Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

 

Pamiętniki Andrzeja Walerona    (odcinek 4)

b 8a

ciąg dalszy rozdziału:

część I    Dawne czasy, wczesna młodość

Najwięcej wódki zużywano podczas wesel. A obrzędy i obyczaje weselne za czasów mej wczesnej młodości wyglądały w Sudole następująco. A więc chłopak miejski, który się chciał z pewną dziewczyną żenić, mówił o tym najpierw ze swymi rodzicami. Gdy sprawa została zaakceptowana, rodzice i syn wysyłali najpierw swata z wódką do rodziców młodej „na zwiady”. Swatem był zazwyczaj przyjaciel rodziców. Oczywiście swat szedł lub jechał z wódką. Oczywiście że rodzice młodej wiedzieli, po co swat przychodzi, więc gdy swat postawił flaszkę na stole, a rodzice w ogóle byli temu przeciwni, to nie chcieli dać kieliszka. Swat zabierał wódkę i wracał z tą odpowiedzią odmowną do rodziców chłopca. Na tym się sprawa kończyła. Oczywiście strona odmawiająca nie ukrywała tego faktu przed sąsiadami, strona zaś „odpalona” – milczała.

Gdy zaś rodzice dziewczyny byli chętni, to dawali kieliszek i zaczynało się popijanie i rozmowy, przy czym oczywiście gospodarze domu dawali przekąskę: chleb z masłem, z kiełbasą, lub jajecznicę. Po otrzymaniu zgody ogólnej – swat wracał do rodziców kandydata na nowożeńca z przychylną odpowiedzią. Po kilku dniach tenże swat po raz drugi, ale już z nowożeńcem, szli z wódką do rodziców dziewczyny. Tam zaczynano pić, jeść i rozmawiać i rodzice przywoływali dziewczynę do izby i pytali, czyby wyszła za mąż na tego oto kawalera. Oczywiście dziewczyna przecie o tym dobrze wiedziała i tam gdzieś w komorze lub na podwórzu przebywała i na to zawołanie czekała. Wszedłszy więc do izby z wielką jednak żenadą i zawstydzeniem nieśmiało, półgębkiem wyrażała zgodę. Wtedy jej przyszły mąż przypijał do niej z wódką, a ona wziąwszy z jego rąk kieliszek zazwyczaj tylko troszkę wypiła. Ale to już oznaczało, że z jej strony sprawa jest załatwiona.

Resztę wódki wypijali jej rodzice, z kawalerem i swatem. Ta druga ceremonia nazywała się „zmówinami”. Sprawy zaś gospodarcze, t.j. kto da ziemię, a kto spłatę i gdzie nowożeńcy zaczną gospodarować, - załatwiali pomiędzy sobą rodzice obu stron w osobnej rozmowie na wsi lub przy spotkaniu na jarmarku. Nie przypominam sobie takiego wypadku, by rodzice robili dzieciom gwałt i żenili je przymusowo; starali się zazwyczaj na dzieci oddziaływać perswazją i to w wielu, może w bardzo wielu wypadkach skutkowało. A gdy kawaler lub dziewczyna stanowczo się projektowi sprzeciwiali, to sprawa w ogóle nie była rozpoczynana.

Najczęściej bywało tak, że już przed „zwiadami” młodzi się już gdzieś „spiknęli” i rozmówili, a rodzice to zaakceptowali i uwzględniali sprawy majątkowe. Z tego wychodzi, że w tych czasach związki małżeńskie na wsi były kojarzone prawie zawsze w podwójnej, obopólnej zgodzie rodziców i przyszłych nowożeńców. Oczywiście zdarzało się czasem, że rodzice jakiegoś gapiowatego parobka ożenili z jakąś obrotną a może i starszą od niego dziewczyną, ale nic złego z tego nie wynikało, przeciwnie – chodził pod rozkazami swej żony jak w kieracie i był zadowolony, że za niego myśli.

Zdarzało się też, że rodzice perswazją nakłonili swą córkę, by wyszła za mąż za człowieka może nie zupełnie sobie miłego, albo znacznie starszego, oczywiście gdy był bogaty, ale w takich wypadkach najczęściej zachodziło to, co się nazywa, że się do siebie jakoś „przyzwyczaili”. Oczywiście młoda żona nie zachwycała się swym mężem i nie czuła się w zupełności szczęśliwą, ale po cichu znosiła swą gorycz. Wypadków, żeby tego rodzaju młoda żona szukała że innego mężczyzny „pociechy”, nie bywało. Przynajmniej wtedy o tym nic nie słyszałem. Trzeba bowiem wiedzieć, że moralność stała wtedy w tych sprawach bardzo wysoko i na liberalizm miłosny kobiety sobie nie pozwalały.

Wypadki zaś, by jakiś zdrowy chłop, gdy miał stale chorującą żonę, szedł do innej kobiety – bywały. Z trojga złego (pierwsze, gdy to była wdowa; drugie, gdy to była cudza żona, co się zdarzało bardzo rzadko; trzecie, gdy to była dziewczyna) najgorszy był ten trzeci, bo dziewczyna która by wtedy urodziła dziecko nieślubne, była przez księży i w ogóle całe ówczesne społeczeństwo chłopskie bezlitośnie prześladowana, a jej dziecko „znajdą” i „najduchem” nazywane. Ta nadmierna pruderia moralna, która się bardzo kalkuluje duchowieństwu, a znacznie mniej chłopom, z umysłów chłopskich jednak ustępowała bardzo powoli. Na tym punkcie średniowiecze ustępuje z trudem, a humanizm i zwykła ludzka wyrozumiałość dla tego rodzaju przypadków zbyt powoli postępuje.

