Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 6)

b-2aRozdział V

Patrzałek wyschły, krzepki starzec, ręce przed sobą na stole; głos ostry, chłopski, twardy.

- Godzinę temu Jureczko umarł.

- Jak? - pytanie suche, bez specjalnego zainteresowania w tonie.

- Przewrócił się na ulicy. Kiedy go podnieśli, już nie żył.

- Pijany był.

- Pijany.

- Lżejszą miał śmierć. Już źle o nim nie można. A wyście i o nim chcieli czeguj, co?

- Właśnie.

- Czas już przychodzi. Dwa tygodnie temu poszedł Kruk. Kiedym tu przyszedł w styczniu, zaraz siedemnastego...

- Wtedy?

- A no, wtedy. Poszedłem do Kowalowa, był komendantem wojskowym, Kowalow do mnie: „A wy szto? Co za jeden?” Komunista, towariszcz, mówię. Okazało się, że Kruk się już sam starostą ogłosił. Myśmy wysunęli Feliksa, jeszcze w konspiracji było ustalone. Kruk siedział na miejscu całą wojnę, znał rosyjski, potrafił się szybko dogadać.
Patrzałek, kiedy w Rytwianach organizowano pierwszą wojewódzką radę narodową, został naczelnikiem wydziału aprowizacji. Co najtrudniejsze dali jemu, ślusarzowi, a chłopu, na odmianę, sprawy opieki społecznej.
Bronił się:

- Ludzie, powariowaliście, nie umiem.
Na to mu odpowiedziano zjadliwie:

- Chcieliście władzy? No to ją macie.
Patrzałek oponował:

- Wiecie, że mam tylko cztery klasy skończone.
Oni mu:

- Taak? Na peperowców to wypada, musicie wziąć.
I Patrzałek szedł za frontem ze swoją grupą operacyjną, mając za całe przygotowanie dwutygodniowy kurs w Lublinie. Kiedy 17 stycznia dotarł do Jędrzejowa, tego dnia z dawnych komunistów było na miejscu żywych tylko ich dwóch, on i technik z Grudziądza, wywieziony tu za okupacji. Wprowadzili Felisa w urzędowanie, choć Patrzałek nie miał do niego zbytnio zaufania: Były nauczyciel, kiedy objął władzę, przywdział buty z cholewami, bryczkę z siwkiem podstawiać kazał pod starostwo i obyczajem dziedziców jął rozjeżdżać po okolicy.

- Niektórych władza psuje - mówi Patrzałek.
Ma na myśli, rzecz jasna, nie tylko Felisa, lecz i Jureczkę.

- Jureczko miał kompleks władzy - powiada Nieszyn.

- Słaby człowiek, wódka w nim człowieczeństwo rozpuściła - definiuje niechętnie Patrzałek.
Jureczko pił. Mając władzę w rękach, pił więcej. Nieszyn wspominając, jak to chronił jego bramkę („Władek, pomyśl, jakbyś teraz tak rzucił się pod nogi jakiemu centrowi, toby ci wódka nosem poszła; skończysz się, chłopie”), mówi, że dziś nie ten sam człowiek. Patrzałek twierdzi, że nosił to już na pewno w sobie i dawniej. Potem zdumiał ze szczętem, jemu litr nie było za dużo-, awantura za awanturą, burmistrza pobił, prokuratora, z którym pił razem. Gdy mu władzę odebrano, znienawidził wszystkich, co przy niej pozostali czy do niej przyszli, anonimy pisał, burdy prowokował, Jędrzejów był „jego”. Tymczasem działo się to jędrzejowskie życie bez niego; przeboleć nie mógł swej banicji, próbował, czym się dało, przypominać o swej obecności, lecz nie miał czym, jeno kolejnymi skandalami, które na koniec odsunęły go całkiem poza krąg dawnych znajomych i towarzyszy.

- Słaby człowiek, wstyd mówić - krzywi się Patrzałek.
Wróciwszy wtedy, w styczniu 1945, do Miasteczka, Patrzałek rozejrzał się za doktorem Kwartą. Nie minęło długo, przyszedł list z Krakowa. Doktor cudem przeżył; komisarz polityczny od Kowalowa, Chaczapuridze, Gruzin, dał Patrzałkowi samochód; pojechali, odnaleźli doktora na Białym Prądniku, w szpitalu, plującego własną krwią. Zabrali. Jędrzejów skakał wokół niego, człowieka, który po Oświęcimiu był cieniem samego siebie: pięćdziesięcioletni starzec, ledwie trzymał się na nogach.

