Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 7)

b-2aRozdział VI

Kiedy młodzi Jędrzejowianie z ZMS-u zaczęli urządzać park i sadzić drzewka, w całą sprawę był od początku wmieszany Zielony Doktor, Karczewski. Bo skąd drzewka do parku? Od Karczewskiego. Sypnął im kilka odmian, w tym dużo modrzewia, lecz byli niemal wstrząśnięci, kiedy sam Karczewski przyszedł do parku i z hordą młodych wokół siebie zabrał się do sadzenia drzewek. Ba, żeby to był byle nadleśniczy, nie byłoby może takiego „halo”, ale bądź co bądź Karczewski tutaj człowiek wyjątkowy. Jest to akurat trzeci doktor, trzeci sławny doktor Jędrzejowa. Co w rozumieniu Miasteczka potwierdzać ma, że przysłowia prawdę mówią: „Tres faciunt Collegium”, a „Bóg trojcu lubit”.
O owej „trójcy” znakomitą historyjkę opowiada Kot Pieńkowski, który konserwuje Przypkowskiemu jego przeróżne eksponaty i instrumenty. Otóż w czasie pierwszej wojny światowej jakiś pop na Ukrainie częstował ich czarną miksturą, niby wódką. Rotmistrz wypił, oczy mu wyszły na wierzch i tchu nie mógł złapać. Stary monach z brodą wytłumaczył, na czym moc owego napoju polega.
- Tri sztofy spirtu, tri czornyje riepy, tri kornia chrienu, tri tureckije piercy, eto dołżno sta jat tri miesiaca. Poczemu tri? Potomu, czto Bog trojcu lubit.
A potom, kak wypiosz, kak by tiebie kto niebud’ światuju łampadu zażog w żywotie!!! A wot u tiebia tworitielnaja jarost'!

Snadź potrzebnych jest absolutnie trzech doktorów, aby święta lampa nauki jaśniała w Jędrzejowie pełnym blaskiem, każdy z nich ma pod opieką to, co w Jędrzejowie najbardziej godne uwagi: Przypkowski słoneczne zegary, Jedliński historię i Kadłubka, a Karczewski... Karczewski ma siedem tysięcy hektarów lasu, w lesie ponad sto jeleni, multum saren i zajęcy, i lisów - oraz miliardy owadów. Czy owady są takie ważne? Karczewski twierdzi, że ich rola dla Jędrzejowa (czytaj: lasu) jest wprost nieoceniona. Chadza więc do kniei z siatką na owady i flintą, której prawie nie używa. Owady utrzymują równowagę w lesie. Więc i pół życia Karczewski oddał muchom. A można muchom? Można. Karczewski - rodowity jędrzejowianin, który grodu swego nie opuszczał jak tylko dla studiów wyższych na SGGW i dla odbycia służby w kamaszach (wyrażenie gwarowe w Jędrzejowie: Za czasów carskich pobór do wojska nazywano „brać w kamasze”) - zdobył tytuł doktorski dzięki trudnościom natury... mniejsza o naturę. Studia na SGGW zaczął jeszcze przed wojną, a skończył 10 listopada 1945 roku; był to pierwszy dyplom wystawiony przez tę uczelnię po wojnie. Napisał pracę dyplomową z dziedziny dendrometrii, czyli o mierzeniu przyrostu drewna. Został leśniczym w Laskach pod Jędrzejowem, starał się o nadleśnictwo jędrzejowskie po inżynierze Jańcu, ale nie dostał. Podstawił mu ktoś nogę, gdzie trzeba (a przede wszystkim - jak się okazało - Jureczko). Ktoś napisał do władz, że Karczewski jest „powiązany z reakcją”. Młody inżynier leśnik awansował więc tylko z leśnictwa w Laskach na adiunkta w nadleśnictwie.

