim znowu od rzeczy najtrudniejszej, bo od carskiego hymnu rosyjskiego „Boże, caria chrani!”. Same słowa tego hymnu nie są tak znowu trudne, ale melodia była bardzo ciężka, gdyż rozwlekła, z półtonem w środku, czego dzieci polskie, przyzwyczajone do skocznych, wesołych, żywych bez żadnych półtonów piosenek ludowych, nie mogły się nauczyć. To też nauczyciel Puchalski męczył się i pocił, by tego hymnu carskiego dzieci chłopskie nauczyć. Szło mu to jeszcze trudniej, niż nauczanie tytułów. To też, o ile pamiętam, dzieci szkolne w Prząsławiu podczas mojej tam bytności nigdy tego hymnu carskiego dobrze śpiewać nie umiały, ale zwykłą rosyjską piosenkę dziecinną o swawolnym koziołku (o kozlikie) śpiewały chętnie i dobrze.

Ponieważ cały czas przeznaczony na lekcje śpiewu nauczyciel zużył prawie zupełnie na naukę tego carskiego hymnu, to oprócz piosenki o kozlikie (o koziołku) nic już więcej nie nauczył, a nauka piosenek polskich była zabroniona (stożajsze - najsurowiej). Przechodziłem do tej prząsławskiej szkoły miejskiej dwie zimy, nauka bowiem trwała od 1 listopada do palmowej niedzieli, a więc przeważnie do 1 kwietnia. Niewiele się nauczył, ale boć przecie cała dwuzimowa nauka trwała tylko 10 miesięcy z siedmiomiesięczną przerwą w środku.

Gdym miał 9 lat matka za zgodą ojca zainstalowała mnie w szkole ćwiczeń przy seminarium nauczycielskim w Jędrzejowie. Seminarium to mieściło się w budynkach po dawnym klasztorze cystersów, który to klasztor znajdował się w środku pomiędzy Jędrzejowem i Sudołem, a administracyjnie należał do Jędrzejowa. Przedmieście zaś ciągnące się od Jędrzejowa do samego klasztoru nazywało się i nazywa - Podklasztorzem. Oczywiście przy budynkach klasztornych był i jest duży kościół pocysterski, w którym spoczywają prochy kronikarza Wincentego Kadłubka, tu bowiem zakończył swe życie ów kronikarz i biskup.

Przy tym seminarium była wzorowa podstawowa szkoła ćwiczeń, by kończący seminarium uczniowie jako przyszli nauczyciele mogli w tej szkole swe praktyki pedagogiczne odbywać. Szkoła miała trzy oddziały. Nauka oczywiście dawana była po rosyjsku. Religii uczył ksiądz, który był w seminarium prefektem (katechetą), a jednocześnie w kościele poklasztornym - kustoszem, kościół ten bowiem był kościołem filialnym w stosunku do kościoła parafialnego Św. Trójcy w Jędrzejowie. Zaś nauki języka polskiego w tej szkole - ćwiczeniówce w ogóle nie było, bo nie miał kto uczyć, gdyż kierownikiem ćwiczeniówki i jedynym nauczycielem był Rosjanin Konstanty Michajłów, który po polsku nie umiał, a przynajmniej udawał, że nie umie. Ksiądz zaś uczył religii, ale języka polskiego uczyć mu nie było wolno.

Wszelka rozmowa w tej szkole i na dziedzińcu szkolnym odbywała się tylko po rosyjsku w myśl zasady, że „zdies wosprieszczajetsia gaworit pa polski”. (gowori't - rzadziej wymawiane: goworiti). Takie ogłoszenie na murach szkoły nie było, ale Michajłów takie zakazy dawał ustnie. Gdyby mu doniesiono, że uczeń rozmawia po polsku, toby go ze szkoły usunął. Tylko na lekcji religii mówiło się w tej szkole po polsku.

Do tej szkoły zostałem przyjęty przez Michajłowa za protekcją, to jest za zwykłym poleceniem - księdza nauczyciela religii. Oczywiście rodzice, przenosząc mnie ze szkoły wiejskiej w Prząsławiu do szkoły ćwiczeń przy seminarium nauczycielskim, robili to świadomie w tym celu, bym później mógł się uczyć w tym seminarium. Szkoła ćwiczeń i seminarium była odległa od naszego domu również o 2 kilometry tak, jak i szkoła w Prząsławiu, tylko leżała jak i klasztor cystersów na wschód od Sudołu, ale również przy szosie ze Szczekocin do Jędrzejowa jak i Prząsław, położony na zachód od Sudołu.

