Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 4)

b-2aRozdział III

Prawda czy kłamstwo - powiadajcie, co chcecie - a najdonioślejszą rolę w zawijasach doktorowego żywota odegrała przypkowska dzięgielówka, sprawa, jak i Przypkowskiego mistrzostwo w kucharzeniu, bardzo istotna w tej historii, bo zamykająca w pełną kompozycję rysunek postaci, dla Jędrzejowa (nazwijmy to tak) modelowej. A więc dzięgielówka. Jest to napój staropolski, wyborny i krzepki, w karafce srebrem okutej, z wyglądu niepozornej, litr jednakże łatwo mieszczącej, którą doktor przywiózł z Moskwy. Zawsze to. gdzieś Przypkowski zioła dzięgielu wyszpera - ziele to rzadkie, prawdziwe jego okazy rosną pono tylko na wyspie Uznam i w Tatrach pod Czarnym Stawem - spirytusu doleje, po czym, ku przerażeniu pewnie komitetów antyalkoholowych, sączy zielonkawy napój do osobliwych, srebrnych czarek. Na nich wyryte łacińskie dewizy uprzyjemniać mają ceremoniał - tak więc przed wychyleniem toastu każdy gość może odczytać, co na jego pijackim instrumencie wygrawerowano. Stoi tam wiele i dwuznacznie: „Post poculum curva recta”, co prawidłowo na język polski tłumaczyć trzeba: „Po kielichu krzywe - proste”; także: „Sine Baccho friget Venus”, czyli „Bez trunku stygnie miłość”. Ów zielonkawy nektar, srogi (65%) a znakomity, miał wywoływać czasami nawet polemiki prasowe. Tak oto - podług jędrzejowskiej legendy - Waldemarowi Babiniczowi, pisarzowi i ojcu Uniwersytetu Ludowego w Różnicy, gdzie od lat siedzi, zdarzyło się w artykule o Miasteczku uczynić przytyk mimochodny:
„Nawet znamienity doktor Przypkowski idzie czasem ulicą, lekko się zataczając po ćwiartce.”

Przypkowski nie omieszkał napisać riposty:
„Chciałem sprostować informację znakomitego Waldemara Babinicza, który obraził moją rodzinę. Jeszcze żaden z Przypkowskich po ćwiartce się nie zataczał!”
Prawda czy łgarstwo - dziś nikt nie dociecze, tak jak nie zliczy litrów dzięgielówki w domu z zieloną kopułą wypitej. Dzięki niej Broniewski, kuzyn Przypkowskich, niejeden wiersz napisał, dzięki niej rodziły się najwspanialsze koncepty Przypkowskiego i wszystko to stworzyło wokół tego domu i osoby Przypkowskiego aurę osobliwą i na wpół legendarną. Dzisiaj to czasy na pozór bardzo odległe. Przypkowski sarmacką fantazję już tylko bujnie rozkrzewionym wąsem markuje; choć i w tamtych czasach, kiedy to hucznie się bawiono, „bibendum esse”, nikt nic nie mógł Przypkowskiemu zarzucić. Miał pod pieczęciami wystawione świadectwo moralności, „że urodzony Tadeusz Przypkowski prowadzi się moralnie, a napojów alkoholowych nie używa”. Można by tutaj Kosowskiego, który to ponoć widział, posądzić o tęgą finfę, aleć dowcip godzien był Przypkowskiego: Świadectwo, którym się uporczywie legitymował, pochodziło z roku pańskiego 1915, podpisane przez byłego wójta gminy Jędrzejów, Krawczyńskiego...

