Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 8)

b-2aRozdział VII

Pan doktor Feliks Przypkowski był konsyliarzem pierwszej wody, sławnym na całą okolicę i jedynym do pierwszej wojny w Jędrzejowie mieście. Jeździł bryczką razem z felczerem, który otwierał zawsze przed nim drzwi; pan doktor podawał mu rękę trzy razy do roku: Na Boże Narodzenie, Wielkanoc i na swoje imieniny. Cień doktora nieodstępny prowadził wywiad z pacjentami, odkrywał chorych - doktor tylko badał i dyktował receptę. Później, na parę lat przed wojną, doktor Feliks sprawił sobie samochód, mercedesa, ale niedługo się nim cieszył, bo auto zostało zarekwirowane przez wojsko. Mimo to po wojnie nie mógł się nadziwić dwom karetkom marki „Skoda”, które rozpoczęły pracę w Jędrzejowie:

- Nie przypuszczałem, że dożyję czasów, kiedy w Jędrzejowie i po terenie kursować będą karetki!
Pełnił przez wiele lat funkcję fizyka powiatowego, czyli jak byśmy to określili: Kierownika powiatowego wydziału zdrowia. Urzędował w tym samym nadwątlonym domu przy ulicy Klasztornej, później 14 Stycznia, na parterze, mając nad sobą kolegę, powiatowego weterynarza. Nieraz tam zdarzały się takie oto scenki, smakowitości przezacnej:

- Panie doktorze, niech łaska pańska zbada tego źróbka, com go na podworzec przyprowadziła - prosi baba z Węgleszyna.

- Ja nie jestem od źróbków, tylko od kobiet - odpowiada doktor Feliks.

- A od kobiet to jest u nas akuszerka! - odpowiada baba.
Inna historyjka, podobna:
Przychodzi dwóch chłopów po godzinach urzędowania, doktor Feliks zabiera już kapelusz, laskę, wychodzi.

- Panie doktorze, spóźniliśmy się, ale niech pan go jeszcze zbada, on czeka na korytarzu, strasznie chory, my go aż z Obiechowa...
Doktor odkłada kapelusz i laskę, decyduje:

- No to go wprowadźcie!
Po chwili wparadował do gabinetu pana miejskiego fizyka wielki, siwy ogier. Koń był, w przeciwieństwie do doktora, niespeszony, ale kiedy zaczęto go wyganiać, wyraził w sposób właściwy koniom swoje niezadowolenie. Doktor ryknął wtedy:

- Na pierwsze piętro go prowadźcie, a prędko! Tam przyjmuje weterynarz!
Tak doszło do tego, że koń z Obiechowa po piętrach chodził.
Doktor Feliks zmarł w tym czasie, gdy do Miasteczka przyjechał doktor Kwaśnik. Przeskok, być może, w narracji dość duży, ale...

* * *

Wszystko jakoś się łączy wspólnotą praw czasu i fakt przybycia przed ośmiu wiekami cystersów z dalekiego Citeaux do wsi Brzeźnicy jest w ostatecznej konsekwencji takim samym faktem, jak przybycie doktora Kwaśnika do Jędrzejowa. Cystersi zbudowali najnowocześniejszą budowlę w postaci klasztoru - Kwaśnik wprowadził do Miasteczka supermodernę architektoniczną w postaci swojej willi.
O ile decyzja cystersów w powiązaniu z ich misją, a przede wszystkim bogatymi nadaniami w Brzeźnicy może wydawać się całkowicie jasna, o tyle postępowanie Janusza Kwaśnika, świetnego chirurga o dobrej sławie, może budzić wiele niejasności. Kwaśnik bowiem nie był związany z Miasteczkiem żadnymi uprzednimi nadaniami, w związku z czym kroić mógł pacjentów równie dobrze na jakimkolwiek innym stole operacyjnym w Polsce, tym łacniej, że pochodzi z Pomorza; urodził się w Chełmnie nad Wisłą, ojciec zginął w największej bitwie 1939 roku, w Iłowie nad Bzurą; Janusz skończył medycynę we Wrocławiu, losy jednakże ułożyły mu się tak, że związał się w rezultacie na stałe z Miasteczkiem, które - wydawało się - pozbawione jest jakichkolwiek perspektyw. Szukał kiedyś miejsca, gdzie mógłby spokojnie rozpocząć pracę pod okiem dobrego fachowca. Przyjechał do Jędrzejowa, gdzie - jak poinformował go kolega - są wolne etaty w szpitalu. Przyjął go dyrektor, doktor Sędek, potwierdził informację kolegi, zaprosił do asystowania przy operacji. Janusz popatrzył na szybkie i wprawne ręce Sędka, na jego perfekcję operatora, i powiedział:

