Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 3)

b-2aRozdział II

Rynek nr 8, zielona brama z pięcioramienną gwiazdą u góry, pomieszczoną tam przez doktora Feliksa Przypkowskiego. W 1945 roku radziecki komendant miasta spytał: „Kto eto sdiełał?” Doktor Feliks odrzekł: „Ja”. Komendant był w siódmym niebie. „Tak ty nasz czeławiek!” - stwierdził. Nie wiedział, że w tym domu kwaterował Piłsudski idąc ze swoją pierwszą kadrową na Kielce, na tym progu Kaden-Bandrowski jadł zupę z menażki, a w gabinecie lekarskim ordynans Pana Naczelnika czyścił pistolet Pana Adiutanta, czyli Tomek Szymkiewicz z Małogoszczy, wielki patriota swego miasteczka, członek ochotniczej straży pożarnej tamże, który umiał się znakomicie obchodzić z sikawką, ale nieszczególnie z bronią. Pistolet wypalił pośrodku nocy, Naczelnik, śpiący na lekarskiej kozetce za ścianą, wybiegł w ineksprymablach, węsząc zamach. Kula utkwiła w bibliotece, ślad po niej można do dziś podziwiać. Piłsudski zrewanżował się Szymkiewiczowi, kiedy jechali do Wilna w krowim pulmanie, z żelaznym piecykiem w środku; dojeżdżali do celu, nie mógł się dobudzić ordynansa; zawołał: „Tomek, Małogoszcz się pali!”. Tomek zerwał się na równe nogi, rozglądnął się za ogniem, dojrzał go w piecyku, chlusnął wodą na fajerkę, sadze wybuchły i wszyscy przyjechali do Wilna czarni.

Dom ten kupili Przypkowscy od mieszczan jędrzejowskich, Kielisińskich, w początkach ubiegłego wieku. Z tamtych czasów pozostały na ścianie gabinetu: Miniaturka ze szkicem głowy Chłopickiego i kolorowy Napoleon w oprawce z kości słoniowej. Tutaj jakby czas się zatrzymał, ten dom gromadził przez lata wszystko: Miśnieńskie kubki z poprzeczką na otworze, aby nie umoczyć wąsów, korespondencję, starożytny aparat telefoniczny, który działał jeszcze do niedawna: Drewniana skrzynka przybita do ściany, z przyrządem do kręcenia wielkości korby samochodowej i wystającym mikrofonem; aby rozmawiać, trzeba było stanąć na baczność przed mikrofonem i do ucha przyłożyć słuchawkę - okrągłą, wielką jak spodek. A zgromadził ten dom - prócz przedmiotów, które składają się na jego własną historię - wspaniałą kolekcję zegarów słonecznych, o której „Encyclopaedia Britannica” pisze, iż jest najpoważniejszym z naukowo prowadzonych zbiorów we wschodniej Europie. Jak to się stało?
Doktor Tadeusz Przypkowski sadowi się właśnie w krześle przy biurku, robiąc jakieś dziwne zaklęcia. Po chwili chiński bożek wypuszcza uszami spirale wonnego dymu, tajemniczo się uśmiechając.

Piotr Andrzej Przypkowski w roku 1886 ufundował przy kościele parafialnym kaplicę. Gdy mury były już gotowe, przejeżdżał przez Jędrzejów artysta malarz. Piotr Andrzej powiedział: „A gdybyś pan na ścianie kaplicy namalował zegar słoneczny?”. Artysta zabrał się do dzieła, ukończył je, wziął grosz i pojechał, nieświadom skutków swojej roboty. Zegar źle wskazywał godziny! Syn Piotra Andrzeja, Feliks, spoglądał na niefortunny zegar i nie mógł spocząć, póki nie wynalazł błędu. Malarz bowiem nie znał się na gnomonice! Ta niedokładność zegara zafrapowała młodego adepta medycyny do tego stopnia, że zaczął studiować astronomię i medycynę. Na pierwszej praktyce lekarskiej w Działoszycach kupił wygrzebane na stryszkach stare zegary słoneczne i przyrządy astronomiczne. W 1904 roku naukowo obliczył i wykonał na nowo zegar słoneczny na kaplicy. Tak się zaczęło.
Osiadł wreszcie w rodzinnym Jędrzejowie, pacjentów leczył, a gdy tylko miał czas, nad wielką księgą astronomiczną siadał, przeliczał szlaki planet, kąty padania słonecznych promieni w różnych porach roku i różnych miejscach na kuli ziemskiej. W tych wieczornych biesiadach miał uczestniczyć wkrótce młody Tadeusz, na razie jednak...

