Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

 

Pamiętniki Andrzeja Walerona    (odcinek 12)

b 8a

część VI   Ostatnie lata sanacyjnej dyktatury,  Druga wojna światowa,  Moja działalność w Polsce Ludowej,  Zakończenie

Skończywszy swą działalność parlamentarną od 1 września 1935r. przeszedłem do Związku Rewizyjnego Samorządu Terytorialnego w Warszawie na stanowisko inspektora. Zadaniem moim w tym związku była kontrola działalności sejmików powiatowych, wydziałów powiatowych oraz zarządów wiejskich miast wydzielonych, tj. miast powyżej 20 tysięcy ludności.

W Sejmie cały czas posłowania byłem członkiem Komisji Administracyjnej, a w powiecie w ciągu piętnastu lat byłem członkiem Wydziału Powiatowego w Jędrzejowie, a jednocześnie w tymże czasie w przeciągu trzech lat również i członkiem Wydziału Wojewódzkiego w Kielcach. Jako więc dobry znawca samorządu powiatowego, już od 1 października 1935r. zacząłem jeździć na lustracje działów powiatowych; był w tym związku zwyczaj, że inspektorzy wyjeżdżali do powiatów grupami po dwóch. Ja też razem z inspektorem Wasikiem lub Mitką wyjeżdżałem do Czortkowa, Buczacza, Borszczowa i Zaleszczyk w Małopolsce Wschodniej, a później do różnych powiatów w województwie poleskim. Po pewnym czasie ostałem przydzielony do pracy na miejscu w Warszawie w charakterze generalnego inspektora.

Praca moja polegała na tym, że czytałem i posprawdzałem protokoły lustracyjne wszystkich inspektorów. Dopiero po mojej akceptacji protokoły te były przepisywane na maszynie, podpisywane przez Prezesa Związku i wysyłane do Min. Spraw. Wew. I do Wydziałów Powiatowych lub Zarządów Miejskich w całej Polsce. Po pewnym czasie z tych protokołów lustracyjnych wiedziałem o wszystkim, co się działo w samorządzie powiatowym i miejskim w całej Polsce. Oczywiście od godziny trzeciej do południa byłem wolny od pracy zarobkowej.

Postanowiłem zakończyć swoje już dawno rozpoczęte wykształcenie humanistyczne. Już w drugim roku mojej pracy parlamentarnej zapisałem się jako student na Wydział Humanistyczny Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie. Egzaminy uzupełniające z łaciny i języka niemieckiego zdałem. Senat tej wszechnicy uznał mój dyplom nauczycielski wraz z egzaminami uzupełniającymi za wystarczające; zostałem więc rzeczywistym studentem tej wszechnicy; zamiast ośmiu - przesłuchałem dwanaście semestrów) i zdałem wszystkie wymagane egzaminy; ze szczególnym zamiłowaniem studiowałem językoznawstwo słowiańskie, historie kultury ludowej; religioznawstwo, etnologie, historie polski oraz historie literatury polskiej. Studia rozpocząłem w 1921 roku a zakończyłem na początku lata 1934 roku. Złożyłem więc egzamin dyplomowy i otrzymałem dyplom ukończenia tych studiów, dający mi prawo nauczania jerzyka polskiego i historii Polski w szkołach średnich. W ten sposób zrealizowałem swoje marzenie o zdobyciu wykształcenia wyższego.

Co się tyczy mojej pracy inspekcyjnej na Polesiu, to było to wtedy, gdy tam panował jako wojewoda Kostek Biernacki, organizator Barczy. Był on zdecydowanym zwolennikiem dyktatury opartej na policji, starostach i wójtach. Wprowadził on nawet na Polesiu taką organizacje rolników, która się opierała na starostach; potworzył on też gminne magazyny zbożowe, do których chłopi musieli zwozić ziarno zbożowe na przechowanie, skąd je dopiero nabywał Pań. Zak. Zbożowe, z czego wynikało, że handel zbożem maja prowadzić wójci i urzędnicy państwowi. Ta starościńska organizacja rolnicza miała tam licznych przeciwników, którzy czynili starania, by Ministerstwo Sprawa Wewnętrznych ją rozwiązało, i by ludność tamtejsza zorganizowała spółdzielnie rolniczo - handlową.

Jako członek Rady Głównej CTDiKR, a zarazem inspektor samorządowy Zw. Rewiz. Sam. Terytorialnego, udałem się z polecenia tego związku na Polesie w celu zbadania działalności tamtejszej starościńskiej organizacji rolniczej. Po dwutygodniowym badaniu tych spraw tam na miejscu w powiatach i gminach, złożyłem sprawozdanie umotywowanym wnioskiem, by rozwiązać biurokratyczną organizacje rolniczą, pozwolić rolnikom, by sami sobie zorganizowali powiatowe związki Kółek Rolniczych oraz powiatowe spółdzielnie Rolniczo - handlowe i prowadzili w nich samodzielnie działalność społeczną i gospodarczą. Min. Spraw. Wewnętrznych uznało mój wniosek za słuszny i rozwiązało starościńska i wojewódzka organizacje rolniczą na Polesiu, pozostawiając tamtejszym rolnikom niczym nieskrępowana swobodę zakładania społecznych organizacji rolniczych. Pieklił się bardzo Kostek Biernacki na taki liberalny wniosek Zw. Rea. Samorządu Terytorialnego, ale nawet nie dowiedział się kto był autorem tego wniosku.

Teraz wróćmy do spraw politycznych. Zaraz po rozwiązaniu Sejmu czwartego, co nastąpiło w końcu lata 1935r., zostały przeprowadzone zgodnie ze Sławkową Konstytucją i takąż ordynacją wyborczą - wybory do piątego Sejmu i czwartego Senatu. Zainteresowanie wyborami było bardzo małe, bo hasła bojkotu wyborów miały powodzenie. Liczba głosujących w całej Polsce wyniosła w przybliżeniu połowę zapisanych wyborców. Wkrótce po wyborach zebrał się nowy Sejm i Senat. Nie było w tych izbach parlamentarnych opozycji; Sejm i Senat zawsze uchwalały to, czego sobie życzył rząd i przeto ten dwuizbowy Sławkowy parlament stał się rządowym organem doradczym,, organem pomocniczym.

Przetrwał on dwa i pół laty został rozwiązany przed terminem. Przyczyna rozwiązania była następująca. Premierem był wtedy Sławek. Dobrał on sobie Sejm i Senat przyboczny i przygotował się do objęcia stanowiska prezydenta RP. W tym celu zwrócił się do prezydenta Mościckiego z żądaniem, by ten ustąpił ze stanowiska prezydenta, gdyż jest nowa Konstytucja i należy podług tej nowej Konstytucji przeprowadzić wybory nowego prezydenta. Mościcki, idąc za radą Rydza śmigłego, odpowiedział odmownie, motywując to tym, iż nowa Konstytucja wcale nie żąda, by urzędujący prezydent zaraz po jej uchwaleniu miał ustępować i że wobec tego on pozostaje jako prezydent na tym stanowisku, aż do zakończenia kadencji, tj. do roku 1940. Oczywiście, że prezydent Mościcki i jego otoczenie zapałali do premiera Sławka dużą niechęcią za tak nieskromną jego propozycje odnośnie jego ustalenia ze stanowiska głowy państwa; nato Rydz - Śmigły za swoją doradę nieustępowania zaskarbił sobie u prezydenta Mościckiego jak najdalej idącą sympatię.