- Myśleli: Wyzdrowieje, ministrem zostanie.... zawsze dla wszystkich był dobry - kiwa głową Patrzałek. - Żeby tak wcześniej, za Niemców, pomyśleli. Kwarta nieraz bywał na zebraniach u ludowców, poszedłem do jednego z nich, trzydzieści parę morgów miał, proszę: „Słuchajcie, trzeba by coś do obozu Kwarcie posłać”. On mi, że: „To ja wam przyślę”. Trzy tygodnie nic, potem przysłał. Dwa kilo cebuli i trzy kilo mąki. Innego, na trzydziestu morgach siedział, spotkałem w niedzielę przed kościołem, poszedłem tam specjalnie, żeby uwagi nie zwracać... ten w ogóle nic.
Kwarty płuco jedno było już całkiem zajęte, wzięto go na stół, zmarł w trzy godziny po operacji. Nie żył komunistyczny Judym.

Patrzałek nie chciał dalej na zachód iść, matka mu się ciężko pochorowała. Dano mu uruchamiać przemysł w Jędrzejowie. Uruchamiał. Młyny. Potem browar. Mianowano Patrzałka dyrektorem. Maszyny znał, ale procesów fermentacyjnych nie, bo skąd? Mimo to nie chciano go zwolnić. Sam administrował, o wszystkim myśleć musiał, bez pomocy sztabu sekretarek, urzędników i doradców. Browaru nie spotkać wówczas, co by go nie toczył deficyt, a tu były ślusarz dał w ciągu trzynastu miesięcy półtora miliona złotych czystego zysku. Lecz były ślusarz umiał widać z ludźmi się dogadać i z fachowcami, sam dla siebie niczego nie wziął, jak żył dwadzieścia lat temu, tak żyje i dziś, w domku na przedmieściu, z małym, ponad hektarowym ledwie gospodarstwem. Widziano, że nie dla siebie dobrze chce, nie narzekał więc na brak zaufania; wrócił na kolej, dzierżył jednocześnie - i to było - dwadzieścia dwa mandaty, czasem przez miesiąc tylko parę dni spędził w warsztatach, resztę przy referendum, przy wyborach w województwie, w komitecie partyjnym, powiatowej radzie, zarządzie miejskim... On, który nie lubi papierów i biurowej roboty, teraz jeszcze wstaje skoro świt i w zimie łopatą chociażby śnieg odwali na podwórku. Cóż, metalowiec, przez te społeczne roboty nie chcieli mu dać renty porządnej wysokości, bo stażu nie miał. Poszedł w Warszawie do Zarządu Głównego Związku Kolejarzy; tam go przyjął jakiś facet dobrze ubrany, grzeczny, ale podejrzliwy. Patrzałek wyjął legitymację, przedstawił sprawę. Urzędnik wypytywał go, co i gdzie robił. Patrzałek opowiadał cierpliwie, cały korowód zdarzeń miał przed oczami, zapomniał aż, komu opowiada, dzień prawie po dniu - naraz tamten:

- A jakeście byli w Sandomierzu, to kto was tam posłał?
Starzec popatrzył osłupiały, wyprostował się w krześle, krew mu nabiegła do pergaminowych policzków, I jak nie rąbnie kułakiem w stół! Wycharczał prawie:

- A wy to gdzieście wtedy byli, co?
Tu wstał i więcej go tam nie oglądano.
Krukowi przyjaciele, zanim umarł, wykołatali rentę dla zasłużonych: Na niewiele się zdała, bo ją przyznano dwa tygodnie przed zgonem, lecz dostał; komunista Patrzałek rentę ma zwykłą, kolejową, tysiąc czterdzieści złotych, władze zreflektowały się wreszcie, choć już nie prosił; teraz o więcej i prosić nie wypada, bo córka jest sekretarzem w Komitecie Powiatowym; Patrzałek prostuje palce leżące cały czas nieruchomo na stole:

- Nie powiedzą, że z partii żyję. Majątku nie mam, ale chałupa jest, do śmierci wystarczy.
Nie ma za złe Krukowi. Kruk był w delegaturze londyńskiego rządu, do gry o władzę po wojnie startował po innej stronie, lecz tu, w Miasteczku, dla polityki ludzie porządni nie wyciągali przeciw sobie broni. W czasie wojny partyzantki najróżniejszych kolorów nie strzelały do siebie, jak to bywało gdzie indziej; po wyzwoleniu nie segregowano tu chłopców z lasu na lepszych i gorszych, co się zdarzało w sąsiednich nawet rejonach. Więc i Kruk, że dostał specjalną rentę, niechby mu na zdrowie poszło. Słuszny był człowiek. Uczciwy. Dali mu rentę za działalność na polu gospodarczym, niech będzie.

* * *

Jeszcze przed wojną między nimi, ludźmi polityki, stosunki układały się podobnie. Kruk za sobą miał przeszłość najbogatszą, w 1905 roku organizował - wtedy nauczyciel w Potoku Wielkim - walkę o wprowadzenie do szkół języka polskiego. Jako przywódcy wlepiono mu dwa miesiące więzienia. W 1918 był komisarzem rządu Daszyńskiego, Ludowej Republiki Polskiej, jak się to nazywało, nim warszawskie przetargi politykierów nie zlikwidowały pozorów lewicowości młodego państwa. Lecz dla Jędrzejowa Kruk był przede wszystkim propagatorem kas Stefczyka, owych chłopskich kas zapomogowo-pożyczkowych, które przez lata Krukowi potem procentowały sławą i poparciem chłopów. Pierwszy niby ludowiec w powiecie, dawał się wybierać z różnych list, w różnych okresach, na rękę było macherom mieć go za przynętę głosów. On sam, po trosze może i dumny z honorów, do wiecowania się nie nadawał; nic z pyskacza. Spokojny, nie mówił za wiele, jeśli już, to oględnie, z prostotą przechodzącą niekiedy w rubaszność. Zapału do gry nie przejawiał, inaczej niż jego przyjaciel, Andrzej Waleron, też nauczyciel i ludowiec, wyznawca „Zarania”, w polityce rozmiłowany bez reszty. Wymową bił ich obu doktor Kwarta, ściągnięty tu przez starego doktora Feliksa Przypkowskiego w roku 1934, komunista. Za propagandę zwolniono go z posady w Świeciu koło Grudziądza, potem w Warszawie usunięto z urzędniczego stołka, w Jędrzejowie też niewiele czasu minęło, a poszedł siedzieć do Kielc na cztery miesiące. Kwarta ogłosił głodówkę, doktor Feliks zorganizował składkę na pomoc dla jego rodziny, pieklił się, rękami wymachiwał. Kwarta był świetnym lekarzem, doktor Feliks ściągnął go tu na swego następcę; chociaż wywrotowiec, leczyli się u niego i okoliczni księża. Myśleć mu wolno, co chce - parskał stary doktor.
Wypuszczono Kwartę. Na posiedzeniu Izby Lekarskiej w Krakowie, której Przypkowski był wiceprezesem, wstał pewien, żeby nie wymieniać nazwiska, znany lekarz i zażądał, by doktor Feliks podał się do dymisji.

- Kogo pan broni? Na kogo pan składki robi? Kogo pan pcha na posady? Komunistów?
Komunistów, nie komunistów, doktor Przypkowski nie ugiął karku. Jeszcze by...