I to go uratowało dla nauki. Gdyby nie Jureczko, Karczewski nie miałby tytułu doktora, wspaniałych zbiorów entomologicznych i sławy jednego z najwybitniejszych speców od biocenozy leśnej w Polsce, Jako nadleśniczy nie miałby na te rzeczy czasu. Jako adiunkt szedł sobie w las z flintą, siatką i lupą i obserwował, co się dzieje w borówkach, jakie w borówce wylęgają się owady, jakie na niej żerują i jaka jest jej rola w zwiększaniu naturalnej odporności drzewostanów wobec szkodników.

b-ostatki 02

Z Karczewskim pojechaliśmy do leśnictwa Mniszek, gdzie chadza ów sławny jędrzejowski jeleń, bydlę wielkie i wspaniałe, nie ustępujące karpackiemu. Poroże u niego wielkie, wieniec potrafi ważyć osiem, dziesięć kilogramów. Karczewski żałuje po drodze, że nie trafiliśmy na czas rykowiska, kiedy to o wieczornej porze gra cały las, słychać stuk uderzających o siebie rogów, a łanie oczekują pokornie na wyniki pojedynków. Pozna zaraz Karczewski, który stary jeleń, bo gra potężnie i zwany jest organistą, który młody chłyst, a który byk w sile wieku. Chociaż - sam przyznaje - takiego czucia jak gajowy Kwiecień z Laskowa to nie ma i mieć nie będzie. Kwiecień palce przykładał do tropu i mówił, jak dawno jeleń tędy przeszedł. Tenże Kwiecień bystry był niesłychanie i twierdził, że zawsze leśnego złodzieja wytropi.

- Co należy zrobić - pyta Karczewski - jak zobaczysz świeżo ścięty pień?
Popędliwi koledzy przy kuflu odpowiadają: Szukać złodzieja.

- A nieprawda. Najpierw masz usiąść na pieńku i zastanowić się. Kwiecień zawsze tak robił: I, dalibóg, udawało się. Usiadł na pieńku kiedyś w zimie i zastanawia się. A tu widzi ślady: Pies siedział na śniegu i miał ogon obcięty, bo jamka została. A więc kusy pies był. Na młodniaku trochę białej sierści: Siwy koń był. No to Kwiecień wstał i już wiedział, kto ma kusego psa i siwego konia, czyli kto sosnę ukradł.
Teraz to już nie masz takich gajowych. Ani polowań takich jak drzewiej. U Radziwiłła spraszało się gości na polowanie. Lasem szedł gajowy i puszczał z worka oswojone liszki. Kudłate stwory skakały prawie na gości, ledwie który z fuzji zdążył strzelić. We wrześniu było zawsze polowanie „par force”. Wtedy bowiem można każdą zwierzynę strzelać, zjeżdżały się myśliwce z różnych stron, psiarnia wielka jak wojsko szła w las, psiarczyki pstrokato ubrane jechały na koniach, spuszczały charty ze smyczy, wszystko gnało za jeleniem; a kiedy psy sztuki dopadły, dobijano ją kordelasem. Potem już na szczęście dla zwierzyny tak hucznych polowań nie bywało. Raz tylko, kiedy polowało kieleckie UB z karabinami maszynowymi na zające.

Dziś nieźle - a propos - poluje Soborowski z Mniszka. Przyrząd sobie skonstruował do wabienia lisów, prosty: Rurka drewniana z piórkiem w środku. Dmuchniesz: Udaje kniazianie rannego zająca. Lisy na to lecą jak oszalałe, po pewną zdobycz. Dwadzieścia cztery ogoniaste sztuki palnął Soborowski. Za dużo ich było, niszczyły bażanty. A bażant ważny sprzymierzeniec rolnika - zjada stonkę. Karczewski postanowił hodować bażanty, trzyma je w klatkach przez zimę, a Soborowski to je nawet do kuchni w mróz zabiera i żywi szczodrze.

