Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

 

Pamiętniki Andrzeja Walerona    (odcinek 3)

b 8a

ciąg dalszy rozdziału:

część I    Dawne czasy, wczesna młodość

Koniokradztwo było wtedy, a nawet i później straszną plagą. Za mojej wczesnej młodości grasowała w Kielecczyźnie banda złodziejska Malarskiego. Miała ona siedzibę w okolicach Włoszczowy, a grasowała w kilku sąsiednich powiatach, a więc i Jędrzejowskim. Oczywiście działała w porozumieniu z carską policją w okolicy Sosnowca. Zaczął wtedy powstawać na Śląsku przemysł górniczy, ale węgiel od kopalni do wyciągu był jeszcze wtedy transportowany i na Śląsku i w zagłębiu Dąbrowskim kolejkami konnymi. Kopalnie węgla po obu stronach granicy potrzebowały koni i dobrze płaciły. Banda Malarskiego kradła konie w Kielecczyźnie, przekazywała je Żydom, a ci je po obu stronach granicy sprzedawali.

Gdy dodamy, że policja o tym wiedziała i swój udział za to otrzymywała widać, że sytuacja chłopów w tej sprawie była beznadziejna. Piszę „chłopów”, bo dwory banda omijała. Tak kradli z kilkanaście lat; już aż się w Kielcach taki gubernator pojawił, który postanowił to ukrócić. Zorganizował więc w Kielcach nagły najazd wielkiej masy policji obcej na okolice Włoszczowy i urządził obławę na bandę Malarskiego; sam Malarski był w swej melinie ostrzeżony za późno; rzucił się więc do ucieczki wraz ze swoimi towarzyszami odstrzeliwując się, ale w tej bitwie poległ, a jego banda byłą rozbita i formalnie przestałą istnieć.

Ale poszczególni jej członkowie, najadłszy się trochę strachu, zaczęli znowu w dalszym ciągu rzemiosło złodziejskie uprawiać. Tylko ośrodek złodziejski przeniósł się z okolic Włoszczowy do Jędrzejowa, a to z tego powodu, że rząd carski zaczął doceniać gospodarcze znaczenie Syberii i niecąc jej zaśmiecać złodziejami, wytypował w kongresówce kilka miast powiatowych, do których zaczął zsyłać „na pobyt” z Rosji po odsiedzeniu kary więziennej swoich złodziei. Jednym z takich punktów był i Jędrzejów.

Był nawet w Jędrzejowie przy ulicy Łysakowskiej, za rzeką, taka dzielnica, gdzie ci pobytowi mieszkali. Oczywiście zawarli oni wkrótce znajomości z miejscowymi złodziejami i w ten sposób zbudowali duży zespół złodziejski, a że jedni byli narodowości polskiej, a drudzy – rosyjskiej, nie stanowiło to przeszkody: tak się pobratali. To też w miarę tego jak rosła ilość „pobytowych”, rosła też w Jędrzejowie i okolicy przestępczość. Kradli więc chłopom pieniądze kieszeni, kradli gęsi z wozów kury, zakupione i złożone na wozie buty, a także zakupioną łokciówkę.

Czasami gdy chłop sprzedał konia byka lub krowę, szli za nim złodzieje na rynek i tam w tłumie pomiędzy ludźmi w biały dzień całą bandą napadali na niego i zabierali pieniądze z kieszeni. Pech że policji akurat wtedy tam nie było, a gdy się zjawiał, to było już za późno. Niezależnie od tego złodzieje kradli i po innych wsiach, co się dało. I co chłopi mogli na to poradzić? Byli bezsilni i bezbronni, bo broni palnej nie wolno było trzymać. Pozostało im samosąd. Gdy więc złapali już któregokolwiek złodzieja winnego kradzieży, to żywy nie wyszedł.

Ale bywały też samosądy zorganizowane. Tak było w Tarnawie, wsi w południowej części powiatu. Był tam złodziej, który sobie kpił ze wszystkich Ale przebrała się miarka: pewnego dnia ludność miejscowa zebrała się w samo południe pod domem tego złodzieja, wywlekła go z chałupy i kijami zabiła. W Prząsławiu też był taki: nazywał się Małkowski; miał on spółkę z bandą złodziejską, nic sobie z nikogo nie robił, chodziła jarmark w Jędrzejowie i od poszczególnych chłopów wódki i kiełbasy w celu ubezpieczenia ich od kradzieży się domagał. Kto tego nie zrobił, był okradany. Fundowali mu też wszyscy jadło po różnych wsiach u chłopów nieznajomych lub też u takich, którzy nie chcieli mu podpaść.