W takim stanie rzeczy Sławek podał się do dymisji. Prezydent uwolnił go ze stanowiska premiera, a na jego miejsce wyznaczył, o ile pamięć mnie nie myli - Sławoja Składkowskiego, który akurat wtedy przeniósł się z grupy Sławka do zespołu prezydenckiego. Ale Sławek, choć przestał już być premierem, miał po swojej stronie klub sejmowy i senacki BBWR t.z. cały Sejm i Senat oraz organizacje bebeerowców w całym kraju. Jakich sposobów użył wtedy prezydent Mościcki do Sławka nie wiemy, ale wiemy, że partia monopolowa, t.j. Bez. Blo. Współpracy z Rządem został politycznie zniszczony.

Kiedy BBWR został rozwiązany i zdawało się, że w Polsce powieje trochę liberalizmu, Henryk Wyrzykowski i ja zorganizowaliśmy w Warszawie jednodniowy zjazd czołowych działaczy b. Stronnictwa Chłopskiego. Przybyło przeszło stu działaczy za zaproszeniami. Zjazd po krótkiej naradzie postanowił wznowić działalność Stronnictwa Chłopskiego i wybrał komitet organizacyjny. Sławoj Składkowski na zajad chętnie pozwolił, ale dowiedziawszy żeśmy, postanowili wznowić działalność Stronnictwa Chłopskiego i wybrali komitet Organizacyjny, zażądał byśmy na razie nie prowadzili żadnej działalności organizacyjnej i czekali. Musieliśmy się do tego dostosować. Więc czekaliśmy.

A co robiła grupa „Wyzwoleniowa”, która wkrótce po nas w roku 1935 też od Mikołajczykowskiego PSLu odeszła? Grupa ta zaraz zadeklarowała się za rządem i odpowiednio do tego redagowała „Wyzwolenie”, a Maksymilian Malinowski najczołowszy i najprzedniejszy wódz tej grupy otrzymał mandat senatorski z nominacji prezydenta w senacie czysto beberuewowsko - sławkowym senacie, a niektórzy zaś wyzwoleńcy znaleźli się jako posłowie przy tym sejmie bebeuwerowym, wybranym w końcu roku 1935.

Teraz zaś po usunięciu Sławka z premierostwa i rozwiązaniu BBWRu i czekała, co dalej będzie. Czekanie nie było długie. Wkrótce bowiem Prezydent i Rydz Śmigły powołali pułkownika Adama Koca na stanowisko organizatora i szefa nowego stronnictwa rządowo - sanacyjnego. Zaś Adam Koc ogłosił, że będzie tworzył Obóz Zjednoczenia Narodowego (OZN), to jest organizacje totalistyczną, na zasadach solidaryzmu społecznego.

Przyglądając się poczynaniom organizacyjnym i personalnemu składowi tego ozonu, doszliśmy obaj z Wyrzykowskim do przekonania, że ten OZN toć kubek w kubek BBWR, tylko bez zagorzałych wielbicieli Sławka i oczywiście zależny ma być nie od Sławka, a od Śmigłego. Czyli nie kijem go, tylko pałką. Poszedł więc H. Wyrzykowski, aż do pułkownika Adama Koca, by ustalić, jaki ma być stosunek wzmacniającego swa działalność Stronnictwa Chłopskiego do tego OZNU. Oświadczono mu, że Stronnictwo Chłopskie powinno w całości włączyć się do OZNU. Otrzymawszy taką odpowiedz, rozwiązaliśmy ów komitet organizacyjny Stronnictwa Chłopskiego i zaniechali wszelkiej działalności politycznej.

A co uczynili wyzwoleńcy? Cała ich grupa z Malinowskim i Stalawskim wstąpiła do OZON razem z tygodnikiem „Wyzwolenie”. Przy tej sposobności muszę wyjaśnić postawę Hen. Wyrzykowskiego. Już w tym czasie, gdy grupa wyzwoleniowa łącznie z grupą z grupą piastową zwalczały grupę chłopską za wydawanie „Polski Ludowej”, Henryk Wyrzykowski uważał akcje tą za niesłuszną i wyraźnie sympatyzował z grupą Stron. Chłopskiego zaraz po rozwiązaniu Sejmu i Senatu w roku 1935 - Hen. Wyrzykowski otrzymał poważne stanowisko w Banku Polsko - Francuskim.

Bank ten sprzedawał broń, fabrykowana w Polsce, ówczesnemu rządowi lewicowemu hiszpańskiemu. Mówił mi Wyrzykowski, że bank też zawarł tajną umowie z przedstawicielem gen Franco tej treści, że jeżeli transport broni, adresowany do lewicowego rządu madryckiego, wpadnie w ręce generała Francom który dowodził powstaniem przeciw temu rządowi, to za taki transport płaci generał Franco. Czyli Bank Polsko - Francuski na tym handlu bronią dobrze zarabiał, a nie mógł mieć żadnej straty. Stąd też wynikało, że i pozycja finansowa Wyrzykowskiego była mocna. On też sfinansował ów nagły zjazd czołowych działaczy b. Stronnictwa Chłopskiego, a Komitet Organizacyjny mieścił się w jego mieszkaniu przy ulicy Wareckiej. Ja byłem prezesem tego komitetu, a on sekretarzem.

Czyli jak widzimy Hen. Wyrzykowski w tym czasie przeszedł z grupą wyzwoleniową do grupy chłopskiej. Gdy wiec organizacja OZNU była już w całym kraju wybudowana, a składała się w dużej większości z członków byłego BBWRu, nastąpiło nagłe rozwiązanie Sławkowego Sejmu i Senatu. Otóż ci trzej moi przyjaciele mimo swej woli uczynili mi duży kłopot, bo na kolegium wyborczym w Jędrzejowie przeprowadzili pomiędzy delegatami Rad Gminnych i delegatami Kółek Rolniczych odpowiednią agitację, i wbrew woli przewodniczącego tego kolegium przeforsowali moją kandydaturę do Sejmu jako dziką, gdyż obok tego przeszły jeszcze dwie kandydatury do Sejmu postanowione postawione przez OZN.

Otrzymałem nawet dość dużą większość głosów na kolegium wyborczym, znacznie większą niż wymagała ordynacja wyborcza. Z tymi wynikami przybył do mnie Ignacy Majecki, do Warszawy. Ponieważ Związek rewizyjny, w którym pracowałem, podlegał zwierzchnictwu wiceministra Korsaka, poszedłem więc z tą sprawą do niego, z zapytaniem co mam robić z tym kandydowaniem, przyjąć czy nie. Wiceminister Korsak nakazał mi kandydaturę przyjąć i wyraził się przy tym: „Nie podoba mi się Sejm jednopartyjny. Nie będzie nic złego, a przeciwnie - dobrze, jeżeli w tym Sejmie będzie choć kilku posłów bezpartyjnych”. Wobec tego dałem Ignacemu Majeckiemu pisemną zgodę na kandydowanie.