- W dupie mam pańskie poglądy - oświadczył spokojnie - zrobiłem, jak uważam, że powinienem zrobić. Kwarta ma charakter Judyma, biedaków leczy na równi z posiadaczami ziemskimi, panowie, a za specyfiki dla nich płaci nieraz z własnej kieszeni. A że w starostwie najpierw z woźnym się wita? Kto w takiego człowieka tu kamieniem rzuci?
Doktor nie tylko nie wystąpił o dymisję, lecz przy następnych wyborach w Izbie drugi raz tę samą pozycję utrzymał.
Kwarta, szczupły, niewysoki, odbijający sylwetką od jędrzejowskich żubrów, lubić się dawał każdemu i każdemu uczciwemu człowiekowi był przyjazny. Bardzo dobry mówca - żadna pierwszomajowa uroczystość nie obeszła się bez niego, na święta ludowe prosili go do siebie i ludowcy. Komuniści, zszedłszy w podziemie, działali w związkach zawodowych i w TUR-ze, ludowcy przychodzili też i do nich z rewizytami na akademie. W Miasteczku wszyscy o wszystkich wiedzieli, kto zacz i co myśli; przy kieliszku, bywało, z policjantem się spotykał i prezes PPS-u, za co dostał po wojnie wyrok za „faszyzację kraju”, bo wódka, to było silniejsze od niego i co wiedział, powiedział na pewno, choćby potem i nie pamiętał. Gdyby nie referat kryminalno-polityczny w powiatowej komendzie policji, nigdy by pewnie w Jędrzejowie do prześladowań politycznych nie doszło, bo Kruk czy Waleron byli, jak to w Jędrzejowie, tolerancyjni; Waleron, kiedy „wiciowcy” przyszli doń o pieniądze na ulotki przed wyborami do Rady
Miejskiej - a przecież się orientował, że komuniści tą akcją kręcą - zaopatrzył ich w fundusze.
W referacie pracował tajniak, Pejas. Temu się naraził Patrzałek, bo go nie chciał wpuścić na akademię do Domu Straży; Pejas dobył orzełka, podetknął pod nos Patrzałkowi. Patrzałek zrobił zdziwioną minę: A to niby co?

- Nie widzisz?

- No, orzełek. Sam mam w domu, nawet większego.

- Ale co to znaczy?

- Nie wiem, szpiclem nigdy nie byłem.
Dopiero siłą naparł się agent, Patrzałek wolał uniknąć hałasu, wpuścił go do środka. Uprzedził kolegów. Lecz Pejas go sobie zakonotował w pamięci. Kiedy wkroczyli Niemcy, Pejas trafił do kripo. Komuniści w domku Kwarty założyli radę, powołali do życia tajną organizację „Młot i Sierp”. Podzielili się na piątki dla lepszej konspiracji. Kwarta w jednej z Patrzałkiem, inżynierem Wojciechowskim, doktorem Berem i Jureczką. Pejas czuwał. Kwarta niebezpieczeństwo widać szóstym zmysłem odgadł, bo na razie minął rok czterdziesty, potem i lato czterdziestego pierwszego, oni zaś żyli ciągle, sami dziwiąc się własnemu szczęściu. Kwarta nie wierzył tej ciszy. Spotykali się u niego w domu, czasem w stodole u Patrzałka. Kwarta na koniec doprowadził do spotkania z Pejasem. Zapytał wprost, czy Niemcy kazali mu podać nazwiska przedwojennych komunistów i czy zrobił ich wykaz. Pejas odpowiedział, że nie, że pytali wprawdzie, lecz on nikogo nie zasypał, wytłumaczył, jakoby wszyscy komuniści uszli na wschód w trzydziestym dziewiątym. Kwarta wrócił do domu, niedługo jednak „Malajka”, urzędniczka ze starostwa, przesiedlona z Poznania (Patrzałek pamięta jedynie jej pseudonim), dała znać, że Niemcy mają w rękach listę osiemnastu jędrzejowskich komunistów...

Niedługo potem inżyniera Wojciechowskiego wezwano do starostwa, niby to w związku z awarią sieci elektrycznej; ale nie stawił się od razu, wówczas buda zajechała przed warsztat, warsztat rozbili, inżyniera powieźli z sobą, ciągle niby w sprawie sieci. Lecz samochód nie zatrzymał się w mieście, dopiero za Miąsową. Kazali Wojciechowskiemu wysiąść, zastrzelili - „zginął podczas próby ucieczki”.
Tej samej jesieni doktor Kwarta znalazł się w Oświęcimiu, za nim Władek Jureczko. Doktor Ber zginął razem z innymi Żydami, zamordowany w nieznanym nawet miejscu.
Uchował się tylko Patrzałek, ślusarz z naprawczych zakładów wąskotorowej kolejki dojazdowej, ostatni z piątki.

