Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 2)

b-2aPora jednak - zszedłszy z dachu i wysokości spraw, które między mnichami się działy - rozgościć się w celi nowoczesnego Kadłubka, czyli doktora Jacka Jedlińskiego, który w przeciwieństwie do swego wielkiego poprzednika miał wielkiego pecha. Kadłubek bowiem przyszedł do nowoczesnego przybytku, Jedliński do starszawej już rudery, bez żadnego komfortu. W izbie przylegającej do archiwum pomieścił swój kredens przepaścisty, sięgający sufitu, a w jego czeluściach, na galeryjkach, w schowkach i szufladach trzyma pudełka i rękopisy, jakoweś eliksiry diabelskie we flaszkach, dzięki czemu nie tylko słowem uczonym przez tego zacnego męża byliśmy podjęci.

Wieczór się zrobił, plucha i zimno, wiatr po polach jędrzejowskich hula. Niech sobie hula - tu spokojnie i dobrze, zacisznie i ciepło. Lampa świeci na biurku, od mapy rozwieszonej na ścianie idzie czerwonawy poblask na pokój, na elektrycznej maszynce bulgoce woda, która zaraz przemieni się w wyborną „Nescę”, a w kielichach węgrzyn zacny się perli. Ciepło idzie od pieca, wino czeka, noc w okna zagląda.

Jak też tutaj szanowny doktor obojga praw, tudzież filozofii, trafił?! Akcent u niego lwowski, dowcip sarmacki, oko krotochwilnie przymrużone.

- Przyjechałem, żeby tu skończyć sześćdziesiątkę i od tego czasu nie wierzę w przysłowia ludowe.

Powiadają: „Jak po kopie - to po chłopie!” A tu co? Jechać na drugi koniec Polski?! Furda, fraszka. Po dachu chodzić? Jak na skrzypcach zagrać! Istny drobiazg.

Co prawda, Jedliński przyjechał tu w 1955 roku, w czerwcu, z Makowa Podhalańskiego via Białogard Koszaliński. To „via” jest konieczne, gdyż w Makowie był dyrektorem liceum, a w Białogardzie kierownikiem archiwum powiatowego. Przed Białogardem był w Szczecinie, gdzie władza ludowa powierzyła mu wysokie stanowisko kierownika... samodzielnego referatu szkolenia zawodowego w Wydziale Zdrowia przy Prezydium WRN. A przed Szczecinem był w rzeczonym Makowie... W Makowie - tak samo jak przez lat bodaj dwadzieścia pięć - dyrektoruje w gimnazjum, przed wojną - po ukończeniu Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie - w Turce, Solcu nad Wisłą, w Olkuszu. W okupację zakłada na uchodźstwie w Rumunii polskie gimnazjum pod egzotyczną nazwą „Liceul Polonez din Ploesti”, a także „Uniwersitatea Libera al Refugiatillor Polonezi” w Campulung-Muscel. W Turce jakoweś teatry podolskie zakładał, krajoznawstwem się trudnił i regionalistyką, pełen historycznych i kulturalnych pasji.

Jak znalazł się w Jędrzejowie? Przypadek. Chciał na starość być blisko rodziny, która osiedliła się w Krakowie. Dowiedział się o etacie archiwisty w Jędrzejowie. Przyjechał rozejrzeć się - i został. Rozgląda się do tej pory. Czasami ze zdziwieniem: „Jak to ja właściwie przylgnąłem do tego Jędrzejowa i jeszcze patriotą tego grodu zostałem? !”. Ano, tak jakoś wyszło.

Szperacz nad szperacze: Najdrobniejsze fakty z dziejów Jędrzejowa i okolicy po wygrzebywał, pozapisywał, dziennikarzom do głów wtłoczył, aby im się wydawało, że Jędrzejów to unikat, że tylko tu historia miała tak wspaniałe wzloty. Prawdę powiedziawszy, jakąś Brzeźnicę pod Częstochową, gdzie urodził się Długosz, chwalić by mogły takie same dzieje albo i lepsze; między cystersami i Kadłubkiem a Przypkowskimi nie było w Jędrzejowie nic ciekawego. Tu doktor Jedliński oko krotochwilnie mruży, czort jeden wie, kiedy prawdę gada, a kiedy żarty stroi.