Wędrowaliśmy tak kilometrami przez jędrzejowskie lasy; to mignął nam w przecince chybki jeleń, to ptaszyska jakieś smakowite spod stóp się zrywały. Aż znowu wróciliśmy do much Karczewskiego: Rączycowatych.
Otworzył drzwi do łazienki, a tu motyl wielki i pstrokaty siedzi na ręczniku. Skąd w listopadzie motyl? Ba, Karczewski trzyma w łazience dziesiątki probówek, w probówkach przeróżne jajeczka owadzie czy larwy przyniesione z lasu. Teraz przepoczwarzył się motyl, już go Karczewski łapie i do zbiorów włącza. Najciekawsza opowieść Zielonego Doktora - o biocenozie lasu, o tym, kto kogo logicznie zjada, dzięki czemu drzewa mogą spokojnie rosnąć: Ktoś kogoś zjadać musi, inaczej zjadane byłyby drzewa, chodzi tylko o to, żeby zjadanie odbywało się w sposób prawidłowy, i tego pilnować trzeba.
Praca o tym doktorska Karczewskiego ukazała się drukiem i zrobiła furorę. Były to podówczas rzeczy całkiem nowe: Zielony Doktor zbadał środowisko owadów bytujące na borówkach i naliczył ich sto dziewięćdziesiąt sześć gatunków. Znalazł wśród nich minimalną ilość szkodników lasu, natomiast ogromną ilość pasożytów, które się jajkami lub larwami szkodników lasu odżywiają. Tak więc - konkluduje Karczewski - borówka spełnia doniosłą rolę we wspomaganiu naturalnej odporności drzewostanów.

Oto w gałkach żywicy żyje szkodnik zwójka-żywiczaneczka-sosnówka. Ale wystarczy wprowadzić w ten las, a raczej w jego poszycie, borówki i gorysze, aby bujnie rozwijać się poczęły rączyce. Rączyce zabiorą się do zwójki-żywiczaneczki i wyjedzą ich piękne larwy. Wielkiego znów szkodnika lasów, zwanego borecznikiem, zjada pasożyt ceremasia inclusa z ukochanej przez doktora wielkiej rodziny rączycowatych.
W nadleśnictwie Chrząstów przed laty borecznik zniszczył całe hektary lasu. Wówczas opylano las środkami chemicznymi. Lecz las opylany środkami chemicznymi nie wraca długo do normy, bo niszczy się nie tylko szkodniki, ale przy tym całe środowisko owadów i równowaga biologiczna zostaje wówczas zachwiana. Dlatego też lasów - zdaniem Karczewskiego - opylać się nie powinno, co najwyżej w nagłych wypadkach, kiedy inaczej się nie da. A tak to trzeba stale badać środowisko owadzie i jeśli za dużo borecznika się pojawia, znaczy, że za mało rączyc. Jeśli za mało rączyc, to trzeba im stworzyć warunki do rozmnażania się i wprowadzić do lasu więcej goryszy, bo rączycowate odżywiają się jej kwiatami. Nie trzeba mówić, jak ważne są w lesie te „armie Karczewskiego”.

Pokazuje doktor swoje ogromne zbiory owadów w szkolnych kasetach. Tysiące okazów owadzich, motyli rączyc - całe drugie muzeum można by z tego w Jędrzejowie otworzyć, równie atrakcyjne jak muzeum Przypkowskich.
Czy charakterem Zielony Doktor tak samo zgodny z Miasteczkiem? Bez wątpienia. Dosadniej się to uwydatni, gdy go zestawimy z ludźmi jędrzejowskiego „wielkiego przemysłu”, którzy... ależ tak, jak najprawdziwiej, należą do tego samego gatunku co Zielony Doktor.

* * *

Żyje w Jędrzejowie pan Biskup. Biskup, któremu, jak powiadają w Jędrzejowie, ślub dawał sam Papież. Tak bowiem - traf zdarzył - nazywa się urzędnik Stanu Cywilnego w Krakowie, gdzie inżynier Biskup otrzymał państwowy mandat na założenie rodziny.
Ale nie dlatego przyjechał do Jędrzejowa Paul Parker.