A więc jak chodziłem na lekcję co dzień do Prząsławia, tak później chodziłem do szkoły ćwiczeń do klasztoru. Kto wpłynął na rodziców, że mnie skierowali do „nauki” oczywiście z tym, że nie będę mówił po polsku? Zrobił to tenże Andrzej Świtalski, który pierwszy napisał mi abecadło kredą na drzwiach. On i w następnym roku jeździł po kolędzie i egzaminował mnie, czy umiem już czytać, a także czas od czasu bywał u rodziców i mną się interesował. Otóż mówił on nieraz rodzicom, że do nauki mam zdolności i dużo chęci i że wobec tego winni mnie skierować do szkoły ćwiczeń a następnie do seminarium. Możliwe, że mówił on też i księdzu katechecie szkoły ćwiczeń i seminarium, bo gdy się u tego księdza z prośbą zgłosiła również moja matka, chętnie się zgodził na poparcie mnie u Michajłowa, gdyż przez Michajłowa i w ogóle nauczycielstwo seminarium nauczycielskiego był bardzo szanowany i poważany. Ów ksiądz nazywał się - Józef Jędrychowski. Był on rodzonym stryjem znacznie późniejszego działacza komunistycznego Jędrzychowskiego, który w chwili, gdy to piszę, jest w radzie ministra prezesem Państwowej Komisji Planowania w rządzie socjalistyczno-ludowym w Warszawie. Oczywiście obecnego ministra Jędrzychowskiego jeszcze nie było na świecie, a jego ojciec, brat księdza Jędrzychowskiego, był dopiero wtedy studentem Instytutu Komunikacji w Petersburgu.

Do szkoły ćwiczeń przyjął mnie Michajłow do drugiego oddziału. Po trzech latach ukończyłem ową ćwiczeniówkę, przesiedziawszy w trzecim oddziale dwa lata. Nauka w tej szkole trwała w roku 10 miesięcy; zaczynała się 1 września, a kończyła w końcu czerwca. Żem dwa lata siedział w trzecim oddziale to nie oznacza, żebym go nie mógł ukończyć w ciągu roku; to znaczy, że w drugim roku nauki w III oddziale tej szkoły powtórzyłem kurs tego oddziału a jednocześnie prywatnie uczyłem się dalej ponad program. Gdym więc ukończył ową ćwiczeniówkę miałem lat 14. Do seminarium nauczycielskiego nie mogłem jeszcze egzaminu zdawać, gdyż do tego trzeba było mieć 15 lat ukończonych. Pozostałem więc formalnie jako uczeń oddziału III-go na rok trzeci, zaś w rzeczywistości uczyłem się przy pomocy korepetytorów, by się do wstępnego egzaminu seminaryjnego przygotować.

Program nauki owego seminarium nauczycielskiego był w przybliżeniu zbliżony do obecnego liceum pedagogicznego; więc też odległość naukowa pomiędzy szkołą podstawową ówczesną i seminarium nauczycielskim była dość duża. Pokonałem ją w przeciągu dwóch lat, podczas których właśnie nadobowiązkowo przebywałem w III oddziale ćwiczeniówki. By wstąpić do carskiego seminarium nauczycielskiego trzeba było być synem chłopa lub robotnika, albo mieszczanina - rolnika. Synowie urzędników byli też przyjmowani. Jeżeli ktoś był synem kupca lub szlacheckiego pochodzenia, musiał uzyskać zezwolenie na wstęp do seminarium.

Egzamin był w końcu sierpnia - z języka rosyjskiego i matematyki. Miejsc było 30, a zgłaszało się kandydatów 120 - 150. Trzeba więc było egzamin wstępny zdać dobrze, a nie zadawalająco. To mi się udało. Egzamin zdałem dobrze. Zostałem przyjęty. Seminarium mieściło się w budynkach poklasztornych zajmując wszystkie budynki poklasztorne oraz park i ogród przyklasztorny; park przyklasztorny, ogród owocowy i warzywny, w środku których stoi kościół i klasztor, były otoczone wysokim murem, w którym były dwie bramy; jedna od południa - do seminarium i druga od zachodu - do kościoła. (Dziś z tego muru zewnętrznego pozostała tylko część północna i wschodnia, część zaś zachodnia i południowa tych murów została podczas pierwszej wojny światowej przez wojsko austriackie rozebrana i użyta na reperację pobliskiej szosy).

