Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

 

Pamiętniki Andrzeja Walerona    (odcinek 2)

b 8a

ciąg dalszy rozdziału:

część I    Dawne czasy, wczesna młodość

Pierwsze wydarzenie, które pamiętam z najwcześniejszej młodości to była śmierć jego młodszego brata Józefa. Zmarł na czarną ospę, mając chyba jeszcze nie całkiem ukończone dwa lata. Ja zaś mogłem mieć nie więcej niż cztery. Tego swego młodszego brata, gdy żył, nie pamiętam, ale pamiętam, tylko, że gdy zmarł i leżał w trumience w sieni, było to w lesie ojciec wziął mnie na ręce, zaniósł do sieni i trzymając mnie wysoko z daleka pokazał zmarłego brata. To wydarzenie, ten wygląd leżącego w trumnie zmarłego dziecka i to, że miało ono twarz zupełnie czarną – dobrze pamiętam i tak wyraźnie, jakby to było przed kilku latu; tymczasem minęło od tego już 70 lat. Matka opowiadała mi później, że tego brata Józefa, gdy żył prowadzałem za rękę wołając na niego „Jurku”. Właściwie nie tyle pamiętam jego urodzenie, bo na to nie patrzyłem, ile to, że leżąc w kołysce po urodzeniu, bardzo głośno i często płakał; był widocznie jakiś chory, wkrótce też zmarł. Jego pogrzebu nie pamiętam. Ale pamiętam, że po Wicusiu urodziła się dziewczynka i zaraz po urodzeniu zmarła tak, że nie zdążono jej ochrzcić.

Czwarte wydarzenie, które pamiętam, a które się działo również w czasie mojej bardzo wczesnej młodości, to kwaterowanie się w domu mojego ojca żołnierzy rosyjskich. Były 9 tam wtedy w okolicy Jędrzejowa jakieś manewry. W Sudole we dworze stała kwatera jakiś sztab, a u mojego ojca w domu (był na wprost dworu) mieściła się jakaś kancelaria i litografia; pamiętam, że carscy żołnierze na marmurowej płycie litograficznej odbitki drukowali. Były to „prikazy” (rozkazy), po które we dnie i w nocy ciągle z okolicznych wsi, nawet z całej gminy posłańcy- żołnierze przybywali. Pamiętam też, jak się dwóch żołnierzy pobiło o jakąś lampę, jak jeden drugiemu wyrwać z rąk ową lampę (naftową z kloszem), wołając: „Dawaj łampu!”. Te wyrazy i tą scenę bardzo dobrze pamiętam. Pamiętam również jak owi żołnierze z kwatery wyprowadzali i jak ową płytę litograficzną zabierali.

Następne wydarzenie, które pamiętam to urodzenie się drugiego brata Wiesia. Wreszcie pamiętam, jak moja matka wkrótce potem odprawiła jakaś służącą Ewkę za to, że zdaniem matki zbyt była uległa jednemu z zakwaterowanych żołnierzy. Czy to było słuszne, nie wiem, wiem tylko i dobrze pamiętam, że już wtedy rozumiałem, o co tu chodziło. Powyższe przykłady mojej wczesnej młodocianej pamięci przytaczam jako zjawiska z dziedziny rozwoju umysłowego dziecka.

Jak tylko moja pamięć sięga, ojciec mój miał zawsze parobka, a matka służącą. Nie znaczy to, by byli bogaci. Ale było to wywołane tym, że z jednej strony uprzemysłowienia w Kongresówce jeszcze nie było, na wsi było duże przeludnienie rolnicze, dużo biednych i bezrobotnych, więc o parobka i dziewczynę do służby było wtedy bardzo łatwo. Z drugiej strony roboty w tym 21 morgowym gospodarstwie przy zupełnym braku jakichkolwiek maszyn było dużo. Przecie ojciec miał parę koni, a krów było zawsze cztery. Trzeba było i w polu końmi robić i w stodole cepami ręcznie młócić, a na żniwa wszyscy wtedy żeli ręcznie sierpami. Co to była za męka! Jaka ciężka praca! Jak się tylko żniwa skończyły, zaraz trzeba było dokonywać podorywki (ojciec bardzo starannie pola uprawiał), a w tymże czasie zaraz trzeba było żyto i pszenicę młócić do siewu i tylko ręcznie, cepami, bo młocarń na wsi wtedy nie było. Więc ojciec w polu robił, a parobek z jeszcze donajętym chłopem młócił żyto i pszenicę aby nadążyć przed siewem, a także i na (...).