To przewspaniały jarmark nazw polsko brzmiących, matecznik staropolski: Mstyczów, Lścin, Boleścice, Krzcięcice, Rembieszyce, Imielno... Niegosławice, Nagłowice, Ślęcin, Olszówka, Mokrzko, Wodzisław, Mierzawa, Mierzwin, Mieronice, Małogoszcz, Korytnica... Tu łacińską sentencję, tam znowu stare polskie słowa usłyszysz: „Mosterdzieju”. Lapsus linguae byś popełnił, a takoż „lapsus lazuli”, gdybyś o Mstyczowie nie wspomniał - powie Jedliński. Bo w Mstyczowie siedziała sławna rodzina Lisów, która założyła Brzeźnicę, ergo dała życie miastu Jędrzejowowi niezależnie od klasztoru. I miasto potem manifestowało tę swoją od klasztoru niezależność - herbem suwerennym Lisów z Mstyczowa, strzałą podwójnie przekreśloną. Na kościelnej posadzce u cystersów odczytać jeszcze można rysunek nagrobka Pakosława z Mstyczowa, kasztelana krakowskiego, który w 1919 roku oddał ducha Bogu, a ciało cystersom. Ojcowie pod misternie rzeźbionym kamieniem je pochowali, wyobrażenie tego mstyczowskiego rycerza, trzymającego tarczę przed sobą, wykuwając. Na tarczy ów herb Lisów: Krzyż podwójny, ze strzałą w dół skierowaną. A miasto strzałę skierowało w górę, żeby było optymistycznie. I słusznie.

- Tak więc nie najpierw byli cystersi, ale Lisy, a w sto lat po cystersach zrobiło się z Brzeźnicy miasto Jędrzejów, na prawie magdeburskim, lokowane przez Bolka Wstydliwego. W 1576 mieli tu zbrojny zjazd stronnicy Batorego przed elekcją, a w 1607 zwołały się tutaj wojska konfederacji Zebrzydowskiego. Ot i cała wspaniała przeszłość. A w tej celi, gdzie teraz siedzimy, spotkał się Kościuszko, zdążający pod Szczekociny, z księciem Józefem Poniatowskim.

Jedliński w ciągu kilku lat odtworzył drobiazgowo - dzień po dniu, godzina po godzinie - historię owego przemarszu Kościuszki pod Szczekociny oraz szlak po bitwie. Profesor Aleksander Gieysztor zrobił to na podstawie źródeł historycznych, Jedliński w oparciu o ustną tradycję. Okazało się, że obie wersje, opracowane niezależnie od siebie, zgadzają się idealnie.

Jak on to robi? Biega po celi, wymachuje rękami, w każdy wątek wtrąci setkę dygresji, z dygresji rozbudowuje nowy temat - szaleńczy wir refleksji, skojarzeń, przemieszanie historii ze współczesnością - po jednym takim monologu, trwającym pół godziny, znajduje się zwykle na początku tematu i czyni zbawczą refleksję: „O co nam właściwie chodziło? Aha, o historię Jędrzejowa”. I znowu zaczyna, z tym, że nie wiadomo w jakiej proporcji rozwiną się dygresje i czy zupełnie nie zjedzą po drodze tematu. Och, nic w nim nie ma z dostojności i powagi, jaka przystoi doktorowi dwóch fakultetów i znamienitemu archiwiście...

- Historia ważna rzecz! - powiada.

Ba, oni tutaj historię wprzęgli do usług współczesności. Jeśli przeszłość była wspaniała, przyszłość musi być gotowana na taką samą miarę - to przecież logiczne. Tak więc memoriał o potrzebach miasta Jędrzejowa i okolicy, u władz wyższych łaski się dopraszający, został przez Jacka Jedlińskiego gęstym historycznym podlany sosem. W tym kontekście zawołanie: „Historia to ważna rzecz!” zdaje się brzmieć mniej banalnie, niżby o tym w pierwszej chwili można sądzić.

Melchior Wańkowicz wpisał kiedyś Jedlińskiemu do pamiętnika takie słowa: „Po 20 latach rozłąki - jadę po Polsce. Gdzieś nad nią - huk stawania się. Dołem - jak zawsze - cierpliwe, drobne kucie ludzi dobrej woli. Czy nie ich pospólnym wysiłkiem stoi polska kultura?” Data: Jędrzejów, 13 października 1959. Pewien dziennikarz z Kielc spytał Jedlińskiego:

- Jakie kucie? W panu przecież nie ma nic z dostojności kowala!

- Dzięcioł, proszę pana, też kuje! - odrzekł Jedliński. - A ja jestem taki właśnie wesolutki dzięcioł, nie gnębią mnie żadne frustracje, obsesje, kompleksy. Nic mnie nie zżera. Nawet lata!

