Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 9)

b-2aRozdział VIII

Można by o tych ludziach nieskończenie.

- A można by.

- Żywy kapitał.

- Kapitał. Ale czy żywy?

- Żywy.

- Ot, pytanie.

- Nie marudźmy, sprawdzajmy.
Nauczyciele - są? Są. Dużo? Bardzo dużo jak na tak małą mieścinę. Sto kilkadziesiąt osób. I co? Martwota? Nie, skądże. Własna spółdzielnia mieszkaniowa, sporo domków pobudowano. ,,Domki Kozłowskiego”. Dlaczego Kozłowskiego? Przewodniczący Oddziału Związku tak się nazywa, pięćdziesiąty trzeci rok życia, a temperament młodzieńczy; za co by się wziął, pali mu się w rękach. Teraz wpadł na pomysł wybudowania świetlicy nauczycielskiej. Będzie nowy blok, trzy piętra, więc się na parterze zrobi świetlicę. Salę widowiskową na sto pięćdziesiąt, dwieście miejsc, ze sceną. Trzy pokoiki noclegowe. Biuro Zarządu Związku i pokoik na pomieszczenie gospodarcze, gdzie by kawę i kanapki przygotować można. I jeszcze związkowa biblioteka. Nauczyciele opodatkowali się jednym procentem od rocznej sumy poborów, Kozłowski z oszczędności na swym administrowaniu przez dwa lata wysupłał z kasy Zarządu jeszcze trzydzieści sześć tysięcy złotych. Czy będzie świetlica? Cóż za pytanie! Na pewno będzie.
Pomyśli kto, że to wszystko? Nie, gdzieżby. A Robotniczy Uniwersytet ZMS-u? Znowu Kozłowski z kolegami; nie dość, że normalne szkolne zajęcia, to jeszcze dalsze lekcje, dziesiątki godzin. Prowadzą aż cztery kursy, oparte na różnych zestawach przedmiotów. Polski z rosyjskim i historia, to znowu matematyka z biologią i językiem. Robotniczy to on jest nie bardzo, ten uniwersytet, bo uczą się tam maturzyści obu liceów i eksterniści z Liceum Korespondencyjnego. Powtarza się program szkoły z pewnym rozszerzeniem; są to właściwie kursy przygotowawcze do egzaminów na wyższe uczelnie, bardzo potrzebne, bo wyrównujące pozycje startu wobec tych z Jędrzejowa, którzy nie mają za sobą ekskluzywnych warszawskich czy krakowskich szkół średnich...

Inni znowu opiekują się harcerstwem. Matematyk Kniewski od czterdziestego siódmego, jeszcze jako chłopiec, pasjonował się obozową kuchnią, to mu już w nawyk przeszło; nie ma chyba w kieleckim kwatermistrza tej klasy, każde harcerskie lato zaczyna się od pytania o plany Kniewskiego. Miałby podstawy do znudzenia dzisiaj, skoro tyle to lat minęło od pierwszej „wykapki”, a „pan psor” zjeść lubi dobrze, zwłaszcza że manu propria kucharzy. Jednak, choć jędrzejowskich tradycji spadkobierca, nie chowa swych talentów, nie kryje się, co i trudne byłoby, jako że tusza „pana psora” je zdradza, ale rok w rok staje do apelu w potrzebie.
Niestara to społeczność i wcale ruchliwa, jak widać. Na wigorze jej nie zbywa; para polonistów, która się zeszła w jedno małżeńskie stadło, przy uczniach potrafi spory wieść o poezję współczesną. Ona lubi dzisiejsze ludzkie niepokoje, on dawniejsze, ona klasie prezentuje nawet i najmłodsze pióra: Śliwiaka, Herberta, on ma ich za mistyfikatorów, ona spokojniejsza, on impulsywny, zadzierzysty, przy tym dydakta urodzony, bo zapaleniec święty, za to we współżyciu trudniejszy, jakkolwiek harcerz były, bo impet i drażliwość w tym wielbicielu romantyków iście nie nauczycielska: Sam coś z poety i coś z Przypkowskiego.
Ta wrażliwość niczym mur obronny zamyka świat nauczycieli w małą twierdzę; ta sama ona u reszty, co u pana Krzeszowskiego, bardziej jeszcze może szlachecka, honorna niźli wywodząca się z chmurności bohemy.
Lekarze związani są w jeden klan, prawnicy - w drugi, nauczyciele - w trzeci.
Osobno jeszcze urzędnicy i ludzie techniki, fachowcy.

