Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 5)

b-2aRozdział IV

Było, nie było, ale było, jak było. Doktor nie jedyny ani wyjątkowy.

- Dwa żółtka utrzeć z cukrem, pół szklanki mleka, trochę wanilii albo cytryny dla zapachu i ćwiartka wódki... piliście coś takiego?

- Gdzieżby, aniśmy słyszeli.

- O, łgarze! Idziemy do mnie.
Kolebie się Nieszyn drogą, słońce ściele mu się pod nogi. Oko zamyka, sapie spod sumiastości swoich wąsów:

- Na moim grobie pusta ćwiartka stanie, ale się za tę ćwiartkę zrobiło coś niecoś dla Jędrzejowa.
Nieszyn - jędrzejowianin. Wszyscy jego najbliżsi daleko: W Katowicach siostra, w Szczecinie siostrzeniec. Chłopakiem chował się u ciotki. Była to piękna, dorodna kobieta, wychowaniec kochał się w niej po cichu. Wzięła sobie męża z garbem, a kiedy umarł, została po nim renta kolejowa; starczyło na wszystkich - syn ciotki skończył Akademię Górniczą w Krakowie, córka w Nowej Hucie.
Nieszyna brat, pułkownik w Warszawie - oba jak żubry, chłopy zwaliste, potężne. W młodzieńczych latach występowali na boiskach sportowych pod pseudonimami, bo uczniom wtedy nie było wolno inaczej. Startowali w „Cracovii” jako Normund Pierwszy i Normund Drugi. Normund Drugi z Jędrzejowa rzucał oszczepem, w dwudziestym ósmym zdobył mistrzostwo śląskiego okręgu, a i teraz, mieszkając w Warszawie, co dzień odprawia gimnastykę poranną, skacze, przebiega sto metrów, zanim siądzie do śniadania. Normund Pierwszy grywał na beku całe osiem lat, już wtedy dorosły; dziś - zaszliśmy przed mały domek - siadł na ławeczce, obciąga nogawice spodni na łydce:

- Nogi całe pokopane, w gruzłach, żylak na żylaku. Ale, widzicie, chodzę; jakbym jakiego łobuza musiał w dupę kopnąć, toby jeszcze przez okno przeleciał...
Tu nastroszył wąsy, oczy schował za czerwonymi policzkami, klepał się po udzie.

- Wasze zdrowie, chłopcy. Łobuz tu do mnie nie przyjdzie, a nikogo innego za drzwi nie wyrzucę. To i każdy do mnie jak w dym. My tu starzy. Mój dziad po matce Śmigielski, powstaniec z sześćdziesiątego trzeciego, w Chrobrzu leży, a Stanisław Śmigielski jeszcze pod Sobieskim stawał.

- „Stanisław Nieszyn” będzie na grobie, ani słowa więcej. Taki, co miał kawałek chleba i rzodkiewkę w domu, a co miał, to i dał. Ale ludzie powiedzą, kim był Nieszyn, chłopcy - nalewa do szklanek, każe potem mlekiem popić. - Na nazwisko nie musisz zarobić, ojciec ci zostawi. Ale żebyś mógł o sobie powiedzieć „człowiek”, na to musisz sam zapracować.
Nie mówi, że dziadek Nieszyn z Rosji tu przywędrował i został już w radomskiej wtedy guberni; może sam nie wie, może nie chce wiedzieć. Jędrzejowianin, zna wszystkich i każdy kąt w Miasteczku.
W 1850, kiwa głową, było tu 1938 mieszkańców. Ani jednego mniej, ani więcej. Polaków i Rosjan. Niemców nic. Dziesięć lat później pojawił się tu pierwszy starozakonny.
160 domów było murowanych, 173 drewniane. Dziś, ledwie sto lat minęło, świat inny. Nieszyn się nie zmienił... Kiedyś Abele Hammermesch wydawał córkę za mąż, Nieszyn prowadził w powiecie księgi wyznań niechrześcijańskich, Abele do niego:

- Ja pana bardzo zapraszam...

Abele pośredniczył między bożnicą w Wodzisławiu a urzędem wyznań, stąd się znali; minął tydzień, drugi, wreszcie podjął u siebie Nieszyna z kolegą.