- To kiedy mogę przyjechać ze wszystkim?
W dwa dni później przyjechał na stałe. Był rok 1952. Przyjechał ze wszystkim, to znaczy: Z żoną i córką, na pierwszą posadę, lecz mir sobie zyskał od razu wielki, miał bowiem zmysł diagnosty, rzeczowe podejście i talent. Ot, przywieźli do szpitala chorego. Krewni powiedzieli:

- Ze śledzioną u niego coś nie w porządku.
Pacjent był lekko blady, Kwaśnik zbadał, popatrzył uważnie w oczy, a później krewnym na osobności powiedział:
- Według mnie ma białaczkę szpikową. Będzie żył jeszcze dwa lata!
Badania laboratoryjne potwierdziły rozpoznanie, jednakże rodzina zapamiętała owe „dwa lata”. Zameldowali się, kiedy już dawno on sam zapomniał:

- Miał pan rację. Trwało dwa lata i dwa tygodnie. Ale skąd pan wiedział?
Sytuacja w lecznictwie nie wyglądała tak dobrze. Po wiejskich ośrodkach siedzieli felczerzy stawiający bajeczne nieraz diagnozy i aplikujący przeraźliwe terapie. Przysłali chorego z deskowatym brzuchem, diagnoza wypisana na skierowaniu brzmiała „zbiór na tyłku” („zbiór” oznacza tutaj czyrak). Stosowane leki: Morfina. Strach brał, gdy ściągali pacjenci z wiosek. Dziecko z zaawansowanym dyfterytem, przywiezione w ostatniej chwili, gdy można je było jeszcze uratować, rodzice siłą wydzierali do domu.

- Jedyna szansa: Zostawić! - radzi Kwaśnik.

- Scynami będę leczył - oświadcza chłop.
Na wsi jeszcze wówczas stosowana była na szeroką skalę tzw. uroterapia, czyli leczenie moczem, a nawet koproterapia.
Kwaśnik wymusił wreszcie zgodę na pozostawienie dziecka w szpitalu, ale rodzice jeszcze się upierają przy jednym:

- Zastrzyku mu ino nie dajcie!
I nowe piekło o zastrzyki. Chłop się drze:

- A to mi za te zastrzyki płacić każecie!
Kwaśnik zostawił dziecko, wyrzucił rodziców za drzwi. Uratował. Nikt nie powiedział: „Dziękuję”. Zastrzyki sam opłacił.
Tak zaczynał. Uczył się przy Sędku.

* * *

Dyrektor Sędek - mężczyzna w sile wieku, szczupły, wysoki, o szpakowatych skroniach i uważnym spojrzeniu - budzi zaufanie. Ma na swoim koncie trzydzieści tysięcy operacji. Właśnie pielęgniarka nakłada mu gumowe rękawice, Kwaśnik na sali operacyjnej trzyma w rękach dętkę od piłki futbolowej i co chwila naciska. Chora ma na twarzy maseczkę tlenową.

- Stosujemy teraz najnowocześniejsze metody. Narkoza dotchawiczna, porażenie kurarą, daje maksymalne zwiotczenie mięśni.
Obok stołu operacyjnego nowoczesny super aparat do narkozy. Przed resekcją woreczka żółciowego.

- To samo przedstawienie po raz setny. Znamy tę sztukę na wylot. Ale dziwne, gramy ją zawsze z jednakową pasją - powiada Sędek.
Nie ma w jego tonie ani cienia przechwałki.