Lekarze zapraszają nauczycieli na wspólny wyjazd do Krakowa; nauczyciele i pojechaliby, lecz odmówią, podziękują. Nie będzie okazji do rewanżu, bo kieszeń nauczycielska nie tak zasobna. W towarzystwie lekarze potrafią sypnąć groszem, przyjdzie na stół szampan, likiery; nauczycielowi starczy ledwie na ćwiartkę, jeśli pije w ogóle, wyborowej. A są tacy na wsi, co mają po tysiąc złotych miesięcznie, zwłaszcza młodsi, na dorobku; ci nieraz do Jędrzejowa muszą po chleb jeździć, bo się miejscowemu GS-owi nie opłaca sprowadzać go specjalnie dla pana nauczyciela. Taki „jednopatykowiec” na balu w karnawale, gdyby i przyszedł, trzymać się będzie z daleka - swoich rozpozna zresztą bez kłopotu, więzi zawodowe określają geografię sali. Łącznikami w rezultacie bywają przedstawiciele inicjatywy prywatnej; ci z elitą chcą być za pan brat, czy elita ma pieniądze, czy nie ma, warsztat mechaniczny, taksówka czy samochód ciężarowy, każda własność dobra, jeśli tylko daje podstawę do kupna biletu, biletu zbyt drogiego w pojęciu niezainteresowanych, uprawniającego do wstępu na „ekskluzywną imprezę”.

Ambitny jest ten światek nad wyraz, choćby się i nie przyznawał, bronił przed posądzeniami. Nie dość zamożny, by równać się w dobrobycie z eskulapami, więc też swoje inteligenckie szlify chroniący przed zakusami uzurpatorów. Kto dla nich rangę już kiedyś zdobył, pozostanie członkiem Miasteczkowej elity, lecz kto nie humanista lub nie pedagog z wykształcenia, długo wart będzie tylko opinii umysłowego nuworysza. Z inżynierem, działaczem, urzędnikiem - w dodatku bez wyższych studiów - można się spotykać, rozmawiać, załatwiać wspólne sprawy, związane z wychowaniem dzieci, lecz równości mu się nie przyzna; uprzejmie, więcej: Kordialnie można go potraktować, lecz zawsze z wewnętrznym zastrzeżeniem, że on sine nobilitatis. Odeszli bene nati, minęli dobrze mający, zostali oni, bene educati, nadal przecież ci sami: Szlachta.

* * *

Jędrzejów łatwo daje się „organizować”, jeśli tylko znajdzie się ten jeden ktoś, zdolny to zrobić. Każdy tu sobie pan, jednakże garnący się do działania', gdy kolejny Judym zaświeci przykładem, niecąc wyrzuty sumienia i chęć rywalizacji. Proces zgodny, zauważmy z doświadczeniem pozajędrzejowskiej historii - póki nie zacznie się sezon na nowe religie, wszystkim wystarcza jedna stara; niech jeden wymyśli co nowego, nuże każdy, kto potrafi, koncypować własne, iść o lepsze z tym pierwszym.

W Jędrzejowie we współzawodnictwie hamuje jednych obawa przed blamażem, drugich lenistwo. Judymowie zatem albo niewielu mają adherentów, albo nieco ospałych, powiedzmy delikatnie. Dyrektor Fermentowni Tytoniu, Oliwkiewicz, grywał w szachy, drużynę miasta wyprowadził przed laty na drugie miejsce w województwie. Dziś nie gra; klub zwracał się do niego, by reaktywował sekcję. Oliwkiewicz odparł, że chętnie zagra, lecz kierownikować nie będzie, ma dosyć. Niegdyś, przed wyjazdem na mecz do innego miasta, wstawać musiał w niedzielę trzy godziny przed innymi, obchodzić pozostałych członków drużyny, czasem i ściągać z łóżek; bywało zaś, że i w niepełnym składzie wyruszali w drogę, z góry oddając punkty na którejś szachownicy.
To samo w każdym sporcie jędrzejowskim: Jeśli są liderzy, dana gałąź rozwija się. Kiedyś dziewięciu zawodników z jedenastki piłkarskiej „Naprzodu” miało średnie wykształcenie, dziś nie ma go ani jeden, a klub ryje nosem gdzieś w dołach tabeli. Odeszli wodzowie. Działał harcerski „Błysk”, dziś go nie ma - działaczy nie stało. W Skroniowie drużynę piłki nożnej obdarzyły władze wysokim kredytem na budowę stadionu - stadion zrobiono, lecz się gracze i organizatorzy rozjechali w pogoni za pracą i nauką po Polsce; dawniej była B klasa, teraz i C nie ma.