Ale wróćmy do wesel. Gdy wszystko zostało uzgodnione, wyznaczano dzień ślubu. W przeddzień u młodego urządzano zabawę taneczną lub bez tańca, późnym wieczorem, oczywiście z wódką; zabawa ta nazywała się pożegnaniem i trwała do rana. Rano cały orszak z muzyką i drużbami wraz z nowożeńcem udawał się do domu narzeczonej. Jeżeli to było w tejże wsi, orszak szedł pieszo; gdy w innej – orszak jechał na wozach lub saniach. W domu panny młodej też całą noc przygotowywano się do wesela. Rano przybywał młody ze swymi drużbami i orszakiem; trzeba ich było przyjąć śniadaniem. Po śniadaniu drużbowie rozchodzili się po wsiach – prosić krewnych, powinowatych, przyjaciół i dobrych znajomych na wesele.

Nie wszyscy się rozchodzili, część się zostawała przy panu młodym. Drużbowie, którzy udawali się do wsi bliższych, szli tam pieszo; ci zaś, którzy musieli udać się do wsi dalszych, jechali konno, wierzchem. Każdy z nich, oprócz tego, który zapraszał na wesele mieszkańców Sudołu, zabierał ze sobą półlitrową flaszkę z wódką, którą zapraszając na wesele – częstował zapraszanych, a ci dawali jakąś solidną przekąskę.

folklor
Akt małżeństwa w j. rosyjskim

W owe czasy Sudół należał do parafii w Jędrzejowie. Śluby dla ludności wsi były wyznaczane w południe. Mieli więc czas ci drużbowie, którzy się udali z zaproszeniami do wsi sąsiednich, przybyć na czas do Jędrzejowa na ślub tym bardziej, że był wtedy taki zwyczaj, że zaproszony gospodarz z obcej wsi na ślub nigdy nie szedł pieszo, a zawsze udawał się wozem z żoną i z drużbą. W domu zaś weselnym, t. jest panny młodej, przygotowywano się do wyjazdu do ślubu. Gdy już wszystko było gotowe, następowało uroczyste wychodzenie z domu panny młodej. Wyprowadzały ją jej druhny i t. zwana „starościna”. Była to bliska krewna panny młodej, która podczas wesela pilnowała, by przestrzegano obyczaje weselne.

Oczywiście, że panna młoda w większości wypadków ze wzruszenia płakała. Płakała też i matka panny młodej zaznaczając, że nie wiadomo, czy jej córce będzie przy mężu tak dobrze, jak przy matce. Cały zaś wyjazd organizowali: ojciec panny młodej i starszy drużba. Na wozie sadzali pana młodego i pannę młodą razem w towarzystwie starszego drużby i starszej druhny. Rodzice zaś młodych, reszta drużbów i druhen oraz inni uczestnicy orszaku weselnego wraz z muzyką – siadali na inne wozy. Przy wsiadaniu na wóz młodej pary, starościna, druhny i inne obecne przy tym kobiety śpiewały okolicznościową piosenkę weselną, której niestety nie pamiętam; a ojciec panny młodej kropił młodą parę wodą święconą.

W ciągu jazdy do Jędrzejowa muzyka, o ile było ciepło, siedząc na wozie, czasami przygrywała. W mieście muzyka szła z instrumentami do szynku (zazwyczaj – Wawerkowej „Kaflarki” i tam albo czekała, lub pozostawiwszy instrumenty szła do Kościoła na ślub. Po ślubie i spisaniu aktu ślubnego u organisty wszyscy udawali się do szynku Wawerkowej - „Kaflarki”; tam ojciec oblubienicy ugaszczał wszystkich wódką i przekąską, muzyka grała, a młodzież tańczyła. Tak bawiono się przecz ku wieczorowi. Przed wieczorem, jeszcze za dnia, orszak weselny powracał do domu oblubienicy, gdzie podług obyczajów odbywało się wesele.

Zaraz po przybyciu zaczynał się obiad, na którym główną rolę grał tłusty kapuśniak, sucho uprażona i mocno okraszona słoniną kasza, a przede wszystkim mięso – przeważnie świnina, a czasami i wołowina. Oczywiście wódki przy tym pito, ile kto chciał. Na ten obiad poślubny zazwyczaj przybywali goście zaproszeni ze Sudołu, a z obcych wsi – tylko członkowie rodziny świeżo poślubionej młodej pary. Do obiadu zastawiano wszystkie stoły, jakie były w sąsiedztwie a także świeżo zbite z desek stoły długie.

Panna młoda ubierała się do ślubu w biel i welon, a młody w zwykły strój świąteczny. Najwyżej – wyróżnił się tym, że miał przy kabacie (marynarce) bukiet z kwiatów lub wstążek, na głowie zaś w zimie – czapkę barankową, czarną, w lecie – kapelusz. Młody, jak w ogóle wtedy wszyscy chłopi w Sudole, był w długich nowych butach, a panna młoda w wysokich trzewikach. Podobnie byli ubrani drużbowie i druhny z tym oczywiście, że druhny były ubrane w świąteczne ubrania kolorowe, a nie w biel.