Otrzymałem też ze Zw. Rewizyjnego Sam. Terytorialnego urlop na dwa tygodnie. Udałem się więc do okręgu wyborczego. W powiatach jędrzejowskim, pińczowskim i miechowskim wszyscy chłopi mnie znali, nie potrzebowałem robić agitacji [...]. Wydrukowałem więc swoim kosztem w Jędrzejowie gdzie w drukarence Mortkowicza kilka tysięcy swojej odezwy, wyjaśniającej chłopom swoje stanowisko i takową rozpowszechniłem we wszystkich trzech powiatach okręgu wyborczego; zeszło mi na to z 10 dni, po czym powróciłem do Warszawy. Zdążyłem tylko zauważyć, że ówczesny wojewoda kielecki, a w ślad za tym i policja, mieli do mnie nastawienie nieprzyjazne, a zwłaszcza w powiecie miechowskim i pińczowskim.

Kartek wyborczych przecież nie potrzebowałem drukować, bo kartki wyborcze z nazwiskami kandydatów wydrukowała i rozpowszechniła okręgowa komisja wyborcza. Nastąpiło głosowanie. Procent bojkotujących istotnie nie przekroczył 20%. Na moją kandydaturę padło 21 tysięcy i kilkaset głosów, t.j. liczba, która w okresie międzywojennym padła na mnie do Sejmu pierwszego, drugiego, trzeciego i czwartego, a która zawsze była dostateczna do mojego wyboru; tym razem była to ilość niedostateczna, bo dwaj moi kontrkandydaci wystawieni przez OZN mieli podane, że otrzymali jeden 26 tysięcy, drugi aż 46 tysięcy głosów.

Po pewnym czasie dowiedziałem się, że temu, któremu wykazano głosów 26 tysięcy dosypano 6 tysięcy głosów; a temu który ma podobno 46 tysięcy dosypano aż 40 tysięcy głosów. Czyli to moje papranie się w tą akcję wyborczą było czynnością zbyteczną, a nawet szkodliwą, bo stałem na kartce wyborczej razem z kandydatami OZNu bez żadnego zaznaczenia, że ci dwaj to członkowie OZNu, a ten trzeci to bezpartyjny; kto więc mniej wyrobiony politycznie otrzymał taką kartkę wyborczą, a nie czytał mojej odezwy, ten myślał, że i ja już przystąpiłem do OZNu, co oczywiście nie było zgodne z prawdą.

Jeżeli jednak utrącenie mojej kandydatury było wykonywane na polecenie wojewody Dziadosza, to dziś, gdybym wiedział, czy żyje, byłbym mu bardzo wdzięczny za to, bo dla mnie bardzo się okazało dobre i nawet zbawienne to, żem już od roku 1935 nie posłował; bo gdy wybuchła druga wojna i Polską zawładnęli hitlerowcy, to niszczyli oni wszelkich działaczy politycznych z ostatnich lat przedwojennych. Moje więc nieposłowanie w ciągu lat 1935-1939 oraz wyprowadzenie się z Jędrzejowa do Warszawy z jesieni roku 1935 uchroniło mnie od śmierci z rąk hitlerowców.

Co się zaś tyczy grupy wyzwoleniowej, to ta całkowicie włączyła się do OZNu i Michał Róg był nawet prezesem OZNu na województwo warszawskie, a Błażej Stolarski nawet (o ile się nie mylę) został wicemarszałkiem Senatu, oczywiście ozonowego. Oprócz tego jeszcze kilku pomniejszych wyzwoleńców zasiadało w tym ostatnim ozonowym Sejmie. To angażowanie się Roga i Stolarskiego w posłowanie ozonowe wyszło obu na złe, bo Stolarskiego hitlerowcy aresztowali i zniszczyli zaraz po zajęciu kraju, a Roga wywieźli do obozu zniszczeń pod Berlinem i rozstrzelali.

Ale myśmy kilku sympatyków byłego Stronnictwa Chłopskiego nie kapitulowali i działali powoli; oto tak: dowiedzieliśmy się z otoczenia Polakiewicza, że Rydz-Śmigły, mając już swój przyboczny Sejm, bo zdecydowanych [...] do tego Sejmu nie wpuszczano; a takoż i Senat, w maju roku 1940, gdy wygaśnie prezydentura Mościckiego, przeprowadzi swą kandydaturę na Prezydenta, rozwiąże OZN i wszystkie istniejące stronnictwa polityczne, będzie rządził Polską jako dyktator, rozpocznie szybkie zbrojenie Polski i w tym celu powoła do życia jakąś zdyscyplinowaną po wojskowemu organizację polityczną. Słowem - zorganizuje polski hitleryzm.

By się temu choć w rozmiarach skromnych przeciwstawić, postanowiliśmy od jesieni roku 1939 zorganizować wydawnictwo miesięcznika z tytułem „Siła”, który to miesięcznik będzie wyrazem tego, co myślą o tym chłopi i czego chcą chłopi. Zaczęliśmy szukać w Warszawie zwolenników tej myśli. Powoli zebraliśmy około 20 osób. Zebrania odbywały się w mieszkaniu Stanisława Wrony, który wtedy pracował w Warszawie jako lekarz położnik, a mieszkał przy ulicy Filtrowej. Postanowiliśmy rozpocząć wydawanie tego miesięcznika od 1 września 1939 roku, a na redaktora upatrzyliśmy ob. Władysława Kowalskiego, byłego wyzwoleńca, a późniejszego [...]. Spotkałem się więc z ob. Kowalskim i uczyniłem mu powyżej wymienioną propozycję. W zasadzie zgodził się z tym projektem, ale radził odłożyć rozpoczęcie wydawnictwa do listopada tego roku, gdyż podług jego informacji wojna z Niemcami wybuchnie lada dzień. Odłożyliśmy więc wydawanie „Siły” do później jesieni roku 1939.

Na zakończenie tego okresu podam jeszcze ostatnie chwile Sławka. Do tego ostatniego Sejmu ozonowego Sławek już nie wszedł, bo go nie wpuszczono. Możemy sobie wyobrazić, co przeżywał człowiek tak ambitny i zarozumiały. Nie wpuszczono nawet Tomasza Kozłowskiego, brata Leona, za to, że był wielbicielem Sławka. Ponieważ wojna się zbliżała, rząd ogłosił pożyczkę nadzwyczajną na potrzeby wojny. Prezydent zorganizował na zamku bardzo liczne zebranie Komitetu Organizacyjnego tej pożyczki. Do tego Komitetu byli zaproszeni nie tylko przedstawiciele OZNu, przemysłowców, związku ziemian, związków zawodowych robotniczych, ale nawet przedstawiciele politycznych opozycji: ludowej, socjalistycznej i młodzieżowej. Tylko nie był zaproszony Sławek. Tego już nie wytrzymał i tegoż wieczoru, gdy na zamku odbywało się posiedzenie Komitetu pożyczki, Walery Sławek popełnił samobójstwo. Tak zginął człowiek, który w Sejmie groził opozycji łamaniem kości!

Co się zaś tyczy przypuszczeń i obaw Władysława kowalskiego, to one okazały się zupełnie słuszne, gdyż wojna wybuchła 1 września 1939 roku. Zaraz od pierwszego dnia okazało się słuszne ludowe powiedzonko, że kowal nie ma siekiery, a szewc butów. Sprawowała po przewrocie majowym dyktatura wojskowa, legionowa, a w ciągu lat sprawowała nawet stuprocentową dyktaturę, a gdy wybuchła wojna wszyscy ze zdziwieniem i przerażeniem stwierdzili, że Polska jest zupełnie nieuzbrojona, to znaczy nie ma bojowego lotnictwa, ani motoryzacji ani czołgów przypuszczało się że polska będzie się bronić choćby z 3 miesiące a tymczasem wojna trwała 5 dni, a reszta to ucieczka krótko mówiąc: wielka kompromitacja obozu legionowego!