Sport jest niby doskonałym czynnikiem integracji, ale nie w Jędrzejowie. Byłaby może kultura - przed wojną, opowiada się, na uroczystościach aż trzy orkiestry szły i śpiewał chór „Echo” - dziś jednak w sukurs tradycyjnej izolacji przyszła telewizja. Pan Pacanowski, któremu kino upaństwowiono w roku 1945 - prowadzi je do obecnej chwili - płacze i oburza się; telewizja unicestwiła jego zawodowe ambicje, dobierał zawsze filmy kasowe, umiejętnie je reklamował. Patriota kina, wiernych jeszcze dotychczasowej rozrywce łapie za klapy, hołubi niemal, wzruszony do łez:

b-ostatki 06- Cóż to za inteligenci, co sobie kupują telewizory...? Bez kina nie można. Ach, proszę państwa, to jedyne miasteczko w Polsce, które kina nie docenia, okropność, żałosne widowisko... A jeszcze niektórzy umyślnie przychodzą mnie zranić w serce, nie kupują biletu, mówią tylko: „Panie Pacanowski, przyszedłem panu powiedzieć, że już moja noga u pana w kinie więcej nie postanie. Kupiłem sobie telewizor”.

...I odchodzą z triumfalnymi minami. Pacanowski ręce unosi do góry gestem natchnionego kaznodziei.

- Bez kina, powiadam, nie ma inteligenta. Któż kupuje telewizory?

- Ci, którzy wychodzili w trakcie seansu z „Viridiany”, z Bergmana.

- A czyż oni zobaczą kiedy w telewizji Bergmana, Bunuela?
Złośliwi docinają:

- Utop już pan ten swój stary okręt, panie Pacanowski. Kino idzie na dno. Budę na dansing przerobić, i to nie wiadomo, czy się nada.
Pan Pacanowski ociera łzy chusteczką, lecz w kącikach oczu gromadzą się nowe; odwraca się, siąka głośno:

- Przepraszam, my oboje z żoną tacy uczuciowi...
Pan Pacanowski walczy przeciw nowym prawom, czuje się kapitanem tej arki kultury, co krok przez nowego odstępcę porzucanej. Tonie okręt, sojuszników brak, kultura nie ma wodza w Miasteczku.

* * *

Bo też kulturą jędrzejowską przez siedem lat chudych różni rządzili ludzie...
Jeden z nich miał chody bodajże jakieś na kieleckim szczeblu, bo sporo czasu się utrzymał. Była to postać, nie da się zaprzeczyć, barwna. Co skończył, tego nie próbował nawet żadnym papierkiem udowadniać; kiedy wreszcie zdecydował się pójść do szkoły, ocenił się na dziesiątą klasę. Zasiadł w dziesiątej, lecz zjawił się wizytator i wygonił go do ósmej. Poszedł do ósmej - despekt; młodszy brat zatrzymał się na maturze, nie dopuszczono go ze względu na kłopoty z językiem polskim. Ojciec obu panów, nazwijmy ich X, przymaszerował z interwencją do polonisty, Krzeszowskiego właśnie:

- Niech pan coś zrobi, żeby go dopuścili.
Krzeszowski się żachnął, odpowiedział jednak spokojnie:

- Nie ja, komisja złożona z jedenastu osób decydowała.
Ojciec X, jakby głuchy:

- Ale pan może.
Krzeszowski już głosem lekko drżącym:

- Nie ja.

- Ale gdyby pan chciał, toby mógł coś zrobić.
Tu już Krzeszowski nie strzymał, szarpnął się:

- Ale nie chcę.
Stary przeciągle:

- Taak? To zobaczymy, czy pan nic nie zrobi.
Krzeszowski opanował się, doprowadził gościa do drzwi:

- Powiem nawet panu, gdzie pan może jeszcze iść ze swoją skargą. Najpierw w kuratorium, a jeśli kuratorium zawiedzie, to w ministerstwie. Wyżej to już tylko do przewodniczącego rady ministrów, tylko nie wiem, czy będzie miał czas pańską sprawą się zająć.
W parę dni potem starszy z braci spotkał Krzeszowskich na ulicy, zwymyślał; Krzeszowski, gdyby nie powaga zawodu, byłby się może nie powściągnął, bo impetyczny, a przy tym rozrosły, krępy i zdrowy. Zreflektował się jednak, odciął się tylko napastnikowi ostrym słowem, przedstawił sprawę organizacji partyjnej. Dyrektor szkoły przeniósł ją na forum powiatowego stopnia, dostał X naganę z wpisaniem do akt.
Czym się X zajmował? Opiekował się gośćmi jędrzejowskiej kultury - na swój sposób; to aranżował spotkania z czytelnikami, to wizytę u Przypkowskiego, to wódkę jakąś; gość wyjeżdżał z Miasteczka zadowolony i z honorarium w kieszeni, działacze jędrzejowscy zostawali na miejscu z dużo mniejszym zachwytem.

Dla przyjezdnych X był śmieszny i nieszkodliwy; w domu przecie groźny i gorszący - kiedy przebywał gdzieś w towarzystwie, dajmy na to, wziętego poety, otwierał jego wieczór autorski: „To jest kolega taki a taki, poeta, a ja X, też człowiek pióra; kolega tu przeczyta swoje wiersze i ja potem też coś przeczytam”. Po czym „kolega” czytał i „kolega X” czytał także, obaj w poincie pobierali pieniądze, trzysta złotych „kolega” i trzysta - „kolega X”. X potrafił sobie znaleźć okazję i bez odwiedzin zamiejscowego literata. Jeśli odbywały się gdzieś w powiecie eliminacje konkursu recytatorskiego, objawiał się nagle X, odczytywał porcję swych utworów i budżet wiejskiej szkoły przyprawiał o kolejny wydatek trzystu złociszów. Miał po temu odpowiednie przesłanki - patronował recytatorskim turniejom, lubił zasiadać w jury; za to kiedy po raz pierwszy otworzył usta, nauczyciele o mało z krzeseł nie pospadali. Na koniec mu jedna z polonistek jęła podpowiadać słowo za słowem... W punktacjach różnice między nim a resztą sędziów trafiały się diametralne, więc następnego roku zaglądał w karty kwalifikacyjne sąsiadów, u siebie zaś wpisywał o punkt mniej lub więcej.

Tym sposobem i w innych problemach sianem wykręcał się jakoś, szczerze zmartwiony, gdy mu któryś zespół teatralny przynosił za długi tekst do wglądu:

- Co, znowu gracie? I ja mam to wszystko przeczytać? Kiedy ja to zrobię...?
Poszedł wreszcie pracować na placówkę o zupełnie innym przeznaczeniu, przeświadczony, zdaje się, że go skrzywdzono i że padł ofiarą inteligenckiego spisku jędrzejowskich teatromanów i poetów.
Z tym wszystkim postać trochę śmieszna, trochę w swych bujnych ambicjach wzruszająca, jeśli patrzeć z perspektywy czasu, który upłynął od jego panowania w Miasteczkowej kulturze.
Dziś Wydziałem Kultury rządzi człowiek taktowny i ze wszech miar poprawny, jednak bez ambicji przewodzenia: Nie ma lidera.
Pardon, nie ma urzędowego lidera.

* * *

Gdybyśmy o nich nie wiedzieli, dałoby się to wydedukować. Gdyby nie istniały, trudno by było w to uwierzyć. Charakter Miasteczka (bo jednak działa coś takiego jak charakter Miasteczka, czyli pewien zespół ludzkich cech dominujących w tej społeczności, cech przez tę społeczność forytowanych, a tym samym umacnianych w swym panowaniu), otóż charakter Miasteczka implikuje obecność w nim osobników, których próżność, w większości nie uświadomiona, domaga się objawów cudzego aplauzu, których stanowiska nie zaspokajają w pełni ich pojęcia o sobie. I tym dopingowani szukają innych, z którymi wejść mogą w kontakt oparty na wzajemnej akceptacji. Polacy zresztą jako naród w przewadze swej są niedoszłymi wielkościami; z tych połowa to niedoszli pisarze, aktorzy, filozofowie, jednym słowem ludzie z intelektualnego świecznika, tak czy siak ludzie z ambicjami: Jedni w porę zrozumieli, gdzie kończą się ich możliwości, inni tego nie pojęli i nie pojmą do końca życia.