W ogóle młócka zboża jednoosobowa przez parobka, czy też dwuosobowa z donajętym chłopem trwała co dzień (prócz niedziel i świat) do zupełnego wymłócenia, co u ojca następowało dopiero w czerwcu. Zaraz po zakończeniu młócki parobek i dziewczyna robili sznury, by we żniwa było, w co uwiązać pszenicę, jęczmień, owies, proso nawet później i łubin. Jak zaznaczyłem powyżej, żniwa odbywały się przy pomocy sierpów, ręcznie. A że moi rodzice bardzo dbali, by wszystko we właściwy czasie było sprzątnięte, więc często matka donajmowała do parobka i jeszcze z osiem lub dziesięć kobiet z sierpami.

Oczywiście parobek, służąca i donajmowani chłopi otrzymywali wyżywienie; nie było to wyżywienie mięsne, a mleczne i jarzynowe, ale w ilościach dużych i smacznie wygotowane, i dobrze też okraszone masłem lub słoniną. Jedzenie to zawsze sporządzała moja matka i miała przy tym dużo roboty. Przed wieczorem robotnicy otrzymywali posiłek w postaci chleba z masłem lub serem, albo mięso gdyż ojciec przynajmniej raz na rok świnie na te potrzeby co rok zabijał. Niezależnie od podwieczorku otrzymywali wszyscy i kolacje, a kobiety dniówkowe, które miały małe dzieci; także i gorące mleko z chlebem dla tej dziatwy. Rodzice, ja i moje rodzeństwo nigdy nie jadaliśmy nic innego, tylko to samo, co służba lub najemnicy. To też z powodu dobrego wyżywienia parobcy i dziewczyny wiejskie chętnie przychodziły do rodziców na służbę. Z tego też powodu chętnie przechodzili do pracy we żniwa i w kopanie ziemniaków również i najemnicy dniówkowi.

O tym, żeby ojciec lub matka mogli byli parobka lub służącą uderzyć nie było mowy, gdyż zaraz by poszkodowany służbę opuścił. Więc też niektórzy z takich służących służyli u rodziców po kilka lat z rzędu; a jeden z nich Andrzej Smorąg służył u rodziców siedem lat, a później, gdy się ożenił i w Sudole jako robotnik rolny, studniarz a ostatnio - stróż gromadzki mieszkał, to całe swe życie (zmarł 1945r.) był przyjacielem naszej rodziny, a szczególnie moim.

Ile płacono wtedy służbie i pracownikom dniówkowym, nie pamiętam, ale pamiętam tylko to, że w tej sprawie były na wsi cenniki obyczajowe. A więc był cennik, ile gospodarz miał płacić rocznie parobkowi, dziewczynie służącej lub pastuchowi. Były też cenniki obyczajowe zapłaty dla pracowników dniówkowych na przednówku, we żniwa, przy kopaniu ziemniaków; osobne cenniki były dla kosiarzy, wynajętych do koszenia grochu, wyki, koniczyny, a inne dla kobiet wynajętych do sierpa lub kopania ziemniaków. Jak już zaznaczyłem, wszystkie te sprawy na wsi uregulowane obyczajowo i sporów na ten temat nie bywało. W ogóle wiele spraw w dawnych czasach było określane odwiecznymi zwyczajami, które dopiero z biegiem lat zanikały. A więc służba zmieniała gospodarzy w drugim dniu Bożego Narodzenia. Później jednak powoli termin ten uległ przesunięciu na Nowy Rok.