...Amerykanin był trochę stropiony i po dwóch godzinach rozmów coś strasznie kręcił głową. Był czymś zaskoczony, ani jednak warszawski cicerone wycieczki, ani gospodarze nie wiedzieli, co go męczy. Inżynier Biskup wprowadził gości do przypominającego pałacyk letni budynku, gdzie chłód wnętrz o wysokich stropach łagodził spiekotę, która towarzyszyła słynnemu lipcowi 1963 roku.
Siedli przy kawie dokoła małego kawiarnianego stoliczka, najwyraźniej służącego tym celom od wielkiego święta, jako że wypijana w pośpiechu przy pracy kawa sąsiaduje tu zwykle z papierami na ogromnych ciemnych biurkach.

Nie mieścili się zresztą i Biskup nie krył zażenowania; goście bywają tu wprawdzie często, ale nigdy w tak licznym składzie.
Paul Parker przyjrzał się widokowi za oknem - dojrzeć tam mógł tylko to, co przed chwilą oglądał: Inspekty, szklarnie, grządki, pólka i poletka - odezwał się na koniec, przerywając ciszę (wszystkim żar słońca paraliżował języki):

- Jestem zaszokowany.

?

- Przejechałem dwadzieścia krajów, gdzie oglądałem stacje doświadczalne, plantacje, rozmawiałem z hodowcami. Wszędzie słyszałem: „Czy macie jakieś szczepy odporne na mączniaka? Dajcie, przyślijcie”... A tu słyszę, że Polacy wszystko sobie sami wyhodowali... że nic wam nie potrzeba, że sami dacie radę... Jesteście bardzo pewni siebie, muszę powiedzieć.
Biskup uśmiechnął się charakterystycznym, nieśmiałym uśmiechem dużego chłopca; wyjaśnił łagodnie:

- Wasze rośliny mają wiele cech pozytywnych. Są doskonałe, najdoskonalsze z tego, co jest na rynkach światowych. Ale nie dla nas. I wy, i Australijczycy macie wspaniałe odmiany zdolne do obrony przed mączniakiem. Ale dla was nie jest problemem czarna zgorzel ani wirus ipsylon, wasze odmiany nie są na to uodpornione... Dlatego jesteśmy skazani na samych siebie.

* * *

Trudno powiedzieć, czy Amerykanin złożył to na karb ambicji przyrodzonej Polakom, o której wiele słyszał i którą delikatnie eksponował w swych komplementach, czy też w pełni trafiła mu do przekonania odpowiedź Biskupa. Faktem jest, że mieścił się w niej także pewien element pozahodowlanej natury; otóż wizyty obcych specjalistów tytoniowych obliczone są nie tylko na wymianę doświadczeń plantacyjnych wewnątrz międzynarodówki fachowców. Amerykanin reprezentuje swój handel, Polak - swój. Gdyby nawet można było skorzystać z amerykańskich odmian, Biskup nie byłby tego podnosił. Ekspert tytoniowy oznacza bowiem jednocześnie handlowego zwiadowcę. Jeśli zorientuje się w potrzebach danego rynku hodowlanego, jego mocodawcy mogą wedle tego rozeznania kształtować ceny; znajomość popytu określa politykę sprzedaży. Innymi słowy, amerykańscy plantatorzy będą się drożyć ze swymi dostawami, dobroduszny wygląd przybysza ze Stanów, jego prawie ojcowska jowialność mogą zwieść niejednego, lecz nie podobnych mu aparycją Polaków - tytoniarze nie robią wrażenia ludzi przemysłu, raczej ludzi roli, z całą ich statecznością hreczkosiejów. Jędrzej owianie wiedzą o tym.

Tak więc, gdyby nawet amerykańskie szczepy, odporne na mączniaka, potrzebne były w Polsce jako wręcz ostatnia deska ratunku, ani Biskup, ani Oliwkiewicz, ani Kwieciński słowem by się nie zająknęli mówiąc na temat sytuacji; tym trudniej rozszyfrować, ile jakich motywów powodowało Biskupem, gdy udzielał Parkerowi wyjaśnień, i w jakiej proporcji. Jeśli ambicja nie stanowiła tu rzeczywistego impulsu, to w każdym razie możliwość sformułowania takiego responsu musiała dumę Polaków mile pogłaskać.