b-ostatki 07Najmilsi są ci pierwsi. Zadowalają się swymi „normalnymi” profesjami i tylko w przystępie rozrzewnienia czy wzruszenia uchylą rąbka swych intymnych sekretów. Lecz ich życiowa aktywność nie pozwoli im ograniczyć się do przyziemnych więzów: Gdy nadarzy się okazja i spotkają grupę sobie podobnych, organizują skromną, aleć zawsze jakąś tam rekompensatę w postaci zespołu amatorskiego teatru, chóru czy tańca. Im starsi, tym mniej będą żywili złudzeń, tym głębiej ukryją motywy, więcej: Zademonstrują wobec swej „zabawy” poczucie dystansu, poczucie swej śmieszności nawet. Lecz nie wierzmy im: W głębi ducha każdy z nich widzi swą amatorską scenę - wielką scenę, siebie - Gerardem Philipem lub Jeanne Moreau, jeśli oczywiście wie, co oznaczają te nazwiska. Są to ludzie o bogatej wyobraźni, której dramatów nikt nie opisał i być może nie opisze, bo nie będzie ich umiał zrozumieć.

Każdy z nich wnosi do zespołu bogactwo swej ambicji i dlatego ruch amatorski w zasadzie nie wyłania ze swego łona przywódców; nie zaczyna od skupiania się wokół nich, inaczej niż w przypadku sportu czy polityki. Tak więc Jędrzejów musiał, samą siłą swego charakteru, stworzyć jakieś formy działania dla jednostek o predyspozycjach, które opisaliśmy nieco wyżej. Jak się rzekło, byłoby dziwne, gdyby ich nie było.
I są. Od dawna.

Z seniorów każdy prawie ze stażem ponad ćwierć wieku. Pan Sajdak - ponad czterdzieści; pan Zawłocki (obliczył dokładnie) - trzydzieści sześć lat. Pan Kulpiński jeszcze w teatrze miejskim w Sosnowcu pracował jako dekorator. Pan Pomorski zaczął w czasie wojny, gdy brakowało jakichkolwiek rozrywek, pani Pomorska jest profesorką polskiego, dom tradycje miał i kontakt nieprzerwany z kulturą. Pan Pomorski - dwadzieścia pięć lat pracy w księgowości - zawsze musiał, to widać, liczyć się wysoko w opinii Miasteczka; kwalifikacji przydawał mu po temu nie tyle własny dom i urzędnicza pozycja, ile talenty towarzyskie: Jeszcze pięćdziesiąt lat wstecz w pełnej gali fin de siécle'u byłby pan Ferdynand pierwszym lwem salonu, nawet tak, jak dziś wygląda. Wąs, gest i wzięcie, owa płynność ruchu, połączona z dwornością, wszystko to żywcem stamtąd. Patrzysz na człowieka w sportowym swetrze, w narciarskich butach, i wiesz, że to nie to, że wrażenie jest fałszywe, masz przed sobą nie pana Pomorskiego, dziś pracującego w PPK Ruch, lecz pana Freda, który lat temu kilkadziesiąt nie pospolitowałby się na przykład towarzystwem syna malarza pokojowego, nawet gdyby ów malarz nosił nazwisko Bożęcki, na milę pachnące zapomnianymi szlacheckimi antenatami.

Dziś „pan Fred” siedzi na tapczanie w pozycji Batorego pod Pskowem (znów reminiscencja wzrokowa, toż oni wszyscy w Jędrzejowie skłonności mają do rozsiadania się w ten sposób, także i ci, których wcale jeszcze obfitość brzucha do tego nie zmusza; szabla zresztą na obrazie Matejki tylko pozór dla owej pozycji ma stwarzać; nota bene ciekawe, czy skromny mistrz Matejko orientował się w tych niuansach techniki szlacheckiego siadania?), trochę to ma znamionować ową niedbałą w odruchu fraternizację ze wspólnikami zabawy, trochę w tym owej starej rubaszności, manifestowanej prostoty; pan Pomorski siedzi i spod krzaczastych brwi śledzi akcję próbowanej sztuki - Thorntona Wildera. Thornton Wilder „idzie” w największym pokoju mieszkania referentki z PSS-u, pani Trylik. Osiem lat pracowała jako dekorator, dziś jest referentką do spraw przemysłowych.
W jej mieszkaniu - z podwórka, w centrum Miasteczka, wejście do sieni, z niej na lewo mieszkanie, na prawo samodzielny, duży pokój z piecem - odbywają się próby. Pani Trylik ma być skłonną w zachowaniu do szarży, podstarzałą amerykańską damą; podstarzałe damy - czy na Dzikim Zachodzie, czy w Europie Środkowej - są w stylu podobne do siebie, wszędzie są podstarzałymi damami w pretensjach. Pani Trylik nie jest nią, a przecież gra. I jak gra!