Ów glejt nie pomógł mu jednak, gdy przed rokiem 1956 relegowano go ze Stowarzyszenia Historyków Sztuki.
Przysłano mu otóż zaproszenie na zjazd Stowarzyszenia, który miał odbyć się w Nieborowie; że przed wojną Przypkowski znał dobrze Radziwiłła z Nieborowa i lubił go, a lubiąc sympatii nie cofnął, odpisał: „Za zaproszenie dziękuję, pod nieobecność gospodarza w domu nie bywam!”. Jako element obcy klasowo wykluczono Przypkowskiego ze Stowarzyszenia. Aliści przyszedł rok 1956 i uczone głowy we władzach Stowarzyszenia doszły do wniosku, że się już Przypkowskiemu stylu bycia nie zmieni, że więc zbyt surowo zareagowano na dowcip. Uznano teraz rzecz za kawał, wszystko na ówczesny brak poczucia humoru zwalając. Postanowiono doktora Tadeusza rehabilitować i przywrócić mu prawa członkowskie. Zaproszono go na bal na Wawelu, gdzie sama śmietanka historyków sztuki miała balować; na tę okazję doktor smoking przywdział, miast swego kożuszyska - zarzutkę czarną i biały jedwabny szalik, na głowę - czarny eden. Pojechał nie przewidziawszy, że od krakowskiego dworca na Wawel wiedzie sławna droga królewska, przy niej knajp coś siedem, więc gdy już Floriańską i Grodzką pod Wawel przedefilował, świat zdawał mu się najpiękniejszy, zaś wina władz Stowarzyszenia Historyków Sztuki nie do odpuszczenia. Wtargnąwszy na Wawel zatrzymał się w drzwiach sali, gdzie bal się był zaczął; wszyscy ujrzeli go - zrehabilitowanego - podbiegli witać się. Przypkowski - akurat przerwa w tańcach była - zawołał stentorowym głosem:

- Mam wejść czy nie wejść?!
Przeto wszyscy, żeby swój grzech zmyć, zrehabilitowanego ująć, podskoczyli co rychlej:

- Ależ prosimy, prosimy!
Przypkowski wówczas na cały głos, prawicą uderzając się w pierś usmokingowaną:

- Nie was, chamy, się pytam, tylko własnego sumienia!
I trzasnąwszy drzwiami wyszedł. Jedni szeptali z oburzeniem, inni z aprobatą, lecz nic już nikomu nie było dziwne, na odwrót, zamiast grzechu zyskał doktor uśmiech niejednego notabla, ugruntowując ostatecznie swój glejt „ostatniego szlachcica Rzeczypospolitej”, co to go jednego i Ludowej Polsce potrzeba...

- Jakbym pana Paska widział! - rozczula się Jedliński.

- Jakiego znowu Paska?

- Tfu, zbereźniku, Jana Chryzostoma. W Olszówce tutaj wydrę w stawie trzymał.
Było to po owej dzięgielówce, więc kiedy się okazało, że Olszówka tuż pod bokiem, pognaliśmy za Wodzisław szukać śladów onegoż protoplasty hodowców zwierząt futerkowych. Samochód dojechał tylko pod kościół w Mieronicach i ugrzązł w błocie. Tutaj ujrzeliśmy niewielki kościółek, gotyk z pięknymi freskami z XIV wieku w prezbiterium.

- W tym kościółku pan Jan Chryzostom Pasek - perorował doktor Jacek złowieszczo - popadł w małżeńskie okowy i z panią Łaską, wdową po stolniku, wysłuchał „Veni Creator”. Panny, musicie wiedzieć, nie byle jakie mu do ożenku przedstawiano, ale mu je koledzy obrzydzili. Śladkowska, starościanka sochaczewska, „zła jako jaszczurka, popija nie bez mała”, a Radoszowska, stolnikówna, matkę miała „swawolną występnicę”.

- I dlatego został Pasek hreczkosiejem w Olszówce?
Żeby z duchem być w zgodzie, wyciągnęliśmy z dna naszego dyliżansu spory bukłaczek gorzałki innej, zwanej trisz divinis, mieszanki na ziołach uwarzonej, której receptury nam pod tysiącem przysiąg dostarczył pan Kot Pieńkowski, konserwator sztuki i Przypkowskiego przyjaciel. Wypiliśmy po jednym na dobrą drogę, bo nas czekały trzy kilometry marszu polną miedzą. Jedliński, że abstynent, dobrotliwie wzdychał, oczy do nieba podnosząc:

- Oj, moczymordy, wy moje chłopaki...
My robiliśmy swoje. Ale wiosna już była, upał się zrobił okropny, trisz divinis rozebrał nas co nieco na słoneczku. I kiedy już rzeczka Mozgawka zagrodziła nam drogę, okazała się przeszkodą nader trudną. Kładeczka była wąska i długa na dwa metry, co w warunkach trisz divinis było nie lada przeszkodą. Najpierw jeden z nas, R., wpadł po kostki do wody; nie mógł trafić do brzegu i: „Ratuj!” - wykrzyknął. Jedliński podpowiedział chytrze: „Zażądaj stu złotych”. B. wyratował kolegę, grosz otrzymał natychmiast. Aliści kiedy sam przechodził, stracił równowagę i wpadł po kolana.