Parobek spał na zimę w stajni na złożonym tam z desek łóżku, które się wersalka nazywało. W lecie spał w stodole, to spanie w stajni lub stodole łączyło się jeszcze z tym, że w ten sposób pilnował on od złodziei, bo koniokradztwo stanowiło plagę wsi. Jasna sprawa, że ówcześnie złodzieje działali w tajnym porozumieniu z bardzo licho płatną carską policją (swoja straż); to też walka z nimi była bardzo trudna. Parobek miał swoja poduszeczkę pod głowę, swoją płachtę, przykrywał się zaś baranimi kożuchami, które wtedy były bardzo rozpowszechnione. Służąca spała w izbie na sienniku na dwóch ławkach ustawionych wzdłuż przy piecu. Poduszkę pod głowę, prześcieradło i pierzynę miała swoje. Na dzień i siennik ze słomą i pościel była wynoszona na strych.

folklorCo się tyczy jedzenia – był zwyczaj, że rodzina gospodarza i służba jadali razem z jednej miski glinianej (dużej), ale z biegiem lat zwyczaj ten odchodził i każdy jadła już na osobnym talerzu fajansowym. Jednakże wyżywienia i dla gospodarza, i dla pracowników dniówkowych i dla służby było jednakowe: obfite, ale bez mięsa, które w mojej rodzinie było wtedy spożywane rzadko: tylko w ważniejsze święta. Wyjątek stanowił okres bezpośrednio po zabiciu świni: kiedy trzeba było zjadać takie części po zabitej sztuce, które się nie dały zakonserwować, np. kaszanka. Gdy była kiełbasa, był zwyczaj, iż matka moja dawała na podwieczorek każdemu pracownikowi i członkowi rodziny po kromce chleba i po kawałku suchej kiełbasy. Gdy kiełbasy nie było, dawała do chleba po kawałku sera, lub też chleb z masłem. Krów było cztery, ale nie były one hodowane w kierunku mlecznym, a raczej dla potrzeb nawozowych, więc mleka dawały nie bardzo dużo, ale jednak dawały, zwłaszcza po ocieleniu, tego mleka matka ani masła matka moja nigdy nie sprzedawała, a wiec wszelki nabiał, jaki otrzymywano od owych 4 krów, był zużywany przez rodzinę gospodarza, służbę i najemników.

Ten zwyczaj nie sprzedawania nabiału był praktykowany w Sudole przez wszystkich chłopów możnych i średnich, natomiast mleko, masło – sprzedawały żony chłopów biednych. Natomiast jaja były sprzedawane przez wszystkie gospodynie wiejskie bez różnicy stanu majątkowego. Pieniądze za jaja, kury, kurczęta stanowiły podręczne fundusze matki i były używane na kupno zapałek, nafty, cukru. Z czego więc płynęły dochody mego ojca? Ze sprzedaży zboża nasion konopi czerwonej, ze sprzedaży cieląt, źrebiąt, hodowanych byczków rzeźnych i podłych buhaji, gdyż ojciec zawsze utrzymywał 1 buhaja, którego puszczał do krów chłopów ze Sudołu, a podstarzałego sprzedawał na targu ale największe źródło dochodu stanowiły oczywiście świnie: prosięta i tuczone, bo bekoniaków jeszcze wtedy nie było.

Za mojej wczesnej młodości stroje chłopskie były w Sudole następujące: Ojciec w lecie nosił kapelusz czarny, a w zimę czapkę baranią. W zimę nosił płaszcz z grubego ciemnoszarego sukna o kroju podobnym do bekieszy, pod spodem nosił kamizelkę zwaną kabatem. Podczas dużych mrozów wkładał zamiast kapoty żółty goły kożuch barani; pod marynarka nosił kamizelkę cechową, spodnie nosił cechowe, w zimie grube, sukienne. Obuwał się aż do śmierci (1912r.) tylko buty z cholewami. Koszule nosił zawsze z białego cienkiego płótna, zapinaną na białe guziczki, a nie na wstążkę kolorową. Dolna część bielizny była zawsze z cienkiego lnianego (zgrzebnego) płótna.

