Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

 

Pamiętniki Andrzeja Walerona    (odcinek 13)

b 8a

ciąg dalszy rozdziału:

część VI   (...)  Moja działalność w Polsce Ludowej

Taki stan rzeczy trwał od połowy września 1944 roku do 17 stycznia 1945r. Pierwszą linie tego frontu zajmowała piechota na prawym brzegu Wisły tuż przy rzece, druga linie stanowiła artyleria sytuowana na polach pomiędzy Nowym i Starym Bródnem; duża też masa artylerii była ustawiona na cmentarzu Bródnowskim. Oczywiście, pomiędzy jedną stroną, a drugą wybuchały pojedynki artyleryjskie; bywało tak czasami, ale przed wieczorem, gdy Niemcom było lepiej celować, gdy mieli słońce z tyłu. Na Pragę można było chodzić ale polem poza cmentarzem przez Stare Bródno i Targówek - oczywiście we dnie.

Taką trasą była utrzymywana komunikacja pomiędzy Starym Bródnem i Praga. Aleja Odrowąża była niemożliwa dla jakiegokolwiek komunikacji, gdyż była systematycznie ostrzeliwane przez Niemców. Co się tyczy życia na Pradze, to było ono dość intensywne, ale na północ od Targowej, przeważnie na ulicach Radzymińskiej, Ząbkowskiej i w okolicach Bazyliki. Tam przy boczny ulicy Śnieżnej jest jakiś mały pałacyk, do tego pałacyku przeniósł się z Lublina PKWN, ale trwało to zaledwie kilka dni, gdyż wkrótce PKWN przeniósł się do tego wielkiego gmachu w którym była i chyba jest Okręgowa Dyrekcja Kol. Państwowych obok dworca Wileńskiego. W tym ulokował się nie tylko PKWN, ale i Krajowa Rada Narodowa.

Bolesław Bierut, jako przewodniczący tej rady oraz ministrowie PKWN zajęli wysoki dom na rogu ul. Jagiellońskiej i Zygmuntowskiej na wprost gmachu liceum kr. Władysława IV-go. Krótko: Praga była stolicą Polski; miała taką chwilę w swym życiu (istnieniu).

Gdy PKWN był jeszcze w Lublinie ab. Stanisław Krupski był już starostą powiatowym warszawskim z ramienia PKWN-u, dał mi przepustkę do Lublina. Mając taką przepustkę, udałem się samochodem wojskowym do Lublina; zgłosiłem się do ówczesnego wicepremiera PKWN Stanisława Janusza, mojego starego znajomego jeszcze z okresu międzywojennego. Bardzo się ucieszył gdy mnie zobaczył. Zgłosiłem się też w Lublinie do Zarządu Głównego ówczesnego SLu. Prezesem był Kotek - Agroszewski, ale był nieobecny; zgłosiłem przeto swój akces do SLu na ręce członka Prezydium Zarządu Głównego tego stronnictwa do ob. Górala. Oczywiście zostałem przyjęty; od tej chwili, aż do dziś jestem nie tylko ideowo lecz formalnie członkiem obozu ludowego.

Kotek - Agroszewski wkrótce ustąpil ze stanowiska prezesa SLu. To stanowisko zajął Stanisław Janusz. Ponieważ jednak moje osobiste sprawy finansowe były bardzo mizerne, przeto przy pomocy również Stanisława Krupskiego otrzymałem pracy przy ówczesnym Zarządzie Wiejskim, który się wtedy mieścina w gmachu szkoły podstawowej obok Bazyliki, na Pradze. Prezydentem Warszawy był wtedy płk. Spychalski, obecnie minister obrony narodowej.

Ja i jeszcze drugi pracownik ob. Marchwicki mieliśmy za zadanie zorganizować komunalną Kasę miasta st. Warszaw. Wynaleźliśmy, więc na ostrym rogu ulicy Radzymińskiej i Ząbkowskiej duży lokal na parterze i tam urządziliśmy lokal dla KKO; jest jest on do dziś w takim stanie jakim go urządziliśmy. Później zaczęliśmy obaj z Marchwicki restaurować lokal KKO przy ulicy Targowej. Jest on dziś takim stanie do jakiegoś my go doprowadzili. Na tej pracy zeszło nam cała jesień i pierwsza część zimy. Obecnie w tych dwóch lokalach jest PKO.