Rzecz charakterystyczna, że „wielki przemysł” w Jędrzejowie też ma w sobie coś specyficznego; jest wielki, bez wątpienia - obroty przedsiębiorstwa, które w ciągu roku wypłaca plantatorom, dostawcom surowca, kwotę rzędu trzystu sześćdziesięciu milionów złotych, sięgać muszą miliarda; jednocześnie przecież ten wielki przemysł jest nieobecny w Jędrzejowie, Każdy wypadek, a zdarza się ich nadspodziewanie dużo, w maleńkich zakładach metalowych, dawnej „Podkówczarni” Ickowicza i Dykermana, przez długi okres ekscytuje opinię publiczną Miasteczka; okazję do plotek dają afery w malutkich przedsiębiorstwach, gdzie, jak w Państwowych Zakładach Zbożowych, najpierw posadzono połowę kadry kierowniczej, po czym aresztowano resztę, którą sypnęli pierwsi. W tytoniu afer nie ma i nie ma śmiertelnych wypadków, choć żadna dziedzina produkcji nie wykazuje takich skoków, nie zawiera w sobie tylu momentów gry, wręcz hazardu, i żadna nie stwarza tylu napiętych sytuacji. Dla Jędrzejowa także niejeden z pozostałych zakładów nie zrobił w części tyle, co Wytwórnia Tytoniu Przemysłowego: Udział w inwestycjach komunalnych, w budowie parku, w akcji zalesiania (trzydzieści tysięcy zasadzonych drzewek). Pieniądze, własna praca, inicjatywa dopingująca niemrawe dyrekcje innych firm - wszystko to kwalifikowałoby „tytoń” do rzędu ośrodków „wielkiego przemysłu”, tego pisanego dużymi literami, co oznacza coś więcej niż pozycję w hierarchii, oznacza bowiem przynależność do pewnej, opatrzonej własną legendą i symbolami klasy.

Tymczasem nic tu z „fabryczności” zakładów o miliardzie złotych rocznego obrotu. Na przedmieściach Jędrzejowa, wzdłuż specjalnej bocznicy, za dawnym „Piekłem”, gdzie na dachach blaszano-drewnianych bud sterczą anteny telewizorów, stoją wśród szczerego pola nowoczesne budynki wytwórni. Za wytwórnią - stacja doświadczalna. Za stacją - wieś Skroniów. Do figury, oznaczającej najpewniej Matkę Boską, co niełatwo rozpoznać, bo erozja powietrza i deszczu zatarła kontury postaci, panuje przemysł; za figurą - wieś. Lecz i tu, i tam rozciąga się ta sama cisza, w której usłyszysz głos każdego ptaka z okolicy.
Ten przemysł nawet i rytmem swoim spleciony jest z życiem wsi. Kampania zaczyna się ze zbiorami liści; przed sezonem zakłady są jak wymarłe. Przechodzisz niskimi halami magazynów, gdzie leżą sprasowane bele tytoniu, i jesteś wytrącony z równowagi: Zamiast ciężkiej woni fabrycznej, stojącej w powietrzu zawiesiny, wyziewów i trujących smrodów - odurzający zapach stodoły wypełnionej najdelikatniejszego gatunku schnącym sianem i kwieciem, które zżęto wśród trawy. Coś z nieszkodliwego narkotyku, coś przesycającego łagodnością, ciepłem lata i beztroską wakacyjnych młodzieńczych igraszek. Zdaje ci się, że można by w te opustoszałe hale, zastawione tylko stertami beli i odpowiadające echem piwnic, przywozić neurasteników na kurację; nie sposób tu się martwić, zapach miękki, a przy tym pikantny, izoluje człowieka od świata kłopotów i problemów.
Czy oni - Biskup, trzydziestoparoletni szef Stacji, dyrektorzy Oliwkiewicz i Kwieciński - znają smak tej Arkadii? Tak. Lecz owa Arkadia działa silniej na obcych, jej egzotyzm dla Biskupa stanowi rzecz powszechną, choć nie może nie wpływać na kształtowanie charakteru „tytoniarzy”; ulegają niedostrzegalnie inhalacji wiejskości, która pachnie liśćmi skroniowskiej Wirginii czy złotolistnego Ihasu.