- Wierzycie w teatr amatorski? - zapytacie.

- Nie, dotąd nie wierzyliśmy ani trochę.

- Jasne, Polacy są z natury sztywni.

- Tak, ale... którzy Polacy?

- Znacie innych?

- Właśnie w Jędrzejowie; choćby panią Trylik. Zdumiewające. Nigdyśmy nie przypuszczali, że na to można patrzeć. Oczywiście dobrano dla niej rolę, którą może zagrać. Nie zagra lady Makbet, to pewne. Ale histeryzującą panią z kanarkiem - świetnie.
Pani Trylik śmieje się z siebie. Śmieje się - i gra. Najprawdziwiej. Ona tu wcale nie jest sobą, nie ujawnia siebie zamaskowanej dotąd konwenansem, lecz wchodzi w rolę, w obcą postać; płacze, mdleje, szarżuje, z całą swobodą - rzekłbyś - prawie zawodowej aktorki. Ta swoboda właśnie, ot, co urzeka; ani cienia tremy czy nienaturalności w intonacji; żywą, tłustą babę, która mogła trafić na niesamowitą stację „Pociągu-Widma” gra równie dobrze, jak chudą członkinię Związku Cór Amerykańskiej Rewolucji. Gdybyż to oglądał Thornton Wilder!
Seniorka zespołów jędrzejowskich, pani Smagłowska, zmarła przed rokiem. Żona aptekarza, sama też pracowała w mężowskiej aptece. Poznała Smagłowskiego na próbie przedwojennego zespołu teatralnego „Sokoła”, który pan aptekarz prowadził; wyszła za niego. Odtąd dom ich był przystanią ruchu. Pan Sajdak chłopcem jeszcze w krótkich spodenkach debiutował w 1919 roku; na palcach policzyć, co z jędrzejowskich spektakli opuścił; był wszędzie, gdzie się coś teatralnego działo: Na poczcie, na „kolejce”, w straży pożarnej czy w „Sokole”. Pani Smagłowska, jeśli było trzeba, wszystkie meble potrafiła z domu wyciągnąć niby z rekwizytorni, ogałacała mieszkanie; dziś - jak ona - to samo Podmorscy. U Zawłockiego robiono dekoracje - bałagan, śmietnik - niczego by się nie uląkł dla sceny; dziś w domu prawie muzeum, plakaty z całej historii jędrzejowskich teatrów - wara to przemilczeć, pan Zawłocki telefonem przez Polskę dopomni się o swoje miejsce w epopei.
I któż to nie grał na tych deskach? Nauczyciele, gońcy, prokurator, adwokat, kolejarze... Do dziś za Pomorskim chodzi osiemdziesięciotrzyletni chłop, Grabowski, rolnik z dziada pradziada, tyle że od czasów chłopięcych zawsze w chórach, to kościelnych, to innych; Grabowski, zdarzały się okresy, że i czterdzieści świń naraz hodował, mimo to po dniu pracy w gospodarstwie przychodził wieczorem na próby, wierny wyznawca teatru, aktor niezmordowany. Spiesząc na próbę „Romansu z wodewilu” spadł ze strychu z sianem, porozbijał się, trzasnął mu obojczyk, myśleli wszyscy, że się nie wyliże - siedemdziesiąt sześć lat! Gdzie tam, ledwo o kulach jako tako stanął, przy dreptał na salę prób zapytać chociaż, czy aby coś dla niego przewidzieli. Rozumieć nie chciał, że autor mógł w tekście pominąć rolę dla niego. Dopisywano zatem dla niego w niejednej sztuce po dwie, trzy kwestie, byle mógł wyjść na scenę i swoim słabiutkim już, starczym głosikiem bezzębnego dziadka powiedzieć coś, czego na widowni już nie słyszano, lecz co dla niego stanowiło sens dalszego życia: Był potrzebny. Teraz, gdy już sił mu brakuje, wystaje na ulicy, poluje na dawnych kolegów, młodszych czasem o dwa pokolenia, żeby zapytać:

- No cóż, panie Władziu, co tam u was? Co robicie, co gracie, panowie?
Przed wojną nie organizowało się nigdy więcej niż dwa, trzy przedstawienia. Na dalsze nie było chętnych; często dyrekcje szkół dopełniały widownię uczniami, chociaż miał Jędrzejów swoich kilkanaście rodzin teatralnych, które wykazywały stałość niezmienną upodobań... Bilety sprzedawało się po domach niby w handlu wędrownym; w tych kilkunastu progach „akwizytor” trafiał na serdeczne przyjęcie. Inaczej niż w urzędach, gdzie woźni klucze przekręcali w zamkach na polecenie „panów urzędników”, którzy dostrzegli kogoś z teatru. Inaczej niż dziś... Pewnego dnia naszła aktorów babulinka prosząc, by ją łaskawie „zapisali” na teatr, nie wiedziała bowiem nic o istnieniu czegoś takiego jak bilet, obejrzeć jednak chciała to, o czym jej wnuczka mówiła, że zobaczyć warto. Czasy się dziś zmieniły i tylko teraz kłopoty z narybkiem; młodzież, choć ogłasza się zapisy, nie zdradza się z ochotą. I ci z młodych, którzy biorą udział w próbach, też już inni, jakkolwiek tego seniorzy nie dostrzegają. Ci myślą już nie po jędrzejowsku, lecz po wielkomiejsku, inaczej. Nie Mohikanie ostatni, lecz nowi ludzie, choć w Miasteczkowym i sztafażu.

* * *

Po wojnie, że chciano zabliźnić rany jak najprędzej, ruch się amatorski ożywił bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Co tydzień odprawiano wieczory rozrywkowe, eks-członkowie chóru „Echo” aranżowali występy śpiewacze, dziewczęta próbowały tańca - szło na scenę wszystko: Co kto potrafił. Pan Pomorski myślał o pełnym spektaklu.
Z góry przewidzieć można, że nie zniósłby fuszerki dla samego blichtru Miasteczkowej sławy. Przy całym dystansie wobec rzeczy szykował się solidnie, naj solidniej, jak na owe czasy było można, Charakterystyczne - bo na potrzeby Jędrzejowa starczyłoby i tego, co pokazywano w pierwszych skeczach po wojnie. Rodzina też byłaby i tolerowała fantazje pana męża, brata i syna, lecz on sam nie darowałby sobie, gdyby nie zrobił maksimum tego, na co go stać; nie będzie Schillerem, lecz wstydzić się nie zamierza.

Co tydzień przez trzy lata odwiedzał w Krakowie Ronarda Bujańskiego. Czasem i dwa, trzy razy między jedną niedzielą a drugą. O wszystko pamiętał zadbać: Stroje wyszukiwał w teatralnych kostiumerniach, za własne pieniądze wyciągał z prywatnych wypożyczalni. Bujański poradził mu czołobitność złożyć starym aktorkom - może która w szafie trzyma dawne kreacje. Jeśli przystojny, trzydziestokilkuletni młody człowiek weźmie je układnością i komplementami, udzielą pewnie czegoś ze swych bogactw. Pomorski wysilił cały swój towarzyski takt i elokwencję: Godzinami potrafił rozmawiać o teatrze, wielkich wspomnieniach, których sam nie miał, za to inteligentnie podchwytywał je z ust starszych pań, nawet nie orientując się, że przecież elegancki teatroman pamiętać ich nie może; słowem, czarował i czarował ze skutkiem. Wyrzutów sumienia nie miał, dawał w tych rozmowach z siebie wszystko, rozumiał, że starsze panie spragnione są choćby dalekiego refleksu dawnych braw. Tym seansom, w których stawał za medium, nie dorównywały pewnie nigdy później rzeczywiste sceniczne obrazy, w których przed publicznością aktorował. I dziś je przywołać oczom słuchacza potrafi, jeśli słuchacz gotów obraz szczerze sobie imaginować.
Wychodził z tych tete-a-tete zaopatrzony w suknie, wiszące latami w szafie, utrzymywane jednak w stałej gotowości, jakby za chwilę miały być użyte znowu. Starsze panie otwierały skarbnice:

- Widzi pan, w tym grałam wówczas... Co pan chce, proszę wziąć, miło mi, że się to jeszcze przydaj A i wspomnieć miło przy tej okazji...
Bez oporu oddawały swe pamiątki w ręce teatroman na, bo gwarantował, że - jeszcze raz niespodziewani! ukazane na scenie - wrócą do właścicielki nie zniszczone, w tym samym stanie. Nie chciały starsze panie z domu wypuścić i żegnać gościa, który był dla nich symbolem przedłużenia się w innych własnej młodości i teatralnego życia. Pan Pomorski zdawał sobie sprawę z patetyczności owych spotkań i umiał tę patetyczność uszanować.
Wystawiali komedie muzyczne, nawet swoją muzykę dał im do programu Alojzy Kluczniok. Próby odbywały się u Pomorskich. Zdarzało się, że cała rodzina grała. W „Rodzinie Rakuskich”, przerobionej z przedwojennego „Walącego się domu”, teść grał ojca pana Pomorskiego, siostra - siostrę, żona - żonę, a on sam bohatera; prócz nich - pan Sajdak i pan Zawłocki. Sajdak, także pater familias, nieraz też swój dom na scenę prowadził - grała raz i żona, i córka, i syn, i on. Zrazu dawali rzecz dwu-, czasem trzykrotnie. Potem dociągali do sześciu wieczorów. Doszli wreszcie do dwudziestu trzech spektakli, gdyby zaś liczyć występy „zamiejscowe”, niektóre sztuki miały i siedemdziesiąt spektakli za sobą.

Dekoracje przygotowano z naturalistyczną wręcz wiernością wobec szczegółu. Jędrzejowska publiczność nie lubiła umowności lub też, co równie prawdopodobne, nie lubili jej aktorzy. Teatr dla nich miał być pełną iluzją życia, więc i scenografia służyć powinna temu założeniu. Kiedy Żeromskiego „Grzech” mieli inscenizować w zimie, na jesieni zebrali naręcze liści, by ganek nimi w dekoracji ozdobić, a i winne grona kupili w kieleckich „Delikatesach”, przymocowując autentyczne do patyków. Kiedy w „Rodzinie Rakuskich” pan Pomorski kreować miał siedemdziesięcioletniego paralityka, wypożyczono specjalnie z jędrzejowskiego szpitala fotel na kółkach. Scena powinna dawać prawdę. Komu? Nie pytajmy, nie trzeba. Dla kogóż w końcu ten teatr? Tyleż dla widzów, co dla uczestników.
Mimo kosztów niemałych doprowadzali do skutku swoje premiery. Dochód rozdzielali na różnorakie cele: Początkowo największy procent szedł na bibliotekę prowadzoną przez panią Kwartową, wdowę po doktorze. Pani Kwartowa prosiła nieśmiało:

- Książki nie oprawione...

- Ile trzeba?

- Introligator chce tysiąc trzysta złotych. Co robić?

- Będzie, pani doktorowo...

- Nie wiem jak dziękować. Biblioteka tyle już wam zawdzięcza.
Potem grywali „na pomoce szkolne”, rewanżując się szkołom, które użyczały im sal na próby. Lecz dyrektorzy nie kwapili się z poparciem. Gdy raz wypadło z podziału na dwie szkoły po tysiąc kilkaset złotych i czterej uczniowie musieli dźwigać zakupione książki do bibliotek szkolnych, spotkał ich dyrektor:

- Coo, tylko tyle?
Owa niechęć miała swą tradycję; pierwszy ów zespół po wojnie stąd się narodził, że ówczesny dyrektor szkoły wyrzucił chór nauczycielski z podległych mu sal, tym samym pozbawiając dostępu do pianina. Zawiązali więc konfederację, żeby na własne zarobić. Później, w innym budynku, chór prześladował... woźny; gdy się zbierali w sobotnie wieczory, gderał i docinał:

- Dopokąd się tak będziecie schodzić? Porządni ludzie to w sobotę wieczorem dzieci kąpią, a nie po pustych salach się włóczą...
Zespoły teatralne też nie miały więcej szczęścia.

b-ostatki 05

Białe fartuszki” trenowano kolejno w salach czterech kolejnych szkół, które kolejno wyrzucały je na bruk. Ze świetlicy PSS-u potem wypędziła ich na odmianę ówczesna przewodnicząca ZMP - nie ufała drobnomieszczańskim fanaberiom.
Gdy się jednak w Jędrzejowie „teatrowanie” przyjęło, kiedy narosła tradycja upamiętniania każdego zjazdu - PZGS-u, PSS-u czy związków zawodowych - nową premierą, dawna jedność poczęła się kruszyć. Rysy pokazały się tak w „poziomie” (w postaci tajonych, lecz żywych animozji między rówieśnikami), jak i w „pionie” (między pokoleniami).
To już jednak nowa historia. Bez której niemniej perspektywy końca Starego Świata zrozumieć nie można.