Pewnego wieczoru odbył się Prząsławiu w czworakach dworskich chrzciny, był tam i Małkowski, był pijani, i inni też; rozpoczął awanturę, wynieśli go przed sień i kijami i siekierami zabili, po czym odnieśli go kilkadziesiąt kroków na szosę i rzucili do rowu w śnieg. Chodziłem już wtedy do szkoły do Prząsławia i pamiętam, jak ów Małkowski leżał twarzą w śniegu martwy, a na drodze do czworaków do szosy były z Małkowskiego krople krwi, zaś przy czworakach przy sztachetach śnieg był zdeptany i zakrwawiony, a na sztachetach krew byłą na metr wysokości rozpryskana: zupełnie, jakby ktoś wieprzka zabijał.

Te samosądy trochę pomagały, ale liczba ich w stosunku do nasilenia złodziejstwa – była za mała. Carski kodeks karny był bardzo ostry, ale tylko za przekroczenia polityczne, zaś za kryminalne – kary były łagodne, zaś za samosąd żadne, Jeżeli złodzieja biło więcej niż dwunastu i nie można było ustalić, kto pierwszy uderzył, to kara za samosąd odpadała. W sprawie więc Małachowskiego było ustalone, że bił go tłum, że tłum był pijany i powodem tego morderstwa było takie postępowanie Małachowskiego, że nie można tego było tego już długo znosić po prostu – brakło już wszystkim cierpliwości. Ani więc za samosąd w Jędrzejowie czy w Prząsławiu nikt nie był ukarany.

folklor
Targ na jędrzejowskim Rynku

Ale… złodzieje jednak kradli nadal. Moim rodzicom ukradli raz trzy poduszki. Innym razem ukradli ojcu konia od wozu przed młynem w Mierzawie, gdzie zboże zwoził. Było to w nocy; służący zsypywał zboże, ojciec konia pilnował, ale gdy wszedł do młyna zobaczyć, jak zboże zmielono; gdy po 10 minutach wyszedł konia już nie było, a wóz pozostał. Oczywiście służący przepadł. Po kilku latach znowu złodzieje ukradli ojcu parę koni ze stajni. Było to latem parobek spał w stodole; pies chodził po podwórku. Podrzucili złodzieje psu kawał ciepłej kiełbasy z trucizną; pies to chciwie pożarł i zdechł. Złodzieje cicho weszli na posesje przez parkan; otworzyli podrobionym kluczem sztangę w stajni wyprowadzili oba konie i po cichu wrota i wierzchem odjechali. Te konie jednak nie zginęły. Było to z soboty na niedziele. Zaś w niedziele rano chłopi z Krężoł (wieś na południowy zachód od Wodzisławia (jędrzejowskie) poszli na grzyby i w lesie w gąszczu leszczyn znaleźli oba konie przywiązane do drzew, zaprowadzili je policji w Wodzisławiu. Gdy więc w niedziele ojciec zameldował w Jędrzejowie, że mu konie ukradziono, powiedziano mu tam, że się już znalazły; ale by znaleźć konie ukradzione – był to przypadek bardzo rzadki.

W Jędrzejowie na rogu rynku i ulicy Pińczowskiej był duży dom (i dziś jeszcze jest), w którym za rządów carskich mieścił się urząd powiatowy (starostwo); ponad tym urzędem na parterze była duża restauracja dla obszarników i urzędników, a w podwórzu tej posesji (dość dużym) mieścił się zajazd, w którym podczas jarmarku stało dużo furmanek, powozów i bryczek. Był wtedy w Prząsławiu wójtem bogaty chłop Jakub Król; miał on jedną bryczkę i dobre konie. Pewnego dnia podczas jarmarku przyjechał on sam bez parobka do Jędrzejowa, najechał końmi i bryczką na podwórze tej posesji, gdzie był urząd powiatowy, postawił bryczkę i konie na podgórzu i poszedł na piętro do urzędu powiatowego, gdzie jako wójt – miał sprawy do załatwienia. Gdy po połowie godziny zszedł na dół, koni i bryczki już nie było. Wjazd i wyjazd z tego podwórza był tylko jeden: bramą na parterze pod urzędem powiatowym. (...) konie i bryczkę wójtowi (...) z zajazdu, który się mieścił na podgórzu gmachu urzędu powiatowego. Tych koni ani bryczki wójt Król nie odnalazł.