Dnia 17 stycznia 1945 roku wojska radzieckie i polskie przeszły przez Wisłę po lodzie na terenie w świadku pomiędzy Warszawą i Modlinem, zajęły Warszawę na lewym brzegu Wisły i popędziły Niemców na zachód. Trzeciego dnia po tym zdobyciu, w niedziele, przeszedłem po lodzie na drugi brzeg Wisły i przeszedłem cała Warszawę wzdłuż do Politechniki. Stolica była całkowicie w gruzach i wyglądała strasznie. Szedłem przez Stare Miasto, ulicą Świętojańską, była zawalona gruzem do pierwszego piętra. Kolumna Zygmunta leżała, a Zygmunt III też leżał w śmiesznej pozie; Chrystus sprzed kościoła Św. Krzyża leżał na środku Krakowskiego Przedmieścia w stanie godnym pożałowania; Kopernik był podziurawiony.

Tak doszedłem do domu akademiczek obok Politechniki; od woźnego, który już powrotu ze wsi dowiedziałem się, że starsza moja córka, która była sanitariusz w powstaniu i na początku powstania kwaterowała się w domu akademiczek, po kapitulacji powstania powróciła do domu akademiczek żywa i ze swoją przyjaciółką we dwie osoby wyszły z Warszawy w stronę Piotrkowa pieszo. Uradowany, że córka żyję, wróciłem tą samą trasą do Wisły obok mostu mostu gdańskiego po lodzie przeszedłem na Pragę i wróciłem wieczorem do domu. Żona i najmłodsza córka bardzo się ucieszyłem, że starsza córka żyje.

Co się zaś tyczy stałej komunikacji pomiędzy Pragą i Warszawą, to saperzy wkrótce wybudowali na Wiśle most pontonowy, który z Pragi wychodził na wprost ul. Karowej. Wtedy przybył na Pragę z okolic Rawy Mazowieckiej ob. Władysław Kowalski, został wiceprezesem K.R.N i ministrem kultury; lokal tego ministerstwa mieścił się w tymże gmachu, co PKWN i Krajowa Rada Narodowa, ale nie widziałem o tym.

Pewnego dnia, gdy był w lokalu KKO przy ul. Targowej, odwiedził mnie Kowalski; ucieszyłem się bardzo, bom się z nim od dawna dobrze znał. Za Rządem i Krajową Radą Narodową wyprowadził się z Lublina także Zarząd Główny Stron. Ludowego, ale nie do Warszawy lecz do Łodzi; Krajowa Rada Narodowa w Warszawie też przeniosła do „Romy” świeżo odrestaurowanej, a ministerstwo kultury w okolice placu Unii Lubelskiej. Administracja „Zielonego Sztandaru” ulokowała się w Łodzi, a redakcja w gmachu przy mega Bagateli 12. Dom ten nie był zniszczony.

W-KKO m. st. Warszawy pracowałem tylko do wiosny, a wczesną wiosną przeszedłem do centrali spółdzielni rolniczo - handlowych przy ulicy Szpitalnej (na rogatkach u. Przeskok). Wkrótce z Łodzi przeniósł się do Warszawy Zarząd Główny SLu i ulokował się w gmachu przy Bagateli 12. Stanisław Janusz ustąpił. Prezesurę objął ob. Wł. Kowalski, a sekretarzem Generalnym został Antoni Korzycki. Wł. Kowalski był też redaktorem naczelnym „Zielonego Sztandaru.” Redaktorem funkcyjnym było literat - dramaturg, którego nazwiska nie pamiętam. Ale literat ustąpił, wobec tego tego prezes Wł. Kowalski zaproponował mi stanowisko redaktora funkcyjnego. Chętniem się zgodził. Na zebraniu redakcji na mój wniosek zaangażowano Marię Bębnowską, a na maszynistka Irenę Idzikówne.