Jest rok 1906 i doktor Feliks buduje na swoim domu taras do obserwacji astronomicznych. Nawiązał kontakt z niejakim panem Rosenthalem z Monachium, który prowadził światowej sławy antykwariat. Co pewien czas pan Rosenthal kazał adresować przesyłki do Rosji, guberni kieleckiej, miasta Jędrzejów, na nazwisko „Gnädiger Herr Doktor Przypkowski” i, o dziwo, ani razu się nie pomylił w literowej zawartości tak trudnego dla Niemca nazwiska, co świadczy niewątpliwie o solidności firmy. Przesyłki zawierały dzieła dawnych astrologów i astronomów, tyczące się gnomoniki, czyli sztuki budowania zegarów słonecznych, a także egzemplarze zegarów słonecznych. Praktyka lekarska w Jędrzejowie przynosiła niezgorsze zyski, inni lekarze kupowali folwarki i kamienice w wielkich miastach, ale zyski doktora Przypkowskiego pochłaniało jego hobby.
Proszę sobie wyobrazić ów Jędrzejów tamtej epoki, początków naszego wieku, Jędrzejów lamp naftowych, tiurniur i krynolin, ubogich i krzykliwie reklamujących się sklepików żydowskich, zapadły kąt wielkiej Rosji, nadgraniczny, ale ruchliwy przez tę swoją nadgraniczność. Chyba tylko z tych przyczyn pojawił się w owym czasie chiński kupiec z długim warkoczem, łączący w sobie europejską elegancję z egzotyką kimona pod tużurkiem. Oficjalnie handlował jedwabiami, chociaż później mówiono, że był to szpieg japoński. Doktor Feliks kupił u niego sztukę jedwabiu na ubranka dla dziatwy, materiał okazał się tak mocny, że nosi go obecnie już trzecie pokolenie Przypkowskich. Kupiec pokazał też doktorowi chiński zegar słoneczny, który ponoć wskazuje dodatkowo, kiedy rządzą złe, kiedy zaś dobre dla interesów duchy. Ponieważ jest to zegar czarodziejski, z którego wskazań on sam, czyli kupiec, niejednokrotnie korzystał, może go odstąpić, ale za cenę... Tutaj zaśpiewał wysoko, co wskazywałoby, że jednak był autentycznym kupcem, nie szpiegiem, jak tego domagała się jędrzejowska plotka. Dogadali się, kupiec przydał jeszcze chińskiego bożka, który po zapaleniu żywicy w swoim boskim brzuchu wypuszcza uszami wonny dym; zegar stoi pośrodku eksponatów kolekcji, bożek na biurku. Kosztowało to mimo wszystko sporo. Aliści nie od parady kazał doktor Feliks uwiecznić na ścianie swego domu dewizę rodową Przypkowskich: „Non habere, sed esse” - „Nie mieć, ale być”. „Być”, czyli zaznaczyć jakoś swój ślad na ziemi. Jaki ślad? Przestrogą przed krótkością żywota - dewiza na owym zegarze, który przejeżdżający malarz niefortunnie obliczył: „Dni nasze jako cień na ziemi”.