* * *

W stolicach Polski mówi się czasami: Prowincja ma kilku świetnych chirurgów. I wtedy wymienia się: Żurek w Nowym Sączu, Mycoń w Limanowej (od kilku lat nie żyje) i Sędek w Jędrzejowie. Kolejność oczywiście dowolna, wymienia się ich niejako ex aequo. Żaden szpital, żadna najlepsza klinika nie powstydziłyby się takich operatorów. Dlaczego na prowincji? Może właśnie dlatego, że na prowincji - nie wciągani przez kuszące wiry wielkiego miasta - doskonalili swoją sztukę, wertowali uważnie wszystkie czasopisma lekarskie, najnowsze doniesienia z dziedziny swojej specjalności.
Sędek pochodzi ze wsi niedalekiej od Jędrzejowa, z Miąsowej. Pamięta doskonale doktora Feliksa Przypkowskiego, który przyjeżdżał bryczką z felczerem do jego ojca. Może właśnie bryczka, felczer w asyście, styl doktora Feliksa zadecydowały, że wybrał medycynę. Skończył studia z wybuchem wojny. 15 stycznia 1940 roku zaczął pracę w szpitalu powiatowym Miasteczka, nie bardzo podłej budzie, gdzie najpierw mieściła się stajnia rozpłodowa, potem dom starców, a wreszcie zrobiono z tego na trzy lata przed wojną szpitalik.
Został młodszym asystentem chirurgii i przydzielono mu godziwe leże na mieszkanie: W kancelarii szpitalnej za szafą. Musiał być stale na nogach, od wczesnego rana, gdy tylko dyrektor ówczesny, Mazur, rozpoczynał urzędowanie. Tak Sędek przepędził dwa lata; czasy były pełne napięcia, pracy po uszy.

Szpital konspirował na całego. Komendantem tajnej organizacji wojskowej był stróż nocny, przed wojną nota bene major straży przybocznej Mościckiego, Kos-Krzesiński. Zastępcą - kapitan Nawrot, na etacie ogrodnika szpitalnego. Tadeusz Przypkowski był zatrudniony jako laborant w pracowni rentgenologicznej i tamże przechowywał pistolety. Kos-Krzesiński, były senator, podpiwszy, zawsze wygrażał pokrzykując, że wystrzela wszystkich komunistów, z Jureczką i Patrzałkiem na czele. Kiedy trzeźwiał, odwoływał: „Teraz jest wojna i prywatne rozrachunki zostawimy na potem”. Jędrzejów bratobójczych rozrachunków nie uznawał. Kos był tu „obcy”, już same te okrzyki raziły Miasteczko. „Kos jest człowiek niegrzeczny” - mówiono.

Sędek ani obejrzał się, jak został wciągnięty do konspiracji. Pewnego razu partyzanci próbowali wysadzić pociąg między Jędrzejowem a Miąsową. Mina nie zdetonowała od razu, poszli sprawdzić bliżej toru i wtedy nastąpiła eksplozja. Do szpitala przygnał partyzant z wezwaniem, żeby natychmiast jechać do Kanie. Powiadomiono dyrektora, ale nie ruszył się sam; tylko asystent mógł zniknąć na parę dni, nie budząc wielkich podejrzeń. A w Kanicach było roboty co niemiara. Partyzanci mieli już na miejscu eter i wszystkie instrumenty. Sędek amputował nogi, ręce, oko. Wszystko w stodole. Narzędzia gotowały się na ławie. Pielęgnował ich potem - wyszli z tego wszyscy z wyjątkiem jednego. Zmarł jeszcze przed operacją. Odtąd często wołano Sędka do lasu - pracował dla AK, dla BCh, leczył z ran ludzi AL z oddziału „Garbatego”, bez różnicy. Kos-Krzesiński cukał się, nie rozumiał Jędrzejowa.
Jedna scena utkwiła w pamięci Sędka najbardziej. Było to w okresie, gdy Niemcy brali jeszcze Żydów do przymusowych robót. Pewnego dnia przywieziono do szpitala Żyda, Berlinera, rosłego mężczyznę, prawdziwego atletę, zbudowanego jak Samson biblijny. Pracował w parowozowni sędziszowskiej i koła lokomotywy obcięły mu dłonie obu rąk. Chcieli go w szpitalu przetrzymać i jakoś ocalić, ale nie udało się. Gestapo zjawiło się bez ostrzeżenia, kilku oprawców wtargnęło na salę, Berliner pozwolił im do siebie podejść i wówczas rozpoczął walkę... kikutami rąk. Padali na łóżka, na ziemię; walczył zaciekle, miał siłę niebywałą i prawie dwa metry wzrostu. Nie mogli strzelać, chociaż było ich trzech. Mogliby w tej kotłowaninie poranić siebie lub chorych na sali, zresztą o tych im nie chodziło. Wreszcie zmogli go, powalili, wlekli, na koniec zatłukli olbrzyma... lecz nie napisał nikt legendy o Samsonie bez dłoni i nie napisze pewnie, tak wielka była ta śmierć, większa w swej prawdzie od każdych słów. Cześć zatrzymał dla niej Sędek w pamięci na zawsze; on, który wtedy nie mógł pomóc i psychicznie odchorował potem tę bezsiłę.
W 1944 roku, kiedy szpital został zajęty przez wojska niemieckie i tylko trzy sale zostawiono dla Polaków, Gestapo przywiozło doktora Fojcika, partyzanta, którego schwytano rannego. Położyli go Niemcy na swoim oddziale i pilnowali. Zdołał jednak pielęgniarce podać adres matki w Krakowie. „Jutro mnie rozstrzelają” - powiedział. Lekarze dokonali szybkich manewrów: Pośród bałaganu zbliżającej się klęski wysłali go z najbliższym transportem na „czerwoną chirurgię” do Krakowa; tam się uratował dzięki doktorowi Fiałkowskiemu. Nazajutrz istotnie przyszło Gestapo. Oświadczono im, że Fojcik został wywieziony „przez pomyłkę” z transportem niemieckich rannych do Krakowa.