Zostałem, więc redaktorem „Zielonego Sztandaru” daty objęcia tej odpowiedzialnej funkcji dokładnie nie pamiętam; pamiętam tylko, że to było w lecie 1945 roku. Nie potrzebowałem się uczyć sztuki redaktorskie, bom się nie nauczył, gdym redagował „Gazetę Chłopską” i później „Polskę Ludową”. Z miesiąc pełnieniem obowiązek pracownika w spółdzielni rolniczo - handlowej przy ulicy Szpitalnej rok Przeskoku, a zarazem jako redaktor „Zielonego Sztandaru”. Ale, że pracy redakcyjny było dużo, przeto ustąpiłem ze spółdzielczości rolniczo - handlowej i całkowicie zająłem się sprawą redakcji.

Posiedzenia KRN odbywały się już wtedy w sali kina „Roma”. Chodziłem na te posiedzenia jak „Prasa” i oczywiście dawałem w „Zielonym Sztandarze” sprawozdania. Wtedy też dr. Stanisław Wrona i jeszcze dziesięciu czołowych działaczy b. Stronnictwa Chłopskiego wstąpiła do Stro. Ludowego i zgłosiło deklaracje zbiorową. Ja należałem do SLu już od października roku 1944. Na najbliższym kongresie SLu sprawa przystąpienia do SLu czołowych działaczy Stron. Chłop. była oddana do zaakceptowania. Kongres przytłaczającą większością głosów zaakceptował ten akces.

W tym czasie Mikołajczyk był już w kraju i tworzył swój PSL, ale nikt z działacz byłego Stron. Chłopskiego do niego nie poszedł. Przystąpili, więc do PSL piastowscy i wyzwoleńcy, to jest działacze tych dwóch grup, które swoimi głosami w 1934r. na radzie naczelnego ówczesnego stronnictwa ludowego usunęły dr. Stanisława Wrone ze stanowiska przewodniczącego Centralnego Komitetu Wykonawczego. Zdawało się, że to był przypadkowy zbieg okoliczności; nie był to jednak przypadek, a dalszy ciąg tego frontu, że to obie grupy zawarły tajną umowę o przystąpieniu do frontu w Moreges razem z Chrześcijańską Demokracją, która znowu miała poufną łączność z endecją, a więc front w Morges, moim zdaniem był bardzo zakonspirowanym zespołem centroprawicowy. Ten, więc przedział, który w r 1934 zaistniał w Ruchu Ludowym pomiędzy grupą byłego Stron. Chłopskiego i grupą wyzwoleniową, wyszedł na wierzch jeszcze raz, ale już do drugiej wojnie, gdy Mikołajczyk contra istniejącemu już SLowi tworzył swój PSL. Z pomiędzy tych działań b. Stron. Chłopskiego, co to razem z dr. Wroną postanowili wstąpić do SL, niektórzy weszli i do Krajowej Rady Narodowej, w tej liczbie i dr. St. Wrona.

Ja się zadowoliłem tym stanowiskiem redaktora „Zielonego Sztandaru” i uwiecznianiem historii działalności Krajowej Rady Narodowej tego pod parlamentu Polski Ludowej. Ale wymiennie tylko 2 posiedzenia, które mi do dziś w pamięci i w wyobraźni pozostały: jedna dotyczyła zatwierdzenia granic Polski Ludowej, a drugie sprawy upaństwowienia fabryk. Na pierwszym tym wymienionym powyżej posiedzeniu uchwalono nie tylko akceptacje granic wschodnich Polski Ludowej, ale również likwidacje skutków politycznych unii Lubelskiej z czasów Zygmunta Augusta oraz Konstytucji 3 maja, która znosiła dualizm Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ponieważ się całe życie interesowałem historią Polski, więcej i to posiedzenie Krajowej Rady Narodowej jako bardzo ważne w dziejach narodu polskiego dobrze pamiętałem. Czy wszyscy członkowie Krajowej Rady Narodowej zdawali sobie sprawę, że są aktorami tak ważnego aktu politycznego jam nie wiem. Ja byłem świadkiem!