Bożek jeszcze uszami dymi, a doktor Tadeusz pokazuje tym razem zegar najcenniejszy w kolekcji, zakupiony u rzeczonego Rosenthala w roku 1912. Jest to zegar gwiazdowy, wykonany w 1524 roku przez Piotra Apianusa, sławnego astronoma z Bawarii, na hebanie, w srebrnej oprawie; na powierzchni ozdobnik - drzeworyt z Apianusowego podręcznika astronomii. Opodal - cyrkiel kwadratowy sławnego Joachima Stegmana, profesora ariańskiej akademii w Rakowie, otoczony tu czcią należną, gdyż Przypkowscy należeli ongi do Braci Polskich.
Ród to bardzo stary, te „Przybki”, alias „Przypki”. Ponoć ich Konrad Mazowiecki sprowadził z Mazowsza w te strony, kiedy walczył o tron senioracki w Krakowie. W te strony, to znaczy do Małopolski, gdzie mieli „Przypkowice”, dziś zwane „Przypkowcami”. Te dobra podarowali - zgodnie z przyjętą ideologią Braci Polskich - chłopom. Był to pierwszy fakt uwłaszczenia włościan w Polsce, a miał miejsce w 1569 roku. Samuel Przypkowski był ostatnim przywódcą arian, autorem sławnego dzieła o stosunku państwa do Kościoła, które wywołuje głośny oddźwięk w rozdartej wojnami religijnymi Europie tego czasu. Teza Przypkowskiego o konieczności rozgraniczenia dwu jurysdykcji - kościelnej i państwowej - znalazła odbicie w pracach znakomitego filozofa angielskiego, Johna Locke'a. Konstanty Przypkowski ożenił się z wnuczką sławnego przywódcy arian, Fausta Socyna, przez którego Przypkowscy zyskali koligację... z dwoma papieżami: Piusem II z rodziny Piccolomini i Pawłem V z rodu Borghese. Syn Konstantego, Jan, palony był przez katolików na żywym ogniu. Jego syn, Jan Józef, już katolik, wyrzekłszy się herezji wykładał astronomię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nazwisko Przypkowskich, ostatecznie wygnanych za przekonania religijne z Przypkowic, pojawiło się w różnych uniwersytetach Europy: W Lejdzie, Lipsku, Altdorfie, Londynie... Stają się rodziną naukowców, przynależą do nowo tworzącej się grupy - inteligencji. I pomyśleć, że któryś tam Przypkowski nie chciał się żenić z Potocką za czasów Bony, gdyż uważał Potockich za parweniuszy! Jakiś kuzyn Przypkowskich ożenił się z kuzynką królowej angielskiej Elżbiety II, więc doktor Tadeusz żartobliwie sobie pozwala powiedzieć od czasu do czasu o królowej „kuzynka”. Jędrzejów, jeśli posłyszy coś takiego, mówi najpoważniej: „Kuzynka pana doktora”!
Ale wróćmy do Jana Józefa, „astronomiey” profesora, którego „koniekturę astrologiczną uniwersalną” na rok 1734 wydano w Krakowie; jemu przysługuje prawo pierwszeństwa w rzędzie światłych antecendentów jędrzejowskich zbiorów. Z jego zbiorów zresztą pochodzą pierwsze księgi astronomiczne i pierwsze przyrządy astronomiczne... Leżały zapomniane do czasu, póki doktor Feliks nie zapłonął miłością ku słońcu i gwiazdom...
Doktor Tadeusz - jak to w owych czasach modnym i godnym było - mieszkał z matką w Krakowie, gdzie ukończył najpierw gimnazjum IV im. Henryka Sienkiewicza, potem historię sztuki i kultury na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tęgie tam wówczas były głowy wśród profesorów: Stanisław Kot, Semkowicz, Pagaczewski... Po uzyskaniu doktoratu jeździł po Europie i załatwiał „słoneczne” interesy ojca: Paryż, Bruksela, Londyn, Berlin... Na licytacjach stawał twardo i udało mu się niektóre okazy tanio kupić, po antykwariatach krążył, gdzie go znają i dziś witają jak starego znajomego, gdyż kontakty rokrocznie odnawia. Gdy się pojawi jakiś zegar słoneczny w antykwariacie na Montmartre i zgłasza się klient, antykwariusz odpowiada:

- Niestety, drogi panie, ten zegar jest zarezerwowany dla pana Przypkowskiego z Jędrzejowa. Przyjedzie wiosną, a jeżeli nie kupi, wówczas pan będzie miał pierwszeństwo!

- Gdzie jest ten Jędrzejów?! - pyta zdumiony klient.

- Gdzieś bardzo daleko na wschodzie, pan Przypkowski powiada, że w Polsce...
Ów monsieur Przypkowski, dziwny człowiek, niby zbiera zegary słoneczne, a urządza wystawę ekslibrisów w Paryżu, i to w dodatku swoich własnych. Mer miasta Paryża wręcza mu pamiątkowy medal. Monsieur Przypkowski wręcza order „Białego Kruka”, najwyższe polskie odznaczenie bibliofilskie, panu Péchard, o czym rozpisuje się nazajutrz paryska prasa. Skąd Przypkowski i order „Białego Kruka”? A no, monsieur Przypkowski sam jest kawalerem tego orderu i członkiem kapituły jako jeden z najwybitniejszych polskich bibliofilów. Monsieur Przypkowski będzie robił zegar słoneczny na Place de la Concorde w Paryżu - rozmawiał w tej sprawie z merem Paryża. Monsieur Przypkowski pojawia się nagle na światowym kongresie bibliofilów w Hiszpanii. Był tam (1963 rok) jedynym przedstawicielem z krajów socjalistycznych; wszyscy oglądali go jak dziwo, a najbardziej markiza Mesa di Asta, która ostentacyjnie kierowała na niego swoje lorgnon, aż doktora Tadeusza zaczęła ta kobieca natarczywość peszyć. „Polscy żołnierze jej się przypomnieli czy inne przyjemności?!” - pomyślał w duchu. Ale markiza wkrótce przemówiła:

- Bardzo pana przepraszam, ale chciałam zobaczyć z bliska prawdziwego bolszewika!
Jak wygląda? Konstanty Paustowski mówił, że przypomina mu Pierre'a Biezuchowa z „Wojny i pokoju”. Ale Biezuchow - tak sądzimy - nie miał ani tyle energii, ani tyle dowcipu, tudzież nie miał aparycji intelektualisty. Przypkowski wysoki jest, wielki, potężny, wąs specjalnym grzebieniem gładzi co chwila, a czuprynę ma wielką, czarną i nie przerzedzoną mimo wieku. Biega po Jędrzejowie w kożuchu, który kiedyś był biały, chętnie ze wszystkimi gawędzi, tu i tam mocnym słowem rzuci. Na przykład: „W gównach toniemy”, aby w następnym zdaniu powiedzieć: „Pojutrze wyjeżdżam do Paryża, będę jadł kolację u Pożerskiego”. Pożerski, wiadomo, król kuchni światowej. Te koneksje wydadzą się jasne, gdy powiemy, iż w Przypkowskim- tu właśnie należy uzupełnić wizerunek mistrza od słonecznych zegarów - na pierwszy rzut oka można rozpoznać nie byle jakiego smakosza!
A zresztą wyobraźmy sobie Biezuchowa w takiej sytuacji: Kładzie się w poprzek jezdni na Krakowskim Przedmieściu, aby sfotografować Kopernika - milicja wstrzymuje ruch i wyjaśnia, że „amerykański dziennikarz robi zdjęcie Warszawy”. Dla informacji: Przypkowski włada perfekt trzema językami. Albo też kto może wyobrazić sobie rzeczonego Pierre'a Biezuchowa w sekretariacie pana ministra (resortu nie zdradzimy), gdy na wykrętne odpowiedzi sekretarki replikuje: „Jak pan minister będzie drugi raz wyjeżdżał na pilną konferencję, to niech nie zapomni zabrać swojej głowy spomiędzy drzwi swojego gabinetu”. Na to dictum drzwi się otworzyły i uradowany minister przyjął Przypkowskiego i Pieńkowskiego, którzy solidarnie prosili, żeby pan minister się nie przerażał, ale „my jesteśmy dwaj najnormalniejsi ludzie w Polsce”. Minister, jak rzadko który obdarzony poczuciem humoru, odrzekł: „To ja się dopiero teraz panów boję!”.
Nie taki więc to Pierre Biezuchow, jak się Paustowskiemu na pierwszy rzut oka wydało. W pełni ugruntuje nasz pogląd poniższa historyjka.
Dom z zieloną kopułą był oczywiście placówką krzewiącą również wiedzę astronomiczną. Towarzystwo Miłośników Astronomii, założone przez doktora Feliksa, organizowało przeróżne sympozja, w których brał udział Nieszyn, doktor Kwarta, sędzia Piątek, wielu starych jędrzejowian. W roku 1923 zbudowano właśnie rzeczoną kopułę, aby przykryć ustawione na tarasie obserwacyjnym teleskop i reflektor. I trwa w Jędrzejowie u poniektórych nadal owa ciekawość nieba. Gdy kilka lat temu miało nastąpić zaćmienie księżyca, dwaj milicjanci zadzwonili do doktora Przypkowskiego.

- Panie doktorze, jesteśmy ciekawi, jak wygląda zaćmienie księżyca - powiedzieli.

- Ależ proszę bardzo - ucieszył się doktor Tadeusz. - Proszę na razie do domu, bo do zaćmienia jeszcze godzinka!
Milicjanci - podporucznik Gumbisz i kapral Fiutek - usiedli i zaczęli uczenie rozprawiać o apogeach i ekstremach, kiedy pojawiły się kielichy solidne, ze szkła grubego, i doktor powiedział:

- No to wypijmy pod to zaćmienie!
I wypili, a pojemność tych kielichów była większa niż sto gramów. Doktor znowu rozlał, podporucznik był bardzo grzeczny i zawołał: „Zdrowie gospodarza!” - i wypili. Przypkowski znowu rozlał i zawołał: „Pod to zaćmienie!”, ale kapral Fiutek nie wytrzymał tempa i łyknął na dwa razy. „Tak to my nie będziemy oglądać tego zaćmienia!” - zdenerwował się doktor, któremu ratalne picie Fiutka się nie spodobało. I nalał raz jeszcze, żeby Fiutek się poprawił. I wypili po raz czwarty.
Zaćmienie było kompletne, zupełne, absolutne. I długotrwałe.