- Za stówkę! - zgłosił się R.

- Zgoda! - zainkasował czerwońca. Po tej ceremonii Jedliński spytał:

- Ile macie?
Obliczyliśmy swoje zasoby gotówkowe i okazało się, że mamy tyle samo, co mieliśmy. Wykrzyknął:

- A po cóżeście się ratowali?!
Ruszyliśmy w drogę. Staw jakiś było już widać, w którym się taplały kaczki, a ponad nim, na wzgórku, rozsiadłą budowlę mocarną, skarpami podpartą.

- Wspaniała fortalicja! - ocenił R.
Jedliński kiwał tylko głową i powtarzał:

- Trisz divinis, trisz divinis!
Fortalicja okazała się szkołą, wybudowaną przed kilku laty, ale że wytrzymałość gruntu nie tyle źle, ile w ogóle nie została obliczona, szkoła zaczęła zjeżdżać do stawku. Pan Makuch, kierownik szkoły, że nie chciał się pewnego poranku wraz z dziatwą i klasą znaleźć na dnie stawu, jakoś tej wędrówce szkoły postanowił zapobiec i kazał skarpy pobudować, które niecierpliwej szkole dały hamulec. Właśnie pan Makuch poprowadził nas przez wieś drogą rozmokłą, wiosenną, poprzez opłotki, w których buszuje ciepły wiatr.

- Tutaj stawek dworski był, jak to opowiadał Stępień, najstarszy we wsi, który zmarł już z dziesięć lat temu. Z dworu Paska śladu nie ma. Fundamenty po dworskich owczarniach jeszcze odnaleźć można, rozebrane i rozorane na polu, ale ślady są.
O wydry w Olszówce nie było już co pytać, wzmocniliśmy się więc jeszcze kielichem trisz divinisa na drogę i zawróciliśmy do Mieronic. Wyprawa zakończyłaby się fiaskiem, gdyby nie Jedliński, który się nagle rozczulił:

- Co wy tam wiecie, dzieci moje, kiedyście nic u Zaborowskiego w Oksie nie pili.
Po czym ugryzł się w język.
Rzeczywiście była jeszcze jedna wódka w okolicy, która z przypkowską dzięgielówką, tudzież trisz divinisem w konkury zgrabnie szła, nie mówiąc o tym, że wspaniale przez gardło pomykała. Dla niej też ruszyliśmy zaraz nazajutrz ku Oksie i Nagłowicom, tym właśnie przesławnym, Rejowym.

- A wy tam po co? - pytał doktor Jacek.

- Temat kończyć.

- Aha, znowu...