Matka nosiła na głowie w lecie przy domu zwykłą kolorową chusteczkę bawełnianą, do kościoła i wokół poza domem chusteczkę kolorową wełnianą, cienką. W zimie zaś, poza domem nosiła specjalny związany zawój z dużej ale cienkiej różnokolorowej chustki wełnianej, w domu zaś nosiła zwykłą chustkę bawełniana. Jako przykrycie na plecy w zimę poza domem nosiła dużą, grubą chustkę wełniana koloru ciemnopopielatego, a pod tym kaftanik (długa bluzka) flanelowy lub barchanowy. W lecie okrywała się poza domem cienka chustka wyłaniana, kolorowa, a kaftanik nosiła wtedy cienki bawełniany spódnice były używane w zimie wełniane, flanelowe lub grube barchanowe, a w lecie – cienkie bawełniane. Jako okrycie nosiły wtedy kobiety początkowo buty uszyte na dwa boczne szwy z cholewami, ale wkrótce zaczęły się te buty znikać, a na ich miejsce zjawiły się trzewiki sznurowane z cholewami, oczywiście na wysokich obcasach czasami nawet na mosiężnych podkowach.

folklor
Targ na jędrzejowskim Rynku, ok. 1910r.

Chłopi nosili buty: starzy na obcasach niskich, młodzież na wysokich. Ale pomiędzy butami męskimi i kobiecymi (...) nie wyszły ze zwyczaju) była zawsze (...), że męskie miały cholewy na jeden szew tylni, a kobiece na boczny, przy czym buty męskie miały cholewy długie, wysokie, a kobiece nie krótsze. W czasie mojej młodości starzy chłopi nosili w lecie kapelusze, a w zimie – wełniane okrągłe magierki.

Starzy chłopi powszechnie golili wąsy, a młodsi puszczali; staży zażywali tabakę, młodsi palili papierosy. Tylko jeden chłop w Sudole i w zimie, i w lecie nosił czerwoną rogatywkę czarnym barwnikiem farbowaną, więc go też wszyscy zwali „rogalą”, a jego synów „rogalikami”. W Sudole jak i w całym powiecie jędrzejowskim było mazurzenie i z tego powodu bardzo często sz – wymawiano: s; a cz wymawiano – c.

Jeden z chłopów miał na imię Teodor to też nikt nie nazywał go z nazwiska, a z imienia, a jego synów nazywano: Teodorczykami. Inny chłop miał na imię Rafał, nazywano go wiec Rachwałem, a synów jego Rachwalikami.

Podobnie jak moi rodzice ubierali się też inni chłopi i kobiety w Sudole. Choć wieś ta, jak w ogóle, środkowa i południowa część powiatu jędrzejowskiego, należała kiedyś do województwa (krakowskiego) to jednak strojów krakowskich ani męskich, ani żeńskich już nie noszono, z wyjątkiem czarnych aksamitnych gorsetów, wyszywanych srebrnymi cętkami, które to gorsety w lecie w święta dziewczyny nosiły i jeszcze noszą. Tylko dwaj bracia Skowronki – Kazimierz i Piotr – nosili jeszcze w święta białe krakowskie sukmany, przy czym Piotr wkrótce ten stój zarzucił, a Kazimierz mój chrzestny ojciec, nosił krakowską sukmanę w święta aż do swej śmierci, to jest jeszcze kilka lat po roku 1918.