To też już trzeciego września Związek Rewizyjny Samorządu Terytorialnego i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zostało wyewakuowane do Łucka i Kiwerec. Gdyby mi trzymiesięczne pobory wypłacono w Warszawie zostałbym w domu, ale powiedziano nam że te 3 miesięczny pobory otrzymamy dopiero za Bugiem. Tak jest otrzymaliśmy je w Kiwiercach. Po dwudniowym odpoczynku w Kiwiercach otrzymaliśmy rozkaz udania się przez Kółki i Czartorysk końmi w stronę Sarn. A gdyśmy już byli dość daleko na wschód od Czartoryska dostrzegliśmy, że wszyscy uciekinierzy, którzy nas samochodami stronę Sarn już daleko nas wyprzedzili nagle wracają z powrotem w stronę Czartoryskam, spytaliśmy się jaka jest przyczyna takiego powrotu powiedziano nam, że armia radziecka przekroczyła wschodnią granicę polski i posuwa się na zachód.

Nocowaliśmy w najbliższej wsi szkole, rano ruszyliśmy tymi samymi końmi z powrotem do Czartoryska a z Czartoryska do Kołek. Tu odpoczęliśmy z dzień i mieliśmy w kilku (inspektorów) wyruszyć pieszo w stronę Kowla. Kiedyśmy się więc przygotowali do wymarszu, nagle w Kołkach rozpoczęła się bitwa: okazało się, że miejscowi chłopi zdobyli broń, zorganizowali milicje, zajęli w kokach młyn i ustanowili tam punkt oporu. Okazało się też że od strony Równego maszeruje w kierunku Kowla jakiś jakaś grupa wojska polskiego, i że milicja chłopska zagroziła jej drogę by ją rozbroić. Ale milicja chłopska (ukraińska) przeliczyła się, bo wojskowa grupa polska była jeszcze dość liczna, zdyscyplinowana i dobrze uzbrojona: były jeszcze 4 kompanie piechoty, pułk kawalerii (cztery szwadrony), bateria artylerii, sporo armatek przeciwlotniczych i takoż przeciwczołgowych.

Grupa chłopów ukraińskich liczyła może z dwudziestu chłopców. To też po bardzo krótkiej walce piechota młyn zdobyła, a pozostałych przy życiu chłopów uzbrojonych wzięła do niewoli po czym prowadząc tych jeńców ze sobą, cała grupa wojskowa udała się przez Kółki w stronę mostu na Styrze. My tylko w ilości czterech inspektorów dołączyliśmy się do tej grupy wojskowe i nie tylko my, ale duże mnóstwo uciekinierów cywilnych pieszych: na furmankach, lub w samochodach, lub rowerami. Przeszliśmy przez most na Styże i przemaszerowali, ku zachodowi.

W najbliższej wsi, zdaj się Kopylu nocowaliśmy razem z żołnierzami w stodole na sianie i rano ruszyli w dalszą drogę. Przed wyruszeniem w dalszą drogę chłopi którzy bronili przejścia przez Kołki zostali rozstrzelani i pogrzebani w dole obok cmentarza parafialnego. Tak maszerowaliśmy cały dzień i dopiero przed samym wieczorem zagrodziła nam drogę jakaś grupa wojska radzieckiego, która się usadowiła we wsi. Rozpoczęła się bitwa artyleryjska, a po stronie radzieckiej nawet wystąpił lekkie czołgi. Wieś została spalona, a piechota radziecka musiała się oddalić z płonącej wsi, a dwa czołgi radzieckie też zostały rozbite. Wobec tego grupa polska zajęła spaloną wieś, zanocowała na polu obok tejże płonący wsi. My we czterech przespaliśmy się trochę na słomie obok sterty owsa która się nie spaliła, bo była od wsi nieco odległa. Rano jak się tylko nieco rozjaśniło bitwa rozpoczęła się na nowo, zauważyłem ze strony pułkownika St. Koca manewr, który polegał na tym że całą baterie ustawił w krzakach i bardzo intensywnie strzela w kierunku wojska radzieckiego, a w tym czasie reszta grupy wojskowej i uciekinierzy cywilni wykręcili się na prawo i udali się boczną drogą leśną w stronę Stochodu; szliśmy bardzo szybko, w południe przeszliśmy Stochód po bardzo lichym mości leśnym i zatrzymaliśmy się we wsi na krótki odpoczynek.

Zaraz też nadjechała bateria artylerii i przeszła przez most. Chwiał się już ten most, ale konie i armata jeszcze przez niego przeszły. Po krótkim odpoczynku cała grupa wojskowa i uciekinierska ruszyły dalej. Dopiero przed wieczorem, gdy byliśmy w lesie pod lasem odpoczywali zaatakowała grupa samolotów radzieckich, ale że w grupie polskiej była artyleria przeciwlotnicza przeto obroniła się od bombardowania lotniczego. Najwięcej ucierpiały treny, bo nie były bronione, więc też pewna liczba koni w tych trenach została zabita.

Ja z dwoma uciekinierami schroniliśmy się w rowie strzeleckim z czasów pierwszej wojny światowej. Tuż obok mnie uderzyła bomba lot lotnicza radziecka i pękła, a skorupa tej bomby mocno mnie uderzyła w plecy, drugi zaś uciekinier cywilny, który leżał w rowie może metr obok mnie miał postrzelone udo z karabinu maszynowego znajdującego się na bombowcu radziecki.

Po nalocie który trwał może za 20 minut samoloty odleciały, a grupa wojskowa polska i uciekinierzy pomaszerowali dalej. Uszliśmy jeszcze może ze 4 kilometry, zaczynał się wieczór. Zanocowaliśmy w jakiejś wsi czysto polski, posłaliśmy sobie dobre posłanie z suchej słomy pod ścianą i przespaliśmy się nawet wcale nieźle. Był spokój, rano wyspawszy się dobrze, ruszyliśmy dalej ku zachodowi. Grupa wojskowa była dobrze odżywiona, więc szła Mielnicy. Tam był komitet opieki nad uchodźcami, tam dostaliśmy po kromce dobrego razowego chleba i czarnej kawy. Byłem tak głodny, że ten razowiec stanowił dla mnie wielki specjał.

Trochę się posiliwszy w ten sposób, znaleźliśmy w Mielnicy, w jakimś domu jakiegoś inżyniera drogowego próżną izbę. Zatrzymaliśmy się w niej, kupili słomy, posłali posłanie i dopiero dobrze się wyspali. Grupa wojskowa poszła dalej na zachód i lasami doszła do Bugu, przeprawiła się przez Bug, przeszła przez ziemię lubelską, aż pod Kraśnik, tam połączyła się z drugą, jakąś grupą polską, obie stoczyły swą ostatnią bitwę z Niemcami, po czym resztki tego wojska polskiego zostawiwszy resztę broni w lasach, rozeszła się po sąsiednich wsiach i „wsiąkła w teren”.