O pewnym chłopie ze Skroniowa (nazywał się Gawron) dowiedzieli się złodzieje, że ma sporą gotówkę, więc też pewnej niedzieli gdy po sumie wyszedł z cerkwi wraz z innymi na rynek, by zapalić papierosa i pogadać z sąsiadami, napadła go przy wszystkich obecnych banda złodziejska, przemocą zabrała mu z kieszeni ową gotówkę i uciekła. Ów poszkodowany Gawron zaraz zameldował o tym policji, jednak rabusiów nie wykryto.

Przez dłuższy czas pełnił funkcje wachmistrza powiatowego policji w Jędrzejowie Łotyszenko (oczywiście Rosjanin). Był to człowiek na pozór surowych obyczajów, wielki służbista, gorliwy (...) za wszelką robotę polityczną. Dopiero w końcu roku 1905 poległ w bitwie pod Małogoszczem z bojową grupą PPS wyszło na jaw iż w ciągu dość długiego urzędowania w Jędrzejowie miał on kontakt ze złodziejami i pobierał procent od kradzieży. Wyszło również na jaw, iż pośrednikiem pomiędzy Łotyszenką i złodziejami była pewna żydówka, której złodzieje pieniądze doręczali, a ona wachmistrzowi. Taka to była carska policja: wiedziała na przód, gdzie będzie kradzież!

Wracając jeszcze raz do okresu mojej wczesnej młodości, podam, co ojciec mój pamiętał z wypadków powstania styczniowego. Miał wtedy siedem lat, pamiętał tylko to, widział w Sudole. A wiec pamiętał, że w czasie powstania chłopi-koloniści w Sudole już mieszkali we własnych budynkach na własnych koloniach i wszelkie sprawy uwłaszczeniowe, już były poza nimi. Z wypadków wojennych tego powstania ojciec pamiętał tylko dwa: jeden – to była potyczka, która stoczył w Sudole jakiś patrol kawalerii powstańczej z kozakami na trakcie w stronę Nagłowic. W wyniku tej potyczki jeden kozak był zabity, leżał na trakcie, a obok niego wielka futrzana zakrwawiona czapa (papacha). Drugi epizod – to był odwrót oddziału kawalerii powstańczej po bitwie pod Małogoszczem w stronę Jędrzejowa przez chłopskie pola sudolskie, obok pola, który wtedy i dziś zwie się „Gaj” odział tam, wedle pamięci ojca, mógł liczyć około stu jeźdźców. Pamiętał też ojciec, jak jeden z chłopów – Stefański) zwany „Babiniakiwicz”, (…) położony tuż przy Sudole, ale należącej do Chorzewy (...) wybierał się do powstania i jak znajomych żegnał. Ale nie zginął ów Stefański w powstaniu. W jakich bitwach ówczesnych brał udział nie wiem, ale wiem, że cało i bez szwanku do domu wrócił, bo mi go ojciec później pokazał (…) z dziećmi przeprowadził z Kopaniny do Jędrzejowa na przedmieście Podklasztorza. Był to mojej wczesnej młodości człowiek stary, ale zdrowy i dobrze wyglądający. Żył jeszcze potem długo, a po śmierci dużo ludzi brało udział w jego pogrzebie: był bowiem przez (...) Podklasztorza i pobliskich wsi szanowany bardzo powstaniec.

O bitwie pod Małogoszczem dużo starzy mówili, a miedzy innymi opowiadaniami zasłyszanymi przeze mnie od chłopów, pamiętał opowiadanie o tym, że carski dowódca Czyngery podczas bitwy kazał duży kocioł miedzowy postawić na wozie, wlazł do kotła, siadł tam i dopiero z tego kotła dowodził, liczył bowiem na to, że ołowiowe kule powstańcze kotła nie przebiją. W ogóle stosunek starych chłopów w Sudole do powstania styczniowego nie był zły a raczej sympatyczny. Do powstania chłopi oprócz Stefańskiego nie poszli, bo uważali je za przedsięwzięcie lekkomyślne i z góry skazane na przegraną. Podziwiali jednak odwagę tych, którzy brali udział w powstaniu, ale samo powstanie za wyczyn choć słuszny, ale awanturniczy nieprzemyślany, czyli za porwanie się z motyką na księżyc.