* * *

Zegarami Jędrzejów stoi, ale niewiele brakowało, a pozostałyby tylko te na murach. Najwspanialszy zbiór powędrowałby w świat, gdyż Przypkowski rady sobie z tymi instrumentami dać nie mógł. Co wydał pracę naukową za granicą, co jakiś zegar za dolary na Zachodzie zmajstrował, to nowe okazy za własny, dolarowy grosz kupował po antykwariatach. Żona pytała: - Tadeusz, ile zarobiłeś za ten zegar w Besançon? A Tadeusz:

- Dwa małe z warsztatu w Heidelbergu; szesnasty wiek i jeden większy chiński. Poza tym klepsydra i...
Takie to interesy zagraniczne miał Przypkowski, ale na utrzymywanie prywatnych zbiorów grosza nie stawało. Stare domostwo Kielisińskich chwiało się już w posadach od starości, kominy się waliły, wybuch sadzy w kominie pewnej zimy zamienił komnatę gnomonicznych zbiorów w Nigerię, a słonecznego zegarmistrza w kominiarza. Poza tym i tak nie zawsze starczało opału, aby utrzymać cenne przedmioty w odpowiedniej temperaturze, cenne szkiełka klepsydr pękały podczas mrozów w nie opalanym tygodniami pokoju, w którym wściekle miotał się okutany w swój nieodłączny kożuch - z wyglądu kożuszysko - mistrz Przypkowski. Aby zadośćuczynić tradycji rodzinnej - którą zapoczątkował Jan Józef Przypkowski, profesor astronomii krakowskiej wszechnicy - tudzież woli ojca, zwrócił się do władz przesławnej Akademii. Chciał ofiarować swoje zbiory dla muzeum uniwersyteckiego. List w tej sprawie wielki wygotował, nie pozbawiony fantazji i właściwego mu dowcipu, w którym proponował przekazanie zbiorów do Krakowa pod warunkiem, że uczelnia zapewni zbiorom prawdziwie naukowe kierownictwo i wyższe wykształcenie jego dzieciom. Aliści sławetna Alma Mater, przedeliberowawszy kilka tygodni nad sprawą, odrzekła, iż warunków nie przyjmuje. Kontakty się urwały i wieść poszła po Polsce, że jędrzejowskie zegary tylko patrzeć, a przeniosą się do muzeum Kopernikowskiego we Fromborku. Ruch wielki się zrobił, kieleckie „Słowo Ludu” uderzyło w wielki dzwon alarmowy. Czymże bowiem byłby Jędrzejów bez swoich słonecznych zegarów? Nie byłby Jędrzejowem! A czymże byłaby Kielecczyzna bez Jędrzejowa? I tak Przypkowski w końcu zdecydował się przekazać zbiory państwu - a konkretnie Muzeum Świętokrzyskiemu w Kielcach, które zobowiązało się przejąć je jako osobną placówkę pod nazwą Muzeum im. Przypkowskich. Plotkę pana B., jakoby Przypkowski marzył o tytule dyrektora państwowej instytucji, między bajki włóżmy. Piękny to był dar, nie mający precedensu w ostatnim okresie. Zbiory bowiem mają wartość około dwustu tysięcy dolarów!!! W sumie trzysta sztuk zabytków gnomoniki; zbiór, prowadzony naukowo, zawiera całe serie, według chronologii ich produkowania przez warsztaty gnomoniczne.

Wyemigrowałby zegar słoneczny króla Stanisława Leszczyńskiego, który budzi zawsze zachwyt u najmłodszych, wyemigrowałyby z Jędrzejowa najuczeńsze księgi przypkowskiej biblioteki, pewno wywiałby i testament Bogusława Radziwiłła wespół ze sztandarem spod Małogoszczy. Na szczęście stało się inaczej. Otucha wstąpiła w serca władz: Zbiory Przypkowskich pozostaną! A więc zegar króla Leszczyńskiego dalej będzie zachwycał najmłodszych. Na alabastrowym cokole - obok tarczy z cyframi godzin - ustawioną ma armatkę na lawecie, a nad nią wielką soczewkę. Kiedy słońce znajdowało się w zenicie, promienie skupiały się w soczewce, zapalały lont od maleńkiego pocisku i armatka oddawała wystrzał. Król Leszczyński, zajęty wówczas jakimiś obliczeniami astronomicznymi w swoim pałacu w Nancy, na pewno wtedy podskakiwał w fotelu! Ciekawi losów zdrajcy z czasów „Potopu” będą nadal mogli w Jędrzejowie przekonać się, jak wspaniałą polszczyzną pisał książę Bogusław, każąc pochować się w polskiej czamarze (Zagłoba tu by powiedział: „A niech go psi zjedzą!”); sztandar spod Małogoszczy - z orłem i pogonią, ozdobiony napisem „Zjednoczenie Wieczne” - czekać będzie na drugą połowę w Miasteczku nad Brzeźnicą; druga część sztandaru znajduje się pod Paryżem u państwa Casiel, czyli u Kazimierza Zielenkiewicza, ożenionego z Katarzyną Sinclair of Turso, kuzynką królowej angielskiej. W ten sposób nie tylko pan Zielenkiewicz został lordem, ale Przypkowski kuzynem królowej angielskiej, jako że Zielenkiewicz jest jego kuzynem. Casiel maluje niezłe obrazy, które mają szalony popyt zwłaszcza u Amerykanów, oraz jest ojcem... Klementyny Stuart, takie bowiem nazwisko z tytułem otrzymała córka pani of Turso od kuzynki, Elżbiety II, w prostej linii dziedzicząc imię i nazwisko po prababce, Klementynie z Sobieskich Stuart... To wszystko ostatecznie Przypkowski mógłby Casielowi wybaczyć, gdyby nie fakt, że zabrał z Jędrzejowa drugą połowę małogoskiego sztandaru, na którą Przypkowski ma taką ochotę...