W tym czasie armia radziecka zajęła cały teren na wschód od Bugu, a więc Brześć Kowal, Równe, Łuck, Dabno, Włodzimierz Wołyński, Pińsk, Sarny itp. Na tym zajętym przez wojska radzieckie terenie ludność miejscowa zaczęła samorzutnie tworzyć administracja, a przede wszystkim, milicje ludową. Przeczekaliśmy więc w Mielnicy z 4 dni, po czym wynająwszy wóz i parę koni z furmanem udaliśmy się tą furmanką do Kowla.

W Kowlu była już administracja radziecka. Było nas 4 inspektorów b. Zw. Rew. Sam. Ter. Dwóch z nas wynajęła pokój w tamtejszym hoteliku, a dwóch musiało w prywatnych mieszkania. Tak przemieszkaliśmy, aż do początku listopada. W tym czasie władze wojskowe sowieckie, zaczęły wydawać przepustki na wyjazd na zachód od Bugu, to jest do kongresówki. Tłumy stawały w kilometrowym ogonku i czekały na te przepustki.

Pewnego dnia został załadowany cały pociąg z Kowla do Chełma z tymi, którzy otrzymali przepustki, ale okazało się, że żadnego porozumienia z Niemcami, którzy okupowali tereny na zachód od Bugu nie było. Niemcy ani pociągu do Chełma nie wpuścili, ani nie chcieli info nie chcieli respektować radzieckich przepustek. Wobec tego pociąg z uchodźcami wrócił z powrotem do Kowla.

Stało się jasne, że tym sposobem nie powrócimy do warszawy! To też w końcu października wyjechaliśmy pociągiem we czterech do brześcian, bo pociągi już chodził. W Brześciu znaleźliśmy mieszkanie u Żydów i zaczęliśmy szukać sposobów przeprowadzenia się przez Bug za zieloną granicę t.j. bez przepustek. Jeden z nas czterech dowiedział się, że pomiędzy miasteczkiem Damaczewo, a Bugiem jest wioska zamieszkała przez osadników z Holandii, ewangelików, którzy w nocy na łodziach za opłatą pieniężną przeprowadzają uciekinierów za Bug. Tamże b. inspektor miał w Damaczewie jakiegoś swojego krewnego, który na stacji mieszkał jako kolejarz.

Pewnego, więc późnego wieczoru w dniu 8 listopada była ciemna i bardzo zamglona noc. Wyjechaliśmy, więc z Brześcia niby do Włodowic, ale wysiedliśmy na stacji w Damaczewie, gdy pociąg bardzo powoli wchodził na stację. Wysiedliśmy przy semaforze wyjazdowym, tam na nas czekał ów znajomy kolejarz, który nas po ciemku we mgłę zaprowadził na drogę polną do tej wioski ewangelicki nad samym Bugiem. Tam nas przekazał znajomemu chłopu. U tego chłopa czekaliśmy w stodole do północy, gdy o północy była w straży radzieckiej zmieniona warta i wszystkie posterunki były ściągnięte do jednego punktu chłopi, przewieźli nas na łodziach na drugą stronę Bugu i powrócili.

Oczywiście i tego kolejarza, który nam załatwił wyjazd i tych chłopów dobrze wynagrodziliśmy pieniężnie. Na lewym brzegu Bugu Niemcy nie mieli żadnej straży. Zatrzymaliśmy się, więc do rana w najbliższej wiosce i rano z miasteczka Sławatycz furmanką udaliśmy się w 5 osób przez Piszczac do Chatyłowa. Wymieniam 5 osób, gdyż jeden z byłych inspektorów był z żoną. Przed samym zachodem słońca dotarliśmy do Chatyłowa. Dla mnie stacyjka ta przypominała rok 1914. W tym bowiem roku w lipcu we 4 organizowaliśmy wycieczkę krajoznawczą wzdłuż Chełmszczyzny od południa kup północy. Wycieczkę zakończyliśmy w Piszczacu, skąd udaliśmy się do pobliskiego Chatyłowa i wyruszyliśmy koleją przez Dęblin do Jędrzejowa. Już w Łukowice dowiedzieliśmy się wtedy z gazet, że wojna pierwsza światowa wisi na włosku.

Teraz zaś w listopadzie 1939r. przybyliśmy do tegoż Chatyłowa jako powracający do warszawy uciekinierzy, a raczej wyewakuowani urzędnicy samorządowi z okresu międzywojennego, który to okres już się skończył bezpowrotnie. Tak czy owak będziemy te wydarzenia sądzić, zawsze musimy ze smutkiem stwierdzić, że polska znajduje się w Europie miejscu bardzo niebezpiecznym. Wykupiliśmy, więc wszyscy w Chatyłowie bilety do warszawy bośmy zauważyli że Niemcy, którzy całkiem dobrze gospodarowali na kolei tylko na bilety zwracali uwagę. Reszta jeszcze wtedy nic ich nie obchodziła, później wieczorem nadszedł pociąg z Terespola a my wsiedliśmy do wagonu i rano następnego dnia już dojeżdżaliśmy na dworzec wschodni w Warszawie.

Dzień był dość ciepły, dworzec wschodni był bardzo zniszczony, a Wileński spalony, oczywiście zniszczenia, te powstały podczas oblężenia warszawy we wrześniu, zaraz po rozpoczęciu się drugiej wojny światowej. Ponieważ nie było żadnej komunikacji publicznej przeto my czterej byli inspektorzy pożegnaliśmy się na dworcu i rozeszli każdy swoją stronę to jest w stronę swego mieszkanie. Ja poszedłem pieszo na Nowe Bródno, gdzie już od 1937r. mieszkałem. Domu, w którym mieszkałem ocalał, choć był na samej linii obronnej polskiej, boć przecie podczas tej obrony dwie armaty polskie kilka dni stały pod samym oknem i do Niemców strzelały. Żona, syn i córki z radością mnie witali, bo stracili już nadzieję na mój powrót

. Oczywiście Warszawa zaraz po obejrzeniu była z wielu towarów wyczerpana. Wielu się rzuciło do handlu w celu zaopatrzenia warszawy przedmioty koniecznej potrzeby. Ja też próbowałem tego zajęcia, ale poza jedną pozycja herbacianą (herbata liść.), na której zarobiłem 70 kilka złotych nic poważnego z tego dla mnie nie wyszło. To też wjechałem do Jędrzejowa i Sudołu po żywność to dało lepszy efekty, boć przywiozłem sporo mąki i smalcu. Później w ciągu całej okupacji, co kilka miesięcy jeździłem po żywność do Sudołu. Z początku przywoziłem żywność sam, ale później, gdy Niemcy zaczęli kontrolować pociągi i żywność z pociągów zabierać, otrzymywaną żywność pakowałem w paczki odpowiedniej wielkości i wysyłam pocztą.

Urząd pocztowy był i jest na Nowym Bródnie. Przyniesienie otrzymywanych paczek z urzędu pocztowego na Nowym Bródnie do mieszkania nie stanowiło żadnego niebezpieczeństwa. Oczywiście paczki z Jędrzejowa wysłałem nie jednego dnia, a w ciągu kilku dni i to nawet z przerwami. Tak też i przychodziły na Nowe Bródno.