W ogóle i za czasów mej pierwszej młodości i później chłopi w Sudole żyli pod wrażeniem wielkiej, niepokonanej siły cara rosyjskiego. Taki pogląd mieli aż do wojny japońskiej w roku 1904. Dopiero ta wojna otworzyła im oczy, że tak nie jest. Pomimo takich, jak wyżej podałem, poglądów na powstanie styczniowe, tym nie mniej pomiędzy chłopami starymi nieraz słyszałem z wielką czcią wymówione nazwisko Gaszyńskiego, dziedzica z Cierna (odległego od Sudołu o 4 km), który wedle opinii tychże chłopów odgrywał w powstaniu jakąś bardzo poważna role, a po powstaniu musiał emigrować do Krakowa. Dopiero później dowiedziałem się, że Gaszyński był podczas powstania naczelnikiem powstańczego Rządu Narodowego na powiat jędrzejowski.

Widocznie stosunek jego do chłopów i dekretu rządu powstańczego w przedmiocie uwłaszczenia był bardzo szczery, życzliwy i uczynny, gdyż pomimo, iż był dziedzicem, jednak przez długie lata chłopi go tak czcili. Ta cześć dla Gaszyńskiego, powiatowego komisarza rządu powstańczego była tu głęboka i tak długa, że jeszcze w Polsce niepodległej w okresie międzywojennym ułatwiała potomkom owego komisarza rządu powstańczego – inżynierowi Stanisławowi Gaszyńskiemu kandydowanie z dobrym wynikiem do senatu przy wyborach do pierwszego senatu.

A teraz pytanie: czy chłopi za czasów mojej dziecinnej młodości czuli dla cara i jego rodziny jaką sympatie, czy też przywiązanie? Stosunek do cara był obojętny, bez szczególnej wdzięczności (za uwłaszczenia). Chłopi się Rosji carskiej bali, ale jej nienawidzili, a osoba cara byłą im obojętna. Tak było w Sudole. Gdy później rząd carski wybudował w Częstochowie przed klasztorem pomnik Aleksandra II, niby tego, który w 1868 wydał ukaz o uwłaszczeniu chłopów, i gdy pomnik ten ustawiono tyłem do klasztoru, chłopi się tym gorszyli i oburzali i mówili: „Że też to jeszcze nie znalazł się taki, co by ten pomnik zburzył!”.

Przy tej sposobności podam pewne zdarzenie, które miał z chłopami na zebraniu pewien komisarz włościański, nie namawiał chłopów, by w swej dobroci wybudowali pomnik wdzięczności dla cara Aleksandra II i by na ten cel uzbierali jakąś sumę pieniężną. Chłopi wysłuchawszy tego przemówienia oświadczyli: Komisarzu! A czybyśmy to nie mogli tej sumy w areszcie odsiedzieć? Wyjaśniam: za czasów carskich wszelkie kary pieniężne jeżeli ukaranemu było finansowo ciężko na jego prośbę – były zamieniane na więzienie. Chcieli więc i ten ciężar pieniężny budowy pomnika, w areszcie odsiedzieć. Oczywiście widzimy z tego, że poziom umysłowy był bardzo niski, widać też, że i miłość dla cara też była u nich żadna.

W ogóle wybudowanie tego pomnika ze strony rządu carskiego pod względem propagandowym wyczynem zupełnie chybionym, a nawet szkodliwym, gdyż wywołało u chłopów duża niechęć do carskiej Rosji, a gdy rząd skasował karczmy po wsiach – (w Sudole nie było już karczmy od 1861r.), a pozostawił je w miasteczkach oraz we wsiach ważniejszych, pili nie tylko w tych karczmach i na jarmarkach, ale i w domu przy każdej sposobności. Ojciec często zabierał mnie na jarmark do pilnowania koni i wozu, więc to jarmarczne pijaństwo chłopskie dobrze widziałem. Nie było wtedy nic dziwnego, gdy podczas jarmarku tuż po południu w jednym lub drugim miejscu przy jakiejś ulicy bocznej taki pijak leżał w rynsztoku; nie było tego przy ulicach głównych, bo leżącego pijaka policja zabierała do aresztu, by nie tamował ruchu.

folklor
Targ na jędrzejowskim Rynku

Zauważyłem, że najwięcej pili chłopi z tych wsi, które przy uwłaszczeniu zostały las za serwitut lub wprost ukazowy. Z takiego właśnie lasu ojciec zbudował budynki. Chłopi z tych wsi pili dopóki drzewa z takiego lasu do imentu nie przepili. Pamiętam takie wsie, były to okolice Jędrzejowa i Nagłowice, Cierno, Caców, Mnichów: Najlepiej zaś pamiętam chłopa z Cierna, niejakiego Grada, który prawie w każdy jarmark leżał gdzieś pod wozem.