Drugie posiedzenie dotyczyło sprawy mniej ważnej ze stanowiska historycznego, ale bardzo ważnego stanowiska gospodarczego. Szło nie tylko o to, by właścicieli fabryk wywłaszczyć, ale też i o to, czy im dawać odszkodowanie, czy nie. Rządowy projekt przewidywał i projektował odszkodowanie. Aliści dr. Stanisław Wrona postawił niespodziewanie wniosek, by fabrykantom nie dawać odszkodowania. W owym czasie wniosek ten, był bardzo zaraźliwy. Dobrze się też napocili przywódcy ówczesnego PZPRu, by przeforsować odszkodowanie; i z trudem je przeforsowali. Oczywiście, że szło im o to by nie psuć Polsce Ludowej opinii za granicą w tamtejszym świecie kapitalistycznym. Gdym się zapytał dr. Wrony dlaczego taki wniosek postawił odpowiedział: „taki mam pogląd na tę sprawę”!

Jeszcze jedna sprawa poważna była załatwiona za czasów istnienia Krajowej Rady Narodowej. Był to plebiscyt w sprawia senatu i Ziem Zachodnich. W tym plebiscycie społeczeństwo polskie wypowiedziała się za skasowaniem senatu oraz orzekło, że „Ziemie Zachodnie”, jako rdzennie ziemie polskie, stanowią nierozerwalną część polski. Dopiero po załatwieniu tych ważnych spraw Krajowa Rada Narodowa uchwaliła ordynacja wyborczą do Sejmu i poczyniła przygotowania do wyborów.

Wybory odbyły się w zimie z roku 1946 na rok 1947. Ówczesny prezesem SLu Władysław Kowalski zaproponował mi mandat do tego pierwszego Sejmu Polskiego Ludowej. Przyjęcie kandydatury uzależnieniem od zgody wyborców powiatu Jędrzejowskiego. zaraz też tam pojechałem i zorganizowałem dwa zebrania przedwyborcze: jedno w południowej, drugie w północnej części powiatu. Na obu tych zabrania chłopi wyrazili radość z tego powodu, że mam możliwość wrócić do życia politycznego w powiecie.

Wróciwszy do warszawy zgodziłem się na kandydowanie. Ponieważ wtedy byłem redaktorem „Zielonego Sztandaru”, nie miałem więcej czasu na częste wyjazdy do okręgu wyborczego, ale w ciągu całej akcji wyborczej kilka razy wyjeżdżałem. Trzeba bowiem wiedzieć, że przed wyborami zjazd powiatowy PSL pod przewodnictwem Józefa Mroza z Piasków całkowicie oświadczył się za PSLem, t.j. za Mikołajczykiem. Musiałem, więc tą fale odwracać; ale jednak odwróciłem podczas i wyborów przytłaczająca większość powiatu jędrzejowskiego na mnie głosowała. A głosowali także chłopi powiatu Mostowskiego, Kieleckiego. Krótko: zostałem wybrany na posła do Sejmu Ustawodawczego Polski Ludowej.

Otwarcie Sejmu było w pierwszych dniach lutego 1947 roku. Otwiera je Bolesław Bierut jako przewodniczący Krajowej Rady Narodowej. Kiedy trzeba było uchwalić notę ślubowania poselskiego, poseł katolicki Frankowski postawił wniosek, by na końcu ślubowania umieścić zdanie: „Tak mi dopomóż Bóg!”. W klubie SLu i PSLu nie było żadnych wątpliwości, że głosować trzeba za tym wnioskiem; w klubie PPS też nie było żadnych wątpliwości, że głosować się będzie przeciw temu wnioskowi.

Językiem u wagi był klub PZPRu, zresztą najliczniejszy; Gomułka był prezesem tego klubu, zarządził, by głosować za wnioskiem; ale klub się buntował, bo chciał głosować jak i PPS. Gomułka od czego nie ustępowały i nakazał klubowi głosować za wnioskiem; ponieważ miał obawy, że klub na może nie posłuchać staną na podniesieniu i patrzył pilnie, jak jego klub głosuje. Pod taką ścisłą kontrolą klub PZPR w większości, acz niechętnie głosował za wnioskiem posła Frankowskiego. Wniosek zyskał więcej niż połowę głosów i został uchwalony, to też wszyscy złożyli ślubowanie z zakończeniem: „Tak mi dopomóż Bóg!”.

