Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 13)

b-2aRozdział XII

Koniec Miasteczka przyjdzie nagle; na razie słoneczne zegary odmierzają sobie i Miasteczku czas oczekiwania. Jedni czekają na paczkę od wuja z Ameryki, inni na wielką miłość, jeszcze inni na wygraną w totka. Ale w gruncie rzeczy wszyscy czekają na jakąś wielką rzecz, na generalną przemianę. Przypkowski wprawdzie woli swój Jędrzejów od Paryża, nie znaczy to jednak, że Miasteczko jest czymś lepszym od Paryża w kategoriach obiektywnych. I prawdopodobnie nigdy Paryżem nie będzie. Ale chce być miastem. Przez duże M.

A dziś?
Kiedy mieliśmy zainstalować się w Miasteczku na dłuższy czas, wyznaczono nam kwaterę w Zarządzie Melioracji, który zbudował przy ulicy Skroniowskiej domek niewielki, lecz gustowny i, co ważniejsze, wyposażył nie tylko w centralne ogrzewanie, ale... z wodociągiem i kanalizacją, wszystko za sprawą dzielnego pana Muchy, inżyniera od drenów i melioracji. Było to niby blisko, przecie daleko. Od kawiarni-baru przy Wodzisławskiej dzielą to locum wielkie i nieprzebyte błota.

Dla dokładniejszego określenia topografii dodać wypadałoby, że obok dymiła stara fabryczka, owa zwana właśnie „Drucianką" - oficjalnie zaś „Metaldrutem". Starowina zalewała całą okolicę ściekami w postaci brudnej, rdzawej wody, która ciekła w piwnicach domu, wypełniała studnię i bluzgotała potem z wodociągu, farbując wszystko na rdzawy kolor.
Miast przeprawić się przez błoto Skroniowskiej - które sam prezes Marek Baran obiecywał natychmiast, to znaczy w najbliższej pięciolatce, zmienić w asfaltową nawierzchnię - można było osiągnąć hotel „Pod Muchą" albo przez szkołę od ulicy 14 Stycznia, a potem polami, albo też przez płot koło wielkiego bloku, zwanego przez mieszkańców „Kremlem" lub „Ambasadą".
Uniwersalny klucz do bramy szkoły dał nam doktor Kwaśnik, który budował willę na wprost naszego „hotelu". Koło „Kremla", alias „Ambasady" (mieszkają tam Kosowski i Szewczyk, stąd nazwa: Oni, tudzież inżynier Piątek na górze, który locum dostał w zamian za doprojektowanie jeszcze jednego piętra), należało przejść przez dziurę w płocie i już się było na polach dzielących „Ambasadę" od „Muchy".
Owe pola to plac centralny przyszłego, nowego Jędrzejowa. Ponieważ z zagwazdranej ulicy 14 Stycznia, obstawionej ruderami i wąskiej, nie da się zrobić nowej arterii, będzie nią zupełnie nowa ulica, wędrująca pasmem pól na tyłach pomiędzy zabudowaniami Skroniowskiej i 14 Stycznia. Idąc ku Skroniowskiej koło „Ambasady", szło się wielkim podworcem pomiędzy barakiem Zarządu Urbanistyki i Architektury, gdzie rezydował Kubiakowski i Piątek, bardzo nota bene z tego powodu cierpiący („Architektura w baraku?! Musimy to przebudować na budynek piętrowy. Prywatnie robimy plany przebudowy. Kosowski się zgadza!").

Kubiakowski, uczeń profesora Hryniewieckiego, architekt o najdłuższym podpisie w województwie (dziewięć centymetrów), przywołał Stasia Piątka z dynastii jędrzejowskich Piątków, których w każdy dzień tygodnia spotkasz multum, syna prezesa sądu powiatowego.

- Panie Stanisławie, jaki pan sympatyczny - przemawiamy.

- A tak, właśnie nie wiem, skąd we mnie tyle uroku - odpala Piątek.

- Może jakąś wizję lokalną? - podsuwa Kubiakowski. - Na przykład mieszkanie Stasia Piątka na mansardzie. Jaskinia lwa salonów z radiolą, wielkim portretem Juliette Greco i nie wysychającą butelką.

- Raczej pomówmy o głównej arterii.

- A więc główna arteria, czyli ulica 14 Stycznia, zostanie poszerzona. Zburzymy rudery i poszerzy się. W naszym mieście około stu budynków grozi zawaleniem. - Kubiakowski zaczyna dłubać palcem w ścianie pierwszego z brzegu domu. Zwietrzały wapień osypuje się pod mocniejszym dotknięciem. Piątek pomaga. „Dłubcie!" Dłubiemy. Dziura się robi coraz potężniejsza, zaczynamy się bawić tym dłubaniem, za chwilę sięgnęlibyśmy ręką do czyjegoś kredensu lub szafy, przerażony Kubiakowski woła: „Dość!". - Te gruchoty trzeba będzie rozwalić, dzięki temu światło ulicy powiększy się wydatnie i dwa autobusy będą mogły się mijać bez specjalnego trudu.