Nieco mniej, ale też dużo, pili chłopi i z innych wsi. Na przykład – pewien chłop ze Sudołu tak się spił na jarmarków Jędrzejowie, że wracając do domu, na przedmieściu położył się obok szosy i tak bardzo zasną snem pijackim, że wieczorem jacyś kpiarze zdjęli mu buty, spodnie i kalesony, a on spał; tak go zostawili na noc (było ciepłe lato). Gdy się zaczęło rozwidniać, ów pijak przetrzeźwiał obudził się i pobiegł do Sudołu boso i z gołymi nogami, a choć się ukradkiem przemykał poza stodołami, jednak byli tacy, co go w takiej śmiesznej sytuacji widzieli; od nich dosiedziała się cała wieś i został całkiem ośmieszony. Nazwiska jego nie podaje choć je znam, by się jego synowie żyjący nie obrazili.

Inny zaś chłop też z Sudołu, podpiwszy sobie mocno w Jędrzejowie, wprawdzie wrócił do Sudołu późno w nocy i ubrany, ale nie mógł trafić do swego domu; łaził więc po wsi od chałupy do chałupy, budził śpiących i pytał się o drogę do domu i też się ośmieszył.

Znany też był wtedy w Sudole z pijaństwa i pijackich wyczynów dosyć bogaty chłop – Lipski. Ten znowu miał zwyczaj, że jak sobie dobrze podpił siadał nocą na konia, jeździł po wsi i różne wyczyniał figle, zresztą nieszkodliwe. Miał on też w Sudole przyjaciela Kazimierza Smorąga (też mocno pijącego). Jeżdżąc po wsi na koni już późno nocą, podjeżdżał zazwyczaj do chałupy Smorąga, stukał mocno w okno, budził go i wołał: „Smorąg, dawaj tabaki!”, a gdy Smorąg otworzył okno, poczęstował tabakierką z tabaką, Lipski zażył z konia tabaki, szybko odjeżdżał, mieszkali oni od siebie w odległości półtora kilometra. Gdyby zaś Smorąg nie podał tabaki by mu okna powybijał. Wiem to od samego Smorąga, który mi o tym opowiadał. Ale źle skończył ów Lipski, Pewnego wieczoru gdy było bardzo gorąco, opiwszy się wódki, poszedł na Podklasztorze do (...) by się wykąpać, a choć dobrze umiał pływać, jednak po pijanemu utonął.

We wsi, które dostały las i przepiły go należało Cierno, Nagłowice, Umienów – zaobserwowałem później ślady tego pijaństwa w tym te zaznaczyły się pośród innych chłopów tępotą. Znacznie bowiem później, gdy byłem działaczem ludowym i posłem na Sejm, w tych pijackich wsiach przez dłuższy czas nie mogłem wynaleźć choć jednego chłopa, zdatnego działacza ludowego, choćby nawet tylko o zasięgu wioski. Dopiero później te sprawę uległa poprawie na lepsze i wsie te zaczęły się aktywizować ale było to dopiero w latach 1928 – 1934 a więc mnie – więcej potrzeba było aż 20 lat na wyparowanie alkoholu.

Na zakończenie relacji o czasach wczesnej młodości przedszkolnej – muszę jeszcze zaznaczyć, iż wtedy plagą na wsi było pijaństwo: chłopi wtedy pili podczas chrzcin, pili podczas wesel, pili w czasie pogrzebów, pili podczas jarmarków. Przy chrzcie też pito wódkę. Najpierw „babka” która pomagała przy porodzie, musiał przy tym wypić choć „kupczynę”. Rodzącej też zaraz po urodzeniu dziecka dawano pod pierzynką szklaneczkę z wódką „słodką”. By w razie chęci mogła pociągnąć. Gdy dziecko ochrzczono, też zaraz cała grupa z rodzicami chrzestnymi szła do szynku, by popić, czyli – jak się wtedy mówiło - by małego ochrzcić w wódce. Wieczorem tegoż dnia, albo w najbliższą niedziele – musiał ojciec noworodka urządzić chrzciny, na które zazwyczaj z pół wsi zapraszał. Oczywiście zebrani pili do późnej nocy.

Po pogrzebie zmarłego, o którym to pogrzebie trzeba było przynajmniej kilkudziesięciu chłopów zawiadomić – szli wszyscy zaproszeni do najbliższego szynku na stypę, podczas której na pocieszenie po stracie zmarłego też sporo wódki wypijano. Muszę jednak zaznaczyć, iż po pogrzebie, choć dużo pito, trzymano jednak umiar. To też po stypie byli podpici i „pocieszeni”, ale pijanych nie bywało.