Starszy drużba siadając na wóz do wyjazdu do śluby brał ze sobą i t. z. „palmę”. Był to duży i dobrze związany bukiet kwiatów naturalnych, a w zimie sztucznych, z którego zwisały krótkie i wąskie wstążeczki różnokolorowe. Palmę tą starszy drużba trzymał wysoko w ręku w kościele podczas ślubu, stojąc za starszą druhną tuż za nowożeńcami w czasie ich ślubowania. Po ślubie palma ta była uroczyście przywożona z powrotem na wesele.

W welony ubierały się do ślubu panny młode („młoduchy”) już za czasów, jakie tylko mogę sobie przypomnieć. Ale mówiono mi w Sudole, że za „dawnych czasów” „młoduchy” do ślubu ubierały się w zwykłe ubranie świąteczne kolorowe, a na głowę przywdziewały czapkę, którą nazywano Stróżykiem. Była to dość wysoka kobieca czapka z niebieskiego aksamitu obszyta gęsto srebrnym galonem i wyszyta srebrnymi cętkami. Pokazywano mi nawet przechowywany jako pamiątkę taki stroik, który już w Sudole wyszedł z użycia.

W pierwszy dzień weselny po obiedzie odbywała się zabawa taneczna aż do rana. Podczas tej zabawy rodzice panny młodej co pewien czas częstowali tańczących wódką i kiełbasą – na stojąco, z flaszek i misek. Tańczyli drużbowie i druhny i uczestnicy obiadu oraz przybyli z sąsiedztwa goście. O świcie, kto się wpierw nie wycofał do swego domu, kładli się wszyscy pozostali spać

Dopiero o godzinie 9 rano budzili się i jedli śniadanie, a koło południa muzyka zaczynała grać i znowu zaczynały się tańce.  Wtedy też zaczynali się schodzić na wesele wszyscy ci, co z Sudołu lub innych wsi na ślub byli zaproszeni. Byli to sami stateczni gospodarze z żonami. Miejscowi przybywali pieszo, zamiejscowi wozami. Gdy się taki zaproszony zbliżał do domu weselnego, muzyka – powiadomiona o tym – wychodziła przed dom i wprowadzała tego gościa z żoną grając uroczystego marsza. Gdy gość przyjeżdżał wozem, robiono to samo.

Był zwyczaj, że gość muzyce za takie wprowadzenie płacił. Również marszem wyprowadzała muzyka takiego gościa, gdy wyjeżdżał, i również za to coś dostawała. Gość wchodzący w takiej paradzie na wesele był zaraz po wejściu do domu przyjmowany przez rodziców „młoduchy”, t.j. gospodarzy wesela, wódką i kiełbasą, lub boczkiem oczywiście za stołem. Jednak każdy taki zaproszony gość tego drugiego dnia weselnego przynosi ze sobą wódkę (kwartę – litr) i przekąskę w postaci kiełbasy, szynki, boczku lub kawałka gotowanej wieprzowiny. To wszystko było ustawione na stołach, przy których wszyscy obecni siadali i jedli, pili, a młodsi i chętniejsi tańczyli. Taka zabawa trwała aż do wieczora.

Zaś wieczorem (obowiązkowo drugiego dnia po ślubie) – odbywały się „oczepiny”. Przebieg tego obrzędu weselnego w Sudole był następujący. Najpierw przybywali „kupcy”. Byli to dwaj parobcy poprzebierani za Żydów z brodami: jeden starszy kupiec, drugi jego pomocnik. Kupcy przybywali niby to od p. młodego. Starszy kupiec niósł w worku na plecach garść drobnych skorup, co miało oznaczać pieniądze. Kupcy starali się naśladować polską mowę Żydów, wtrącając co jakiś czas słowa żargonowe – żydowskie. Celem tych kupców było ubawienie zebranych.

Już wchodząc we drzwi starszy kupiec torował sobie drogę pośród licznej weselnej gawiedzi, podrostków – uderzeniami worka ze skorupami tak, by podrostkom czapki i kapelusze z głów spadały. Wszedłszy do izby weselnej i stanąwszy przed starościną, drużbami i druhnami kupcy pytali się starościnej, czy ma do sprzedania jałówkę. A otrzymawszy odpowiedź twierdzącą prosili, by ją pokazano. Wtedy starościna wyprowadzała „młoduchę” z komory, ubraną w zwykły strój kolorowy z chusteczką na głowie. Kupiec brał młoduchę pod rękę, przeprowadzał po izbie, by wypróbować czy dobrze chodzi i czy jest zdrowa.

Był zwyczaj, że panna młoda wtedy szła udając, że kuleje, a kupiec krzyczał, że to bydlątko kuleje, ale zaraz robił zgodę, czyli targował się, ile ma zapłacić. Gdy dobił targu, prosił by mu dali na ową jałówkę świadectwo, że nie jest kradziona, otrzymawszy od starościny kawałek papieru, zaczynał to świadectwo niby głośno czytać: Czytanie to polegało na wygłaszaniu niby to z podanego papierka różnych humorystycznych kawałów pobudzających ludzi do śmiechu. Na przykład: kupiec czytał o tym, jak to na to wesele jechał i jakie spotykał przeszkody, jak to zastąpiło mu drogę dwóch psów białych jak sadza i dwóch czarnych jak śnieg, jak to przy przeprawie przez rzekę rozwalił się mu wóz i rozwora wpadła kościelnemu do rozpora, a sworzeń uderzył organistę w korzeń i t. p. i t. p. Były to, jednym słowem, różne pleciugi, które jednak wywoływały salwy śmiechu. Oczywiście zależało to od odpowiednich uzdolnień starszego kupca.