- Temat taki, chcesz, nie chcesz, kończyć trzeba.
Zamiary mieliśmy jak najuczciwsze, jesteśmy więc po minutach kilku w Nagłowicach; wchodzimy do parku, alejką pośród drzew jeszcze nie zazielenionych, pnie potężne mijamy - dębów, które ponoć Rej własną ręką sadził, jak Jedliński informuje klnąc się na swoją siwiznę. Pośród tych drzew stoi rozłożysta, klasycystyczna landara, którą w parę wieków po panu Rej u pobudował Kasper Walewski, szambelan króla Stasia. „Dom tutejszy stanowił jedno z najprzyjemniejszych ognisk towarzyskiego życia w okolicy w początku XIX wieku” - pisał ówczesny pamiętnikarz; że też ktoś w owych czasach miał ochotę do zabaw?! Dwór, budowla wielka i niegustowna jak carska Rosja, równie nie trzymająca się zasad jak pewna kuzynka pana Kaspra, też Walewska; pod dworkiem - piękna stara akacja i obelisk pamiątkowy ku czci Reja. Obelisk fatalny, brzydacki, aliści miło, że niedawno postawiony.
Do dworku Walewskich przybudowany pod kątem prostym pałac Radziwiłła z neoklasyczną kolumnadą - w obu budowlach Dom Dziecka pomieszczono. Doktor Jedliński z kierownictwem tegoż Domu wszedł w sobie tylko wiadome konszachty i... jeden pokój wyłudził. Dla Mikołaja Reja, pro memoriam. Kiedy bowiem grupa „Ponidzie” się wyemancypowała, młodzi zaczęli drukować - Jedliński znalazł sobie coś nowego. Nową nazwę wykoncypował: „Modrzewie”, od tych, które Andrzej Rej w Oksie pono sadził, i pod tym szyldem grupuje zapalonych regionalistów. Muzeum Rejowe mu się wyśniło utworzyć. I tworzy.
Ciekawość ogromna - gdzie to stał dwór pana Mikołaja? - nie dawała mu długo zasnąć. Wieść gminna powiada, że dworzyszcze stało na wzgórku w głębi parku, tam, gdzie najstarsze dęby rosną, Jedliński z harcerzami się zmawiał, żeby w ziemi podłubać, tam, gdzie jeszcze widać ślady jakiegoś rumowiska, i może wspólnymi siłami do piwniczki się dokopać, zobaczyć, czy weseli kompani pana Mikołaja jakiegoś antałka pełnego przez niedopatrzenie zwykłe nie zostawili. Może znajdą?
Pewien uczony uparł się, że pan Mikołaj nigdy, ale to nigdy w Nagłowicach nie mieszkał; ta myśl Jedlińskiemu nie dawała spokoju. Przegrzebał wszystkie źródła, Brucknerem się podparł, bo ten twierdził, że akcja „Krótkiej rozprawy między panem, wójtem a plebanem” toczy się w Nagłowicach; sięgnął i do przywileju na założenie miasta Oksy. A w przywileju tym pisze, że wystawił go pan Rej nie gdzie indziej, lecz właśnie w Nagłowicach.
„Privilegium Oppidi Oksa. W imię Boga amen. Gdyż Pan Bóg Wszechmogący tak świat postanowić raczył, iż na nim nic pewnego ani długo trwającego bydź nie może... Dlatego takie rzeczy, iżby dłużej trwać mogły, pismem dla dłuższej pamięci bywają utwierdzone.
A tak ja, Mikołaj Rej, oznajmuję tym listem komukolwiek dziś i na potem, iżem posadził miasto na gruncie swym tworowskim imieniem Oksa...”
Miał rację pan Rej, że nic pewnego ani długo trwającego na świecie być nie może, bo i ta Oksa, zamierzona jako bogata i ludna kalwińska metropolia w Rzeczypospolitej, nigdy świetności nie doszła. Rynek, tak niemal wielki jak krakowski, świadczyć może, na jaką miarę miasto zaprojektowano. Wokół rynku pozostały tylko drobne chałupki, pomiędzy którymi prześwituje bezwstydnie orne pole. Kilka dostojniej szych domków: Gospoda, sklep GS-u, poczta, apteka. No i właśnie w aptece - sam magister Zaborowski.
Dżentelmen w picassowskim wieku, elegancki, w tużurku i z pięknym motylkiem przy kołnierzu, mistrz trzech specjalności. Dobrześmy zostali wprowadzeni; mistrz zniknął, ze swojej piwniczki wyniósł pękate flaszczyny i ostrożnie, z nabożeństwem począł płyn mieniący się rozlewać do kielichów; wypijesz - w ciągu sekundy smak się kilka razy na podniebieniu zmienia. Raz u przodu języka, jakbyś miąższ pomarańczy ssał, potem - już głębiej - wyborna goryczka koniaku, potem alkohol dopiero, później posmak miodnego piernika, później... Cóż, długo by eksperymentować chcąc ową gamę przyjemności płynących z jednego kieliszka słynnej redlówki pana magistra Zaborowskiego ściśle wyliczyć...
Czy przyrządzenie tego eliksiru stanowi jakąś specjalną tajemnicę? Czy to jakoś specjalnie podchytrzona moc?