Program nauki tego seminarium był rozłożony na lat trzy: na trzy kursy. Było więc w każdym kursie tej nauki dużo. Największy nacisk kładziono oczywiście na język rosyjski, którego codziennie było na wszystkich kursach 2 godziny. Następnie szła matematyka i fizyka, za nią geografia i historia - powszechna i rosyjska. Ważne miejsce zajmowała pedagogika i praktyki pedagogiczne w postaci lekcji próbnych i pokazowych w szkole ćwiczeń, wykonywane przez uczniów ostatniego roku, t.j. kursu III-go.

Nauki przyrodnicze były podawane w streszczeniu. Na język polski była przeznaczona tylko godzina w tygodniu. Religia była obowiązkowa; na jej naukę, o ile mię pamięć nie myli, było wyznaczone dwie godziny tygodniowo. Oprócz tego były wykładane: nauka rysunków, kreślenia i kaligrafii, nauka śpiewu i wreszcie nauka gimnastyki wojskowej.

Jasna sprawa, że wszystkie te nauki oprócz religii były podawane po rosyjsku, a rozmawiać w szkole można było również tylko w języku rosyjskim, boć przecie szkoła ta była po to, by wychowywać nauczycieli-rusyfikatorów. Tak chciał rząd carski i po to takie szkoły zakładał.

Dyrektorem seminarium był Jewłarupij Stepanowicz Szczurowskij (szczur po rosyjsku - krysa) Nazwisko Szczurowski - nawet nie zrusyfikowane. Jak z nazwiska widać był to Rosjanin jednak polskiego pochodzenia. Był on oczywiście prawosławny; ukończył Akademię duchowną (prawosławną) w Kijowie, ale nie poszedł w kierunku duchownym, lecz pedagogicznym. Był to człowiek lat z 50. Blondyn z jasną brodą. Żonaty był z Niemką i bezdzietny. Był to człowiek z gruntu bardzo dobry; starał się nas w miarę możliwości rusyfikować, ale przecie nie potrafił. Wykładał historię i przedmioty pedagogiczne, ale wielką pracowitością nauczycielską się nie zaznaczał; był wyrozumiały, więc nienawiści lub jakiejkolwiek niechęci do niego ze strony uczniów - nie było. Mimo, iż miał wyższe wykształcenie duchowne, był jednak przeciwnikiem klasztorów - i katolickich i prawosławnych i z tym się nawet nie krył. Widocznie takie nieco „liberalne” poglądy spowodowały, iż nie poszedł w kierunku kariery duchownej.

seminarium
Seminarium Nauczycielskie w Jędrzejowie

Byłem uczniem tego seminarium trzy lata. W ciągu tych trzech lat było trzech nauczycieli języka rosyjskiego: Kozaczkowski, Nowicki i Woskriesienskij. Kozaczkowski wykładał język rosyjski i geografię, gdym był na kursie pierwszym. Był to Rosjanin, wzrostu wysokiego, chudy, twarz pociągła, nieduża bródka ciemna, takież włosy. Ukończył instytut nauczycielski, a więc wyższą szkołę pedagogiczną; był to wściekły rusyfikator, a robił to w ten sposób, iż naukę języka rosyjskiego strasznie forsował, a był przy tym bardzo surowy w stawianiu stopni. To forsowanie nauki języka rosyjskiego było tak gwałtowne, że przytłaczało naukę innych przedmiotów i w nauce tych właśnie innych przedmiotów przeszkadzało; żalili się czasami na to uczniowie dyrektorowi, który starał się poskramiać Kozaczkowskiego, ale z małym skutkiem, bo sprawa była dla dyrektora drażliwa, a przy tym sam on (dyrektor) był usposobienia łagodnego.

To też w tych warunkach lekcje języka rosyjskiego i geografii stanowiły dla uczniów prawdziwą łaźnię. A czytać po rosyjsku też musieli dużo, gdyż w dziedzinie lektury rosyjskiej wieczorowej Kozaczkowski był „nienasycony”. Poza tak wielkimi wymaganiami w dziedzinie języka rosyjskiego i geografii i tak wielką gorliwością, pracowitością i surowością przy nauczaniu tych przedmiotów – Kozaczkowski żadnej innej akcji propagandowej za carosławiem lub przeciw polskości nie uprawiał. Ponieważ w seminarium jędrzejowskim nauczycielem był kilka lat, to ci uczniowie, których on uczył języka rosyjskiego na wszystkich trzech kursach, po ukończeniu tej szkoły władali tym językiem znacznie lepiej niż ci, co ukończyli ośmioklasowe gimnazjum w Kielcach. Ja zaś byłem jego uczniem tylko na kursie pierwszym i tą łaźnię na jego lekcjach przechodziłem, ale dawałem sobie z tym radę w zupełności i ze strony Kozaczkowskiego żadnych przeszkód do promocji na kurs drugi nie było.