- Ach, było u mnie wesele, panowie szanowni nie byli, a tu osiemdziesiąt osób piło, pół litra spirytusu wypili... - Tu Abele na stół wyciągnął trzy srebrne kieliszki, ze stugramowego bączka trzy razy ulewał im po kilka kropel, gdyby „panu naczelniku” zaprosił na bal, goście by łyka nie wleli do gardła. Abele ze strachem patrzył na turzą postać Nieszyna. Nieszyn aż zagulgotał z oburzenia, Abele dziękował Opatrzności, że zapomniał „panu naczelniku” prosić we właściwym terminie. Nie lubił „wyrzucać” pieniędzy Abele Hammermesch, inaczej niż biedni żydowscy czeladnicy, którzy swoimi groszami zasilali strajkowe kasy miejscowych robotników. Abele był oszczędny, a „panu Nieszynu to i osiemdziesięciu samych rabinów nie dałoby rady”, choć twierdził zawsze pan Nieszyn, że wódka nie szkodzi, nawet i dużo, nawet i bardzo dużo, byle w miarę utrafić i żeby z głową ku niebu człowiek szedł do domu, a nie podpierał się brodą...

Kto mógł - powiada Nieszyn, przewodniczący Powiatowej Komisji Planowania Gospodarczego - to się dorabiał w tamtych czasach, księżom nie dawano tyle co dziś, raz chodził proboszcz po kolędzie, potraktowano go kolacją, aliści dzieciak drze się za ścianą: „Mama, jajecznicy!”, zaś matka mu przez zamknięte drzwi: „Cichaj, głupi, ksiądz nie będzie taką świnią, nie zji wszystkiego”. Handel, drobny przemysł, większość była w rękach żydowskich kupców, ci chodzili w jarmułkach, wedle zakonu, z pejsami, tylko Horowicze, właściciele tartaku, Artur i Moszek, obok nich najwięksi potentaci: Werdiger i Szpilberg, władcy firmy „Werdiger i Szpilberg”, dzierżącej młyny i jędrzejowski browar, nosili się z europejska, choć rytuał zachowywali i lojalność wobec kahału należytą. Miasteczko rozbrzmiewało dźwiękami żargonu, prawie połowę mieszkańców stanowili wyznawcy Talmudu, większość z nich biedota. Ci utrzymywali się z handlu domokrążnego, kramarzenia na jarmarkach, wędrowali po wsiach skupując nabiał, drób, pierze, najubożsi zaprzęgali się w szleje do małych dwukołowych wózeczków z dyszlem, wozili mąkę z młynów do sklepów albo co podeszło; „lepszy sort” miał już swoje lokale; sklepikarze, „handełesy”, do dziś przetrwały maleńkie kliteczki wokół jędrzejowskiego ryneczku, gdzie metr miejsca „dla gościa” i metr było miejsca „dla Żyda”, do tego lada i półka, a już interes szedł, żyć było z czego, biednie, ale na swoim, nędzy zagruźliczonych chałaciarzy nie dostrzegało się tak, jak majętności nowych posesjonatów: Ickowicza i Dykermana, właścicieli „Podkówczarni”, Stobieckiego, posiadacza tartaku, Cukra, którego fabryczka wyrabiała rydle i łopaty, Wilczkowskiego z wodnego młyna, restauratorów Manelego czy Mendrowskiego, nie mówiąc już o Horowiczach, Werdigerze, Szpilbergu, o rzeźnikach czy piekarzach, z których tylko jeden z trzema synami sam pracował przy nieckach i piecach, inni bowiem zatrudniali rodzinę przy kasie, we frontowej sklepowej części, na czeladników ściągając sobie chłopaków spośród miejscowych pauprów. Z tych uczniów piekarskich wyrosła potem następna generacja posiadaczy. Z szewców chałupników, którzy pracowali dla wielkich przedsiębiorców, jeden próbował samodzielności, lecz też nie strzymał, wrócił pod skrzydła dawnego patrona, co mu z góry tłumaczył, że się to nie opłaci...