Jeżeli brać pod uwagę moje sprawy rodzinne, to w czasie pomiędzy 1906 i 1914 były dwa najważniejsze wydarzenia rodzinne: wyjście za mąż mojej siostry Franciszki za Stanisława Jaszczuka, o czym pisałem powyżej, oraz śmierć mojego ojca. Ojciec mój po przejściu tyfusu plamistego we wczesnej swojej młodości i ciężkiego zapalenia płuc w mojej młodości stopniowo, ale coraz bardziej zapadał na chroniczny katar płuc. Leczył się jak mógł, ale to nic nie pomagało. W lecie czuł się lepiej, w zimie – gorzej. Objawy kataru, zwłaszcza kaszel rano przy wstawaniu bardzo dręczył ojca. Wszyscy lekarze zgodnie twierdzili, że nie była to gruźlica, a zwykły chroniczny katar płuc; twierdzili, że najlepszym lekarstwem byłby wyjazd kuracyjny przynajmniej na pół roku do kraju ciepłego i suchego, najlepiej do Grecji, czy Jugosławii. Ojca nie było stać na to, a ja też jako licho płatny nauczyciel – nie mogłem ojcu okazać finansowej pomocy. Musiał wiec pozostać w kraju, choć coraz bardziej zapadłą na zdrowiu.

Oprócz tego ojciec mój cierpiał na dziedziczny i chroniczny artretyzm, który osłabiał mu sercu. W październiku 1912 ojciec woził z pola ziemniaki i zsypywał je do piwnicy. Nie byłą to praca ciężka, bo ziemniaki wysypywało się z wozu do piwnicy przez drewnianą rurę na dole, by ziemia spadała na dół i nie do piwnicy by do piwnicy spadały tylko ziemianki! Nie ze względów osobistych, bo od 1901r. byłem całkiem samodzielny. Żal mi było ojca, że tak młodo zmarł (55 lat). Wkrótce wybuchła wojna bałkańska i stawało się jasne, że to tylko przygrywka do wojny światowej (pierwszej) i że podczas tej wojny nasi trzej zaborcy będą się prać, to nam ulży. Żal mi było więc ojca bardzo, że do tej chwili nie doczekał, bo sprawami międzynarodowymi bardzo się interesował, był bowiem gorącym patriotą i zdecydowanym przeciwnikiem rządów carskich.

Na grób ojca chodziłem czasami w ciągu lat 20 letniej niepodległości, bom wtedy mieszkał w Jędrzejowie – aż do 1935. Dziś z mogiły ojca nie ma ani śladu. Podczas drugiej wojny Niemcy właśnie na północno – wschodniej części cmentarza wykopali wszystkich zmarłych i pochowali we wspólnej mogile, a na ich miejscu pochowali rzędem pod murem swoich poległych żołnierzy. Tam więc, gdzie byłą mogiłą mojego, ojca, dziś jest niemiecki wojskowy cmentarzyk. Tak giną ślady po ludziach, którzy żyli i działali!

A teraz jeszcze na chwile wrócimy do spraw carskiej administracji w Kongresówce, bo gubernatora, którego urząd nosił rosyjską nazwę: „Gubiernskoje uprawlenie”. W naszym terenie rodzinnym urząd ten mieścił się w Kielcach w pałacu dawnych biskupów krakowskich. (..) a zainteresowani odpowiadali mu po polsku. Ale już w Zjeździe Sędziów Pokoju i w Sądzie Okręgowym, a w Izbie Sądowej tym bardziej – rozprawy odbywały się w języku rosyjskim, a tłumacz sądowy był pośrednikiem pomiędzy sądem i interesantami: stronami i świadkami. Zaś adwokaci zaczynając od Zajadu Sędziów Pokoju musieli mówić po rosyjsku. Przysięgę od katolików odbierał w sądach gminnych – sędzia po polsku, a we wszystkich innych instytucjach sądowych przysięgę od katolików odbierał ksiądz katolicki. Przysięgę od Żydów we wszystkich sądach odbierał po polsku rabin.