Nie będę opisywał działalność Sejmu ustawodawczego, bać to są sprawy nie tak dawne. Zaznaczam tylko, że na marszałkiem tego Sejmu został wybrany Władysław Kowalski, prezes PSL. Oczywiście ze stanowiska ministra kultury ustąpił; stanowisko to obiją Dąbowski, członek klubu SL. Ja na mój wniosek zostałem przez klub oddelegowany do Komisji Administracyjnej i Rolnej. Prezesem klubu został inżynier poseł Grubecki, a jego zastępcą poseł Al. Juszkiewicz. Ci dwaj posłowie kierowali działalnością klubu na terenie Sejmu. Głównym dziełem Komisja Administracyjnej było opracowanie ustaw o Radach Narodowych i ich prezydiach, t.j. ustaw o ustroju administracyjny Polski Ludowej. Głównym zaś dziełem Komisji Rolnej było zakończenie reformy rolnej dekretowanie przez PKWB w Lublinie w lipca 1944 roku, oraz akcja ustawodawcza ułatwiająca zagospodarowanie wielkich zdziczałych odłogów rolnych na Ziemiach Zachodnich. Pracy na tych obu Komisjach było dużo, a gdy dodać do tego moją pracy redaktorską to jasne, że byłem mocno przepracowany. Głównym celem Sejmu ustawodawczego było opracowanie nowej Konstytucji dla Polski Ludowej. Nie byłem jednak członkiem tej komisji.

Po trzech latach mojej pracy redaktorskiej - władze naczelne SLu odwołały mnie ze stanowisko redaktora „Zielonego Sztandaru”. Do dziś nie wiem jaki był powód tego odwołania, ale i wtedy nie robiłem żadnych wysiłku, aby się dowiedzieć. Na moje miejsce bo był wyznaczony H. Dzendzel. Po moim wystąpieniu z redakcji „Zielonego Sztandaru” - prezydium Klubu delegowało mnie do propagandy pozaparlamentarnej. Najpierw złożyłem sprawozdanie ze swej działalności poselski we wszystkich gminach powiatu jędrzejowskiego, później byłem w miarę potrzeby delegowany do pracy wyjazdowej do różnych powiatów województwa Kieleckiego; do powiatów: Kozienickiego, Sandomierskiego, Starachowickiego, Radomskiego, Włoszczowskiego, a nawet Opoczyńskiego i Koneckiego.

We włoszczowskim powiecie byłem nawet dwa razy: raz na seminarium w Seceminie w dniu 1 maja drugi, raz w Kończynie. Byłem też kilka razy w powiecie Bielsko-Biała na wiecach poselskich sprawozdawczych. Oczywiście na te zgromadzenie jeździłem tylko w dni świąteczne i niedziele, kiedy nie było pracy komisyjnej w Sejmie. w tym czasie syn mój był studentem Politechniki Gdańskiej na wydziale budowy okrętów. Musiałem go utrzymywać. To kosztowało kilkanaście złotych miesięcznie. Dopóki byłem posłem redaktorem, mogłem tym wydatkom sprostać, ale gdy mi odpadło wynagrodzenie redaktorskie, brakło mi już środków pieniężnych na utrzymaniu syna w Gdańsku. By temu zaradzić przyjąłem prace i stanowisko nauczyciela języka polskiego i rosyjskiego w średniej szkole handlowej przy ulicy Zagórnej; przepracowałem tam rok.

Będąc posłem otrzymałem pracę redaktorską w czasopiśmie „Plon” w Państwowym Wydawnictwie Rolniczym i Leśnym (PWRiL) w Warszawie ul. Warecka 11s. Pracowałem, więc stalowe w redakcji „Plonu”, a gdy w Sejmie bywał posiedzenia plenarne lub komisyjne, byłem zwalniany z pracy, bym mógł się udać do Sejmu. Praca w szkole na Zagórnej, a później w PWRiLu przy jednoczesnym posłowania umożliwiała mi utrzymywanie syna na Politechnice Gdańskiej.