Cóż, spojrzeć na te szelmowsko zza okularów patrzące oczy, dociec prawdy, czy metryki mu ktoś nie zmienił, taki żwawy i w ferworze panieńskim rumieńcem błyska...

Urządzał też ów stary jędrzejowski światek podług swego sposobu: Biegał i organizował. Pisał i drukował o Jędrzejowie. Żaden szef reklamy przedsiębiorstwa kapitalistycznego nie sprawił się tak dobrze jak Jedliński. Wszędzie, do każdej niemal gazety w Polsce trafił chociaż mały artykulik, choć wzmiankę pomieścił o tym, że jest Jędrzejów, w którym ongi Kadłubek, a teraz zegary Przypkowskich.

- Panowie - wołał kiedyś Jedliński - w Jędrzejowie nie ma ulicy Kadłubka!

Myśl zgrabnie podchwycił ówczesny burmistrz i w mig kazał kronikarzowi ulicę szykować. Uchwała zapadła, przekazano tabliczki do wykonania. Mistrz malarski, w swej sztuce biegły, taki oto napis z własnej inicjatywy przygotował: „Ulica Świętego Wincentego”. Tak więc oto przez burmistrza i malarza uczony mnich został od razu kanonizowany, a wieloletnie zabiegi ojców cystersów w tej mierze uwieńczone sukcesami. Biedni zakonnicy - jak się okazuje - nie wiedzieli do kogo się zwrócić!!!

Niespokojny duch ten Jedliński. Zmówił się z młodymi, zaczął z nimi gawędzić o literaturze. Powstała z tego później w Jędrzejowie grupa literacka. Doktor Jacek wymyślił dla niej nazwę „Ponidzie”. Tak zresztą ochrzcił całą nadnidziańską, jędrzejowską krainę, którą geografowie określali nieefektownym terminem „niecka nidziańska”; może być Pokucie i Powiśle - dlaczego nie może być Ponidzie? I tak wyrósł, z dnia na dzień prawie, klub jędrzejowskich poetów: Staszek Gleń, Marek Baran, Ada Kopcińska, Ryszard Miernik, Andrzej Fatyga i inni.

* * *

Zacny Jedliński zapragnął ukazać nam w pełnej krasie świetlicę internatu. Wyszliśmy więc z archiwum i otworzyliśmy drzwi, na których widniał nie tak dawno napis: „Klauzura”. Za drzwiami, na wysłanej dywanami podłodze stały stoliki, w kącie telewizor. Przez okno widać dokładnie ów zegar z łacińską, Kadłubkową dewizą: „Levior est rerum”...

Jedliński łapie jednego z chłopców internatowych i woła:

- Przyprowadź kierownika!

Chłopiec wraca po chwili i melduje:

- Nie może teraz przyjść, bo jest u niego milicja!

- To niech przyjdzie potem! - decyduje doktor i każe nam łamać sobie głowy pospołu nad problemem, po co też u kierownika internatu milicja? Chłopcy, urwisze, coś nabroili w mieście? Kradzież jakaś w internacie?

Istotnie - kradzież. Przychodzi kierownik, pan Wójcik, i mówi:

- A to, proszę pana doktora, w sprawie tych rur!

Jedliński już wie wszystko.

A było tak: Przy urządzaniu klasztornego skrzydła na internat kopano nową studnię, aby chłopcy mieli umywalnie z własną wodą. Ale kopiąc studnię natknięto się na dreny, które odprowadzały do rowu melioracyjnego wodę z rynien. Dreny wyjęto i kopano dalej studnię. Po zakończeniu robót miano założyć znowu dreny; na razie zostały na skraju rowu. Po kilku dniach zniknęły. Gdzie są dreny? - zastanawiał się kierownik internatu i już chciał dać na mszę ojcom cystersom, aby modlili się do świętego Antoniego na intencję odnalezienia drenów, a równocześnie przekazać sprawę milicji, zabezpieczając się niejako dwustronnie. Aliści Jedliński mu to wszystko wyperswadował. Nie chcemy wkopywać doktora Jacka, ale doktor na pewno o tych rurach już coś wiedział - i na zasadzie li tylko chrześcijańskiej miłości bliźniego puścić farby nie chciał. Może zresztą rzeczywiście nie były mu znane imponderabilia?! Dyrektor techniczny zadzwonił do przeora: Świątobliwy ojciec nie wie czasem, jaka to siła nieczysta sprzątnęła dreny z rowu naprzeciwko internatu? Świątobliwy ojciec pospieszył z odpowiedzią, że to ojcowie w trosce o to, by nie zginęło dobro, ukryli je u siebie w piwnicy, ale jeżeli internat chce te dreny z powrotem założyć, to niech je weźmie.