Ta wiejskość dziwną jest rzeczą i dla nieuświadomionych zagadkową. Cała fala robotniczych, urzędniczych, rzemieślniczych, inteligenckich synów osiadła po wojnie w agrotechnice; byli oczywiście akcentem rewanżu miasta za siły pobrane ze wsi, wręcz ułamkowym, w skali bodajże jeden do tysiąca. Stanowili niemniej zjawisko o własnej prawidłowości rozwoju, nie byli przypadkiem. Biskup, mocno zbudowany mężczyzna, o twarzy chłopięcej i wymowie miękkiej, robi wrażenie istoty z gruntu łagodnej, rzekłbyś: Odezwał się w nim chłopski atawizm, nie uświadomione ukochanie ziemi
I roślinno-zwierzęcego świata.

- Mam kolegę, w którego obecne dzieje nigdy bym nie wierzył - odezwał się naraz po chwili milczenia, § gdyśmy kończyli tradycyjną w reporterskich wywiadach kawę, tam akurat, gdzie Biskup spointował swym wyjaśnieniem alterację Paula Parkera. - Facet, wprawdzie ze wsi, ale od lat siedział w Krakowie, przesiąkł miastem. Studiował rolnictwo, to prawda; nikt jednak ani przez moment nie przypuszczał, że opuści Kraków, kawiarnie, teatry, kina, knajpy... Elegant, ubrany jak spod igły, ręce czyste, prawie pielęgnowane, nic z chłopa, mieszczuch całą gębą, a pieniędzy mu też nie brakowało, bo ojciec dosyłał. Tymczasem spotkałem go parę lat później, pytam, co robi? | Powiada, że wrócił na gospodarkę rodziców, pod Mie-chów. Nie wierzyłem, pokazał ręce. Rzeczywiście. Potem znów się dowiedziałem, że prowadzi gospodarkę pokazową, przywożą doń wszystkich gości zagranicznych, facet robi doktorat. Powie ktoś, że wrócił... Ale to chyba nie to.

- Nie to?

- Nie. Znacie panowie Bieszczady. Skądże tam ci rolnicy miejskiego pochodzenia? Miałem innego znajomego, ekonomistę. Żonaty z farmaceutką. Zaczął od biurka, normalny człowiek miasta. Ale widać nie potrafił. Został furmanem. Słowo honoru. Wozakował tak dobrych kilka lat, uskładał na ursusa, pojechał w Bieszczady. Założyli w paru spółkę, wyciągali drzewo z karczowisk. Teraz obstawił się już książkami, rodzina żony miała piętnaście hektarów nieużytków, a wiecie, panowie, że na Podkarpaciu nieużytki to naprawdę już nic, nie tam jakoś zaniedbana gleba... Wziął to, dzisiaj na dwa powiaty pionieruje w łąkarstwie i uprawie lnu...

- Czy pan uważa was trzech za ludzi jednego typu?

- Podobnego typu. Nie wiem zresztą. Nie zastanawiałem się nad tym specjalnie.