Na lewym brzegu Wisły bronił się wtedy znienawidzony „Brückenkopf Baranów” i karetki wyły nocami, wioząc rannych do Kriegslazaretu w Jędrzejowie. Szpital wojował po swojemu, po lekarsku: Byli ranni z partyzantki, których dostawili sami Niemcy - trzymał ich dłużej, żeby doczekali wyzwolenia. Byli ranni z partyzantki, o których Niemcy nie wiedzieli - wpisywano ich jako „rannych wysiedlonych z Warszawy”. Wielu rzeczywiście przetrzymało w szpitalu ostatnie dni niemieckiego panowania i ocalało.

Pierwszy rok po okupacji był ciężki. Nie było czym karmić chorych, nie było medykamentów. Personel zaczął wyjeżdżać na Ziemie Zachodnie, znęcony widokami wspaniałej przyszłości - musieli przyjmować całkiem surowy, nieprzeszkolony materiał ze wsi i kreować na pielęgniarki. Wrócił z obozu doktor Kwarta i objął dyrekcję szpitala, lecz - wycieńczony zupełnie - umarł w maju, niedługo po zakończeniu wojny. Wszystko spadło wówczas na barki Sędka, który dostał nominację na dyrektora 5 stycznia 1946 roku i dziś jest chyba jednym z najstarszych stażem dyrektorów szpitali w Polsce. Tuż po okupacji było zresztą w Jędrzejowie kilku świetnych lekarzy: Dr Birecka, która prowadzi teraz w Otwocku ośrodek torakochirurgii, doktor Politowski, obecnie docent na III klinice chirurgicznej w Krakowie.
Sędek został. Ktoś bowiem zostać musiał. Choć nie dlatego, żeby mu brakowało ambicji. Ambicje miał inne.
Dbał o to, aby zaopatrywać szpital w najnowsze podręczniki i czasopisma lekarskie, utrzymywać kontakt z rozwojem światowej medycyny na bieżąco. W dawnych czasach operowało się na miejscu tylko przypadki śmiertelne. Potem operowało się rzeczy najprostsze, a bardziej skomplikowane odsyłano. Ale czasami bywa tak, że decydują minuty. Przypadki zaś są różnorakie, wobec tego dobry chirurg w miasteczku musi umieć wszystko - powiedział sobie Sędek. I rzeczywiście, dzisiaj w jędrzejowskim szpitalu wykonuje się najbardziej skomplikowane operacje. Nauczyli się „prowadzenia” chorych po operacji, rzecz istotna, skoro nie wszyscy, jak pewien świadek Jehowy nazwiskiem Habuzda, dają się operować na ślepą kiszkę bez znieczulenia i sami wstają ze stołu, aby wrócić na salę chorych.
Przez kilka lat Sędek był sam. Teraz ma dwóch świetnych pomocników: Kwaśnika i Cabana. Robią istotnie wszystko i robią dobrze. Specjaliści od chirurgii żołądka. To opanowali expedite.