Rozpoczął Przypkowski straszliwy korowód z przebudową swego muzeum, ale o zegarze wodzisławskim nie zapomniał. Ten zegar, zawieszony na wieży kościelnej, był bezsporną własnością Przypkowskich, jako że jeszcze doktor Feliks dał go na przechowanie proboszczowi. Działo się to gdzieś w 1838 roku, gdy oprowadzany przez Żydów po wodzisławskiej bożnicy zobaczył płat wielki ołowianej blachy. „Co to?” - spytał. „Co to może być?” - dziwili się Żydzi, kiedy doktor Feliks oglądał ową blachę z wygrawerowaną tarczą słonecznego zegara. „My to nawet możemy panu doktorowi dać, jak się tak strasznie podoba!” - powiedzieli rabin i jego pomocnicy. Dali. Doktor zabrał, ale zdołał ów ciężki przedmiot dowlec tylko do plebanii i tu zostawił na przechowanie. A zegar słoneczny był rzadki, sprowadzony z Danii, z warsztatu nieznanego, z wykazem świąt kalwińskich u dołu. Zainstalowano go w 1637 roku na zborze, który z biegiem lat przemienił się w bożnicę, następnie zaś w magazyn GS-u - piękna, renesansowa budowla, wielka, unikat w skali europejskiej. Zboże w nim trzymają.

Ksiądz zegar nie tyle przechowywał, ile wywiesił na wieży. Nie przeraziły go widać heretyckie napisy na tarczy. Przypkowscy od dawna chcieli już rewindykować wodzisławski zegar, ale żadne argumenty nie trafiały. Nawet ten, że przecież zegar wskazuje źle czas, został bowiem dla Danii obliczony, nie dla Wodzisławia. Obietnice, że w zamian wykonają na kościelnej wieży nowy zegar, nie odnosiły skutku. List samego biskupa z Kielc nie zrobił na plebanie szczególniejszego wrażenia. Udało mu się podbechtać kilku parafian, aby czynili wrzask przeciwko oddaniu zegara. I czynili. Więc pleban mówił, że nie może przeciwko woli parafian wystąpić. Wreszcie Przypkowski wsiadł w auto z konserwatorem Michałowskim, tudzież z cywilnymi milicjantami, i zegar został po sześćdziesięciu czterech latach plebańskiej niewoli z Wodzisławia przewieziony do zbiorów Przypkowskich. Niemniej doktor Tadeusz obietnicy dotrzymał. W lecie 1963 roku przy kościelnej wieży zbudowano rusztowanie, na które weszło dwóch mężczyzn. I na murze pojawił się gnomon, naukowo wyliczony dla tego właśnie miejsca - wskazówka nad tarczą z lwią głową, którą otacza płomienista grzywa. Jednym z dwóch mężczyzn był doktor Tadeusz, drugim jego syn, Maciek, który samodzielnie już wycinał pewne fragmenty w graficie, dzielnie ojcu sekundując, na razie bez naukowego tytułu ani nawet maturalnego patentu... Maciek śpiewa różne jazzy przy gitarze, entuzjazmuje się Eddie Fischerami, Chubby Checkerami i Beatlesami, nie przejawiając na razie wielkiego zainteresowania gnomoniką. Ale plastyka go ciągnie, zaczął komponować jakieś obrazy surrealistyczne, trochę pod paryskiego Casiela.