- Hodowla to jest hazard. Ogromna emocja. Stawia się na pewne rośliny.
Każda tytoniowa roślinka-matka jest opisana, próbował ją zakazić, nie przyjęła; ciekawe, co teraz wylezie na inspektowej grządce. Po miesiącu szpakowaci, poważni panowie biegają po szklarniach, zaglądają: żywotne czy nie, udało się czy nie; pamiętają dziesiątki, setki „pojedynek”, na pozór niczym nie różniących się od siebie. Gdy przychodzi do zbioru liści, pilnować trzeba, by żaden z jednego poletka nie dostał się do innego kompletu. Każda roślina buchalteryjnie zanotowana, każdy szczegół figuruje w dokumentacji: „Wychować na szczerku próchniczym. Nawożenie na ha: 300q obornika, 80kg P2O5 w superfosfacie, 150kg K2O w siarczanie potasu, 15kg w saletrzaku przedsiewnie, 15kg w saletrze pogłównie”. Robisz na przykład porównanie odmian typu Burleya, tytoniu papierosowego w charakterystycznej mutacji, z liśćmi w żółtawoseledynowym kolorze. Burleyowe liście są bardzo higroskopijne, chłoną zapachy, korzystny walor dla producentów nikotynowej trucizny, bo się Burleye pozwalają skutecznie doprawiać, „sosować” w papierosowej kuchni. Odmian bierzesz, dajmy na to, sześć; Flandria, holenderska odmiana, niestety nie uodporniona na inwazję mączniaka (zaraz wyjaśnimy, co oznaczają te groźne, lecz wcale nie przesadne w tonie określenia), starzeje się już, bo gatunki tytoniu z pokolenia na pokolenia, jak arystokratyczne rodziny, skłonne są coraz bardziej do wyradzania się; Rhinan, pochodzący z francuskich plantacji w Bergerac, jest już mocniejszy i jako odmiana młodszy, powinien plonować obficiej od Flandrii; prócz nich drezdeńska Ergo z 1960 roku, słowackie Odrodac, B 55 i krzyżówka niemieckiej Gelbe Sorte z Tisky. Każda odmiana w pięciu powtórzeniach na pięciu poletkach. I takich doświadczeń kilkadziesiąt, setki w ciągu jednego roku...
Nic na próżno, nic dla czystej abstrakcyjnej satysfakcji. Stacja ma w sobie coś ze sztabu i zakładów zbrojeniowych. Sławę mozaiki tytoniowej utrwalił wśród laików Paweł de Kruif, słynny popularyzator mikrobiologii i medycyny; lecz mozaika jest wrogiem starym, znanym i przez to nie tak niebezpiecznym.

Ponad dziesięć lat temu zadała klęskę przemysłowi tytoniowemu czarna zgorzel; gniły korzenie roślin zarówno w polu, jak w inspektach. Zginęło tym sposobem wiele bogato plonujących odmian, plantatorzy ogłosiliby żałobę, gdyby tego rodzaju uzus obowiązywał w rolnictwie. Wyhodowanie nowej, dobrej odmiany zajmuje czasem i pięć lat, choć próbuje się niekiedy upraw niemal hazardowych, szczepu, który pozwala rokować mu sukces przed ostatecznym sprawdzeniem.

Pięć lat minęło i uderzył z kolei wirus ipsylon. Przenosiły go mszyce, rozprzestrzeniły z ziemniaków, gdzie ma główną domenę; wirus ipsylon już wcześniej się ujawniał, lecz sporadycznie poza Jędrzejowem, aż Biskup musiał prosić swego ówczesnego szefa, by mu specjalnie zademonstrował atak martwicy powodowanej obecnością wirusa. Dopiero pięć, sześć lat temu doszło do totalnego programu: Całe pola zmarniałych roślin, u których zaczopowane przewody systemu odżywiania dekonspirowały chorobę brunatnieniem nerwów liści. Atak sam dokonał selekcji, ujawnił odporne szczepy, lecz plantatorzy ponieśli niewiarygodnie duże straty. Ledwie czas jakiś minął i podreperowali się nieco, walcząc z zarazą wzmożonymi zabiegami profilaktycznymi i eliminacją słabszych odmian, a już w roku sześćdziesiątym pojawił się mączniak rzekomy: Niebieskawe kożuszki pleśniowe na spodzie liści.