b-ostatki 03

* * *

Operacja dobiega już końca: Dwa wielkie kamienie, które rozsadzały woreczek żółciowy, wycięte, brzuch zaszyty, chora wraca do przytomności. Kwaśnik odłącza aparat, chora oddycha już sama. Operacja trwała dwadzieścia pięć minut.

* * *

Szpital jędrzejowski nie bardzo jest podły - składa się z rzeczonej dawnej stajni, przebudowanej przed wojną, oraz dwóch pokaźnych pawilonów: Jednego wystawionego w czasie okupacji, drugiego po wojnie. Doktor Jopp był nim dopiero na serio zachwycony, gdy wrócił z Kambodży. Pracował w Jędrzejowie kilka lat, ani mu się Kambodża marzyła, a wrócił wielkim wozem, wołgą przepaścistą, proporcjonalną do ogromu pana doktora i rozmiarów rodziny. Doktor wysoki jest i potężny, mówi basem tak głębokim, jakby w brzuchu miał zainstalowane nie pudło, lecz wielką skrzynię rezonansową.

- Piękny ten nasz szpital - powiedział po przyjeździe swoim basem, którego wszyscy od tego czasu nader chętnie słuchają, gdyż opowiada o dalekich krajach przeróżne historyjki, pikantne i mniej pikantne, przyprawione kumerskim „maggi”, które jest sokiem ze zgniłych rybek i nazywa się „jokman”.

- A jaki tam był szpital? Gdzie to ty byłeś?

- W Kampon-Czian. Pisze się „Kompong Cham”. Szpital mieści się tam w barakach, dawny wojskowy szpital francuski. Budynki bez okien, pełno jadowitych much. Chorych dzieli się na trzy kategorie. Nie podług chorób, ale na: Nic nie płacących, mało płacących i dużo płacących. Ci darmowi leżą w wielkich salach, na łóżkach bez moskitiery. Mało płacący mają moskitiery. Bogaci leżą w separatkach. Ale szpital nie daje piżam ani szlafroków, ci z dwóch pierwszych kategorii leżą w łóżkach we własnych ubraniach...
Gdyby szpital jędrzejowski nie stał na wysokim poziomie medycznym, pewnie by doktor Jopp nie odbył tego wojażu i nie wrócił przepaścistą wołgą. Ale że chirurgia stoi tu naprawdę wysoko, pojechał Jopp jako polski spec urządzić gabinet chirurgiczny, którego całe wyposażenie przesłała Polska jako dar dla Kambodży. Oglądał tam całe osiedla postawione na palach, ludzi łowiących rękoma ryby koło własnych domów, zaś sam miał nielichą rezydencję: Z kucharzem, pokojówką i dozorcą, bo tam przedstawicielowi obcego kraju inaczej mieszkać nie wypada.
Dziś chwali sobie Jędrzejów ponad miarę, mimo że tu nie ma na co dzień rezydencji, dozorcy, bananów i papai. W Miasteczku chirurdzy stale są właściwie na ostrym dyżurze. Przywiezie pogotowie jakiś przypadek - od razu telefon do domu i hajda do szpitala, myć ręce i za skalpel! Czasem trzeba brnąć w zaspach po pas, bo szpital na wygwizdowie, za Miasteczkiem, przy drodze na Małogoszcz. Chirurga nie ma w domu? Drobiazg, wszędzie go znajdą, wyłuskają, wykopią spod ziemi.
Był kiedyś występ Teatru Buffo w Kielcach; doktorostwo Kwaśnikowie siedzą sobie spokojnie na widowni, dowcip sypie się gęsto, typu „panie Rumian...”:

- Pan Pipściński proszony do telefonu. Żona pyta, gdzie podział klucz od mieszkania, bo w domu pożar i chciałaby wyprowadzić dzieci.