Kiedy pewnego razu już w roku 1940 byłem w Jędrzejowie po żywność. Spotkał się ze mną znany mi dobrze ludowy działacz z prośbą ,by mu wskazał kandydata na organizator organizatora batalionów chłopskich. Przy tej sposobności sposobności zaznaczam, że formalnie nie należałem do SLu ale z urzędem powiatowym stosunki miałem dobre i przyjazne. To też wskazałem im kandydaturę Kacpra Niemca, byłego komendanta POW z okresu pierwszej wojny światowej, ale Kacper Niemiec w tym czasie mieszkam w Radomiu w domu u swego szwagra.

Pojechałem, więc do Radomia, po długiej rozmowie z trudem udało mi się namówić, go by ten obowiązek przyjął. Gdy wreszcie wyraził zgodę dałem mu wykaz imienny działaczy ludowych z powiatu jędrzejowskiego jak i wszystkich gmin i wskazałem mu prezesa zarządu powiatowego SL (w konspiracji). Z tymi adresami udał się Kacper Niemiec (obecnie Mir Niemirski) do Jędrzejowa. Objął przy Zarządzie Powiatowym SLu w Jędrzejowie stanowisko komendanta Batalionów Chłopskich na tenże powiat i pracę płatną w powiatowej spółdzielni rolniczo handlowej w Jędrzejowie, bo na koszta organizacji batalionów chłopskich zarząd batalionów chłopskich SLu nie miał żadnych środków, więc Kacper Niemiec był pracownikiem płatnym w powiatowej spółdzielni rolniczo handlowej w Jędrzejowie i jednocześnie organizatorem Batalionów Chłopskich w tymże powiecie.

Tak tam trwał, aż do połączenia się Batalionów Chłopskich z tajną organizacją „Związek Walki Zbrojnej” z czego powstała Armia Krajowa. Nawiasem dodam, że wyjazd Kacpra Niemca z Radomia okazał się dla niego zbawienny, bo w tydzień po tym wyjeździe gestapo niemieckie zjawiło się w mieszkaniu tego szwagra, aresztowało go i wywiozło do obozu zniszczenia, skąd już nie wrócił.

Gdyby tam wtedy przebywał Kacper Niemiec to by był jak jego szwagrem aresztowany i zniszczony. Choć otrzymywałem paczki z Jędrzejowa, to jednak mój stan materialny był bardzo ciężki, to też starałem się o prace. Nie była to sprawa łatwa, ale wreszcie przy pomocy Al. Zacharskiego, kierownika Związku Jajczarskiego w Warszawie, mojego starego znajomego, otrzymałem bardzo skromnie płatną pracę w jajczarni w Siedlcach. Owa jajczarnia była oddziałem siedlecki powiatowej spółdzielni rolniczo - handlowej. Tam przepracowałem ze 3 miesiące, ale nie mogłem tam w Siedlcach znaleźć dla siebie żadnego mieszkania, bo przeszło połowa Siedlec była spalona. Wobec tego po trzymiesięcznej udręce musiałem się z tej pracy zwolni i wrócić do Warszawy.

Tu spotkam się ze swoim starym przyjacielem ab. Stanisławem Kruptą, który wtedy był wójtem we Wawrze. Okazało się, że wtedy działała już rejonowa spółdzielnia rolniczo - handlowa w Otwocku, a ab Krupta był w niej prezesem Rady Nadzorczej. Dzięki jego, więc pomoc otrzymałem w tej spółdzielni stanowisko magazyniera. Płaca była bardzo marna, bo Niemcy nie pozwalali na podniesienie płacy netto, ale był deputat żywnościowy. Pracowałem w tej spółdzielni przeszło dwa lata. Pierwszy rok jako magazynier drogi jako kasjer, oczywiście w Otwocku niezamieszkałem a z Warszawy dojeżdżam co dzień, ale dojeżdżał z Warszawy również i dyrektor tejże spółdzielni H. Erdman.

Gdym przepracował w Otwocku przeszło dwa lata, spotkam się w Warszawie z niejakim ab. Hippe, działaczem wiciowym. Mieszkała on w Radomiu i tam prowadził biuro podań i tłumaczeń na niemiecki, bo tym językiem dobrze władał. On mnie namówił, bym przeszedł do pracy powiatowy spółdzielni rolniczej - handlowej w Radomiu na stanowisko lustratora tejże spółdzielni, a że powiat radomski był połączony z kozienickim w jeden powiat było, więc tych fili kilkanaście. Płaca była kilka razy większa niż w Otwocku, a dysputant żywnościowy był lepszy.

Członkiem zarządu w tej Radomskiej spółdzielni był ab. Ziętek, którego znałem, gdyż był posłem ludowym w czwartym sejmie w okresie międzywojennym, Dzięki jego, więc pomoc otrzymałem prace lustratora filli przy Pow. Sp. Rol. Handl. w Radomiu. Jeden miesiąc zużyłem na badanie bilansów tychże filii, a następnie zacząłem jeździć do tych filii. Pierwszy wyjazd był do Koniewic. Pamiętam, że tam magazyn zbożowy, był prowadzony bardzo niedobrze było w nim ogromne mnóstwo myszy. Praca lustratora szła mi dobrze. Mieszkałem u Franciszka Chyba, również byłego posła ludowego do trzech sejmów w okresie międzywojennym. Tak przepracowałem przeszło pół roku.

Pewnego dnia, gdym po ukończonej lustracji filii przygotowywałem w lokalu księgowości sprawozdanie z tej ilustracji weszło do tego lokalu kilku chłopów. Jednej z nich poznał mnie, bom przed wojną drugą często jeździł do Radomia na zjazd powiatowe SLu. Poznawszy mię nieostrożnie, zwrócił się do mnie z zapytaniem: „Panie pośle, co pan to robi?”. Odpowiedziałem mu, że jestem tu lustratorem filii. Na tym się rozmowa skończyła, ale na dziale księgowości pracowało kilkanaście osób, zwłaszcza kobiet. Może po dwóch godzinach wezwał mnie do swego biura niemiecki komisarz tej spółdzielni. Był to na szczęście Niemiec z Wiednia, osobiście bardzo porządny człowiek. Gdym się zjawił u niego w biurze powiedziała mi: „Przed chwilą otrzymałem z księgowości doniesienie, że pan był posłem, a więc jest pan działaczem politycznym. Niech pan jeszcze dziś, nic nikomu nie mówiąc wyjedzie z Radomia.” Podziękowałem mu za dobrą radę, a tegoż wieczoru zabrawszy wszystkie swoje rzeczy pożegnawszy się z Fr. Chybem opuściłem Radom i powróciłem do Warszawy.

Po moim wyjeździe był w Radomiu spokój, ale tylko z 2 tygodnie; po dwóch tygodniach gestapo niemieckie na całej ulicy pierwszego maja zrobiło gruntowne rewizje, wyaresztowali kilkunastu mężczyzna, a gdy ci się zjawili do Chleba aresztowali jego i jego żonę i wywieźli do obozu. Na szczęście oboje po wojnie powrócili, choć wymizerowani nie do poznania. Gdyby mię był niemiecki komisarz nadał, pozostawił byłbym aresztowany i ja i czy bym przetrzymywał pobyt w niemieckim obozie zniszczenia nie wiem.