Odczytawszy „świadectwo” kupiec zaczął liczyć starościnie pieniądze (skorupy) ale tak, żeby mi się ciągle rachunek mylił, co znowu wywoływało śmiechy. Wreszcie, kiedy już naliczył całą sumę, na dodatek wysypał w kąt pod piec resztę skorup. Na tym się „kupno” jałówki kończyło. Starościna oddawała młoduchę kupcowi, a ten starszemu drużbie, który przyjąwszy ją z rąk kupca przetańczył z młoduchą krakowiaka albo polkę, przy czym wszyscy się dziwili, że młoducha nie kuleje i dobrze tańczy. Na mnie, jako obserwatorze, przyznam, ten obyczaj kupowania jałówki robił wrażenie niemiłe ze względu na swój prymitywizm i ordynarną rubaszność, wcale nie budującą licznie gapiącej się dzieciarni. Prawdopodobnie był to jakiś zwyczaj z przed kilkuset lat.

Wreszcie po tym kupnie następowały właściwe „oczepiny”, które w Sudole tak wyglądały: Młoduchę prowadzono do komory i ubierano w welon. Na środku izby weselnej ustawiano do góry dnem dzieżkę, w której się na wsi ciasto na chleb rozczynia i rusza, nakrywano ją chustką, wyprowadzano młoduchę, sadzano na owej dzieży i wtedy grono starszych kobiet ze starościną na czele w otoczeniu drużb, pana młodego i druhen zaczynało śpiewać pieśni oczepinowe, oczywiście przede wszystkim o chmielu w brzmieniu: Żebyś ty, chmielu, na tyczki nie lazł Nie robił byś ty z panienek niewiast i t. d. Po prześpiewaniu całej pierwszej strofy, śpiewano refren na tenże temat również w takcie ¾ jak i piosenka poprzednia, jednak z tym samym zakończeniem, co pierwsza. Trzecia piosenka oczepinowa była śpiewana wedle taktu poloneza. Słów tego refrenu (2) i tej trzeciej piosenki (3) już nie pamiętam, ale pamiętam melodie i postaram się je na nuty przetransponować.

Kiedy się te śpiewy skończyły, straszy drużba uderzył młoduchę „palmą” (którą miał przy ślubie) po głowie, a wszyscy zebrani zaraz mu tę palmę rozszarpali, zabierając sobie po kwiatku lub w ogóle po kawałku. Wtedy starościna zdejmowała pannie młodej ślubny welon z głowy i nożycami uroczyście obcinała warkocze, po czym nakładała jej na głowę mały biały i haftowany czepeczek i zawiązywała zwykłą nową kolorową wełnianą chusteczkę i tak przefasonowaną oblubienicę uroczyście oddawała w ręce jej mężowi. W owe czasy kobiety zamężne w Sudole nie nosiły warkoczy, które też uroczyście obcinano p. młodej przy oczepinach.

Oczywiście podczas tych obrzędów chór kobiet w dalszym ciągu śpiewał różne piosenki oczepinowe, których treści też nie pamiętam. Gdy młody mąż ujął pod rękę swą żonę, chór zacichał, zagrała muzyka i młoda para puszczała się w taniec około dzieży. Przetańczywszy ze swą żoną jeden kawałek młody mąż oddawał ją starszemu drużbie, który przetańczył drugi kawałek, po czym na dzieży przykrytej stawiano talerz. Wtedy młoda pani brała wszystkich obecnych (oczywiście poważniejszych) do tańca, zaczynając od drużby i druhen. Z każdym chwilę potańczyła (ze 2-3 minuty, po czym brała do tańca innego gościa i t. d. Każdy, którego młoda żona tak do tańca użyła, po zakończeniu tańca kładł na talerzu jakąś kwotę pieniężną – wedle swoich możliwości. Trwało to ze dwie godziny, po czym rozpoczynał się taniec normalny, przy czym młody mąż tańczył ze swą żoną w pierwszej parze, starszy drużba ze starszą druhną w drugiej, w następnych inni drużbowie z druhnami; w miarę tego, jak pan młody czy drużbowie wychodzili z koła tanecznego, na ich miejsce wchodzili inni goście i tak taniec ten trwał do świtu, a gospodarze wesela (rodzice młoduchy) co jakiś czas częstowali tańczących wódką i kiełbasą z chlebem. O świcie zabawa taneczna się kończyła i wszyscy szli spać: gdzie kto mógł.

Następnego dnia (trzeciego) zabawa (ospale) zaczynała się koło południa i była przeznaczona w ogóle dla wszystkich, którzy nie byli zaproszeni a na wesele zechcieli przybyć. Była to oczywiście młodzież płci obojga z Sudołu, a czasami nawet ze wsi okolicznych. Każdy taki młody tanecznik, który w danym tańcu przodował, płacił muzyce za ten taniec, czyli że muzykanci weselni oprócz tego, co im zapłacił pan młody (bo on płacił muzykantom) mogli na weselu jeszcze zarobić drugiego dnia przy wprowadzaniu i wyprowadzaniu gości oraz wieczorem tegoż dnia po oczepinach, gdy do tańca po drużbach i druhnach wchodzili inni goście zaproszeni, którzy też, tańcząc w pierwszej parze, za zwyczaj muzykantom płacili i wreszcie dnia trzeciego, w którym tańce dla przygodnych przybyłych odbywały się tylko za zapłatą. Wesele kończyło się trzeciego dnia o północy.

folklor
Rynek jędrzejowski- woda sodowa

Nie ukrywam, że tych obyczajów i obrzędów weselnych nie lubiłem, na wesela w ogóle nie chodziłem, ani nawet nie tańczyłem ani wtedy, ani w ogóle później. Zaś powyżej przytoczony opis wesela podałem na podstawie uważnej obserwacji wesela przy zaślubianiu najmłodszej siostry mojej matki (ciotki) z Józefem Chabiorem oraz wesela, które wyprawili moi rodzice mojej siostrze Franciszce wychodzącej za Stanisława Jaszczyka z Laskowa (zmarła 30.04.1953r.). Jeżeli takie trzydniowe wesele rozpoczynało się w poniedziałek, trwało przez wtorek i środę. We czwartek był jarmark, wszyscy na ten targ jechali i o weselu gadali.