Nauczycielem matematyki był Polak - Borucki. Ukończył on Instytut Mierniczy w Moskwie i przez długie lata pracował w Rosji jako inżynier mierniczy; dlaczego już w późnej starości, bo miał wtedy lat około 70, zawędrował na nauczyciela matematyki do seminarium nauczycielskiego w Jędrzejowie, nikt nie wiedział. Dlaczego w tym wieku jeszcze nie był na emeryturze, a musiał pracować, też nikt nie wiedział. Mimo swych lat był to człowiek silny i zdrowy, wysokiego wzrostu, tęgi, twarz polska z płowymi wąsami i niebieskimi oczami. Był wdowcem, miał przy sobie tylko dorosłą, nieco ułomną córkę.

Był spokojny, wykładał dobrze i jasno, oceny stawiał sprawiedliwie. Ale wyprowadzony czymś z cierpliwości, był straszny i ryczał jak lew. Gniew u niego trwał długo i nie prędko przechodził. Uczniowie go się bali, na lekcjach jego pilnie słuchali i lekcje dobrze przygotowywali. Wykładał matematykę, wtrącając do niej tak dużo geodezji, że wielu jego uczniów po ukończeniu seminarium rzuciło nauczycielstwo i poszło do miernictwa. Wykładał też fizykę i nauki przyrodnicze. Do tych wszystkich swych wykładów żadnych podręczników nie zalecał, ani nie stosował, a wykładał wszystko z pamięci powoli, zalecając uczniom, by robili skrypty. Tak też i robili. Przygotowanie więc tych przedmiotów do odpowiedzi kwartalnych i egzaminów odbywało się tylko podług skryptów. Choć Borucki był katolikiem jednak do kościoła nigdy nie chodził; tylko gdy była „galówka”, przychodził do kościoła, siadał w stellach przed wielkim ołtarzem; w ten sposób bywał zawsze obecny na nabożeństwie za cara.

Dyrektor oraz nauczyciele rosyjskiego i matematyki byli dobrze płatni. Dyrektor otrzymywał 120 rubli miesięcznie; a ci dwaj nauczyciele po 100 rubli co wtedy ze względu na wielką taniość środków spożywczych i mieszkań - było dużo. Sto rubli otrzymywał poborów też naczelnik powiatu (starosta). Inni jednak nauczyciele otrzymywali mniej.

Nauczycielem religii, jak nadmieniałem powyżej, był ks. Józef Jędrychowski. Ukończył on seminarium duchowne w Kielcach i następnie katolicką akademię duchowną w Petersburgu. Był to człowiek spokojny, zrównoważony, poważny. Wykładał nauki religijne dobrze, powoli i jasno; oceniał odpowiedzi sprawiedliwie; nigdy się nie unosił; zawsze był zrównoważony. Gdy czasami wynikały zatargi pomiędzy uczniami lub którymkolwiek nauczycielem, on zawsze bywał rozjemcą i zawsze ku zadowoleniu obu stron. Przez uczniów był lubiany, a przez nauczycieli szanowany.

Język polski wykładał też Borucki, ale robił to bardzo marnie. Na ten przedmiot była wyznaczona tylko godzina tygodniowo. Ale i w ciągu tego czasu można było wiele nauczyć i skierować uczniów do nauki tego języka poza lekcjami. Ale ani tego nie robił, ani też nawet tej jednej godziny nie wykorzystał. Cała ta jego nauka sprowadzała się do tego, że kazał czytać z jakiegoś przedpotopowego podręcznika jakiś tekst polski i tłumaczyć go na rosyjski, a raz na kwartał wszyscy uczniowie robili to pisemnie - na stopnie. Była to zatem nauka języka rosyjskiego. Na lekcji języka polskiego Borucki mówił tylko po rosyjsku, a o jakiejkolwiek nauce gramatyki, lub też stylistyki albo nawet o jakiejkolwiek wzmiance o literaturze polskiej - nie było na lekcjach Boruckiego ani słowa. Nauka więc języka polskiego w seminarium jędrzejowskim cały ten czas, gdy wykładał Borucki, równała się zeru. Był on więc jako nauczyciel języka polskiego (przez szereg lat) szkodnikiem i rusyfikatorem.