Kariera polskiego drobnomieszczaństwa zaczęła się późno, z narodzinami budki spożywczej Piaseckiego, w której dziś urzęduje spółdzielczy sklepik z przyborami szewskimi; obok niego radzili sobie nieźle masarze: Chrzanowski, Chmielarz, Nurczyński, Smerydzyński, z pomniejszych: Zakrzewski, Krupski, Markiewicz. Ci jeszcze po drugiej wojnie święcili prosperity. W sklepach przy swoich jatkach na czwartkowy jarmark szykowali garami - studniami prawie - gorący barszcz; chłop tu przychodził z chlebem albo na miejscu kupował, brał wędlinę, siadał za stołem, naprędce zbitym krzyżową sztuką, najczęściej dobywał flaszki zza pazuchy; u Chrzanowskiego trzy izby zastawione były prócz sklepu, obroty skakały fantastycznie, pieniądze sypały się do kieszeni rzeźników, rzeźnicy z kolei wydawali je tak, by rodziły nowe pieniądze; z bogactwem rosła w nich dusza pańska, szlachecka, rzekłbyś, zwłaszcza że się na tych ideałach wychowali, a niejeden rzeźnik, gdyby dobrze poskrobać, herbem by się pieczętował, tylko że przy mięsie nie wypadało. Fortunki zatem rosły: Jeden od budki przeszedł do sklepu, dorobił się kamienicy i paru placów, drugi jeszcze po wojnie kupił dwie kamienice, trzeci jedną własnym sumptem córce wystawił, inny ciułał na posagi dla córek, wyszedł z czterema posesjami.

Potem nastała wojenna potworność. Z całej gminy przetrwało ją kilku nieszczęśników, co po tym potopie krwawym wrócić tu chcieli na stare pielesze. Niestety, zdziczenie najeźdźcy znieprawiło i co słabsze umysły podbitych; jakiś bandyta, może jeden z tych, którzy wykupywali pożydowskie mienie, ostrzelał dwóch, idących ze zwieszonymi głowami Wodzisławską. Szli i nie odważali się oczu podnieść ku oknom z innymi twarzami, ku drzwiom z odgłosem śmiechu innych ocalałych, lecz nie swoich, którzy nigdy nie śmieli się tak głośno i donośnie jak dawniej „polskie szlachczyce, co u nich zawsze dobry humor”. Jeden z tych dwóch został na opustoszałej nagle ulicy; kiedy wyzdrowiał, drugi, przeklnąwszy Miasteczko, zabrał go w daleką gdzieś drogę, a do spadkobrania po nieżyjących zgłosiło się ze świata zaledwie kilku, i to bardzo dalekich krewnych; z jędrzejowskich Żydów - nikt.

Bóg, mówią w Miasteczku, umyślił widocznie pokarać tych, co się wzbogacili na śmierci, Bóg sam wymierza sprawiedliwość i zesłał na nich komunistów; epopeja jędrzejowskiego mieszczaństwa nie trwała długo. Tylko niech nas nie myli nazwa „mieszczaństwo”; odchodzi ono w przeszłość nie po mieszczańsku. Odchodzi po szlachecku, z pychą i zaciekłością karmazynów, z gestem niekiedy; ufa, że ostatni bastion trzyma się dawności, która musi wrócić z niebytu, choćby najdalszymi zakolami historii, do dzieci czy wnuków. Tu jeszcze, klną się, Polska jest, póki my żyjemy. Byle tylko nas właśni gówniarze nie zdradzili; ale „jeich oni kupią, szubrawcy, nie kazują jeim troszczyć się o swoje, zarobisz, to s... do domu i niech ci starczy na jaja z kiełbasą”...

- Jajecznica z kiełbasą - rozmarza się Nieszyn. - Niech was, chłopcy... Do dziś jak na wsi ucztują, to opowiadać kończą: „...i była, wicie, jajecznica z kiełbasą”. Specjał dobrobytny.
Lecz ambitny nie kończył, w rozumieniu posesjonatów, na jajecznicy.

- Jest tu rodzina Nawarro - rzecze naraz Nieszyn. - Tylko że ja o tym nie będę mówił, pogniewaliby się na mnie śmiertelnie, sami, co było, to spalili - zasumował się nagle.