Jesienią 1963 roku, gdy Przypkowski wrócił z wojaży do swojej jędrzejowskiej rezydencji, zabrał się ze zdwojoną energią do urządzania „ogrodu czarnoksiężnika”.
Tym razem wrócił z Madrytu przez Paryż. W Madrycie był na Kongresie Bibliofilów. I właśnie ten bolszewik, jak go nazwała markiza Mesa di Asta, zaglądał w Madrycie nie tylko do luksusowej knajpy Horchera, ale biegał po antykwariatach, żeby powiększyć swoje - a raczej państwowe - zbiory gnomoniczne. Znalazł zegar słoneczny, grawerowany na drugiej stronie medalu, będącego symbolem władzy jakiegoś generała zakonu jezuitów z Madrytu. Generał, przyjmując oficjalnych gości, gdy tylko miał pod ręką promyk słońca, mógł odwrócić dyskretnie wiszący na swojej piersi medal - i już wiedział, która godzina.
Znalazł jeszcze wcześniej w Wiedniu ładny okaz zegara augsburskiego z kości słoniowej, wykonany przez Troschla, ojca nadwornego malarza Zygmunta III; kupił maleńki zegarek mechaniczny - noszony na szyi przez damy dworu Ludwika XIV, w kształcie niewielkiej kulki z tarczą pod kryształem górskim. Patrzyło się na ów zegarek z góry, przy okazji sprawdzając walory biustu właścicielki, gdyż zegar zalotnie noszony był w głębi dekoltu. Przywiózł też zegar typu Regiomontanus, wykonany w Ratyzbonie, obliczony w połowie XVI wieku, i śmieszny zegarek słoneczny, ze składaną wskazówką na kształt kozika, używany przez pasterzy w Pirenejach. Bardzo tym wszystkim był zachwycony i opowiadając wrażenia z Kongresu Bibliofilów raz po raz wyciągał jakiś nowy okaz, aby pokazać postać mnicha na słonecznej tarczy albo dziwny przydatek w postaci łańcuszka, perełek i serduszka przy jakimś zegarze.
Ten nieefektowny przyrząd pokazał na samym końcu, jakoś od niechcenia, po prostu aby zademonstrować wszystko. „To taki sobie przyrząd - powiedział. - Używali go zegarmistrze jeszcze do końca XIX wieku, kiedy nie było precyzyjnych chronometrów. Służy do określania momentu prawdziwego południa”. Objaśniał
Jeszcze, że wykonywano te przyrządy w Wiedniu, Pradze i nawet Kijowie, że doskonalsze miały lusterka, podczas gdy te mają tylko dwa otwory. Kiedy słońce znajduje się w zenicie, dwie słoneczne krople wpadające przez dwa otwory przyrządu tworzą jedną. Ot, wszystko...

Wówczas już - kiedy Przypkowski wrócił z Madrytu przez Paryż i Wiedeń i przywiózł nowe cuda do swojej kolekcji - moment prawdziwego południa dla Miasteczka był już wyznaczony.
Ale fakt, że Przypkowski tak gorliwie zabierał się teraz do przebudowy swego muzeum, miał tutaj znaczenie uboczne. Pracownie Konserwacji Zabytków z Krakowa przystąpiły z właściwą sobie energią do przebudowy muzeum Przypkowskich na wiosnę 1963 roku. Personel był niesłychanie dziarski i imperatywny. Pewnego dnia wieczorem Przypkowski spotkał personel leżący w ogródku, woniejący gorzałką i czkający co nieco. „Co pan tu robi?” - zwrócił się delikatnie doktor do personelu. „Widzi pan, jaki ja jestem solidny. Dziesiąta wieczór, a ja jeszcze na budowie!” - odrzekł personel i odwrócił się na drugi bok. Pomimo tych drobnych incydentów przez lato ogród został obwiedziony murem, a kilka obrzydliwych komórek rozebranych. Oprowadzając nas po owym rumowisku mógł jesienią już Przypkowski pokazać ów mur i powiedzieć, co pośród ogrodzonej przestrzeni się znajdzie.
Najpierw o murze, który otoczył już „ogród czarnoksiężnika”, gdzie pośrodku stanie pawilon wystawowy, wzorowany na najlepszych budynkach muzealnych Europy i Ameryki. Sam mur ma w sobie coś z murów kalwarii reformackich, z uwagi na przepaściste wnęki, w których swobodnie siadać można, choć nie tylko temu celowi mają służyć. We wnękach Przypkowski własnoręcznie zamierza wymalować w sgrafficie kolorowe symbole żywiołów ziemskich, znaki zodiaku, symbole planet i słońca, które wszystkim tutaj rządzą. Mur może pochwalić się nie tylko reformackimi pokrewieństwami, łączyć go mają również parantele z ogrodzeniem parku Morgana w Nowym Jorku, tudzież z ogrodzeniami osiemnastowiecznych rezydencji, które Przypkowski oglądał w Filadelfii. W „ogrodzie czarnoksiężnika” rosnąć będą różne czarodziejskie zioła alchemiczne, których ogródek zaplanować ma doktor Reszke z Krakowa, wybitny historyk farmacji. Istniejące w ogrodzie piwnice funkcjonować będą nadal, a pokosztować tam będzie można wzmacniających płynów, we własnych Przypkowskiego alembikach wydestylowanych. Ta instytucja wiąże się z tradycjami sąsiedniej posesji, także do muzeum włączonej, gdzie się znajdowała starodawna apteka, najpierw przez klasztor cystersów, potem przez niejakiego pana Damazego Patka prowadzona. Tutaj właśnie sławny zegarmistrz, Antoni Patek, brat Damazego, odbywał pigularską praktykę, zanim w Szwajcarii zaczął' produkować zegarki dorabiając się fortuny. Przypkowscy zachowali tablicę pamiątkową z tej apteki, jednej z najstarszych w Polsce - napis łaciński głosił: „Przewielebny w Chrystusie Ojciec i Pan Augustyn hrabia Wessel, Opat tutejszego Arcyopactwa tę aptekę przez niesprawiedliwość czasów i fatalne poniżenie całej Ojczyzny zdewastowaną (mowa o wojnach szwedzkich) i wszelkich lekarstw pozbawioną 24 sierpnia 1712 roku na nowo założoną kosztem własnym i staraniem oddając ją do użytku publicznego, wyrestaurowaną i najlepszymi lekarstwami opatrzoną przez Wielmożnego, Przesławnego Pana Franciszka Ferdynanda Doniniego, Doktora Filozofii i Medycyny, wdzięczną duszą gminie i społeczeństwu przekazując”.
Takoż Przypkowski, doktor filozofii, chciałby ją w przewyborne lekarstwa zaopatrzyć, gdyż na ucho każdemu powiada: „Te dawne apteki to były właściwie małe gorzelnie, gdzie pędzono gorzałkę i zaprawiano ziołami, a nazywano to lekarstwem!”.