Rozumiał to ks. Jędrychowski; to też na lekcjach religii wprowadził głośne czytanie przez uczniów drugiego i trzeciego kursu rozpraw o moralności oczywiście w języku polskim. kolejne, głośne i powolne czytanie z odpowiednią intonacją, a co ksiądz zwracał uwagę, zmuszało uczniów do uczenia się języka polskiego poza szkołą, by sprostać wymaganiom ks. Jędrychowskiego przy czytaniu po polsku rozpraw o moralności. W taki to sposób reagował ks. Jędrychowski na niedbalstwo Boruckiego. W ogóle ks. Jędrychowski był wrogiem carskiej Rosji a zdecydowanym patriotą i czasami informował uczniów o zaczynającym się wówczas odrodzeniu polskości (nap. na Śląsku), o walce polskości z H.K.T. o dymisji Bismarcka i t.p.

Nauczycielem muzyki był Rosjanin Murawiow, potomek Murawiowa - dekabrysty. Był to człowiek wzrostu wysokiego, lat ze 40, szczupły, brunet, twarz pociągła, śniada i nieco - blado matowa. Brodę golił, wąsy nosił czarne, nieduże. Był to mężczyzna b. przystojny, ale samotny. Uczył muzyki i śpiewu bardzo dobrze i starannie. Zorganizował dobrze grającą dwudziestokilkuosobową orkiestrę i duży kilkudziesięcioosobowy chór śpiewaczy. Niektórzy uczniowie pod jego kierownictwem dochodzili w muzyce nawet do wysokiego stopnia doskonałości, a jeden po ukończeniu seminarium ukończył Konserwatorium Muzyczne w Warszawie (u Barcewicza) i zaczynał grać na skrzypcach już (pod niektórymi względami) nawet lepiej niż Barcewicz; niestety wkrótce zmarł. Wielu uczniów Murawiow nauczył robić partyturę, t.j. z nut skrzypcowych rozpisywać nuty na inne instrumenty w orkiestrze, była to już nauka kapelmistrzowska, ale i tego Murawiow uczył. Temperamentu był spokojnego; uczniów traktował bardzo przyjaźnie, nie wynosił się, był bardzo wyrozumiały; wszyscy go lubili. Mówił językiem czysto rosyjskim podług dialektu moskiewskiego.

W seminarium w budynkach poklasztornych był uczniowski internat: sypialnie, jadalnia, kuchnia, sala do zajęć wieczorowych. Murawiow był zawsze wtedy kierownikiem internatu i w ogóle prowadził w seminarium wszelkie sprawy gospodarcze w gmachach, na ogrodach, w sadzie, w ogrodzie, w parku, zorganizował pasiekę, uczył uczniów pszczelarstwa, a chętnych - nawet niektórych rzemiosł. Uczył on nawet uczniów budować łodzie i wiosłować na miejscowym stawie, co się dobrze przyjęło.

Nie uczyłem się ani muzyki, ani śpiewu (nauka tych przedmiotów nie była obowiązkowa) więc miewałem z Murawiowem mniej styczności, niż inni, ale go jednak dobrze pamiętam. Cały czas bytności mojej w seminarium (3 lata) był on tam nauczycielem, a po moim ukończeniu też jeszcze ze dwa lata. W ciągu tego czasu zawsze na wakacje Murawjow wyjeżdżał na Kaukaz, o którym powróciwszy dużo opowiadał, zachęcając do zwiedzenia tego kraju i tamtejszych gór. Z Kaukazu przywoził też różne wyroby miejscowe. Nap. podczas deszczu nosił zawsze burkę kaukaską (czarną, kosmatą, z grubej wełny).

Otóż z takiego jednego wakacyjnego wyjazdu kaukaskiego Murawiow nie wrócił, a wiadomość urzędowa głosiła, że zmarł. Żałowali go wszyscy: uczniowie i nie uczniowie, bo w Jędrychowie był dość znany. Taki to był potomek dekabrysty! Wszyscy też wiedzieli, że to był Rosjanin nie carosławny, a przyjaźnie usposobiony dla Polaków.

Natomiast nauczycielem rysunków, kreślenia i kaligrafii, które zresztą były obowiązkowe, była śmieszna figura, niejaki Sozont Wasiljewicz Starankiewicz. Był to człowiek stary, wysoki, łysy, siwy, z długą siwą brodą. Niby wyglądał poważnie. Ale był głuchy, mówił bardzo źle, jakoś niewyraźnie, słowa rosyjskie wymawiał jakoś dziwacznie, zdaje się, że z ukraińska. To dawał uczniom asumpt do przedrzeźniania go, do wymawiania wyrazów rosyjskich w taki sam jak i on sposób pokręcony; nosił okulary, ale nosił je na samym końcu nosa, co też było śmieszne. To też uczniowie go wyśmiewali.