Przechodzę do swych spraw samokształceniowych. Po roku 1905 i 1906 postanowiłem zdać maturę nie w Rosji, a Krakowie; postanowiłem też wstąpić na wyższy zakład naukowy nie w Rosji, a na politechnikę we Lwowie. Z tego powodu zarzuciłem naukę języka rosyjskiego, a zabrałem się do polskiego, niemieckiego i francuskiego; w tym celu w miesiącach letnich wyjeżdżałem do Krakowa lub Kielc, by się uczyć przy pomocy korepetytorów języków obcych oraz matematyki. W lecie w roku 1913 przeniosłem się z Przełaja do Łysakowa. Było to dla mnie o tyle lepiej, że Łysaków jest tuż przy Jędrzejowie, a wiec pod względem komunikacyjnym byłem sytuowany znacznie lepiej

(…) na zapalenie okostnej, a następnie na ropne zakażenie dziąsła. Stan mój był groźny. Musiałem wyjechać do Krakowa kurację. Udało mi się to uczynić w ostatniej chwili przy pomocy mojego kolegi z ławy szkolnej Romana Prohaski, który był nauczycielem przy szkole przy kopalni Saturn. Zawiózł on mnie do Krakowa już w stanie na wpół przytomnym i umieścił w lecznicy przy ulicy Siemiradzkiego 1, w której dyrektorem był chirurg profesor Rutkowski. Tam przeleżałem długo i przechodziłem operacje i przebywałem od października 1913r. do marca 1914r.

W szkole zaś w Łysakowie uczył w moim zastępstwie mój przyjaciel Jan Szwaczka, który wtedy był nauczycielem w Węgleńcu koło Łysakowa, ale że nie miał tam wykończonej Sali szkolnej, przeto zastąpił mnie w Łysakowie. Chodził on więc całą zimą do pracy szkolnej z Węgleńca do Łysakowa. Dopiero w połowie marca, choć obandażowany na twarzy rozpocząłem naukę w szkole w Łysakowie. Szkoła ta miesiła się w domu gospodarza Wojciecha Nowakowskiego. Były tam cztery izby podzielone sienią. Dwie izby po jednej stronie sieni były moim mieszkaniem, a drugie dwie po drugiej stronie sieni po wyjęciu z pomiędzy nich drzwi – stanowiły sale szkolną, w której dwa stopnie odbywały naukę przed południem, a dwa – po południu.

folklor
Wiejskie chałupy

W Łysakowie była kiedy szkoła (gmach szkolny) ale zniszczał. Szkoła byłą gminna. Zebranie gminne postanowiło sprzedać stary budynek, zawiesić naukę w szkole na kilka lat i pieniądze z etatu nauczycielskiego użyć na fundusz budowy gmachu szkolnego. Gdy wójtem był w tamtejszej gminie Raków światły chłop Andrzej Sęk, zebranie gminne pod jego przewodnictwem uchwaliło budowę gmachu szkolnego w Łyskowie, gmachu dużego, murowanego. Wójt uchwałę wykonał i w Łysakowie wybudował ściany z cegły. Gmach był duży, wiec i koszta budowy były spore.

Ale miał w tej gminie Brasie swój majątek ziemski niejaki Tymieniecki, adwokat z Kielc. Tenże Tymieniecki obliczył, że on ze swojego folwarku w Brasie, jego szwagrowie mający folwarki w Mokrzku Górnym i Dolnym oraz teść Heliński, dziedzic z Kotlic (wszystko w gminie Raków) – będą musieli sporo płacić na dokończenie tego budynku szkolnego; rozpoczął wiec proces w celu unieważnienia zebrania gminnego od strony formalnej. Przy pomocy haczyków prawnych adwokackich – udało mu się unieważnić prawomocnie uchwałę tego zebrania gminnego. Wtedy wójt musiał zaprzestać budowy; wybudowane ściany nowego gmachu szkolnego musiał rozebrać i cegły sprzedać.

Gdy upłynął czas, na który nauka w Łysakowie była zamkniętą, szkołę trzeba było uruchomić (jak i w Desznie). A że nie było budynku szkolnego, wójt wynajął pomieszczenie dla szkoły u Wojciecha Nowakowskiego w Łysakowie. Gdym więc po chorobie rozpoczął w Łysakowie naukę szkolną, była już połowa marca 1914r. Douczyłem do końca kwietnia, gdyż od maja dzieci przestały chodzić i nauka musiał być przerwana. Choroba, którą przebyłem nadwyrężyła moje zdrowie, powoli jednak wróciłem do zdrowia.