Wróciwszy do Warszawy znowu wymyślałem, gdzie szukać pracy i jakiej. Spróbowałem zostać prace w Rejonowa Spół. Rol - handlowej w Otwocku, ale tu nie pracowałem, bo wszystkie miejsca były zajęte. Wobec tego postanowień zaopatrywać prywatne spółdzielnie rolniczo handlowy w towary których albo nie miały, albo miały za mało. Takim towarem było przede wszystkim mydło. Wyszukałem na Targówku - Osiedlu takiego byłego pracownika poczty który fabrykował mydło. To mydło nazywało się „Biel”. Tę to „Biel” dostarczałem i do Otwocka, i do Falenicy, i do spółdzielni w Międzylesiu, w Wołominie, w Jabłonnie w Piasecznie w Górze Kalwarii.

Później znowu poznałem takiego pana, który dostarczał do niemieckich szpitali polowych szczotek do szorowania podłóg. Wyszukałem związek Ociemniałych i od niego zakupiłem dużą ilość szczotek do szorowania podłóg i takowe sprzedałem do wyżej wymienionego dostawcy. Kierownikiem spółdzielni w Łochowie był Bon, były poseł na Sejm z NPCh, dostarczałem mu mydło ale raz dostarczyłem o 4 metry cukru. A ten pan, który zaopatrywanie miejskie szpitalnictwo kupił ode mnie raz 1000 chusteczek kobiecych na głowę i takowe dostawy do Wilna. Temuż pana dostarczyłem 1000 różańców dla arcybiskupa Jałbrzykowskiego w Wilnie.

Jak z tego widać szło mi głównie o to, „aby handel szedł” i abym przetrwał okupacje. Kierownikiem Rejonowej Spół. Rol - Handlowej w Rembertowie był mój dobry znajomy. Jemu też dostarczałem mydło, ale w 1943r. na jesieni z jego polecenia zagraniczna zorganizowałem na Zaciszu w Markach, na Starym Bródnie, i wy Żeraniu zsyp kontyngentowy ziemniaków przez rolników, producentów, które to ziemniaki były następnie rozdane biednej ludności w tych miejscowościach.

Oczywiście miałem wyznaczane pieniądze, które zapłaciłem dostawcą, a biedna ludność zapłaciła za ziemniaki cenę urzędową w gminach. Za to otrzymałem od Społecznej Spół. Rejonowej w Rembertowie pieniężne wynagrodzenie i 5 metrów ziemniaków bezpłatnie. Co mi wystarczyło na całą zimę i wiosnę roku przyszłego. A ponieważ trzeba było jednak mieć jakieś dokumenty pracy przeto wójt w Warszawie ab. St. Krupa krupka zorganizował tam przy Radzie Gminnej - Komisję Rozbudowy Warszawy. Kierownikiem tej akcji został były oficer polski który się zgłosił do Oflagu, a z zawodu był architektem; ja zaś zostałem sekretarzem tej komisji z tego powodu otrzymałem od Wojtka ab. St. Krupskiego zaświadczenie że jestem pracownikiem urzędu gminnego w Warszawie, zaświadczenie było napisane po polsku i po niemiecku, i chroniło mnie na wypadek niemiecki rewizji osobistej. Istotnie kilka razy się z nim legitymizowane z dobrym dla mnie skutkiem.

A co robiłem w tej komisji? Posiedzeń było kilka i prowadziłem na nich protokoły, nawet mi gmina coś za to płaciła, a bo chodziło o to by na wypadek kontroli w gminie moja legitymacja miała odpowiednik w kasie gminy. Kierownik tej komisji, ów były oficer zakonspirowany i architekt opracował b. dobry plan przebudowy Wawra na podwarszawskie miasto ogród. Plan był znakomity i chyba w aktach do dziś jest, ale nie jest wykorzystywany, bo brak na to środków, któż wtedy mógł przewidywać, że cała Warszawa będzie zburzona i że trzeba ją będzie odbudować wcześniej, niż ma być przebudowa Wawra.

Gdym się w ostatnich czasach zajmował handlem to jeździłem częstej do i Jędrzejowa, i do Sudołu. Woziłem wtedy do Jędrzejowa na handel chusteczki kobiece i skarpetki. Wtedy też często spotykam się z Kacprem Niemcem. Zarząd powiatowy S.Lu w Jędrzejowie (w konspiracji) postanowił przystąpić do połączenia batalionów chłopskich z Z.W.Z. Kacper Niemiec to wykonał. Ale organizacja Batalionów Chłopskich w powiecie jędrzejowskim była tak silna, że z całej polski tylko w powiecie jędrzejowskim komendant Batalionów Chłopskich został powiatowy komendant A.K. Był nim ów Kacper Niemiec, obecnie Mir Niemirski.

Często się z nim wtedy widywałem i przestrzegałem bym się jak najdalej trzyma od Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ), które popracowałem z Niemcami, a natomiast przyjaźnie współpracował z Armią Ludową, tak też robił. Tak przyszło lato roku 1944. Było gorące tak, jak i w roku 1939 ale rok 1944 tym się wybitnie różni od 1939, że w roku 39-tym Hitler rozpoczyna swoją wielką grę panowanie nad światem, a w 1944 już ją kończył, kończył nie tylko ową wielką grą, ale i swoje życie. Kto go zniszczył? Związek Radziecki i wielki sprzymierzeniec tego związku - mróz.

Nie będę opisywał przebiegu walk, bo to uczynią i czynią liczni historycy, a ja jestem tylko pamiętnikarzem. A więc najpierw wybuchło to powstanie w Getcie Warszawskim. Trwało ono kilka tygodni i okazało się, że w szeregach rzekomo tchórzliwego narodu żydowskiego było dużo bohaterów, którzy podjęli walkę zupełnie beznadziejną, a podjęli się jej, by bronić honoru narodu żydowskiego. Cześć im!

Drugim wydarzenie było powstanie warszawskie. Nim przejdę do tego tematu, muszę przecie przypomnieć, że niedobitki wielki armii hitlerowskiej w lecie tegoż roku cofały się na Vaterland. Za nimi w ślad szły wojska radzieckie i dywizja Kościuszkowska. W lipcu tegoż roku armia radziecka i dywizja Kościuszkowska przekroczyły Bug, zdobyły Chełm a następnie Lublin. Tam powstało PKWN, a więc pierwszy rząd ludowy. Premierem został Osóbka Morawski, a wicepremierem mój stary przyjaciel i były członek Stronnictwa Chłopskiego Stanisław Janusz, ten sam wysoki i dużymi jasnymi wąsami. Gdy lato było w pełni, wybuchło powstanie Warszawskie. Wtedy armia czerwona stała już w Mewkach.

Możliwe, że organizatorzy powstania mieli nadzieje, że opanują Warszawę i stworzą rząd tymczasowy contra PKWNowi. Zdaje się, że taki pogląd i zamiar miał Mikołajczyk, który w tym czasie dużo znaczy w Rządzie Londyńskim. Rzeczywisty przebieg wypadków był zupełnie inny. Powstanie Warszawskie mimo radykalnego bohaterstwa Warszawy nie opanowało, ale spowodowało całkowitą ruiny stolicy. Śmierć przeszło 100 tysięcy warszawiaków, a więc było to straszna klęska, a od strony politycznej kolosalny błąd. Tak się złożyło, że w dniu wybuchu powstania w samo południe byłem śródmieściu i dowiedziałem się, że wybuchnie ono po godzinie piątej. Jako zdecydowany przeciwnik tej głupoty politycznej nie mogłem brać tej brać w tej akcji udziału.