Dach na aptecznym domu, którego żywot datuje się od XVII wieku, będzie nosił kształt dawny, łamany, nieco w stylu rokokowym, jaki był panował do XIX wieku. Wróćmy jednak do pawilonu, który - wykorzystując wzory Muzeum Historycznego w Wiedniu, Pawilon Baudouina w Brukseli i Cordinglass pod Buffalo - znajdzie architektoniczną jedność pod jędrzejowskim niebem, zaprojektowany przez inżynierów Makowca i Egera. Nad całością czuwa nie kto inny, tylko sam profesor Jerzy Hryniewiecki!
Ba, kręci się Przypkowski jak oparzony, bo nowy pomysł mu głowę rozsadza. Ledwie wrócił z Madrytu, już myśli o następnym kongresie bibliofilskim w Londynie. Te piekielne bibliofile ze wszystkich stron świata ogromnie Przypkowskiego lubią, ciągną go do siebie, chętnie z nim rozmawiają, bo Przypkowski dowcip jak diabła ma na zawołanie, i to w dodatku w trzech językach od razu, nie mówiąc o polskim, Rejowym. Więc chcąc im zrobić frajdę, umyślił sobie wydać druk bibliofilski na kongres w Londynie. Będzie to oda Samuela Przypkowskiego, studenta: Uniwersytetu w Londynie, ku czci obrony Ostendy przed wojskami Albrechta Habsburga. Dla dodania pikanterii oda drukowana będzie na papierze isabelle, który ma swoją historię: księżna Izabela, córka Filipa II, ślubowała, że nie zdejmie koszuli, póki Albrecht nie zdobędzie Ostendy; ponieważ fakt ten dość długo nie następował, koszula stała się koloru różowobeżowego i ten kolor nazywa się właśnie isabelle. Przypkowski chce jeszcze dodać znaki wodne Barcelony i na tym przez przekorę drukować utwór antyhabsburski swego przodka. Ładne?!
Któż jednak przetłumaczy utwór zacnego pana Samuela, praszczura imci doktora Tadeusza, na język angielski?

W tym miejscu musimy przedstawić państwu pewien obrazek krakowski: W dzień deszczowy władze podwawelskiego grodu, przedstawiciele miejscowego Parnasu i reporterzy wyczekują na przybycie laureata nagrody Nobla, znakomitego prozaika, Johna Steinbecka. Deszcz pada, władze się denerwują, sekretarze telefonują: Czy nie stało się co panu Steinbeckowi po drodze, jako że jechał on samochodem z Warszawy na południe? Pe czterech godzinach Mr Steinbeck przybył do Krakowa tłumacząc się, że bawił w Jędrzejowie u pana Przypkowskiego, że właśnie Jędrzejów jest „wonderful and beautiful”. Nigdy jeszcze ta zbieranina obskurnych domków, pod nazwą pochodzącą od Jędrzeja, nie doczekała się takiego komplementu. Trzeba jednak dodać, że w tym miasteczku Mr Steinbeck oglądał tylko dom z zieloną kopułą i nagromadzone w nim dziwności.
Tak więc odę do obrońców Ostendy, pióra imci pana Samuela, przełoży na angielski Mr John Steinbeck.

Czy istotnie to niepozorne miasteczko nie ma królewskich iście koligacji?!