Jeżeli któryś uczeń zrobiwszy okulary z drutu i założywszy je sobie na sam koniec nosa zaczął grać rolę Starankiewicza i podczas pauzy prowadzić lekcję niby tak jak i Starankiewicz, to wywoływał salwy śmiechu. Czasami takiego udawacza Starankiewicz przyłapał na gorącym uczynku wchodząc do klasy na lekcję. Wtedy było źle, bo go sobie zapisał w notesie jako „zaczyńszczyka”, t.j. takiego który zaczyna (się z niego śmiać). Taki „zaczyńszczyk” żeby nie wiem jak rysował i kreślił, żeby pisał przepiękną kaligrafią, nie to nie pomogło; zawsze ze wszystkich tych przedmiotów dostawał dwójkę. Rada pedagogiczna jednak o tym wiedziała i takiemu uczniowi na kwartał stawiała trójkę. Tak i kończył seminarium taki zaczyńszczyk nie przeprosiwszy się ze Starankiewiczem, który zresztą nigdy nie dał się ubłagać.

Ale jeszcze śmieszniej wyglądała jego lekcja, gdy o coś pytał jakiegoś ucznia, a ten mu odpowiadał wyrazami tak poprzekręcanymi, jak je wymawiał Starankiewicz. Wtedy cała klasa wybuchała śmiechem, a Starankiewicz, nie zauważający błędów w mowie uczniowskiej, stał zdziwiony i nie wiedział z czego się uczniowie śmieją; rzucał się, krzyczał, a czasami z lekcji wychodził i sprowadzał dyrektora, który w ogóle w takich wypadkach nic nie mógł wykryć, ale salę uspakajał i lekcja nadal trwała spokojnie.

Pomimo tych śmieszności jednak Starankiewicz niektórych uczniów, zdradzających ku temu zamiłowanie trochę rysunkowości nauczył, a także pojęć o perspektywie, co się w życiu nieraz przydało. Ów star Starankiewicz, głuchy i nawet słabo widzący, był prawdopodobnie z pochodzenia Ukraińcem; można to było zauważyć ze sposobu wymawiania przez niego niektórych wyrazów. Dlaczego się w ciągu całego swego życia nie nauczył dobrze mówić po rosyjsku - nie wiem.

Nauczycielem gimnastyki w szkole ćwiczeń (była męska) oraz i w seminarium był stary carski, jeszcze mikołajowski, emerytowany feldfebel zawodowy. Uczył on trochę gimnastyki, ale więcej ćwiczeń wojskowych i marszów oraz ćwiczeń marszowych. Nazywał się Afanasjew. Był rdzennym Rosjaninem, ale był żonaty z Polką. Jego syn po śmierci ojca zupełnie się spolszczył i uważał za Polaka, przeszedł też na katolicyzm. Po śmierci starego Afanasjewa gimnastyki i wojskowości uczył carski oficer, który był sekretarzem biura rejonowego naczelnika wojennego w Jędrzejowie (Dziś RKU).

Był w seminarium także i ogrodnik Chrzanowski i stróż. Ogrodnik mieszkał w gmachu seminarium, gdyż jego żona była w internacie kierowniczką kuchni, a stróż Tomasz (po rosyjsku Toma) mieszkał w domku przy bramie wejściowej. Był też przy seminarium, a raczej przy internacie koń, bryczka, stodoła, stajnia. Koniem wożono na bryczce żywność dla internatu. Koniem też i bryczką jeździł dyrektor do Jędrzejowa w sprawach służbowych. Oczywiście był do konia woźnica, który mieszkał w domku, stojącym obok stodółki.

Wszyscy nauczyciele, oprócz dyrektora, nauczycieli: języka rosyjskiego i matematyki byli płatni słabiej; na poziomie 50 rubli miesięcznie, a nauczyciel ćwiczeniówki jeszcze słabiej, bo otrzymywał 30 rubli miesięcznie. Tylko dyrektor, nauczyciel ćwiczeniówki i ogrodnik mieszkali w gmachu poklasztornym, reszta nauczycieli (i ksiądz) mieszkali na przedmieściu Podklasztorze lub w Jędrzejowie.