Niemcy na kolejkę przez pół roku po zajęciu Jędrzejowa nie zajrzeli; cicho tam się zdawało i bezpiecznie, kiedy w czterdziestym przysłano mu wezwanie do pracy. Brał swoje sześć złotych dziennie, co nie było wiele, zwłaszcza gdy Kwartę zabrano i wolno mu było początkowo wysyłać paczki do ćwierć kilograma na dobę; Patrzałek z trudem koniec wiązał z końcem w kilka osób na swoim poletku.
Któregoś dnia zwolnił się rano, bo papierek przyszedł z Urzędu Ziemskiego w sprawie komasacji gruntu - miał trzydzieści arów osobno, teraz akurat, rychło w czas, chciano mu to scalić w jeden kawałek. Koło dwunastej poszedł do zakładów, po drodze zatrzymał go czyjś okrzyk z okna biurowego:

- Panie Patrzałek, stań no pan!
Obejrzał się, w oknie już nie było nikogo, tylko doleciał go ten sam głos:

- Uciekaj pan, bo Niemcy przyszli.
Tymczasem po domu buszowało już Gestapo i granatowi z psami; Niemcy zajechali taksówką, nikt nie wiedział, kto to może tu na Wodzisławską taszczyć się do ślusarza taksówką. Granatowi na rowerach. Nie zastawszy Patrzałka w obejściu, granatowi ruszyli ku warsztatom, wzdłuż torów, Niemcy przez miasto. Jeden z granatowych zobaczył córkę kumpla Patrzałkowego, potknął się niby to, przewrócił koło dziewczyny niosącej właśnie ojcu obiad:

- Pani, po Patrzałka idziemy.
Dziewczyna zostawiła w najbliższej bramie garnki, popędziła skrótami ku stacji. Patrzałek już był uprzedzony. Koledzy wpakowali go do kanału, przykryli. Słyszał dialog nad głową:

- Patrzałek jest?

- Nie ma.

- Gdzie pracuje?

- A tutaj.

- To gdzie jest?

- Poszedł gdzieś...
Ostukali wszystko, psy obwąchały, i nic. Wynieśli się.
Nocą jeszcze raz obstawili zagrodę. O pierwszej w nocy matkę, siedemdziesięciopięcioletnią wtedy staruszkę, żonę i córkę postawili pod ścianą.

- Gdzie jest?
Tymczasem Patrzałek lasami, nocami szedł na wschód. Koło Buska spotkał Ozgę-Michalskiego. Trafił do swoich.
W Jędrzejowie każda bodaj rodzina miała kogoś w lesie. Kruk zajmował się opieką społeczną, przez RGO pomagali żonom i rodzinom uwięzionych. Krukowi tę misję powierzono, bo nikomu bardziej w kwestiach finansowych nie można było chyba zaufać - każda złotówka była pewna w jego rękach, nawet bez kwitów i świadków. Zresztą pieniędzy przeznaczonych na zasiłki nawet przychodować nie mógł, były to bowiem wpływy ze źródeł konspiracyjnych; przekazywał też je z ręki do ręki, nigdy nie kontrolowany, nie sprawdzany. Nikomu by to i do głowy nie przyszło.
Po wojnie stoczyli krótkotrwałą walkę o władzę; był okres, że dla Patrzałka Kruk stanowił symbol reakcji, lecz że Kruk nie miał zacięcia do rywalizacji w propagandzie, znalazł sobie niebawem pole do działania. Rząd ten czy inny, Miasteczko powinno się rozwijać, Polska była jedna i jest.

* * *

To pewne, że w okresie powojennym elitę, która nadawała ton w Miasteczku, stanowili oni, politycy, lub jeśli nie politycy, to ci, którzy bzika mieli na punkcie rozwoju Miasteczka, postępu i normalizacji życia. Nie posiadacze fortun, rzeźnicy i sklepikarze, lecz oni, którzy nie dorobili się niczego, przeciwnie zaś, cudem niekiedy wynieśli całe głowy z wojennej zawieruchy.