Podczas mojej działalności poselskie w Sejmie Ustawodawczym - nie robiłem żadnych zabiegów kierunku zabezpieczenia sobie kandydowania do Sejmu drugiego. Bo i też w ruchu lądowym zaszły zmiany. Mikołajczyk, prezes PSL bawił się w sejmie w jaskrawą opozycje, często przemawiał w Sejmie, ale nie do Sejmu, a do konserwatywnych, a nawet wstecznych resztek byłego polskiego świata kapitalistycznego i mieszczańskiego. Często też za zarzucał ob. Kowalskiemu, że w protokołach sejmowych nie wszystko było zapisane tak, jak sobie tego Mikołajczyk życzył. Spor ten pomiędzy posłem Mikołajczykiem, a Marszałkiem Sejmu zazwyczaj rozstrzygał Sejm większością głosów.

Ta przejaskrawiona Mikołajczykowska opozycja nie podoba się niektórym członkom PSLu. Pierwszy opuścił szeregi PSLu - Stanisław Araszkiewicz, przechodząc do SLu. Wkrótce też w klubie Mikołajczyka powstała zorganizowana opozycja. Na jej czele stanął poseł dr. Wł. Kiernik, prezes Rady Naczelnej PSLu Czesław Wycech, b. ministerstwo oświaty oraz poseł Banach. Opozycja domagała się połączenia klubów i stronnictw i PSLu z SLem. Oczywiście Mikołajczyk był temu przeciwny. Rozchwianie u Mikołajczyka i w klubie PSLu rosło.

Nim przejdziemy do dalszego biegu wypadków muszę przypomnieć to, co powinienem był napisać w swej relacji o otwarciu sejmu ustawodawczego. A mianowicie to, iż po ukonstytuowaniu się Sejmu Ustawodawczego, Sejm ten wybrał na prezydenta Bolesława Bieruta, a na premiera zamiast od Osóbki Morawskiego został powołany Cyrankiewicz, zaś na wicepremiera sekretarz generalny SLu Antoni Korzycki. Składu osobowego całego Rządu dziś nie pamiętam. Gdy więc ferment w klubie Mikołajczyka doszedł do tego stopnia, że grozi klubowi rozłam w którym większość wypowiadała się za połączenie z klubem SLu Mikołajczyk, nagle nikogo tym nie powiadamiając, wyjechał z Polski za „Zieloną Granicę”, t.j. nielegalnie.

Wtedy nie było przeszkód do połączenia. To też połączenie nastąpiło 25 września 1949 roku. Dokonało się w ten sposób, w dniu powyżej wymienionym połączyły się obie rady naczelnej PSlu i SLu i powstała w ten sposób Rada Naczelna Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Prezesem tej rady został Władysław Kowalski, wiceprezesem Wł. Kiernik. W końcu listopada tegoż roku odbył się Kongres Łączeniowy SLu i PSLu. Prezesem Rady Naczelnej po tym kongresie został Józef Niećko, a prezesem Naczelnego Komitetu Wykonawczego - Wł. Kowalski, zaś sekretarze, który był jednocześnie wicepremierem został Antoni Koszycki. Za organ ZSLu uznano „Zielony Sztandar” redaktorem został St. Jagiełło. Przyjęto też obyczaje zapoczątkowany kiedyś przez Stronnictwo Chłopskie świętowania uroczyście świętowania uroczyście Święta Chłopskiego w dzień Zielonych Świątek oraz ustanowiono flaga ZSLu - koloru zielonego.

Jest jasne, że jak się łączyły stronnictwa, to się połączyły także i kluby; w czasie łączenia się klubów kilku posłów z dawnego SLu złożyło mandaty ; pamiętam tylko nazwiska dwóch: Osiecki i Chwaliński. Ostatnia i najważniejszą czynnością Sejmu Ustawodawczego było uchwalenie Konstytucji PRL. Nastąpiło to w końcu lipca 1952 roku. Nie będzie podawał podstawowych zasad tej Konstytucji. Obowiązuje ona do dziś. Każdy może kupić Dziennik Ustaw z roku 1952 z pełnym tekstem konstytucji i przeczytać.