- Nie próbowałem nigdy, ale jednak powiem, że ta jest podchytrzona.
„Podchytrzanie” to jakoweś ziółka, które jak przy tajemniczym trisz divinisie po jednym kielichu powodują niemoc w członkach i zawrót głowy. Skąd zacny pan magister doszedł swoich receptur?
Magister Zaborowski pochodzi z Osieka pod Sandomierzem, tego samego, skąd bierze swój ród sławne przysłowie: „Cygan zawinił, kowala powiesili”, także anegdota o tym, jak to zacni osieczanie odkryli, że oś świata skrzypi. Pan magister pojechał na studia aż do Dorpatu, bo wówczas taka wśród adeptów sztuki farmaceutycznej była moda, wywodząca się zresztą z wyliczenia: W Dorpacie studia krócej trwały o rok i można sobie było w laboratorium zarobić. Z Dorpatu, gdzie recept na ważne leki magister się wyuczył, przywiózł też przepisy na swoje diabelskie eliksiry. Pracował we Włocławku w aptece Seyera, potem u „Wendy” w Warszawie, a od lat z górą trzydziestu siedzi w Oksie, gdzie kultywuje trzy swoje specjalności: Warzy likiery, robi znakomitą maść na odciski i pisze ramotki.
Likiery wyparują z czubów, odciski znikną, a ramotki przetrwają. Pisze, żeby po trzydziestu latach coś dla apteki w Oksie zostawić!
Magister w przeszłości swojej Oksy się kocha, w 1947 roku wystąpił z wnioskiem o uczczenie czterystolecia miasteczka, które przypaść miało w dniu świętego Marcina 1954 roku - tym dniem oznaczył Mikołaj Rej przywilej dla miasta, w Nagłowicach spisany. Ale jakoś do uroczystości nie doszło. Magister zamiaru podźwignięcia Oksy nie porzucił, z dumą opowiada o zborze kalwińskim, co go pan Mikołaj postawił, a syn Andrzej wykończył. Powiada nawet, że pono sam założyciel grzmiał tu z oksańskiej kazalnicy. Słuchać go musiano z wielką estymą: Ostatecznie Rejowa „Postylla” pobiła rekord wydawniczy swoich czasów, Rej-moralizator był niemal Saganką XVI wieku, pięć wydań w ciągu pół wieku to dziś nie byle co - a co dopiero na tak odległe czasy! Autorytet jego w sprawach religijnych był swoją drogą tak wielki, że - o czym poucza młodych historia literatury - pewien prosty kaznodzieja ruski powoływał się na autora „Postylli” jako „światoho Reja”. Anegdota współczesna donosi znowu, że miejscowy proboszcz odprawia modły za pisarza i jego syna, gdyż pono duchy ich objawiają się i straszą koło zboru: Jeden jako walczący-heretyk, drugi jako heretyk walczący kielichem, słynny kiedyś „opój i smok z Oksy”.

Skoro już przy kielichu jesteśmy, Andrzej Rej nie tylko zbór wykończył, nie tylko posadził modrzewie wokół swojej nowej rezydencji w Oksie, ale założył gorzelnię. Po Mikołaju do dziś jeszcze zostało mnóstwo stawów, a i gorzelnia, przez Radziwiłłów z Nagłowic rozbudowana, od nowa dzielnie zasila budżet państwowy. Pan magister snuje opowieść o swym przyjacielu, który w pięknym domku na przedmieściu Oksy, czyli jakieś pięćdziesiąt metrów od Rynku, w imieniu Państwowych Gospodarstw Rybnych klub zakłada. Kawa ma być i od czasu do czasu ryba prosto z wody, czyli ze stawu, który leży - choć rękę wyciągnij - tuż za drogą.