Nie było ich w Europie do pięćdziesiątego dziewiątego; podobno jakieś angielskie laboratorium sprowadziło sobie doświadczalną kulturę mącznika z USA i niebieska pleśń uciekła z probówki, niosąc się z cyrkulacją powietrza na kontynent - milionowe desanty zarodników lądowały na polach Europy, groźne podwójnie swym zahartowaniem: Aktywne latem, na zimę przybierały formy „przetrwalnikowe”, by wiosną przejść do nowej infekcji. Wedle niektórych przypuszczeń startuje niebieska pleśń co wiosnę z terenów północnej Afryki, gdzie tytoń wiecznie zielony, upały zaś nie sprzyjają panowaniu mączniaka. Tym czy tym jednak sposobem, rok po roku niebieska pleśń falowymi szturmami nawiedza Europę. Odporny jest nań australijski szczep Hicks, zwany Resistant, czyli właśnie „odporny”, lecz ten znów nie stłamsi w sobie czarnej zgorzeli i martwicy nerwów; krajowych odmian, które by nie uległy mączniakowi, jeszcze nie wyhodowano. Więc znowu profilaktyka, opryski, dziesiątki zabiegów, zjednoczona akcja plantatorów i przemysłu wspomagającego swych dostawców surowca; lato stulecia zneutralizowało mączniaka i dało, wyjątkowe zupełnie, dwukrotne w sezonie planowanie, lecz co będzie dalej?

Biskup i jego współtowarzysze produkują więc mieszańce, skoro hodowla trwa zbyt długo...
Mieszańce w pierwszym pokoleniu wykazują godną podziwu jakość, później, w następnych generacjach, dochodzi już do rozszczepienia rodziny na słabsze i mocniejsze rośliny, ale pierwsze pokolenie przynosi gremialne podkreślenie cech dodatnich: Albo wysokie plony, albo odporność. Nie chodzi bowiem tylko o to, żeby rośliny „wyrosły”; muszą rozwijać się dobrze w każdych warunkach, liście dawać o pełnej wadze, pulchne prawie i aksamitne, nie zaś jak pergamin; muszą być podatne na suszenie i wszelką obróbkę, którą zaaplikuje im przemysł.
Stacja ma wyprodukować w sześćdziesiątym czwartym roku sto dwadzieścia kilogramów nasion mieszańcowych; trzeba na to wykastrować każdy kwiatek z osobna, usunąć męskie narządy (pięć pręcików), nanieść pyłek na znamię, zawinąć kwiatek w celofanowy kapturek, by nie zapłodnił się po raz wtóry przypadkowo. Na jednej roślinie przeciętnie jest pięć kwiatków, z jednej rośliny przy masowej robocie otrzymuje się nasion przeciętnie... dwa gramy. Policzcie, ile operacji trzeba na sto kilogramów... Wszystko to w okresie kwitnienia, bez rozkładania na miesiące, przy współpracy pięćdziesięciu inteligentnych i solidnych kobiet, których, gdyby kto chciał nawet, nie sposób kontrolować.

* * *

Cała ta praca stacji, jej emocje, emocje później szefów wytwórni, która poddaje tytoń procesom fermentacyjnym w specjalnych komorach, bezsprzecznie mogą angażować, pochłaniać; lecz kto zetknął się z przemysłem, zwłaszcza młodym jak w Polsce, wie, że procesy dowodzenia i związane z nim napięcia powtarzają się wszędzie.
Te jednak, skroniowskie, inne są od fabrycznych.

- Rolnictwo wymaga innych ludzi niż huty i kopalnie. Tam siła człowieka w drużynie - powiada Biskup i milknie nagle.

Właśnie. Tu jesteśmy. Kim są owi idący na wieś, w Bieszczady, na stacje doświadczalne, inżynierowie?
Indywidualistami.
Rolnictwo dzisiaj jest - pomijając chłopów, u których zresztą ów element charakteru można wyłuskać także - Ziemią Obiecaną indywidualistów, ostatnim rezerwatem tych zamkniętych w sobie, nieco flegmatycznych ludzi, kryjących w ciszy wiejskiej emocje swojej bezgłośnej Wielkiej Gry.
Dlatego „wielki przemysł” w tytoniowej edycji nie zmienił charakteru Miasteczka - nie mógł. Dziwnym trafem przypasował się do tej Starej Polski jak ulał.
Chociaż inżynierowi Biskupowi daleko do czterdziestki.