W Łysakowie była ziemia szkolna i plac pod szkołę, ale dowiedziałem się, że tejże wsi jest i osada karczemna, która zarządza radomska dyrekcja lasów państwowych i majątków państwowych która toż dyrekcja dała do użytku miejscowego gajowego lasów powiatowych. A że było zarządzenie, by takie osady karczemne przekazać miejscowym szkołom, rozpocząłem więc starania przez gubernialna dyrekcja szkolną w tym kierunku, by tą dziadówkę przekazać szkole w Łysakowie. Starania moje odniosły skutek: karczmarówka została szkole przydzielona. Zdobyłem w Łyskowie tym posunięciem duża powagę. W lecie roku 1914 było już widoczne, że wybuch wojny wisi na włosku. Liczono dni i tygodnie, ale było jasne, że wojna wkrótce wybuchnie.

Ja, mój przyjaciel Jan Szwaczka z Węgleńca i From. (…) Gdyśmy przejeżdżali przez Łuków, przeczytaliśmy w gazetach, że jakiś Serb zamordował austriackiego następcę tronu Ferdynanda w Sarajewie. Z gazet było czuć, że jest to już początek wielkiej wojny. Zdążyliśmy jeszcze wrócić do Jędrzejowa, ale wojna po kilku dniach wybuchła. Celem tej naszej wycieczki było zbadanie stosunków narodowościowych na Chełmszczyźnie. Ten cel osiągnęliśmy i przekonaliśmy się, że na wielu wsiach, gdzie ludność była na ogół prawosławna, mówiła ona po polsku i do nas i między sobą. Zaś we wsiach, które po 1905 roku powróciły na katolicyzm, ta sprawa była stała (...) jeszcze mocniej. Później, gdym był już posłem, (…) jeździłem też i na tereny Chełmszczyzny na wiece, przekonałem się o tym samym, bom widział gromadę chłopów, którzy z cerkwi po sumie wychodzili, szli na mój wiec rozmawiali pomiędzy sobą po polsku, a nie po ukraińsku; po polsku też ci sami chłopi rozmawiali ze swym popem, prawosławnym, nazywając go „księdzem proboszczem”.

Przechodzę do swej orientacji politycznej w r. 1914. Już pośrednio nadmieniłem, że na konferencji w Motkowicach ostatecznie zdecydowałem swoje ideologiczne przystąpienie do PPS. Piszę; „zdecydowałem” i piszę szczerą prawdę, bo przedtem nie byłem zdecydowany i szukałam wyboru pomiędzy PPS i ND. Już pisałem, że w Zielone Światki w 1901 przed ukończeniem seminarium nauczycielskiego byłem w okolicy Jędrzejowa w „Gaju” na tajnym zebraniu seminarzystów – maturzystów, na którym przemawiał i polityczne sprawy referował przedstawiciel PPS – Antoni Olmusz, późniejszy poseł ludowy z PSL – „Wyzwolenie”. Po zakończeniu seminarium w końcu czerwca tegoż roku byłem w Warszawie (pierwszy raz w życiu) na tajnym zebraniu tychże maturzystów, zorganizowanym przez Arcichowskiego, nauczyciela z Mokotowa; zebranie to było endeckie i na nim przemawiał jakiś wielki endecki wódz, chyba sam Dmowski. Nic, dziwnego, że pomiędzy zebraniem w „Gaju” w roku 1901 i zebraniem w Motkowicach odrzuciłem program endecki na całe życie. Przyciągnąłem też do PPS swego kolegę i przyjaciela, który ukończył  seminarium nauczycielskie w roku 1902 i od września1902r. aż do lata 1914r. był nauczycielem w podstawowej szkole polskiej przy kopalni „Saturn” w Czeladzi.

Do PPS należałem do jesieni 1906. Cały ten czas byłem nauczycielem w Chomentowie. O swej działalności w PPS już po krótce pisałem. Teraz napiszę o rozłamie w PPS. Agitacyjną różnice pomiędzy większością cywilną w PPS, z której powstała PPS – Lewica, a organizacją bojową PPS, z której powstała Frakcja Rewolucyjna (wcale nie rewolucyjna, a powstańcza) – stanowiła sprawa niepodległości Polski. PPS przed rozłamem głosiła hasło, że walka o niepodległość to łowne zadanie PPS i że walka o socjalizm drugie również b. ważne zadanie PPS. Jechało wiec PPS dwoma końmi agitacyjnymi: walką o niepodległość i walką o socjalizm. Szło to bardzo dobrze przed rokiem 1905 i w roku 1905, bo wtedy byłą ostra walka rewolucyjna w Rosji. Ale gdy walka rewolucyjna została w Rosji przegrana i widoków na powodzenie w dalszej walce o niepodległość Polski nie było, powstało zagadnienie czy tą walkę (…)