- To my już wiemy i bez nich...

- Bazyli straż pożarną ukochał, dla niej gospodarki poniechał prawie, kiedyś dom postawił, dziś to na psy zeszło. Bazyli, do dziś naczelnik honorowy straży, a sławny był w Jędrzejowie... Na pożar lepszy od księdza i godzinek, jak się Pińczowska paliła, Żydzi co się dało wynosili ze sklepów do sadów między drzewa, ale kiedy ktoś wrzasnął: „Nawarra kimt”, wzięli się z powrotem nieść towar na półki. Takie Bazyli miał u ludzi zaufanie.

- Nie o Bazylego idzie...
Na jędrzejowskim cmentarzu pochowano przed laty księdza Franciszka Nawarro, pardon, de Nawarro, bo tak się pisał za życia, aczkolwiek nie z urodzenia. Na starość rezydował u cystersów; nim zeszedł z tego świata, wymurował sobie na zapas olbrzymi grobowiec. Mówiąc bez ogródek, ojcowie mieli go za bzika i nieszkodliwego mistyfikatora. W Miasteczku nie wszyscy skłonni są im wierzyć, poniektórzy cmokają sceptycznie: „Może trochę było prawdy i po jego stronie, kto wie?”, bo sceptykami zwać tu wypada właśnie ich, powątpiewających o słuszności powszechnego przekonania, że wszystko w księdza Nawarry supozycjach wynikło z bujnej imaginacji tego poczciwego proboszcza z Obiechowa. Fantazji, dalibóg, księdzu Franciszkowi nie brakowało: Wybrał się do Rzymu, naparł się tam złożyć wizytę papieżowi. Spytano, kto zacz. Ksiądz Franciszek, jako że parafie tu nigdy biedne nie były, wydrukować kazał swoje wizytówki. Drukarz słysząc: „z Nawary”, wybił „François de Nawarra”. Jako księcia przyjęto go na posłuchaniu w Watykanie i dopuszczono do ucałowania ręki Ojca świętego; pomyślał ksiądz Franciszek: „Sam Ojciec święty uznał mnie księciem Nawarry”. Całe życie odtąd poświęcił udowodnieniu tej tezy, całe życie i pieniądze. Wykalkulował, że jego nazwisko pochodzenia nie jest polskiego, nie wiedzie się zatem od „nawaru”, co dało początek mianu niedalekiej wsi „Nawarzyce”. Wykoncypował, że musiał któryś książę Nawarry z Walezym przybyć do Polski, onże Francuz pod Wielkimi Łukami za wojenne zasługi w dziedzinie... aprowizacji miał zostać przez Batorego uszlachcony i dalej prosperować pod nazwiskiem „Dąbski” - co już nieco kłóciło się z myślą o pochodzeniu rodziny Nawarrów, lecz ksiądz Franciszek nie zważał specjalnie na drobne nielogiczności swej genealogicznej doktryny; przekonany, że ze swymi familiantami błysnąć mógłby w Europie jako zapomniany potomek 1 Burbonów (o paradoksie, iluż tych autentycznych żyje w Europie, choćby licząc prawnuki nie uznanych bękartów!). Wszystko, czego doszedł na koniec, to dokumentu, który wykazywał, kto kogo rodził między polskimi Nawarrami, wstecz aż po Batorego. Otwierał ów metrykalny wyciąg „Kacper de Nawarra, laboriosus”, piękny skądinąd zabytek dotyczący dziejów nie szlacheckiego, lecz chłopskiego nazwiska; to jednak nie satysfakcjonowało wojowniczego księdza, własnym kosztem wydał trzytomowe dzieło „Komedia ludzka”, gdzie pomieścił różnorakie przyczynki i uwagi do swych poszukiwań, poematy, notatki i utwory prozą, wszystko razem - stwierdzić przykro - eksplozja chorobliwej grafomanii:

NAPUSZONE
Kokietki, próżne kobietki W kornety się ustroiły,
Aby wady swe pokryły.
Kto nie ma DUCHA BOŻEGO - nie ma miłości bliźniego,
A zamiast ciepła i uczciwości
Dymią azotem ze złości.