Zwierciadła stawów błyskają wokół Oksy, Nagłowic, pomiędzy ścianami lasów; mistrz Rajmund Palimąka, od sześciu lat samodzierżca na pięciuset hektarach wody, miał trafić do lasu, ale trafił do gospodarstwa rybnego. Wybrał się bowiem do liceum leśnego w Czernichowie, które prowadził inżynier Kuczyński, lwowiak. Wykłady jego były dziwne i przepiękne i czasem kończyły się takim epilogiem: „Ta, dzieci kochane, ta to wszystko nie tak, jak ja wam powiedział, ale to dlatego, że ja konia dzisiaj handluji”. Potem okazało się, że liceum leśne pana Kuczyńskiego było fikcyjne, nigdzie nie zgłoszone, szkołę zlikwidowano - tym sposobem pan Palimąka ma za sobą fikcyjną szkołę leśną i prawdziwe liceum rybackie. Z rybami nie taka prosta sprawa jak z krowami czy owieczkami, chociaż karpie królewskie na rejowskich stawach też paść trzeba, ale inaczej: Karmę im do wody z czółna zrzucać, ponadto nawozy sztuczne dla wzmocnienia składników mineralnych wody, badać też, czy zdrowe, a na to już trzeba je wyławiać ręcznie, sztuka za sztuką. I gdyby nie zastrzyki, którymi leczy Palimąka chore ryby, można by rzec, że technika hodowli od czasów panarejowych się ani na jotę nie zmieniła. Bo przecież taka nawet historyjka - uśmiecha się pan Zaborowski - jak dialog Palimąki z kłusownikiem wydarzyć się mogła łacno w XVI wieku. Kłusownik stał na grobli i trzymał w ręku sieć na kiju, wielką jak pół pokoju.

- Co pan tu robi? - pyta Palimąka oświecając łotra latarką, bo noc ciemna była, gdzieś koło pierwszej.

- Za własną potrzebą wyszedłem - powiada kłusownik i kuli się po sobie. Pies Palimąki, wielkie bydlę, już krąży wokół zbira i zęby szczerzy.

- Tak daleko pośrodku nocy? To po co ta sieć?

- Ktoś zostawił - przysięga kłusownik - i uciekł.
Palimąka zobaczył obok leżące ryby.

- Uciekł i wszystko zostawił?! Bał się pewnie takiego, co za potrzebą w nocy wychodzi kilometr od miasta.

- A bo ja wiem... - skamle kłusownik.
Na to Palimąka:

- Jak szliście za potrzebą, to trzeba było papier wziąć z domu. Siecią można, ale bardzo niewygodnie.
I poprowadził nicponia na milicję.

- Tylko się rzucajcie, to pies wam majtki skroi!
Szedł zbir potulnie. Tylko że pies Palimąki w życiu nikogo nie ugryzł, bydlę poczciwe, ledwie szczekać umie.
Pan Zaborowski zdarzenie opisał w swym raptularzu, gości nim uczęstował niby nalewką.

- I co też wy stąd napiszecie - kręci Jedliński głową - o rybach, co?

- A o rybach.

- Oj, grzeszne wy, grzeszne bolszewiki...

* * *

Co do doktora Tadeusza i grzechem byłoby mówić, że tylko jego dzięgielówka budowała legendę swoją w Jędrzejowie, bo Przypkowski ma w jednym palcu - jak rzec można - wszystkie sprawy grzechu siódmego. Gdy śnieg i mróz zwalą się na Miasteczko, rzuca swoje słoneczne zegary dla mosiężnej patelni, nad uczoną gastronomiczną, nie astronomiczną, siada księgą, a zapach od kuchni idzie łechcący, głód nieci.

Wbrew wyobrażeniom kuchnia ta inna niż u starego Reja; ten się na kuchni znał niespecjalnie, a jadł fatalnie i niezdrowo: „...zawżdy, kiedy przyjechał, pudło śliw jak korzec krakowski, miodu praśnego pół rączki, ogórków surowych wielkie niecułki, grochu w strączkach cztery magierki - na każdy dzień na czczo za wżdy to zjadał. A potem z chlebem mleka garniec zjadłszy, jabłek z kopę, a pół tryfusa gniłek spasłszy, do tego sztukę mięsa albo cztery świeżego wezbrawszy, półmiskom kilkom czupryny zmiąwszy, kapustą kwaśną potem dorobił, mało już o żabki włoskie dbał. Potem, gdy do ugaszenia pragnienia przyszło, gdybym o tym szeroko pisał, byłoby niejednemu śmieszno...” - pisał o Rej u Wereszczyński. Jeśli nawet pół na karb niechęci Wereszczyńskiego dla Reja złożyć i odliczyć, to i tak żarłoczność ojca naszej literatury zdaje się nieposkromiona. Przypkowski każe jeść lekko a wykwintnie. Wiele bowiem - rzecze - od wytworności kuchni zależy.
Hobby jego zostało już niejako upaństwowione, za poręką samego mistrza, który uznawszy przyrządzanie potraw za sztukę prawdziwą jako pierwszy w Polsce gastronomica wprowadził pod dach muzeum Przypkowskich, z czego wynika niedwuznacznie, że jest to muzeum astronomiczno-gastronomiczne.