U niektórych za starych kobiet w lecie w kościele można było zaś zauważyć na głowach białe, haftowane z cienkiego lnianego płótna, dobrze wykrochmalone i wyprasowane chustki, zawinięte na głowach w taki sposób, że stanowiły jakby białe turbany. Takie same chustki widziałem nieco później, bo już w roku 1902 u starych mieszczanek w Proszowicach koło Krakowa. Widocznie za dawnych czasów w strojach małomiasteczkowych mieszczanek i kobiet wiejskich w ówczesnym województwie krakowskim różnica byłą niewielka, albo jej nie było. U mojej matki w skrzyni widziałem w okresie wczesnej młodości taką szatę żeńską, którą nazywano „algierką”. Był to strój z cienkiego granatowego sukna skrojonego na podobieństwo bekieszy i wyszywany srebrnymi cętkami oraz czerwonymi cienkimi tasiemkami. Co się później stało z „algierką”, nie wiem.

Ani w Sudole, ani nawet w całej gminie prząsławskiej chłopi ani lnu, ani konopi nie siali, nie chowali też owiec; żadnych też samodziałów ani lnianych, ani wyłanianych nie robili i nie używali. Ubierali się, jak tylko moja pamięć sięga, tylko w tekstylia fabryczne, zakupywane w Jędrzejowie. Natomiast w gminach Złotniki i Brzegi, gdzie warunki glebowe były odpowiedniejsze, len chłopi w tych czasach siali i lniane płótno wyrabiali. Zwyczaj ten w niewielkiej liczbie szczątkowej zachował się tam jeszcze i do dziś (rok 1958), zwłaszcza w gminach Brzegi.

Kobiety nosiły w Sudole koszule z cienkiego białego płótna bawełnianego, ale tylko do pasa, poniżej zaś pasa koszula ta była z nieco grubszego płótna lnianego. Bieliznę wszyscy zmieniali co tydzień. Nocnej bielizny nikt nie znał. Bielizna dzienna służyła za nocną.

folklor
Jędrzejowski Rynek ok. 1910r.
na pierwszym planie kobieta w zapasce

Tylko jednej ubraniowej sztuki samodziałowej używano i używa się jeszcze i dziś; są to t.z. „zapaski”. Bierze się kawał grubego wełnianego samodziału utkanego na lnianych niciach szerokości metr, a długości nieco większej, marszczy się jedną stronę brzegu (nie tu gdzie było cięcie) i naszywa się mocną długą taśmę tak, by końce taśmy były dłuższe niż „zapaska”. Taką zapaska może się kobieta opasać w pasie spódnicy wokół siebie jakby szerokim fartuchem chroni od zimna. Ale również tą zapaską może okryć plecy tak, by taśma leżała na szyi a zapaska zwisała w postaci peleryny, a że ten jest gruby i wełniany, stanowić przeto dla kobiet wiejskich poważne zabezpieczenie od zimna. Gdy kobieta w zimę dobrze się ubierze od przodu, ubierze na głowę i na plecy grubą wełnianą chustkę a na to nałoży na ramiona ową „zapaskę” i takowy taśmami zawiąże pod biustem usiadłszy na wozie w słomie, może dzięki zapasce wytrzymać nawet mróz do 20 stopni. Zapaski takie są w powiecie jędrzejowskim używane jeszcze i teraz; jest to jednak element zapożyczony z sąsiedniego powiatu kieleckiego, gdzie z padołu górzystego terenu chłopi do dziś owce hodują. W latach 1882 - 1890 kobiety wiejskie w mojej rodzinnej gminie prząsławskiej nawet w zimie nie nosiły majtek: nie było takiego zwyczaju dopiero po 1890 ta część garderoby kobiecej zaczęła się na wsi rozpowszechniać.

Jak tylko ojciec zaczął gospodarowanie przystąpił do budowy nowych budynków, gospodarstwo odziedziczone po dziadku; stały po obu stronach miedzy, przedzielającej zachodnia połowę posiadaną przez brata Michała od posiadanej przez ojca.

W tym celu kupił ojciec odpowiednia ilość drewna w lesie w Nagłowicach od jednego z chłopów z tutejszych, którzy tam wtedy dostali las od dworu za serwitut. Całą zimę ścinał ojciec z parobkiem owe sosny i zwoził je do Sudołu, po czym grubsze sosny użyte były na podwaliny, a cieńsze, przetarte na połowy wzdłuż – służyły jako dyle na budowę ścian. Z takich połówkowych dyli zbudował ojciec dość dużą stodołę, szopę na wozy, oborę dla krów, stajnie, chlew dla świń i kurnik. Oczywiście budował cieśla.