Albo też fragment aktu piątego sztuki „Gra namiętności” (w objaśnieniu podano: „Biblioteka klasztorna, obecnie sala teatralna. Gra namiętności wobec idei duchowych”):

Ona:    Masz krój i pług,
    Oddaj mi dług, oddaj mi dług.
    Och, wody - wody,
    Palpitacja - ochłody.
On:    Ty pijanico niesyta,
    Napij się wody z koryta:
    Gore, gore, ogień parzy,
    Węgiel się od wiatru żarzy.
    I krew kipi w moim łonie,
    Czapka mi na głowie płonie.
Ona:    Jedź po wodę do sadzawki
    I dawaj prędko sikawki,
    A z gorzelni Pustomyty
    Doleje się okowity:
    Dla odwagi, dla pragnienia.
    Bierz beczki do nawodnienia.
    Nie ugasisz, nałogowcu,
    Tego suchego jałowcu.

Owe trzy tomy dostał w ręce jeden z młodych Nawarrów, Grzegorz, wizytator dawnego kuratorium; wyretuszował co drastyczniejsze momenta, lecz nie oparł się pokusie wydania stryjkowych płodów w nowej, opracowanej anonimowo wersji. Tym sposobem życie „Komedii ludzkiej” przedłużone zostało o nowe lata, nim trafiło do archiwum w klasztorze.

- Fakt - powiedzieliśmy. - Jedliński to ma.

b-ostatki 01
Naczelnik Straży Pożarnej - Bazyli Nawarro

Nawarrowie potem przypadli jakoś ku ziemi, bo ich tempo życia zagoniło, zepchnęło ze szlaku ambicji i pychy, lecz pan Bazyli rzecz strażacką traktował zgoła nie po chłopsku czy mieszczańsku, nie z wyliczeniem ryzyka, nie z ubezpieczeniem się przed stratą czy z odkładaniem rezerwy na złą godzinę - oddał jej z siebie wszystko. Prawda, nie miał szczęścia ani smykałki do ziemi. Z kilkunastu morgów nigdy nie umiał nic wydusić ponad to, co do życia było niezbędne. Ale „służba” dawała mu sens wegetacji, ucieczką była od codzienności, ona - Ochotnicza Straż Pożarna - utrzymywana ze składek, ze składek, z dobrowolnych ofiar, które pan Bazyli nieraz cichcem i ze swego uzupełniał. Serce w nim grało, kiedy szła orkiestra straży (dęta); przed nią, parskając, podrygiwał gruby, niedźwiedziowi podobny Czeluski, Rosjanin, który tu został po pierwszej wojnie, a po drugiej pogrzeb mu sprawiono bojowy: Na pompie, niby na lawecie, trumna eks-dyrygenta orkiestry jechała na jędrzejowski cmentarz. Pan Bazyli przeżył tego Czeluskiego, co się jego pewnie ojciec jeszcze pisał „Czeluskin”. Równie życie się podnosiło w panu Bazylim, gdy hucznie, jak na paradzie, „jego” strażacy zajeżdżali do pożaru, błyszcząc hełmami, budząc podziw odwagą, sprawni, bohaterscy i kochani, „dzieci księcia Poniatowskiego”, którzy do szturmu na ogień jak do zabawy szli, co po większej części było i prawdą, bo młodzianie, a nawet i starsi, lubią tu być admirałami i podawani w gadce miasteczkowej z komentarzem: „To, panie, wie pan, niezwyczajny człowiek!”.
Pan Bazyli nigdy nic nie miał wspólnego z dorobkiewiczami, którzy się kamienic i placów dorobili w szybkiej karierze mieszczan jego pokolenia, lecz, jak się rzekło, oni mieli z nim i z księdzem Franciszkiem wspólnego wiele: Styl.

 * * *

Cóż mówić o końcu dzisiejszego jędrzejowskiego świata, kiedy oni z końcem swojego starego, zaprzeszłego pogodzić się nie mogli? Do obecnej chwili zachowali ufność, że Bóg, przypadek czy własna zręczność zachowują ich pozycje w nienaruszonym stanie. I nie odchodzą „jak szczury”.