Ale zostawmy na chwilę w spokoju seminarium nauczycielskie, a wróćmy do Sudołu. Będąc uczniem ćwiczeniówki a następnie seminarium nauczycielskiego - cały ten czas mieszkałem w Sudole przy rodzicach; do szkoły zatem chodziłem co dzień, byłem więc uczniem przychodnim, a nie internatowym. To też żyłem życiem szkoły i wsi.

Podczas ferii i w ogóle w chwilach wolnych od nauki robiłem w gospodarstwie ojcowskim wszystko, co było do robienia. A więc najpierw pasałem świnie, później krowy, które na przednówku pasłem na ugorze, a gdy ugór został zaorany, co ojciec robił w końcu czerwca, to pasłem bydło na pastwisku; gdy żyto zostało sprzątnięte, zaczynała się paśba na ścierniskach, a jesienią, gdy przymrozki zwarzyły rośliny - nawet na młodej koniczynie lub też na prze rosłych podorywkach, albo wreszcie w ziemniakach. Gdym podrastał, przechodziłem do innych prac. A więc bronowałem, później woziłem na pole gnój, orałem, siałem własnoręcznie zboże i nawet koniczynę. Kosiłem wraz z parobkiem siano na powyżej już opisanych łąkach, położonych nad Nidą za lasami morawskimi.

sierp
  Sierp

Jednej roboty nie robiłem - nie żąłem sierpem. Poprzednio był taki zwyczaj (zwyczaje wtedy na wsi odgrywały dużą rolę), że zboże było żęte sierpem. Było przy tym bardzo dużo pracy. Ale gdym dorastał i już miałem się zabrać do sierpa, przybył do Sudołu skądś bardzo dobry zwyczaj - kosić zboże kosą. Ponieważ ten nowy sposób był łatwiejszy, skracał czas pracy, nie wymagał dużej ilości robotników, a przede wszystkim był znacznie tańszy i w pracy nawet lżejszy, przeto sposób ten szybko się w Sudole rozpowszechnił i zwolnił mnie od sierpa.

Ale kosić - kosiłem: i żyto, i pszenicę, i jęczmień, i owies, i groch, i seradelę i koniczynę czerwoną. Wiązałem snopki, zbierałem garści i wiem, co to jest oset w garściach jęczmienia, woziłem zboże, układałem je w stodole i na brodle, woziłem groch, koniczynę, seradelę i układałem to w stogi, gdy się w stodole nie mieściło. Oczywiście nie robiłem tych prac sam, a razem z ojcem i parobkiem; w ten sposób zmniejszyliśmy znacznie we żniwa najem robotników dniówkowych, o których zresztą w miarę rozwoju przemysłu w Zagłębiu Dąbrowskim było coraz trudniej. Podczas kopania ziemniaków woziłem takowe wozem, zsypywałem do piwnicy; gdy miałem czas, to także robiłem orkę zimową, t.z. „odwrót”.

Ojciec mój był w Sudole rolnikiem postępowym. Słuchał pilnie, co gdzie o rolnictwie mówią i stosował: nie bał się rzeczy nowych. Już pisałem o ugorze; dużo ugoru musiał ojciec zostawać, by się żyto mogło rodzić. Z żytem jednak było źle: rodziło się go mało. Ale ojciec zasłyszał gdzieś o łubinie. Zaraz go nabył i zasiał. Oczywiście na ziemi żytniej. Wyrósł tak ogromny jak młody las, na wysokość średniego mężczyzny. Wszyscy się z ojca śmiali: po co mu ten łubin.

Namęczył się ojciec bardzo, by ten łubin przyorać, ale przyorał i zasiał żyto. Wyglądał ten zasiew bardzo nierówno i znowu się wszyscy śmiali. Ale gdy żyto zaczęło rosnąć, gdy okryło ziemię i mocno rosło, wszyscy aż gęby otwierali ze zdziwienia. A gdy w lecie żyto wyrosło jak las, a kłosy aż się uginały, wszyscy się temu ze zdziwieniem przyglądali, a po cichu zazdrościli. Następnego roku wiosną już wszyscy zaczęli łubin siać. Tak się zjawił w Sudole łubin: z początku niebieski, później żółty.