- Pani Pasternakowa proszona na estradę, gdyż mąż życzy sobie, aby poznały się na niej całe Kielce.
I nagle wychodzi nowy człowiek i zaczyna w tym samym stylu:

- Doktor Kwaśnik, proszony natychmiast do operacji w Jędrzejowie!
Kwaśnik śmieje się w duchu i kombinuje:

- Skąd błazny wzięły moje nazwisko?
Ale facet jest nieustępliwy:

- Czy jest na sali doktor Kwaśnik? To nie jest żaden dowcip, telefonują z Jędrzejowa.
Tak więc Kwaśnik porwał żonę - no bo jak potem po nocy będzie się sama tułać? - wsiedli do pluskwiatego wehikułu i popędzili setką do Jędrzejowa. Ledwie przyjechał - skalpel: przywieziono faceta z wesela, dźgniętego w spojenie łonowe scyzorykiem. Mała dziurka - jelita w kilku miejscach pocięte trzeba zszywać, przepatrzeć, czy jeszcze nie ma gdzie na jelitach draśnięcia. A potem sen nie przychodzi... czy wszystko dobrze zrobione, czy gazik jaki nie został w jamie otrzewnej?! Wstaje pośrodku nocy, telefonuje: „Słuchajcie, jak tam się czuje ten z wesela?”

* * *

Kulminacją dotychczas w karierze Kwaśnika i całego jędrzejowskiego szpitala - wielkim, choć nieznanym w szerszej skali sukcesem - była batalia o uratowanie chorej z tzw. „przełomem tarczycowym”. Przełom ów oznacza w praktyce straszny atak, przyspieszenie tętna i skok temperatury. Puls i gorączka przekraczają granice, które organizm ludzki zdolny jest przetrzymać i - koniec. Lekarze są bezradni. Trzeci z kolei atak jest zawsze śmiertelny. Drugi bardzo często.
Zima z 1962 na 1963, arktyczne „mrozy stulecia”; lekarze, przemarznięci, odbyli akurat konieczny smutny obrzęd: Pogrzeb szpitalnego kierowcy. Gdy wrócili, u chorej zaczął się atak. Stosowali largactil, fenergan, dolantynę, wszystkie możliwe środki na sen i obniżenie temperatury. Bez skutku. I wydawało się, że już nie ma ratunku. Wówczas Kwaśnik krzyknął:

- Otworzyć okna!
Usunęli inne chore z sali, mróz wypełnił pomieszczenie. Wszyscy przerażeni: Przecież, na Boga, jeśli nie umrze, to zamarznie!

- Obniżymy temperaturę środkami zewnętrznymi! - uparł się Kwaśnik.
Tętno dochodziło do dwustu pięćdziesięciu uderzeń na minutę. Córka chorej nosiła śnieg z pola w woreczkach. Przykładano najpierw ostrożnie, aby nie odmrozić chorej. Ale Kwaśnik - czując ostatnią szansę - woła: „Mokre prześcieradła!”. Moczą prześcieradła, mrożą, przykładają. Chora po kilku minutach zasypia. Tętno jednak nie opada. Okładają prześcieradłami, śniegiem, lodem.
Zamarznie, na pewno zamarznie!

Temperatura zaczyna się wreszcie obniżać: Co godzina sześć, siedem kresek. Walka trwa. Noszą śnieg, lód, moczą prześcieradła.
Rano temperatura wynosi: 35° i 6 kresek, tętno 98. Chora jest uratowana. Na razie. Mija bowiem doba i atak powraca, lecz wtedy Kwaśnik i jego koledzy z miejsca zaprzęgli mróz do terapii - strach przed odmrożeniem okazał się płonny, przy wysokiej temperaturze ciała nie pozostają po lodowych okładach żadne ślady. I ten trzeci atak był już lżejszy, dali z nim sobie radę. Gdyby nie energiczna akcja, ten drugi byłby śmiertelny.
Kwaśnik - przed czterema chyba laty - zaczął budować dom przy Skroniowskiej, naprzeciwko hotelu „Pod Muchą”. Nie pracowało tam multum robotników, nie dostrzegało się błyskotliwego zaawansowania prac. Dom rósł powoli. Fundamenty z cegły, mury z żużlu. Kwaśnik sam przy wszystkim asystował i pomagał. Sam też projektował wspólnie z bratem żony, żeby nic nie kosztował projekt. Brat żony jest architektem i ma prawa budowlane.
Kiedy stanęły popielate mury z żużlu, wyglądało to wszystko niemal pokracznie. Kwaśnik, nie przerażony, chodził raźniej i pogwizdywał wesoło, a kiedy było sucho na Skroniowskiej i bagna wysychały, zajeżdżał nawet swoją pluskwiatą citroeną, wehikułem dość starożytnym, ale chyżym, pod willę i coś tam dłubał. Kiedy ją nakryto dachem, od frontu pojawiła się oszklona weranda - bez podłogi. Zastępowały ją kamienie i ziemia.