Zaraz też po uchwaleniu Konstytucji nastąpiło rozwiązanie Sejmu Ustawodawczego PRL. Nie czyniłem żadnych starań o mandat poselski do następnego Sejmu. Nie chciałem się narzucać w tej sprawie władzom ZSLu. Jak już wyżej nadmieniłem, byłem już wtedy pracownikiem w Państwowym Wydawnictwie Rolniczym i Leśnym. Ponieważ syn mój jeszcze nie ukończył studiów na Politechnice Gdańskiej, przeto po rozwiązanie Sejmu Ustawodawczego jako pracownik PWRiL musiałem poszukać pracy dodatkowej w celu utrzymania syna przy studiach inżynieryjnych, gdyż spłaca otrzymywana w PWRiL była na moje potrzeby niewystarczające. Taką pracy znalazłem; było to liceum dla dorosłych pracowników państwowych. Wykłady odbywały się wieczorami. Wykładałem tam język polski i rosyjski. Liceum to mieściło się w gmachu szkolnym - róg alei Świerczewskiego i Żelaznej.

W tym zakładzie szkolnym pracowałem do tego czasu, aż syn ukończył studia na politechnice gdańskiej jako inżynier budowy okrętów. Pracuje obecnie na stoczni gdańskiej i co jakiś czas woduje zbudowane pod swoim kierownictwem 15 - to lub 19 - to tysięczniki dla ZSRR, Egiptu, to nawet daleki Brazylii. Z córkami moimi miałem mniejszy kłopot; obie kształciły się w Warszawie: starsza ukończyła na Uniwersytecie dwa wydziały: polonistykę i filozofie, i jako magister dwóch dziedzin naukowych uczy młodzieży technikum zawodowe. Młodsza ukończyła studia farmaceutyczne ze stopniem magistra, wkrótce obroniła pracę doktorską, wyszła za mąż i obecnie jako doktor chemii organicznej wykłada chemie w Akademii Medycznej na wydziale farmacji.

Po kilku latach opuściłem PWRiL i przeszedłem do pracy w Inwalidzkiej Spółdzielni Emerytów i Nauczycieli Wspólna Sprawa, gdyż warunki materialne były tu nieco lepsze niż w PWRiL. A drugi powód przejście do tej spółdzielni, był ten iż stary mój przyjaciel Krupka był i jest w tej współdzieleni wiceprezesem. Jestem więc w tejże spółdzielni człowiekiem i pracownikiem. Pracuje w tym dziale, który wytwarza przezrocza bajek dla przedszkolaków oraz przezrocza szkolne, ściśle przystosowane do programów szkolnych. Można, by więc powiedzieć, że moja obecna praca jest pracą oświatową. W dniu 1. 8. 59 otrzymałem na wniosek władz ZSL rentę specjalną; pracuje więc w tej spółdzielni nadal na pół etatu.


Zakończenie

Urodziłem się 18 lat po powstaniu styczniowym. W historii Polski był to czas najgorsze, nieomal beznadziejne. Moja rodzina wieś sąsiadowała byłym klasztorem Cystersów, w którym rząd carski ulokował seminarium nauczycielskie. To mi ułatwiło ukończenie tego zakładu szkolnego. Zdawałem sobie sprawę, że wykształcenie zdobyte w tym seminarium, było bardzo skromne. Powziąłem zamiar zdobycia wykształcenia wyższego.

Byłem kilkanaście lat nauczycielem. Dostrzegłem, iż moje upodobania i zdolności nadają się do nauczania dorosłych, a nie dzieci. Stałem się, więc działaczem społecznym i politycznym pośród mas chłopskich, które za dawnych czasów stanowiły większość narodu, a dziś jeszcze stanowią połowę. Podniesienia tych najszerszych mas, można powiedzieć podstawowych mas narodu polskiego, - uznałem za główny cel mego życia. Podniesienie nie tylko w dziedzinie oświatowej, kulturalnej, ale również i materialnej. Uznałem, że taka moja działalność będziesz z mojej strony najlepszą pracę dla Polski Ludowej. Jesienią roku 1918 przyszła chwila osobliwa i powstał w Lublinie pierwszy Rząd Ludowy, stanąłem przy jego boku jako gorliwy obrońca i pracownik.

W okresie międzywojennym w mojej czterosejmowej pracy politycznej, szedłem swoją własną drogą, podług swojego sumienia. Drogę tą uważałem za zgodną z dążeniami i interesem mas chłopskich. Nie szedłem, ani za endecją, ani za Witosem, ani za Piłsudskim. Autorytety na mnie nie działały. Endecje uważałem za obrońcę i rzecznika tych, którzy powinni byli jak najprędzej odejść.