Spieszyłem przeto w stronę mostu Kierbedzia, by przed piątą po południu zdążyć do domu. Gdym przechodził przez plac Napoleona obok gmachu poczty głównej, zobaczyłem iż mój dobry znajomy Franciszek Szafranek, oficer AK spaceruje przed gmachem tej poczty w butach i ze szpicrutą w ręku. Zapytałem go, co to robi? Odpowiedział: „moja kompania piechoty stoi to już ukryta w bramach i czeka rozkazu; moim zadaniem jest zdobywać ten o to gmach poczty głównej”. A gdym się go zapytał, co o tym myśli, odpowiedział: „jest to wielka głupota. Porywamy się z motyką na księżyc! Ale jestem oficerem i rozkaz postaram się wykonać!”

Pożegnałem się z nim i poszedłem na most Kierbedzia. Tramwaje już nie szły, a niemieccy saperzy już na tym moście zakładali miny, ale przechodniów nie zaczepiali. Przeszedłem, więc przez most i zdążyłem jeszcze przed piątą godzina powrócić do domu. Po godzinie się rozpoczęło. Rozpoczęło się ono nie tylko w Warszawie na lewym brzegu Wisły, ale i na Pradze, a nawet i na Nowym Bródnie. W Warszawie lewobrzeżnej powstanie nie miało powodzenia, tym bardziej nie mogło go mieć na Pradze, na okrainach której była już linia obronna niemiecka od strony wschodu. Boć armia radziecka doszła już do Marek, Rembertowa, Wawra. Było, więc na Pradze wielkie stłoczenie wojska niemieckiego które broniły tego praskiego przyczółka obronnego. Słyszałem, że niektóre grupy powstańcze na Pradze próbowałem nocą napadać z tyłu na niemiecką linie obronną, ale doznały ciężkich strat.

Natomiast na Nowym Brodnia, gdzie nie było wojsk niemieckich, powstańcy zajęli Nowe Bródno bez walki, warsztaty kolejowe również. Wzięli też do do niewoli kilkunastu niemieckich kolejarzy, którzy zresztą wtedy mieszkali na Nowym Brodnia. Było to wieczorem w dniu wybuchu powstania. Następnego dnia cały dzień kopali okopy, a po zachodzie słońca tegoż drugiego dnia dowództwo powstania odwołało powstanie; widziałem więc po zachodzie słońca drugiego dnia, że powstańcy, którzy zajęli Nowe Bródno, wypadali z tego osiedla na cmentarz Bródnowski, tam się zdemobilizowali i rozeszli.

Do dziś nie wiem kto był komendantem powstania na Pradze, ale jedno wiem, że był to człowiek roztropny. Zaraz pierwszego dnia dojrzał niedorzeczność powstanie na Pradze, a drugiego dnia powstania praskie rozwiązał. Uratował w ten sposób ludność Pragi, od rzezi, a domy od ruiny. To też Praga ocalała! Dzięki rozumnemu komendantowi powstania warszawskiego na Pradze.

Choć armia radziecka i dywizja Kościuszkowska stały na linii Pustelnik, za Rembertowem i za Międzylesiem, to jednak ofensywy nie rozpoczęły; było widoczne, że czekają na wyrównanie linii frontowej przegrupowują się do nowego uderzenia. Korzystając z tego czasu Niemcy przedostali się w Warszawie przez środek powstania i obsadzić drugi brzeg Wisły. Uderzenie nastąpiło dopiero w połowie września; szkło ono wzdłuż Wisły od południa ku północy; Niemcy się dobrze bronili, ale powoli etapami wycofywali się ku północy.

Przy zdobywaniu Pragi w pierwszym rzucie szła dywizja Kościuszkowska, a więc najpierw zdobyto Wawer, później Rembertów, następnie Grochów, później Pragę, ale tylko do linii kolejowej od dworca Gdańskiego do Targówka. Walka o tor kolejowy: dworzec Gdański, Targówek, a następnie o Nowe Bródno trwała dwa dni. Obronę niemiecką stanowiły czołgi wielkie (Tygrysy). Po dwóch dniach walki wycofali się Niemcy z Nowego Bródna stacji kolejowej Praga do Płud. Ciekawe, że obrona Nowego Bródna przez Niemców była zainstalowana w tym samym miejscu w którym roku 1939 wojsko polskie broniło tej dzielnicy. Dom w którym mieszkam był solidnie przez dywizja Kościuszkowską ostrzelany: 4 pociski artyleryjskie uderzy w ulicę przed domem, jeden pocisk uderzył z góry w lewą ścianę, ześlizgnął się po niej po ziemi i wylądował obok fundamentów, a duża bomba lotnicza uderzyła w ziemię o metr od prawej ściany i wyrwała lej tak głęboki, że woda w nim stała; a ponieważ pękła w ziemi to ściana ocalała.

Nie wszystko się jedna udało, bo wtedy połowa Bródna została spalona. Niemcy zaś wycofali się do Płud poza kanał: Wisła - Bug. Wojska radzieckie zajęły Pelcowizne i Annopol. Rozpoczęła się walka o kanał. Była ciężka, bo Niemcy za tym kanałem przyszykowali sobie solidnie okopy. Ostra i ciężka walka trwała przeszło dwa tygodnie. O ile mnie pamięć nie myli, a zdaje się że nie, zdobycie Nowego Bródna Annopolu itd. było 15 września, a zdobycie Pud na początku października 1944 roku. Podczas zdobywania Płud i walki o nie została całkowicie spalona Pelcowizna. Dla mnie, więc mieszkańca Nowego Bródna, na Pradze okupacja hitlerowska skończyła się 15 powyżej wymienionego roku.

W tym czasie syn mój był już Sudole, starsza córka brała udział w powstaniu warszawskim jako sanitariuszka, przeważnie na terenie na południe od Alej Jerozolimskich, a młodsza była razem z nami - rodzicami. W ostatnim dniu przed wycofaniem się z Nowego Bródna Niemcy przy pomocy policji granatowej urządzili na Nowym Bródnie pobór młodych mężczyzn i kobiet do roboty. W tym celu kazali wszystkim młodym mężczyzną stawić się przed komisariatem polowym Po. Państwowej na Nowym Brodnia, a kobietom przed pocztą. Gdy to było wykonane Niemcy biegali po domach i sprawdzali, czy ktoś zdolny do pracy nie przebywał w domu.

Sporo mężczyzn i kobiet (oczywiście samotnych, bezdzietnych) stawiło się na te punkty zborne; tych Niemcy załadowali do pociągów i wywieźli do Pruszkowa, skąd ich wysłali do pracy w fabrykach. Kto się zaś dobrze ukrył ten się ostał, bo Niemcy nie mieli już czasu na rewizję dokładnie. Mnie i żony nie zabrali, bo byliśmy za starzy, córka (młodsza) ukrywała się dobrze w piwnicy i również pozostała. Później po zakończeniu wojny mężczyźni i kobiety zabrani z Nowego Bródna powrócili do domów wymizerowani, ale zdrowi. Kiedy wojska radzieckie i dywizja Kościuszkowska przeszli prze kanał i zdobyli Płudy, zaczęli wypychać Niemców ku północy za Jabłonną i Legionowo. Wtedy dla nas przestał istnieć front na północy od Pelcowizny, a zaistniał na Wiśle, boć przecie Niemcy pozostali na lewym brzegu Wisły, t.j. w Warszawie.