- Dlaczego? - pytał ten i ów.

- Bo tu będą rosły kwiaty.
W kąciku domu leżały kolorowe kamyczki, których cały wór przydźwigać musiała w bagażniku poczciwa „cytryna”. W dotychczasowym mieszkaniu, przy 14 Stycznia, gromadziły się zagraniczne albumy. Urządzenie wnętrz, kwiaty w mieszkaniu, meble segmentowe, ściany meblowe. Wszystko to wyglądało wspaniale i bardzo kolorowo na kartach albumów; wiadomo - Zachód ma poligrafię na niezłym poziomie. Pani Kwaśnikowa z pobłażliwością kręciła swoją kształtną głową najoryginalniejszej damy miasta Jędrzejowa: Czy aby tak wszystko będzie jak mąż, ów niepoprawny fantasta i marzyciel, planuje?
Kwaśnik tymczasem wsiąkł w Miasteczko na amen. Było mu dobrze w kręgu tutejszych znajomych, grywał w brydża w towarzyskim kółku z doktorem Sędkiem, miał wielu pacjentów, którzy go uwielbiali. Praca w szpitalu - a to najważniejsze - układała mu się dobrze. Zrobił specjalizację w chirurgii I stopnia, zabierał się do II. Postawił więc życiową swą stawkę na Jędrzejów. Gdyby tak nie było, gdyby wznosił ten swój dom z nadzieją, że sprzeda go i ucieknie, nie poświęcałby chyba żużlowym murom każdej wolnej chwili?

b-ostatki 04

Byliby się niechybnie wprowadzili do willi, już prawie gotowej, w kwietniu jeszcze lub w maju, gdyby nie choroba uroczej pani Januszowej. Z ogródka przed naszym luksusowym hotelem obserwowaliśmy zabiegi doktora; pomagaliśmy któregoś ranka przy sadzeniu krzewów bzu w ogródku, asystowaliśmy przy uruchamianiu sadzawki wyłożonej egzotycznymi kamieniami i roślinami. Asystowaliśmy dwa razy, bo za pierwszym razem dno przeciekło i trzeba było nakładać jeszcze smoły i papy. Prowadził nas doktor po swoim domku, z zewnątrz jeszcze nie otynkowanym. Sypialnie pomieszczone funkcjonalnie, z dziesiątkami szafek i szaf w ścianach, schowków, ram z półkami, nie mówiąc już o prawdziwej poezji łazienek i przybytków pokrewnych, gdzie się z dziecinną radością pociąga za sznurek. Na parterze - hall, pełniący funkcję living-roomu, jadalnia i kuchnia, pokój służbowy, tudzież gabinet lekarski i poczekalnia, a w zakamarkach ciemnia fotograficzna, jako że doktor fotografowanie uwielbia. Po schodach schodzimy do suteren, gdzie prócz kotłowni i hydroforowni, pralni, suszarni i tym podobnych przybytków, inna atrakcja, taka, że świat się jędrzejowski kończy! W piwnicy mieści się bowiem malutki basen kąpielowy, jeszcze nie wykończony całkowicie, jeszcze do wyłożenia kafelkami, ale jest!!! Niczym w Polsce przed sześciuset laty... Obok - garaż, czego jednak sześćset lat temu nie znano. Zajeżdżając tedy zakurzoną i pluskwiatą „cytryną” do garażu, zrzucamy szaty na brzegu basenu i pluszczemy się jak kaczki, następnie w znakomitej formie objawiamy się w jadalni... Ot, funkcjonalność. To, co zbudował - bez pudła - warte pół miliona. Kwaśnik wydał na wyczarowanie tego wszystkiego śmiesznie mało, lecz gdyby wliczyć jego osobisty czas i zabiegi...