- W Boga już nie wierzę. W Amerykanów też nie wierzę. Mógłbym stąd uciec gdzieś na koniec Polski, żyłbym po ludzku, wiem. Ale widzicie, panowie, nie pójdę sam. Niech mnie zgnoją, psubraty. Niech wszystko zabiorą. Ale sam nie dam. Nie dam. Ani metra ziemi. Nie pójdę jak szczur. Mnie już nie zależy, dzieci wykształciłem, one już jeich, nie moje, czort z nimi. Sam nie pójdę. Póki żyję... ich mać! Nie pójdę. Kosowski mnie będzie musiał za dupę wynieść - rzęzi jeden z posesjonatów.

- Czy Kosowski robi coś nielegalnie, gwałci prawo?

- Legalnie. Sprawiedliwie po ich myśli robi. Ale nie po mojemu. A ja jego sprawiedliwość mam gdzieś. Póki nie przyjdzie siłą. Na moim to ja pan, póki mnie za kołnierz nie wytaszczą.
Do jednego z dawnych posiadaczy Straż Pożarna wystąpiła o sprzedaż placu pod budowę Domu Strażaka. Piasecki zażądał siedemdziesięciu tysięcy złotych. Straż uzbierała pięćdziesiąt. Dawaj w targi. Piasecki nie ustępował. Wmieszał się Kosowski.

- Niech im pan lepiej sprzeda za te pięćdziesiąt, bo inaczej my pana wywłaszczymy. I jednej dziesiątej pan tego nie weźmie.

- Ale tam! - roześmiał się Piasecki. - Mnie? Pan żartuje...

- Ostrzegam.
Piasecki bawił się dalej.

- No niechże pan spróbuje. Nie wygra pan, nie ma takiego paragrafu.
Targi trwały. Piasecki nie ustępował. Straż nie mogła dołożyć, bo i tak przy budowie miała dać całą robociznę darmo. Piasecki pewny był koneksji warszawskich; w prawnej drodze, oceniał, nie dadzą mu rady; w pozaprawnej - tym bardziej. Czekał.
Koniec końców przysłał mu Kosowski zawiadomienie: Wywłaszczenie zostaje dokonane.
Strażacy chwytają za łopaty, Piasecki odwołuje się do Warszawy.
Warszawa wzywa Jędrzejów na rozprawę.
Kosowski jedzie sam.
W poczekalni sądu wita go Piasecki. Obok niego świetny prawnik, adwokat B. Piasecki pokpiwa:

- No cóż, panie przewodniczący, nie wygra pan tej sprawy. Będziecie płacić.

- Wygram.
Adwokat mityguje przybysza dobrotliwie:

- Po co się pan upiera? Ja rozumiem, że pan broni swojego stanowiska, ale sam pan rozumie, że pozycja jest nie do obrony.
Kosowski z najspokojniejszą miną:

- Zobaczymy. Wygram.

- Panie przewodniczący... Żal mi pana.

- Założymy się? Panie Piasecki, kto przegra, ten stawia kolację.

- Dobra. Niech pan przetnie, panie mecenasie.
Adwokat przeciął. Weszli na salę. Przewodniczący rozprawy pochylił się nad Kosowskim:

- Pan sam? Bez radcy?

- A sam.
Mecenas B. przedstawia treść odwołania. Wywłaszczenie było bezpodstawne: Wolno dokonać go tylko wtedy, gdy inwestycja na danym terenie przewidziana jest w Narodowym Planie Gospodarczym. Domu Strażaka w Jędrzejowie nie ma w żadnym oficjalnie, państwowo zatwierdzonym planie. Sędzia rozkłada ręce.

- I cóż pan na to, panie przewodniczący? Kosowski kłania się przeciwnikom z rewerencją.

- Cóż, pan mecenas ma rację. Ta ustawa nie stwarza uzasadnienia dla naszej decyzji. Piasecki i jego obrońca uśmiechają się triumfująco. - Ale - kończy Kosowski - wywłaszczenia dokonać można nie tylko na mocy tej ustawy; istnieje też ustawa (tu podał numer) zobowiązująca rady narodowe do wspomagania akcji realizowanych poprzez czyny społeczne. Otóż jeśli dany grunt potrzebny jest dla realizowania jakiejś społecznej inicjatywy, mamy prawo wywłaszczyć. Bez objęcia inwestycji Narodowym Planem Gospodarczym.