Ojciec był człowiekiem oszczędnym, można powiedzieć, nawet do pewnego stopnia skąpym. Nie lubił prosić nikogo o jakąkolwiek pomoc, ani też o pożyczkę, wiec też budynki te zbudował za własne pieniądze nigdzie nie zaciągając pożyczki.

Oczywiście budynki te były zbudowane na tej ziemi, która po dziadku w podziale ojcu przypadła, a drzewem ze starej rozebranej stodoły i budynków gospodarczych obaj bracia się podzielili. Po kilku latach przystąpił ojciec do budowy domu mieszkalnego oczywiście na swojej wschodniej połowie kolonii. Sosny zakupił w lesie serwitutowym również u chłopów nagłowickich sam je z parobkiem zwiózł, po czym cieśla wybudował dom drewniany z bali ociosanych w kostkę, przez co ściany w domu są grube i mieszkanie jest ciepłe; dom ten stoi do dziś.

Kultura mieszkaniowa u chłopów w Sudole była następująca: wszyscy mieszkali w domach drewnianych, jednoizbowych, bez podłogi na ubitym twardym toku glinianym część mieszkalna byłą w środku domu, po jednej stronie izby sień, po drugiej – od strony podwórza. Do sieni było wejście z ulicy i drugie na podwórza, a do komory – z izby i od podwórza.

Domy w całej wsi były zwrócone jednakowo na południe. Tak też zbudował i ojciec swój dom mimo nalegań ze strony matki i cieśli. Na wybudowanie domu dwuizbowego ojciec się nie zgodził, uważając, że to luksus; ale co do ówczesnych chłopskich obyczajów postąpił naprzód, że izbę zbudował dużą, z dużymi oknami i podłogą; okna i drzwi kazał pomalować białą farbą olejną. Była to w owe czasy w Sudole sensacja wywołująca podziw i zazdrość.

Dwuizbowe mieszkanie było tylko u najbogatszych chłopów we wsi – Michałkiewicza, ale ten z innymi chłopami współżył, nosił się po miejsku, nosił podczas deszczu parasol, tylko on w całej wsi w ogóle uważał się za coś lepszego od innych. Takiej zaś postawy; by się uważać za lepszego, niejako za pół chłopa, a nie chłopa ojciec mój nigdy nie miał; to też te nowości, które przy budowaniu domu wprowadził, dlatego stanowiły sensacje, która się jeszcze spotęgowała, gdy ojciec do nowego domu ustawił dwie nowe szafy: jedną na ubranie, drugą na naczynia kuchenne, nowy stół, dwa nowe łóżka, oraz zawiesił nowy zegar ścienny.

Oprócz Michałkiewicza nikt wtedy nie miał w Sudole zegara. Jeden z sąsiadów był bardzo zazdrosny; te umalowane na biało okna i drzwi tak na niego działały drażniąco, że przestał chodzić ulicą wiejską koło domu mojego ojca, a chodził nocą, by na te okna i drzwi nie patrzeć i nie spoczął dopóki i u siebie okien i drzwi na biało nie wymalował. Później i inni chłopi w Sudole zaczęli też okna i drzwi na biało malować i zegary kupować.

Jeżeli mowa o obyczajach, to nadmieniam, że wtedy był taki zwyczaj, że szewc uszywszy buty gospodarzowi lub gospodyni w niedziele rano osobiście odnosił je zamawiającemu. Pierwszym (w mojej) pamięci szewcem mojego ojca – był niejaki Suchodolski, mieszkający na Podklasztorzu, przedmieściu Jędrzejowa.