* * *

Przyjmuje się ogólnie, że lekarze na prowincji to społeczność nieruchawa, że nie podnoszą swoich kwalifikacji, że się zaniedbują.
Utarł się ten stereotyp od lat, wymyślony i kultywowany prawdopodobnie przez tych głównie, którzy kurczowo trzymają się wielkich ośrodków - z przyczyn najzupełniej pozamedycznych. Pozycję gorszego startu w dostępie do wiedzy, pozycję, która być mogłaby źródłem jakiegoś stanu, bierze się za skutek, za charakterystykę sytuacji. Tymczasem ich, lekarzy prowincjonalnych, ambicja często gęsto na tym się właśnie zasadza,
by ów kompleks prowincji przezwyciężyć, obalić przesądy, jakoby oni - w Obrzydłówkach i Łżawcach - „automatycznie” muszą być gorsi. Nieprawda! Wiedzą dużo i są - co najcenniejsze - nadal ofiarni. Jak tamci, służący za model Żeromskiemu. Wara utożsamiać ich ze środowiskami zamerykanizowanych groszorobów, znieczulonych na ludzkie nieszczęścia i pokrywających brak serca frazesem o inflacji mocnych wrażeń; boć na prowincji bywa tych wrażeń wcale nie mniej, a mimo to choroba i śmierć ludzka zachowują dla lekarza z prowincji swój wymiar tragedii. Zróżnicowanie postaw moralnych w tym zawodzie dochodzi już etapu pełnej polaryzacji: Z jednej strony - jędrzejowski lekarz, doktor Szymkiewicz, własnymi niemal rękami budujący zakład dla nieuleczalnie chorych gruźlików, spędzający wolne popołudnia na wyjazdach z odczytami Towarzystwa Wiedzy Powszechnej o higienie i medycynie, zimą przepychający kilometrami samochód, byle przebyć ławice zasp i dotrzeć do wioski, gdzie w gromadzkiej świetlicy czeka nań osiemdziesięciu chłopów z projektorem; z drugiej strony - wielkomiejscy cwaniacy, żerujący na nieszczęściu ludzkim.

Miasteczko za złe ma im, lekarzom, że tworzą klan. Klan lekarzy - powiadają - klan zamknięty. Nie zawsze to prawda. Rzeczywiście towarzysko są wyobcowani. Przy brydżu zwykli dzielić się informacjami z dziedziny laryngologii i otolaryngoskopii, pomiędzy dwa bez atu a trzy kiery wtykać dyskusję o aparatach do transfuzji krwi. Ale tak podobno muszą, nie mają czasu na osobne dyskusje i wyłącznie towarzyskie brydże, zwłaszcza że mają poza szpitalem jeszcze prywatnych pacjentów; do Sędka, Kwaśnika czy do internistycznej znakomitości Stępniewskiego zjeżdżają się ludzie z całej okolicy, nawet z innych powiatów, ba - województw.
Każdy poza tym jędrzejowianin kontakt z nimi zdążył chyba zawrzeć, nie było Miasteczko nigdy specjalnie zdrowe, choć - co przy każdej sposobności łatwo zauważyć - przeważają tu ludzie krępi, rozrośnięci, o silnych rękach i twardych karkach. Nie choruje może tylko jeden Karczewski, chłop jak tur, oddychający zdrowym powietrzem lasów.

Sam Jędrzejów powietrze miał zawsze złe i w tym śródpolnym Miasteczku nie miała gdzie dotąd wyjść przedszkolanka z berbeciami na spacer. Mogliby jędrzejowianie zjednoczyć się i wspólnymi siłami coś zrobić. Dlaczego nie robią? Bo najpierw Miasteczko musiałoby przejść proces integracji swego skomplikowanie zatomizowanego światka.
Hm. Integracja.

Mówi się o dezintegracji społeczeństw wielkomiejskich. Jakby naród polski nie stanowił przymusowego stowarzyszenia trzydziestu jeden milionów samodzielnych jednostek, zawsze skłonnych do manifestowania swej emancypacji...