Dział gastronomiczny jeszcze nie urządzony, co prawda, ale już w projektach żyje. Jaki będzie? Od drzwi kuta krata z roślinnym ornamentem. Ściana klatki schodowej wyłożona krążkami od piwa, których Przypkowski w wojażach przez obie półkule sporo nazbierał. Wśród innych honorowe miejsce zajmie krążek „Browar Jędrzejowski”, nie dlatego, aby piwo tu było najlepsze, ale dlatego, że jędrzejowskie. (Krążki z napisem „Jędrzejower Brauerei” odnalazł Przypkowski w jakiejś monachijskiej biersztubie). Ale wówczas - jak nas poinformował dyrektor browaru - produkowało się 6 do 8 tysięcy hektolitrów rocznie, podczas gdy dzisiaj ten sam, niewysoki, żółtawy kurniczek robi aż 32 i pół tysiąca hektolitrów! Więc piwo nawet swego czasu nie może odleżakować, tylko od razu je wiozą do rozdziawionych gardeł piwoszy. W zimie jeszcze jako tako. Latem jednak, kiedy zapotrzebowanie jest wielkie, istna lura. „Nasz rejon to słońce - powiada dyrektor. - Nie ma słońca, jest piwo. Jest słońce, nie ma piwa!” Co do nas, w browarze zaczęliśmy obcesowo: „Byliśmy w lecie w Szydłowie i chcieliśmy piwa. Kelnerka powiedziała nam, że nie dowieźli, bo wczoraj piorun strzelił w jędrzejowski browar. Znając wysoką jakość jędrzejowskiego piwa odpowiedzieliśmy: «Najwyższy czas!»„. Dyrektor na szczęście okazał poczucie humoru: „Panowie, pioruny biją w dęby, a nie w wygódki” - oto jak wyjaśnił nam mechanikę, na zasadzie której browar ocalał.)

Na parterze kuchnia współczesna, czynna od czasu do czasu, która, działając przy muzeum, gastronomiczne honory będzie czynić dla najwybitniejszych gości. A na piętrze kuchnia stara - archaiczne misy cynowe, patelnie mosiężne i rondle przedziwne. Unikaty europejskie, cała Europa oddała mosiężne i miedziane naczynia na pociski podczas dwóch ostatnich wojen, tylko Polska je pieczołowicie ukrywała, stąd wiele przetrwało. Samowary piękne na kredensie, mosiężne brytfanny na ścianach korytarza. Tak więc Przypkowski w Jędrzejowie, a w Paryżu siedział Pomian Pożerski, po którym Przypkowski ściąga teraz gastronomiczną bibliotekę do Jędrzejowa; tamże w Paryżu Maurice Saillant, przewodniczący Akademii Gastronomów, tamże Topoliński i Babiński. Maurice Saillant wybrał sobie pseudonim, okrzyk rozpaczy: „Curnoński” - cur non ski (dlaczego nie „ski”, czyli czemu nie ma przynajmniej polskiego nazwiska?!). Albowiem jak paryska kuchnia najsławniejsza w świecie, tak w paryskiej kuchni najsławniejsi gastronomowie - Polacy. A Pomian Pożerski na dwa lata przed śmiercią stał się ateistą i to ponoć przez krajową polską kuchnię. Zjadł obiad w „Grandzie” warszawskim, po czym powiedział dziennikarzom: „Od dzisiaj w Boga nie wierzę!”.

Przed śmiercią zapisał swoje sztućce „Tadeuszowi Przypkowskiemu z Jędrzejowa”.