Gdy zmarł domowym naszym szewcem był obywatel z Jędrzejowa Andrzej Świtalski. Miał on w Jędrzejowie przy ulicy klasztornej obok Powiatowej Kasy Skarbowej (dziś gmach Narodowego Banku Polskiego) – mały dom z bardzo dobrze urządzonym sadem owocowym. W ogóle mieszczanin Świtalski był człowiekiem zdolnym wielostronnym i był dobrym szewcem, obok tego był dobrym człowiekiem, a oprócz tego był muzykantem i dyrygował orkiestrą parafialna w Jędrzejowie. On też po uszyciu butów przynosił je do rodziców do Sudołu oczywiście w niedziele. Matka dawała mu wtedy dobre śniadanie na którym była jajecznica, chleb z masłem, ale to prawdziwa kawa grała role główną. Świtalski miał kilku synów i wszyscy byli muzykantami: grali na trąbach lub skrzypcach, tego ich Świtalski nauczył.

W czasie karnawału Świtalski ograniczał (...) ze swoich synów i jeździł z tą piękną orkiestrą po wsiach po Kolendzie. U moich rodziców zawsze był chyba przyjmowany i ugoszczony wraz z synami, tego otrzymywał – też na kolędę kilka garnców pszenicy. Gdym miał lat sześć i Andrzej Świtalski chodził po Kolendzie, był przez moich rodziców przyjmowany obiadem, po obiedzie napisał w domu na drzwiach od komory kredą abecadło. A że matka moja umiała czytać nauczyła mnie tych liter. Później kupiła mi „groszówkę” (tak nazywano wówczas elementarz), na który już sam przy pomocy matki nauczyłem się czytać – oczywiście po polsku.

Co się zaś tyczy współżycia moich rodziców z mieszczanami Jędrzejowa, to przypominam jeszcze kilka faktów. Gdy w jakiejś święto przyjeżdżał ojciec do Jędrzejowa do kościoła (parokonni gospodarze z okolic Jędrzejowa wtedy jeździli do kościoła, a nie chodzili), zawsze zajeżdżał na podwórze posesji niejakiego Smackiego (prawdopodobnie był to wychodźca z Prząsławia); tam pozostawiał konie z wozem, a sam z matką i z matką szedł do Kościoła, a po nabożeństwie zawsze u tego Smackiego byliśmy podejmowani dobrą białą kawą i bułkami z masłem; później już ojciec do Sarneckiego ojciec nie zajeżdżał i w ogóle się o nim przestało mówić: widocznie zmarł, albo się z Jędrzejowa wyprowadził.

Była też w Jędrzejowie rzemieślnicza rodzina Dalińskich, z ojcem spokrewniona, która się wyprowadziła do Dąbrowy Górniczej, gdy tam kopalnie zaczęły powstawać, ale jeszcze przez kilka lat poszczególni członkowie tej rodziny przyjeżdżali do rodziców do Sudołu w odwiedziny.

Był też w Jędrzejowie bogaty mieszczanin, miał dwa duże domy; nazywał się Nawrot. Był to bliski krewny mojej matki, która też z Nawrotów pochodziła. W jednym z domów owego bogatego Nawrota była na piętrze urząd Naczelnika Powiatu, a na dole restauracja, w domu zaś drugim na piętrze mieszkał ów bogaty Nawrot i lokatorzy, a na parterze znajdowały się sklepy. Ów Nawrot był człowiekiem bardzo otyłym, samotnym, starym dziwakiem i sknerą. Były pewne poszlaki, iż przed powstaniem styczniowym był on karczmarzem w Sudole, albo w Laskowie lub w Chorzewie. Miał on wtedy styczność z powstańcem. Po bitwie pod Małogoszczem jakiś (...) od cofających się powstańców pozostawił skarb kasowy ukryty w gliniankach pomiędzy Chorzewem i Cacowcem. Podobno ów Nawrot albo w tym oddziale uczestniczył, (albo fakty podpatrzył), dość że podobno pieniądze powstaniowe sobie przywłaszczył i za to dwa domy w Jędrzejowie kupił. Tak głosiła fama po wsiach. Czy to pogłoski prawdziwe? Nie wiem. Jednak pytanie skąd taka cicha pogłoska powstała?