- I cóż pan na to, panie mecenasie? - sędzia odwrócił się w stronę adwokata.
Adwokat uniósł lekko ręce ku górze, sygnalizując kapitulację.

- Cóż, panie sędzio. Nie mam tu nic do powiedzenia.
Piasecki przegrał. Za cały areał uzyskać miał niewiele ponad trzy tysiące. Lecz umiał przegrać „z honorem”: Zabrał swego adwokata i przeciwnika w objazd po warszawskich restauracjach. Jak zaczęli po południu, tak skończyli nocą, pokonany zaś wydał więcej, niż dostał potem za całą działkę; ani okiem nie mrugnął. Kosowski tylko liczył rachunki i dreszcz go zimny przechodził na myśl, co by się stało, gdyby przegrał: Rok musiałby spłacać dług z tego wieczora...

 * * *

Nie zawsze wojna obronna rozwijała się z towarzyszeniem efektownych parad, ciosów i zwodów.
Oto ojciec i syn, którzy bronią drapieżnie swego stanu posiadania, zacinają się w nienawiści i pasji. Stary dla dzieci zbierał, harował i kupował: Place, domy, pożydowskie budy, jak owa w rynku, którą mu pierwszą zdemontowano, bo się waliła z wyniszczenia; ponoć w rodzinie królowała raczej żona niż on, lecz faktem jest, że dawny skromny urzędnik przedzierzgnął się stopniowo w zaślepionego chciwca.
Miasteczko poszeptuje, że obaj na milionach siedzą, że z dawien dawna wszelkie zapasy gotówki obrócili na zakup dolarów, które, dobrze ukryte przed ciekawością ludzką, czekają dni, kiedy jakiś wódz na białym koniu wjedzie do Polski i przywróci im rzetelną sprawiedliwość. Lecz mówią inni, że stary niewiele schował, a co miał, swoim dzieciom oddał, one zaś nie wiedzą, czy ojciec doprawdy chowa coś w zanadrzu; poirytowane jego skąpstwem w stosunku do samego siebie, wstydzą się jego obnoszonej manifestacyjnie abnegacji. Nikt nie dojdzie, ile w czym prawdy; wielu tu ludzi na przykład ma krewnych za granicą, we Francjach i Amerykach. Widać młoda to emigracja lub niechętna kontaktom z Jędrzejowem, bo nie zobaczy się ciuchów sprzedawanych jak na jarmarkach Nowego Targu czy Sącza, a i poczta nie notuje nigdy zalewu międzynarodowej korespondencji. Więc krewni tu nikomu nie stwarzają alibi; nie wiadomo, czy w plotkach o wielkich dolarowych zapasach jest nieco domysłów z pokryciem, czy też snują się one śladem dawno rozpadłych fortun. Nie po każdym rozeznasz, na ile go szacować można.
Jeden z placów, wąska kiszka zarosłego trawą sadu, ciągnie się między gmachami urzędowymi a boiskiem szkoły. Właściciel zagrodził dziury w płotach, drutami odciął przechodnie ścieżki. Z psem warował między drzewami, szczuł psem intruzów; rozwścieczony, łapał się za kamienie, walił niby kastetem; hodował tu między szkołą i gmachem banku świnie, a na trawie wypasał konia. Gdy uczniowie na sąsiednim boisku grali w piłkę, zaczajał się z nożem - nie daj Boże, by ją przeniosło nad płotem, ciął, jakby rżnął gardło kurze, flak rozbebeszony odrzucał.