- Kto schował, niech je wyciąga - odrzekł sentencjonalnie dyrektor i odwiesił słuchawkę.

Ktoś z komitetu dowiedział się o rurach, dowiedziała się milicja i przyszła; spisywali protokół u pana Wójcika na dole, w pokoju, gdzie kiedyś była rezydencja parafialnej kancelarii. Potem poszli wszyscy procesją do ojca przeora, żeby wyjaśnił i podpisał. Przeor wysłał proboszcza parafii jako tarczę - proboszcz służy tutaj jako tarcza wobec władzy: świecki ksiądz na zlecenie cystersów prowadzi im plebanię. Kiedy przychodzi inspekcja do punktu katechetycznego, zakonnik, prowadzący lekcję, inspekcji nie wpuszcza: „Na polecenie ojca przeora”. Ale pretensje biją w proboszcza - parafia prowadzi punkt katechetyczny. Proboszcz jednak nie może nakazać mnichowi, aby wpuszczał inspekcję. Mnich podlega przeorowi.

Więc przeor nie wyszedł, wysłał Bogu ducha winnego proboszcza, proboszcz wytłumaczył, że przeor wyjść nie może, a w sprawach klasztoru on, proboszcz, nie może występować, więc dworne ukłony sobie złożyli - ci w habitach, ci w sutannach i ci w niebieskich mundurach - i zdaje się jednak zebrali w końcu pieniądze na mszę do świętego Antoniego...

I kto wie, czy w ten sposób nie nadchodzą ostatnie dni zakonu. Mury tylko dawać będą świadectwo temu, że przed wiekami praca ich była potrzebna i pożyteczna, bo teraz... Kiedy pan Nieszyn po wojnie wprowadzał ich w posiadanie murów - a było to gdzieś w 1946 roku - podpisali umowę o dwudziestoletnią dzierżawę obiektu. Więc kto wie, czy to nie ich ostatnie dni, bo umowa na lat dwadzieścia wygasa; kto wie, czy Kosowski zechce ją przedłużyć...

Doktor Jedliński, bądź co bądź spec od historii, a nie od współczesności, choć na tę współczesność wpływ właśnie poprzez historię ma wielki, prowadzi nas do klasztoru.

- To była rewelacja, powiadam wam, rewelacja! Istny bestseller wieków średnich i późniejszych.. Jeszcze za Sobieskiego się tym zaczytywali - szepcze tajemniczo Jedliński.

- Co? - zapytujemy ciekawie.

- No, oczywiście, dzieło Kadłubka. Pierwsza uczona księga o Polsce i Polakach, napisana przez Polaka. Pierwszy polski uczony, jakby nie było. Ale w encyklopedii ani słowa o nim nie napisali przy haśle „Jędrzejów”. Żeby trudniej było znaleźć miejsce, gdzie tę swoją księgę spłodził.

Kilka kroków wzdłuż klasztornego muru i już jesteśmy w kaplicy, gdzie alabastrowe aniołki strzegą srebrnej trumny ze szczątkami błogosławionego mistrza Kadłubka - tak, bo uczony kronikarz za staraniem króla Jana III został beatyfikowany; wyżej wizerunek pisarza: Twarz podłużna, oczy wzniesione do góry, z wyrazem ogromnej nabożności, natomiast bez jakichkolwiek oznak inteligencji. Choć autor „Chronica Polonorum” na to nie wygląda - w pewnym miejscu opilstwo gorąco chwali, gdyż „rozwiązuje języki książęcej kompanii i pozwala księciu się zorientować, kto i w jakim stopniu jest jego stronnikiem”...

Poniżej pięknej barokowej kopuły z „latarnią” na szczycie inny malarz ozdobił freskiem ściany. Na jednym Kadłubek jako biskup krakowski oddaje pastorał i szaty pontyfikalne, na innym wędruje „polem, lasem” ku jędrzejowskiemu klasztorowi, na innym jeszcze - mistrz się unosi: Jasność od niego bije, mistrz na klęczkach wisi o jakieś pięćdziesiąt centymetrów nad ziemią.