Miał ów Nawrot siostrę rodzoną, która wyszła za mąż za Wewerka. Ów Wewerek miał w Jędrzejowie dom, a jego żona (siostra grubego Nawrota) w tym domu szynk prowadziła. Była to dla chłopów bardzo atrakcyjna jadłodajnia i pijalnia wódki i zawsze tam był tłok. Chłopów obsługiwała żona Wawerka za mojej wczesnej młodości była już dość stara – na pewno po sześćdziesiątce – i wcale się nie kryła z tym, że była z moją matką spowinowacona. To też moi rodzice w każdy jarmark zawsze tam zachodzili, by się spotkać z gospodynią tej jadłodajni, a także z sąsiadami. Gdy owa Wawerkowa, zwana też kaflarką, zmarła, szynk po niej prowadził jej syn, zaś jej córka wyszła za mąż mieszczanina Kazimierza Piotrkowskiego, który wkrótce uruchomił swój szynk przy ulicy Klasztornej.

Moja matka żyła w przyjaźni z córka owej Wawerkowej, zamężnej za Piotrkowskim; to też moi rodzice „przenieśli” się do szynku Kazimierza Piotrkowskiego tym bardziej, że był on przy ulicy Klasztornej, która z Jędrzejowa prowadzi do Sudołu, a więc komunikacyjnie był wygodniejszy, a przy tym w posesji Piotrkowskiego było podwórze dość obszerne, w karym ojciec konie i wóz spokojnie zostawiał (często pod moim nadzorem), a sam szedł na miasto za interesami, matka zaś odwiedzała panią Piotrkowską, swoją krewniaczkę, która z mężem tam w tym domu mieszkała.

folklor
Okres zaboru rosyjskiego - folklor jędrzejowskich ulic

Ojciec mój nie był pijakiem; czasem w towarzyskie dobrych znajomych nieco wypił, ale zawsze mało. Matka wódki nie lubiła. Zachodzili więc do tego szynku, by w zimie ogrzać i coś zjeść i by oparcie dla nich i dla koni utrzymać bo pozostawienie koni i wozu narażało na ukradzenie koni i wozu przez złodziei lub zabranie ich przez policji do magistratu, jako że był „brak dozoru”, za co płaciło się karę. Koniokradztwo tak było wtedy rozwinięte, że konie i wóz były nawet bezpieczne nawet na podwórzu; to też ojciec mnie zabierał na jarmark, bym pilnował koni nawet na podwórzu.

Wymienione powyżej stosunki i znajomi moich rodziców – z mieszczanami tego powiatu miasta powiatowego Jędrzejowa – przytaczam jako przykład, na podstawie którego na podstawie innych spostrzeżeń doszedłem do przekonania, że po utworzeniu Księstwa Warszawskiego i po skasowaniu poddaństwa chłopów, chłopi najwięcej obrotni imali się czasami nawet handlu u karczmarza i powoli przenikali do małych miast i wypełniali szeregi drobnomieszczaństwa; z tego wnioskuje, że odległość pomiędzy kategoriami chłopów i drobnomieszczaństwem była bliższa niż później, gdy miasteczka uległy gwałtownemu zażydzeniu (wynik równouprawnienia wprowadzonego przez hr. Wielopolskiego). To zażydzenie spowodowało wypieranie polskiego drobnomieszczaństwa z handlu, z rzemiosł, a później i z domów.

Ten odwrót drobnomieszczaństwa pod naporem Żydów spowodował zupełne odseparowanie się wsi od drobnomieszczaństwa małych miasteczek tym bardziej, że zbyteczny na wsi przyrost ludności zaczął emigrować nie do małych miasteczek, zablokowanych przez Żydów, a do wielkich ośrodków fabrycznych, które wtedy zaczęły powstawać. Z tego wychodzi, że emigracja ze wsi w kierunku małomiasteczkowego rzemiosła ustała, a skierowała się do ośrodków fabrycznych jako robotnicza.