Muzyka weselna składała się minimum z dwóch osób: skrzypek i basista; ale zazwyczaj pan młody chciał się postawić i angażował orkiestrę trzyosobową, czteroosobową a czasami i pięcioosobową’ wtedy dochodził: klarnecista z klarnetem, kornecista z trąbką albo też i drugie skrzypce. Harmonijka zaczęła się zjawiać na wsi znacznie później. Po trzydniowym weselu i po trzydniowej przerwie były jeszcze w niedzielę poprawiny, u rodziców nowo zaślubionej, które zaczynały się przed wieczorem a kończyły późną nocą. Była to zabawa taneczna dla młodzieży z sąsiedztwa, na której też rodzice młoduchy gości częstowali wódką, chlebem z kiełbasą lub z serem.

Oczywiście że takie wesele wymagało dużo wydatków na wódkę, której wypijano duże ilości, w mące na chleb i placek, w mięsie i tłuszczach. Powoli jednak światlejsi chłopi zaczęli się orientować, że to wydatki zupełnie zbyteczne („jak za płot wyrzucał”) i powoli zaczęli ilość dni weselnych redukować. Najpierw odpadły poprawiny, później skrócono wesele na dwa dni w ten sposób, że zaczynano wesele nie w poniedziałek, a we wtorek. Bardzo biedni skracali nawet do jednego dnia, biorąc ślub we środę. Ale było to rzadko i wesele dwudniowe trwało w Sudole długie lata.

Obyczaj kupców, jako całkiem głupi, też zaczął odpadać, ale oczepiny długo przestrzegano i wreszcie sprowadziły się nie tylko do śpiewów i nakładania nowo zaślubionej zamiast welonu – czepka i chusteczki, gdyż zwyczaj obcinania warkoczy też pomału wygasł i mężatki zaczęły w Sudole (za przykładem miast) nosić (i dziś wszystkie noszą) – warkocze.

Jarmark w Jędrzejowie w czwartek też był funkcją nie tylko handlową ale i obyczajową: na jarmark jeżdżono bowiem wtedy nie tylko, by kupić – sprzedać, ale i by się z innymi zobaczyć, pogadać i przy tym kwaterkę, albo półkwaterek wypić.

Na Boże Narodzenie był też taki obyczaj, jak w całej Polsce, że obiad (postny, ale wielodaniowy) jedzono wieczorem w wigilię, że łamano się opłatkiem i że gospodarz po takiej wieczerzy zaścielał całą izbę cienko słomą, wtykając sztywne źdźbła słomy za obrazy i przywiązując do stołowej nogi pod stołem mały snopeczek słomy. Stół zaś był wtedy wysłany sianem, przykryty obrusem, na którym kładziono opłatek, na opłatek nóż, a na nóż bochenek chleba. Na stole zaś na obrusie stawiano dwa lichtarze z zapalonymi świeczkami. Na tak przybranym stole jednak w Sudole nie jedzono, bo miał on funkcję niejako religijną.

Oczywiście po wigilijnej wieczerzy szło się na pasterkę. Tak zasłana izba była przez cały dzień Bożego Narodzenia. Podczas wieczerzy wigilijnej, jak i w całej Polsce, łamano się opłatkiem i składano sobie życzenia. W Święty Szczepan (26 grudnia) rano ojciec laską usuwał słomę zza obrazów, wiązał z niej cienki snopeczek, wtykał weń laskę, dawał komuś z młodych, by szedł w pole i życie ten snopeczek wetknął. Miało to przyczynić się do urodzajności żyta.

Po wieczerzy wigilijnej robiono obwiązywanie drzew owocowych w sadach łańcuchami ze słomy, by dobre owoce rodziły. Słomę zaś w izbie rozesłaną też się rano w Św. Szczepan wynosiło i izbę zamiatało. Siano zaś ze stołu, opłatek, nóż i bochenek chleba zdejmowano dopiero w Nowy Rok (robił to zawsze ojciec). Robiono wtedy spostrzeżenia, z której strony nóż zardzewiał: czy od strony opłatka, czy – chleba. Jeśli zardzewiał od strony opłatka, to przepowiadano nieurodzaj na pszenicę; jeżeli zardzewiał od strony chleba, to wróżyło to nieurodzaj na żyto, jeżeli zaś zardzewiał z obu stron, to była to przepowiednia nieurodzaju na żyto i pszenicę, ale jeżeli nóż z obu stron był czysty, to była wtedy radość, bo wierzono, że będzie urodzaj i na żyto, i na pszenicę.