Przez kilka ładnych lat (prawie z 10) łubin wyrastał wspaniale, a na nim żyto. Zamożność ojca od tej chwili znacznie wzrosła. Miał bowiem żyta ze 4, a może z pięć razy więcej, niż poprzednio, a po życie na łubinie rosły b. dobrze ziemniaki. Dużo żyta i ziemniaków – to nie bagatela! Było co dawać krowom i świniom; krowy dawały znacznie więcej mleka, a świnie – gotówkę. I byczka na rzeź też można było na żytniej ospie uchować; a i koniom też można było w razie braku owsa – żyto z sieczką z zachowaniem ostrożności dawać. Więc też podzielenie się pastwiskiem, co ojcu dało kilka morgów ziemi wcale niezłej, i wprowadzenie łubinu postawiło ojca na nogi. Stał się gospodarzem znacznie zamożniejszym. A słomy żytniej było u nas po omłóceniu wszystkiego żyta tyle, że nie było wiadomo, co z nią robić. Oczywiście słało się ją pod krowy, konie i świnie, ile się tylko zmieściło, a z tego i gnoju znacznie przybywało. Więcej gnoju – więcej ziemniaków, jęczmienia, pszenicy, grochu, koniczyny.

radło
Radło rylcowe

Taką to gospodarczą rewolucję spowodował w Sudole łubin. Było wtedy w Sudole takie narzędzie rolnicze, które się nazywało radło. Narzędziem tym chłopi wtedy spulchniali przygotowaną do ziemniaków rolę, a ziemniaki oborywali z pierwszego razu, bo drugi raz – trzeba było ziemniaki ręcznie motyką okopywać, co wymagało bardzo dużo pracy i czasu. Ojciec gdzieś wypatrzył taki instrument, który się nazywał „gruber”, a był to drapacz pięciołapowy, z łapami żelaznymi, sztywnymi, osadzonymi na drewnianej ramie. Zaraz taki gruber ojciec wprowadził i miał przy robocie pracę pięciu redlic (łap), a nie jednej przy radle.

Do uprawy ziemniaków zafundował sobie ojciec płużek, którym się uprawiało ziemniaki raz i drugi i nie trzeba było je już okopywać. Po pewnym czasie ojciec zobaczył gdzieś żelazny sprężynowy kultywator, zarzucił „gruber”, kupił kultywator i zaczął nim pracować; tu już się nikt nie śmiał, a przeciwnie – wszyscy zaczęli naśladować. Kupił też ojciec później i bronę sprężynową. Z tym też była wygoda: można było nią ściernisko zdrapać, gdy brakowało czasu na wykonanie podorywki.

pług
Gigantyczny eksponat - pług z fabryki Sucheniego w Gidlach
na wystawie Przemysłu i Rolnictwa w Częstochowie z 1909 roku.

Wypatrzył też ojciec gdzieś i żelazny pług gidelski Sucheniego; zaraz go kupił i orał, a wszyscy sąsiedzi za jego przykładem też te pługi w całym Sudole wprowadzili. Płodozmian był u nas następujący: na ziemi żytniej: łubin, żyto, ziemniaki na gnoju, owies i znowu łubin i t.d. W życie siało się międzyplon – seradelę, która jesienią służyła jako pastwisko dla bydła. Na ziemi pszennej: ugór – gnój, pszenica, owies, gnój-ziemniaki, jęczmień, koniczyna, pszenica. Drugi wariant był: wyka, gnój – pszenica, owies, gnój – ziemniaki, jęczmień, koniczyna i znowu – pszenica. Była tu więc na ziemi żytniej czteropolówka, a na pszennej – sześciopolówka. Groch ojciec siewał za bardzo dawnych czasów, także i proso, ale zarzucił, bo groch się rodził coraz słabiej (widocznie pod wpływem sąsiedztwa z koniczyną), a proso wymagało żmudnego pielęgnowania (pielenia).

Na ogród warzywny był wyznaczony osobny najlepszy kawałek pola niedaleko od domu. Podzielony on był na dwie roczne zmiany: 1) kapusta, 2) marchew i buraki; a na rok następny: 1)marchew, buraki, 2- kapusta. Gnój dawano przed kapustą. Buraków pastewnych, lub pastewnej marchwi, albo też buraków cukrowych – ojciec nie sadził. Na buraki pastewne i marchew pastewną nie było jeszcze w Sudole zwyczaju, a na buraki cukrowe – nabywcy. Rzepak ozimy, plantowały wtedy tylko dwory. Lnu i konopi w ogóle w najbliższej okolicy nie siano. Gryki także. Natomiast zaczął ojciec wprowadzać na ziemi żytniej po owsie – peluszkę. Kosił ją na zielono dla bydła i koni, a po niej na pół gnojku siał żyto. Czasami na glebie pszennej siał peluszkę jako poplon po pszenicy. Czasami po pszenicy siał rzepę, ale później – nie wiem dlaczego – zarzucił.