Przed paru laty zamierzano dobudować szkole, bo ciasno w niej nad wyraz, nowe skrzydło na posesji prywatnej. Dawano właścicielom sto tysięcy, lecz oni ani słyszeć o sprzedaży nie chcieli; Kosowski, rada w radę, przystąpił do wywłaszczania. Aliści tamci oświadczyli, że się tu będą sami budować; w tej sytuacji Rada musiała odstąpić - posesjonaci wzięli „lokalizację”, po czym zwieźli kamień. Jak zwieźli, tak więcej placu nie ruszyli. Siadywali czasem na pryzmie kamiennych ciosów, nieruchomi, stężali w zaciekłości, z twarzami na obie strony, jeden ku szkole, drugi ku bankowi, niby tu okopani, zarośli tą ziemią, której bronili, wrodzy, triumfujący bez słowa. Znaczy - nie można ich tak łatwo wziąć.
Niektórym miasto musiało wyremontować rozpadające się domy. Nie mogą protestować, bo sami nie chcieli tam włożyć ani grosza. Miasto włożyło swoje, kosztami obciążając hipotekę posesji, każdy by się zorientował, że stracił, ale nie oni - przyjdzie poczekać lat pięć, może dziesięć, może tylko rok, nawet i mniej, a wróci ich świat i wtedy w nagrodę za wierność i trwanie skreśli im nowa władza dług.
Lecz ma się na koniec Starego Świata. Kosowski zaprosił posesjonatów na specjalne zebranie; zeszli się z całego Jędrzejowa, kilkudziesięciu, zgodna a twarda koalicja. Kosowski stanął przed nimi:

- Cóż, my nikomu krzywdy nie chcemy robić. Macie pieniądze? Dlaczego nie budujecie? Jesteście przekonani, że władza ludowa nie utrzyma się choćby jutro; ja stawiam, że nas przeżyje. Wy wiecie swoje, ja swoje. Ale jeżeli to ma się kiedyś przewrócić, to co wam zależy: Inwestować teraz czy później? Jak się przewróci, będziecie dusić lokatorów, nawet i wstecz za dwadzieścia lat, wasza kamienica, wasze pieniądze. A nie, to powiecie: „Kosowski miał rację”. A jeśli panowie budować nie będą, to będziemy wywłaszczać. Ludzie potrzebują mieszkań, my potrzebujemy placów. Kto się sam pobuduje, tego nikt nie wywłaszczy, a i my będziemy zadowoleni, bo mieszkań ludziom przybędzie, i wy będziecie zadowoleni, bo procenciki będą się odtąd składały aż do chwili, kiedy wjedzie Anders na białym koniu. Kto chce nas przechytrzyć, niech pamięta, że wywłaszczone trudno odzyskać. Nie słyszałem jeszcze o takim rządzie, który by oddał choćby garść z tego, co poprzedni wziął; nie radzę więc spodziewać się po tym białym koniu za wiele...
Wynikł dyskurs trzeźwy, kalkulacyjny. Najzagorzalsi siedzieli bez słowa. Słuchali. Grdyki im tylko falowały od przełykania śliny. W drugim końcu sali ktoś, między jednym papierosem a drugim zapalanym od poprzedniego, powiedział nerwowo, tonem brydżysty zmuszonego do zrzucenia figury:

- Jesteśmy pod impasem.
Nie wszyscy zrozumieli, o co chodzi. Ale Kosowski gra w brydża.

- Posessionati - bulgocze w gardle Nieszyna - widzicie, chłopcy, ostatni posessionati. Szlachetkowie na budowlanych parcelach. Ledwie spysznieć, gestu nabrać zdążyli i hardości, już ich mać historia wzięła na łopatę.
Przepchali się od lady, od szlachtuza do sfery dawnych potentatów Miasteczka - twardzi, nieustępliwi, zaborczy, z mocnym chwytem zębów buldoga; fala zdarzeń, która ich wyniosła ku górze, pogrzebała pod sobą tysiące istnień ludzkich, oni jednak, ufni w swoje przeznaczenie, pozwalali się nieść fali i co się da garnęli ku sobie; aniby nie zgadli, że tamci, których mieli za durniów, za szaleńców zgoła, tamci - od Kwarty, co w kacecie miał przepaść na wieki, od chrystusowego „naiwniaka” wyciąganego z więzienia przez starego Przypkowskiego - że tamci znajdą się u czoła następnej fali, która zmiecie wszystkie dotychczasowe układy, elity i schematy.

- Ani się spodziewali - łupie ręką w kolano Nieszyn. - Ani się spodziewali. Za nic ich mieli.