Zaraz po Świętach Bożego Narodzenia za mej wczesnej młodości chodzili po wsi „kolędnicy”; chodzili albo z „kłapaczem”, albo z szopką, albo z gwiazdą, albo z Herodem, a czasami jeździli na koniach prowadząc za sobą kozę lub bociana. Kolędnicy z szopką chodzili tylko we dnie, zaś wszyscy inni tylko wieczorem. Kłapacz (Turoń) był to sztuczny byczy łeb z rogami, uszami, gębą, czerwonym językiem i zębami. Łeb ten zrobiony z bydlęcej skóry i kawałków czarnego i czerwonego sukna był osadzony na krótkim drążku. Do łba była przybita ciemna derka wokół łba, tak by pod łbem był tylko mały nieznaczny otwór. Tego kłapacza brał któryś z parobków za drążek, nakładał sobie na głowę i na siebie derkę i trzymał drążek z kłapaczem tak, by łeb tego wołu był przed jego czołem, ale nieco wyżej i by ów parobek mógł widzieć przez otwór w derce pod gębą kłapacza. Dolna szczęka kłapacza zaopatrzona w brodę i zamiast zębów – wybita ostrymi gwoździami, była osadzona przy łbie na osi tak, że za tylną część dolnej szczęki, wystającą poza oś, ów parobek mógł pociągać sznurkiem przybitym do tej tylnej części szczęki. Każde pociągnięcie za sznurek wywoływało kłapnięcie dolnej szczęki (i zwarcie się z górną), czyli zamknięcie gęby; każde zaś poruszenie sznurka powodowało opuszczenie się szczęki. W ten sposób parobek noszący kłapacza powodował, iż ów kłapacz pyskiem kłapał i oczywiście straszył dzieci, dziewczyny chwytał zębami za spódniczki, a chłopakom zrywał czapki z głów.

Kłapacz chodził w towarzystwie śpiewaków i skarbnika. Śpiewacy nosili latarkę. Taka grupa zazwyczaj wybierała się „po kolędzie” na całą noc i czasami schodziła w noc ze dwie wsie. Gdy kolędników z kłapaczem do domu puszczano, to śpiewacy śpiewali kolędę, a kłapacz kłapał do taktu, po czym skarbnik dostawał datek w gotówce lub w ziarnie do worka i cała grupa szła dalej, przy czym kłapacz w miarę możliwości płatał przypatrującej się młodzieży i dzieciom różne figle. Gdy kolędników do izby nie wpuszczono, śpiewali oni przy latarni kolędę za oknem, a kłapacz kłapał przy oknie, przez które dzieci mu się przyglądały. Po prześpiewaniu kolędy, kasjer, stojący za drzwiami dostawał przez uchylone drzwi datek i grupa kolędników szła dalej.

Kolędnicy z gwiazdą chodzili tak, jak to czytamy w wierszu Konopnickiej z tą jednak różnicą, że chodzili tylko po wsi pomiędzy swoimi, bo do dworu do hr. Tarły kolędnicy w ogóle nie chodzili. Herod w przebraniu króla, a więc w czerwonym płaszczu i w koronie na głowie i z berłem – chodził nie sam, a z marszałkiem, kilku żołnierzami, grupą śpiewaków, diabłem, śmiercią i oczywiście ze skarbnikiem. Herod kolędował tylko w izbie. Gdy nie weszła do izby cała grupa kolędowa, śpiewacy śpiewali: „Wśród nocnej ciszy…”. Po prześpiewaniu kolędy Herod siadał na ławie i przybierając wyniosłą pozę królewską dawał rozkaz marszałkowi wymordowania dzieci w Betlejem. Marszałek powtarzał ten rozkaz żołnierzom (co najmniej 2), którzy opuszczali izbę, niby w celu wykonania rozkazu, ale po krótkiej przerwie wracali i meldowali, że rozkaz wykonany. Wtedy występował diabeł i oświadczał, że Herod za swe zbytki musi iść do piekła bo jest bardzo brzydki. Wtedy przybiegała śmierć i kosą (drewnianą) ścinała Herodowi głowę (udawała że ścina) a diabeł kręcił się wokół pochylonego Heroda (niby już nieżywego) i usiłował nadziać go na widły i porwać do piekła. Na tym się przedstawienie kończyło, po czym grupa kolędowa otrzymawszy datek odchodziła.

Grupa konna liczyła dwa konie, t. j. dwóch parobków na drewnianych koniach a la Konik Zwierzyniecki w Krakowie. Do tego dochodzili śpiewacy i kasjer. Czasami do tej grupy dochodził jakiś chłopak przebrany za kozę – w koziej skórze, lub też chłopak mający przed sobą dziób bociani, a na sobie jak „kłapacz” derkę. Gdy taka grupa weszła do izby, śpiewacy śpiewali kolędy, jeźdźcy trzaskali biczami i udawali że jadą, koza beczała, a bocian usiłował tego lub owego z pomiędzy młodzieży dziobem mocno udzióbać, czyli końcem dzioba w plecy mocno szturchnąć. Po prześpiewaniu kolędy jeźdźcy jeszcze chwilę harcowali, próbując kogoś z najbliższej młodzieży kopnąć. Oczywiście jeźdźcy byli dziwacznie poubierani i umalowani. Otrzymawszy datek cała grupa „jechała” dalej.