Z „Kroniki” mistrza Wincentego można było wyczytać po raz pierwszy o Kraku i Wandzie, tudzież o smoku, którego to potwora wypuścił pisarz żywcem ze swojej wyobraźni, czyniąc historykom wiele kłopotów, bo zastanawiają się: Co też ten smok symbolizuje. Tak czy owak, w wiekach średnich dzieło to obiegło całą uczoną Europę i przyjmowane wszędzie było z niebywałym aplauzem. Pisane po łacinie, ujęte w formę uczonego dyskursu między dwoma świątobliwymi uczonymi, zrobiło furorę. A i dzisiaj - podczas Milenium - uczeni zaczynają wracać do Kadłubka. Drobiazgowe badania wykazują, że to, co początkowo brano za fantazję niczym nie umotywowaną, ma jednak sens.

Z rozmontowanej ostatnio wystawy „Cystersi w Polsce” widzieliśmy również małą tabliczkę, na której wyryty napis powiada: „Ossa et cineres beati Vincenti Catlubonis, ordinis cistertie A. D. 1633 19 Augusti hic deposita”. Tabliczka jest mała jak czekolada, wykonana z ołowiu czy jakiegoś stopu. Najciekawsza jest historia tej tabliczki. Kiedy kości i szczątki uczonego kronikarza złożono w małej srebrnej trumnie, tabliczkę schowano w zakamarkach klasztoru. A kiedy klasztor zlikwidowano, ślad po niej zaginął. Nie na długo. W roku 1859 znalazła się u Ritterbanda, pierwszego Żyda, który osiedlił się w Jędrzejowie; przeznaczona była jako ołów do przetopienia. Przechodził ulicą Krzywe Koło Piotr Andrzej Przypkowski, który był właśnie z wojny krymskiej powrócił. Pan Ritterband odprzedał tabliczkę za rubla. Ritterband, kiedy się wzbogacił, ożenił się z córką samego rabina Birllenstocka. Tabliczka znalazła się w zbiorach rodziny Przypkowskich.

Dziwne są dalsze dzieje nie tyle tabliczki, ile ludzi, którzy mieli z nią coś wspólnego. Oto syn Andrzeja Piotra został żydowskim sędzią pokoju w 1931 roku. Wielka delegacja z brodami i w jarmułkach wtargnęła do domu nr 8 przy Rynku, gdzie mieszkał doktor Feliks, i uroczyście wręczyła mu Torę wydrukowaną w Jerozolimie, z jego nazwiskiem, jako rabina, wydrukowanym na pierwszej stronie. Oczywiście nazwisko przekręcono w Ziemi Świętej na „Przypkawski”, ale to podobno dlatego, że w hebrajskim nie ma litery „o”. Żydzi umyślili sobie, że w dobie antysemickiej sanacji lepiej spory między sobą rozstrzygać przed kimś, do kogo mają zaufanie. Biedzili się długo, aż upatrzyli sobie doktora Feliksa. I doktor Feliks przysiągł na Torę, potem przez lata pełnił niejako funkcję rabina w mieście Jędrzejowie... Natomiast potomkowie pana Ritterbanda i rabinówny Birllenstock zdołali przetrwać okupację i zamiast żelaznego handelku na Krzywym Kole mają w Paryżu wspaniały magazyn i hurtownię. Tak więc teraz w Paryżu kolejny Przypkowski, Tadeusz, bywa gościem, oni zaś są gospodarzami.

W ten oto sposób doszliśmy wreszcie do tego, co - zdaje się poza Kadłubkiem - jedyne godne w Jędrzejowie uwagi: Przypkowscy, dom z zieloną kopułą w Rynku, nr 8. Mieliśmy okazję przekonać się, że John Steinbeck, opowiadając reporterom angielskim o swojej wizycie w Związku Radzieckim i Polsce, z naszego kraju zapamiętał tylko nazwisko: „Tadeusz Przypkowski”, a nazwę miasta: „Jędrzejów”. Twierdził, że nic równie wspaniałego jak Jędrzejów nie widział.

Idziemy ulicą klasztorną, czyli 14 Stycznia, w stronę Rynku: Urbanistykę Jędrzejowa wymyślił jakiś oszalały krawiec, który z kilku par kalesonów zamierzył uszyć eleganckie ubranie. Brudne, odrapane rudery sprzed pierwszej wojny światowej, a może nawet z okresu ostatnich najazdów tatarskich... Lecz nie sądzić miasta po wyglądzie zewnętrznym.

Steinbeck mógł mieć rację.

JSN Boot template designed by JoomlaShine.com