- Szarpałem się z Niemcem na rynku - prycha Nieszyn spod wąsów. - Myślę: To się musi źle skończyć. Drań wyciągnął pistolet. Ja go złapałem za rękę, a siły mi nie brakowało na szczęście (śmieje się do siebie), wykręciłem do góry, poszło w powietrze. Wytrzymałem go tak chwilę, szczęście, że nie było innego w pobliżu. Niemiec zdębiał i schował pistolet...
Niewiele mogli, ale co mogli, to robili. Jak najtaniej, jak najoszczędniej. Drukarenkę znowu uruchomili. Starzy jej pracownicy podnieśli ją z niczego, posztukowali zdezelowane maszyny; maszyny pracują do dziś w tych samych warunkach, w jakich je puszczono w ruch po wojnie, bo Miasteczko jak nie miało, tak nie ma pieniędzy, a na remont osiemnastowiecznego budynku drukarnia sama nie zarobi. Chociaż obsługuje całe województwo...
Nieszyn wymyślił komunikację miejską.

- Bo to kompromitacja, chłopcy - mruczy. - Do dworca daleko i tylko dorożki.
Nieszyn z szoferem Kwiatkowskim, dziś pierwszym mechanikiem w Miasteczku, któremu posłuchać wystarczy, by określić, gdzie wóz niedomaga, pojechał do Częstochowy. Tam z prywatnego demobilu kupili dwie chevrolety, sprawne jeszcze, na chodzie. Połatali je i na ulice Jędrzejowa! Poza Kwiatkowskim kierowcami zostali traktorzysta John i Cibior, który dotąd w koniki jeździł, żyjąc z furmanienia. Nieszyn mu powiedział:

- Rysiu, siadaj na wóz. Nauczysz się.
Rzeczywiście nauczył się. John przesiadł się z traktora, chwalił sobie. Podczas jednego z kursów - przypadek chce, że Nieszyn siedział w autobusie - dorożkarze zatarasowali drogę konkurencji. John trąbi, przepycha się, i ani rusz; konie stają dęba, rżenie, hałas, ulica zatkana, że chodnikami przechodniom trudno się przesmyknąć. Nieszyn wstał ciężko ze swego miejsca i do Johna:

- Dawaj korbę, chłopie, weź lewarek i wychodzimy.
Wyskakuje John z jednej strony, gramoli się Nieszyn drugimi drzwiami - dorożkarze zoczyli rozeźlonych przedstawicieli miejskiej konkurencji, zacięli konie i wioo... Dalszych zakłóceń w ruchu nie zanotowano, przynajmniej ze strony właścicieli dorożek.
Nieszyn ściągnął tu również betoniarkę... Rynek, że w ogóle jakoś wygląda, jemu to zawdzięcza. Co jeszcze zrobił za swego sekretarzowania w Radzie Miejskiej, o tym nie ma potrzeby pisać, dość, że rynek jest.
Poszczególne ulice dostępowały brukowania zależnie od tego, kto rządził miastem. Każdy burmistrz i przewodniczący Rady Miejskiej swoją ulicę doprowadzał do ładu, tylko Pakaszewski nic już na swojej nie zrobił, bo mieszkał naprzeciw Zarządu Miejskiego na głównej arterii, którą już zastał gotową.
Wszyscy oni, burmistrze, sekretarze i przewodniczący pierwszych lat - z wyjątkiem może tylko Jureczki, który się sam z ich świata wykreślił - tworzą dziś nadal jeden krąg, niezależnie od różnic politycznych, co ich przed ćwierćwieczem dzieliły. Krąg to luźny, konwent niestały, przecież między sobą samymi najbliżsi się wzajem czują.
Gdy mówią o końcu tego swojego Starego Świata, nie żałują go.

- Zniknie to wszystko, powiadasz - kiwa się w krześle Nieszyn. - Synu, tylko głupi będzie płakał. Parszywe to było miasteczko.

- Było?

- Jest, ale teraz dzień dzisiejszy liczy się za wczoraj... Nie myślcie, byki, z miłości do Jędrzejowa to mówię. Co, miałbym się zaprzeć tego parszywego miasteczka? - wstaje z krzesła i toczy po nas podejrzliwym spojrzeniem.

- Gdzieżby tam!

- To i dobrze, bo już myślałem, żeście mnie za zdrajcę wzięli, gałgany. Zdrowie Jędrzejowa! Póki żyję, a na nogach ustoję, można liczyć na Stanisława Nieszyna, syna Mikołaja i Łucji...

- Ze Śmigielskich.

- A żebyś wiedział, synu. Ze Śmigielskich.

- Pańskie zdrowie!

- Wasze, chłopcy!

Lecz to nie oni zgotowali koniec Staremu Światu.