Chodzenie kolędników odbywało się w czasie od Świętego Szczepana do Trzech Króli. Gdy się skończył karnawał (zwany: „mięsopust”) bywały „ostatki”. W drugim dniu ostatek wieczorem urządzano tłustą wieczerzę, czyli kolację z wódką, mięsem, kiełbasą i kilku zaproszonymi gośćmi. Posty za mojego dzieciństwa przestrzegano bardzo surowo: cały post nikt w Sudole nie jadł mięsa, ani nie używał słoniny. W niedzielę, poniedziałek, wtorek i czwartek wolno było używać mleka i masła i sera, a we środę, piątek i sobotę wszyscy jedli z olejem, którego było dużo i który był tani. Gdy w poście chłopi pili wódkę, to na przegryzkę jedli nie kiełbasę, a śledzie. Zaś w Wielki Piątek był już nie post, a tak zwane suszenie, t. z. że cały dzień nie wolno było jeść warzy gotowanej, a trzeba było poprzestać na chlebie z olejem lub gorącą wodą gotowaną. Takie jedzenie z gorącej wody na misce wraz z pokrojonymi kawałkami chleba i posolone – nazywało się „wodzianką”.

Na początku postu organista parafialny jeździł po wsiach i zbierał snopki zboża. Nazywało się to „petycja”. Przed Bożym Narodzeniem tenże organista rozwoził opłatki i po wiązce na dom, za co otrzymywał garniec ziarna. W Wielką Sobotę księża parafialni jeździli po wsiach święcić „święcone”, o czym już pisałem. Punkty zborne były we dworach, a gdy dwory zanikały – u sołtysów lub najbogatszych chłopów.

Ojciec zawsze raz do roku zabijał dużego wieprzka w okresie przed Bożym Narodzeniem. Wieprzowina była jedzona w Boże Narodzenie i w Mięsopuście, a kawałek szynki i sucha kiełbasa były przechowywane na Wielkanoc. Stanowiły też one główne pożywienie świąteczne – oczywiście z dodatkiem gorącego kapuśniaku, chrzanu z octem i t. p.

W Krakowie podczas rezurekcji w nocy z Wielkiej Soboty na Wielką Niedzielę tamtejsza ówczesna forteczna artyleria austriacka dawała salwę. Gdy było cicho, to w Sudole było można dosłyszeć te wystrzały. Ja przynajmniej je kilka razy słyszałem.

Sudół należał do parafii w Jędrzejowie (kościół Św. Trójcy). Ale pomiędzy Sudołem i Jędrzejowem w środku był i jest klasztor pocysterski. Był to kościół filialny. W klasztorze było rosyjskie seminarium nauczycielskie, a przy nim prefekt (katecheta) nauczający w tej szkole religii. Na Wielkanoc organizował on uroczystą rezurekcję, ale w Wielką Niedzielę o g. 6 rano. Wobec tego ze Sudołu, z Prząsławia, z Chorzewy, Laskowa i Podklasztorza (przedmieście Jędrzejowa) wszyscy chodzili na tę rezurekcję do klasztoru, a nie do Jędrzejowa. Piszę „chodzili”, ale nie jest to ścisłe, bo wszyscy zamożni i średniozamożni chłopi nie chodzili, a jeździli wozami na to nabożeństwo, chodzili zaś ci, co koni nie mieli. Taki był zwyczaj.

W drugi dzień Świąt, tj. w „Święty Lejek” wyjść z domu nie było można, gdyż różne podrostki a także i młodzież lała wodą każdego młodego i każdą dziewczynę. Na Zielone Święto, które na wsi obchodzono również b. uroczyście, był w Sudole zwyczaj, iż kobiety piekły oprócz placka także gomółki z twarogu zaprawianego jajami i cukrem, a na święto 15 sierpnia (Matki Boskiej) znowu ze świeżo zebranej pszenicy, wymłóconej i zmielonej we młynie lub na żarnach pieczono chleb pszenny.

Oczywiście w okresie Świąt Wielkanocnych wszyscy dorośli musieli iść do spowiedzi. W parafii prowadzono dokładną ewidencję dorosłej ludności, wydawano kartki do spowiedzi, odbierano je przy spowiedzi i sprawdzano, kto był na spowiedzi. W takim stanie nie słyszałem, by na Wielkanoc ktokolwiek ze Sudołu z pośród dorosłych nie był u spowiedzi. Byłby odczytany z ambony. Tego się wszyscy bali. Zabobony.

Napiszę jeszcze parę słów o wierze w czary, uroki i zażegnywanie. Była we wsi taka kobieta, która mając może ze 3 morgi ziemi, trzymała dwie ładne krowy, dobrze je żywiła i pielęgnowała i miała od nich dużo mleka, a inni mało; w Sudole krążyły ciche wieści, że jest ona czarownicą, i przy pomocy czarów ściąga mleko od krów innych do wymion krów swoich. Mówiono też, że w tym celu przemienia się w ropuchę, by takie odciąganie mleka wykonać. To też jeżeli obok obory krowiej zobaczono ropuchę, co w lata mokre mogło się zdarzyć, za zwyczaj końcem rozpalonego do biała druta wypalano jej oczy (ropusze). Ponieważ jednak to wypalanie oczu żabom tej dobrej hodowczyni krów mlecznych nic na zdrowiu nie szkodziło, ani jej, ani krowom, a ona nic sobie z tych plotek nie robiła, dobrze krowy żywiła i nadal dużo mleka doiła, powoli zaczęli chłopi i baby w Sudole dochodzić do przekonania, że krowa gębą doi i dali tej kobiecie spokój tym bardziej, że była ona również dobrą hodowczynią macior świńskich i dużo pieniędzy za sprzedaż prosiąt otrzymywała; a co do macior żadnych bredni o czarach nie było.