Wincenty Witos! Niezawodnie w owe czasy był to bardzo mądry chłop! Ale miał swoje ale: był związany z endecją jakość tajemnicą więzią. Ta wieź spowodowała, iż endecja stale wysuwała go na swoje czoło do walki z Piłsudskim. Jakaż to była owa tajemnicza więź, która tak mądrego chłopa związała tak mocno z klasowymi wrogami chłopów? Zaryzykuję i wyłożę w tej sprawie swoje własne przypuszczenie. Uważam, więc że tą więzią była chyba przysięga przypuszczam, - złożona w swoim czasie przez Witosa na wierność dla „Ligi Polskiej”, „Ligi Narodowej” założonej w Szwajcarii przez T.T Jeża (Miłkowskiego).

Ligę tą opanowali później dmowszczyki i do Polski sprowadzili. Podług mojego przypuszczenia, a nawet i obserwacji ową „Ligę” w okresie międzywojennym reprezentował Stanisław Grabski. Sądzę, więc że ta przysięga była tą tajemniczą więzią, która łączyła Witosa ze Stanisławem Grabskim. Podłóg moich spostrzeżeń chłopi za dawnych czasów uważali przysięga jako przyrzeczenie dawane, wobec Boga jako, świętość. Z tego też powodu krzywoprzysięstwo na wsi uważano za bardzo wielki grzech. Możliwe, więc że taki chłopski kultura przysięgi miał również i Witos, prawdziwy chłop i syn owych czasów. Jeżeli, więc złożył taką przysięga na wierność dla „Ligi Polskiej”, co podług mojego zdania bo faktem, to przysięga ta stanowi tajemniczą więź między Witosem i Stanisławem Grabskim. Ta moja hipoteza wyjaśnia też łatwo, że Witos przyjął wiceprezesurę Krajowej Rady Narodowej dlatego, że był tam już wiceprezesem Stanisław Grabski.

Józef Piłsudski! Postać całkiem historyczna. Co czynił przed przewrotem majowym, wiemy. Co mógł uczynić dla wsi po przewrocie majowym bardzo wiele? A co uczynił? Nic. Dla wsi nic, a co dla narodu? Dla narodu uczynił Konstytucji Sławkową wprowadzającą zamaskowaną monarchie prezydencką, monarchie kliki otaczającej prezydenta. To też podłóg mojego zdania cały pojmowany dorobek piłsudczyków, był łagodnie mówiąc - zerowy. Nie wyrażam, więc żadnego żalu, żem nie uległ autorytetowi Piłsudskiego. Zgodnie ze swoim sumieniem zdobyłem wyższe wykształcenie polonistyczne. Gdy w roku 1944 powstał w Lublinie drugi Rząd Ludowy w postaci PKWN stanąłem w szeregach SLu. „Zielony Sztandar” pod moją redakcją był szkołą dla chłopów. Gdy później władze SLu i jeszcze później - ZSLu skierowały mnie do akcji wyjazdowej na wsi, chętnie czynność tą wykosztowałem.

Jeździłem, więc do wielu powiatów woj. Kieleckiego na wiece poselskie, które w rzeczywistości był nie wiecami, lecz wykładami oświatowymi dla szerokich mas. Podczas tych wykładów mówiłem też dużo o zespołowym, spółdzielczym gospodarowania na roli. Gdy kadencja Sejmu Ustawodawczego PRL dobiegła końca, nie czyniłem żadnych zabiegów o mandat do Sejmu drugiego czy też trzeciego. Przeszedłem, więc do pracy w PWRiL, w redakcji „Plonu”. Znowu przy pomocy tego czasopisma, wraz z innymi szerzyłem wiedzę rolniczą na wsi. A dziś, gdy to piszę znowu pracuje w spółdzielni założony przez nauczycieli, w dziedzinie nowej, bo produkcji przezroczy szkolnych, by dzieciom szkolnym najszerszych mas chłopskich nauka łatwo do głów szła. Tak o to przepracowałem 60 lat swego życia na polu oświaty dla wsi w miarę swych sił wykonywałem myśl: Przez lud do narodu, przez naród dla ludzkości.

Warszawa, 10 maja 1961r.

Andrzej Waleron