Jeżeli kogoś nagle zabolała głowa, wierzono, że go ktoś urzekł. Takiemu urzeczonemu, by „urok odczynić” dawano do picia trochę ciepłej wody w garnuszki, wrzuciwszy doń uprzednio żarzący się węgielek. Urzeczony powinien był dobrze się napić tej wody a następnie resztę wody ze zgaszonym węgielkiem wychlusnąć przez głowę do góry do tyłu. To miało mu pomóc. Ponieważ takie bóle głowy pochodziły z nagłej niedyspozycji żołądkowej, to wypicie ciepłej czystej wody, neutralizujące zatrucie soków trawiennych, istotnie mogło pomóc. Sądzę, że lepszy by był skutek, gdyby ten urzeczony napił się rozpuszczonej w wodzie gotowanej sody czystej lub magnezji, albo połknął „kogutka”, ale tych medykamentów jeszcze wtedy na wsi nie znano.

folklor
Mycie owiec

Wierzono też, że czarownik (najczęściej owczarz) może chorego oczarować, podłożywszy mu pod próg czary; delikwent, którego trzeba było zaczarować, przechodząc przez próg zapada na „podrzuconą” mu chorobę. To wierzenie dotyczyło tylko chorób b. przewlekłych, czyli niejako tajemniczych. Czasami się zdarzało, aczkolwiek rzadko, że owczarza, którego posądzano, że czary zadał, t. j. chorobę „podrzucił”, pojono wódką i raczono kiełbasą, by czary „zdjął”. Ponieważ wkrótce hodowla owiec zupełnie w powiecie upadła, upadła też i wiara w czarowników – owczarzy.

Jeżeli kogoś zabolało oko, szedł do „zażegnywacza”, by mu tę chorobę zażegnał. Znałem też takiego zażegnywacza, który pod przykrywką zażegnywania leczył ludzi na oczy. Zażegnawszy ból oka czy oczu, mówił: przepłukujcie te oczy przez trzy dni trzy razy wodą ze źródła, a gdy źródła nie było zalecał wodę święconą. Oczywiście takie zażegnywanie pomagało. Gdy było cięższe zapalenie oczy, po zażegnaniu przeznaczał, by przez trzy wieczory przed snem pomazać oczy maścią cynkową, a rano wymyć je letnią wodą gotowaną. To też pomagało. Ale gdy i to nie pomogło i uformowała się katarakta, wtedy mówił: „za późnoście do mnie przyszli, teraz już wam zażegnywanie nic nie pomoże, teraz musicie się udać do szpitala. Kataraktę zaś, nie wiem dla jakiego powodu, nazywano „lisim pazurem”. A samo zażegnywanie polegało na tym, że przeżegnał zażegnywacz oczy raz, odmówił po cichu „Ojcze nasz” i znowu dwa razy przeżegnał. Chory był przekonany, że to pomoże, a zalecenia lecznicze musiał wykonać, boć zażegnywanie byłoby nieskuteczne.

Było też w owe czasy na wsi mniemanie, że gdy się krowa na młodej koniczynie rozedmie, to to jest sprawa „paskudnika”. Ponieważ wtedy u krowy bardzo się zaznaczają na wysadzonych oczach na gałkach ocznych pod powiekami – białe błony, to by tego „paskudnika” przepędzić, brano ostrożnie, by nie uszkodzić gałki ocznej, ową błonę (tylko na jednym oku) na igłę, trochę odciągano na zewnątrz i następnie ostrym nożykiem przecinano. To się nazywało „zrzynanie paskudnika”. Krowie do nie szkodziło, a czasami możliwie że od doznanego przez krowę wstrząsu nerwowego – pomagało, ale nie zawsze. To też ów zażegnywacz oczu, gdy już nauczył ludzi, jak leczyć oczy i przestał je zażegnywać, nabył sondę i traktor i dziś tymi instrumentami ratuje skutecznie odęte krowy – bez „zrzynania paskudnika”.

W ogóle czasami na wsi poszczególni ludzie samorzutnie chwytali się różnych czynności usługowych. Na przykład moja matka niańczyła niemowlęta, a ojciec kastrował u sąsiadów młode wieprzaczki. Oczywiście była to bezpłatna przysługa sąsiedzka.

Na zakończenie podaję jeszcze jeden przykład wiary w uroki, przez zapomnienie nie podany wyżej. Gdy komuś podczas jazdy koń nagle zachorował i położył się, powszechnie wierzono, że urzekła go jakaś przechodząca baba. Był zwyczaj, że furman prosił pierwszą lepszą kobietę przechodzącą, by konia otarła swą koszulą. Gdy to uczyniła, sprawa była załatwiona i koń powinien był wstać. Istotnie czasami wstawał, gdy se wypoczął i atak kolki przeminął. Gdy zaś żadna kobieta wtedy nie przechodziła, furman zostawiwszy kogoś przy wozie, szedł do najbliższej wsi prosić, by na chwilę pożyczono brudnej koszuli kobiecej dla otarcia konia. Pożyczano. Po otarciu odnosił.

Nietoperza uważano za jakieś tajemnicze stworzenie i wieczorem bano się chodzić z gołą głową, by się we włosy nie wkręcił. Sowę też uważano za wspólnika diabła i gdy w nocy uderzyła w czyjeś okno był strach, że w tym domu wkrótce ktoś może umrzeć. Strach też był przed kołtunem, który się komuś – na przykład po tyfusie – we włosach utworzył. Mawiano, że kto takiego kołtuna nożycami ostrzyże temu on rękę tak pokręci jak pokręcił włosy. Więc też taki kołtun był noszony, dopóki się włosy same nie rozplątywały. Zresztą wierzenie to już dawno zanikło.