- Jakiż urbanista takie miasto Wymyślił?

- Żaden urbanista. Powstała ongi nowa gubernia, kielecka, a w guberni muszą być powiaty. Więc w 1867 roku powołano powiat jędrzejowski do życia, sklejając go z kawałków dawnych powiatów: Kieleckiego, pińczowskiego i miechowskiego. A Jędrzejów stał się nagle metropolią.

- A kształt urbanistyczny?

- Klasztor i rynek były już wcześniej, one zadecydowały o zabudowie i kształcie miasta.
Siadłszy znowu w baraku Piątek wpada w referatowy tok:

- Zalew projektowany na Nidzie w miejscowości Brzegi-Sobków, o powierzchni dwóch tysięcy hektarów, sprawi, że zyskamy nowy, wspaniały ośrodek rekreacyjny dla południowej Kielecczyzny i Krakowa...

- Jeszcze nie wiadomo, czy będzie...

- Podobno stąd ma pójść nowa porcja wody dla Łodzi.

- Będzie basen kąpielowy w Jędrzejowie.

- Ludziska stwierdzili, że trzy bomby upadły w tym miejscu w 1939 roku, i nikt nie chce brać odpowiedzialności za puszczenie tutaj buldożera. Te bomby nie wybuchły.

- Będzie ulica Nowoskroniowska.
Aha, to właśnie ta główna, między hotelem „Pod Muchą" i „Ambasadą", idąca od kawiarni-baru na zachód, przez pola, albowiem wszystkie ulice ostatecznie pro-wadzą w Polsce od albo do knajp.

- Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że w Jędrzejowie wykryto ostatnio trzydzieści dwie potajemne knajpy i meliny, to zabraknie na to ulic obecnego miasteczka! - wykrzykuje Piątek.

- Cała rzecz w tym, że był opracowany wariant na dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Ale teraz wszystko się zmienia. Potwór, hydra pochłonie to wszystko, co nazywa się Jędrzejowem. Drugi wariant robiliśmy na trzydzieści dwa tysiące mieszkańców. A teraz trzeba będzie chyba...

* * *

Jakże różne są te oczekiwania... Każdy przybywający do Miasteczka, byle dostatnio ubrany i obrotny, a przy tym giętki i elokwentny, wywołuje ogólne zainteresowanie. Ale tym razem przyjechał do Jędrzejowa człowiek, którego wszyscy znali dobrze, gdyż tu się urodził i wychował, przyjechał jako przedstawiciel Komisji Planowania Gospodarczego z Warszawy, dyrektor departamentu inwestycji. Żadnego bluffu być nie mogło. Przywiózł wiadomość o końcu Starego Miasteczka - wszyscy witali go radośnie; starzy jędrzejowianie mieli łzy w oczach.

Oto wkroczy tu budowa wielkiego zakładu przemysłowego - Centralnych Warsztatów Koksochemicznych. Początkowe zatrudnienie: Sześć tysięcy ludzi.
Sześć tysięcy ludzi, to znaczy z rodzinami trzydzieści tysięcy ludzi. A tu, na miejscu, licząc starców i nieletnie dziatki jest tylko trzynaście tysięcy.

* * *

Miasteczko poczyniło wielkie deklaracje. Kosowski oświadczył: „Dajemy wam teren pod budowę". Trochę to były te Niderlandy, które niegdyś Zagłoba ofiarował królowi szwedzkiemu, bo ziemia pod budowę tkwiła na razie w rękach prywatnych właścicieli. Ale było jej sporo: Wielki plac ciągnący się spod Miasteczka w stronę Małogoszczy, koło szpitala Sędkowego.
Koniec Starego Świata. Przypkowski powiada: „Dla mnie to jedyna szansa, abym jeszcze zobaczył Jędrzejów skanalizowany". A nawet powiedział gorzej, po swojemu: „...z grówien wyciągnięty". Nieszyn się rozpala przy każdej pogawędce, kiedy mu przyjdzie mówić o tym nowym zakładzie: „Hotelowiec zaczynam im budować. Czterysta łóżek, komfort. Dla sztabu przyszłej budowy".

Przyjdą oni. Inni jacyś ludzie z Polski, wędrujący po wielkich budowach; wezmą w posiadanie ten spłacheć ziemi między Jędrzejowem a Małogoszczą, wryją się na kilka metrów w głąb, aby wpuścić wielkie sześciany żelazobetonów. Fundamenty hal. Inni jacyś ludzie? Jacy? Czy wrosną tutaj na stałe? Czy przejdą tylko przez Jędrzejów szlakiem wielkich budów?
Jędrzejów martwi się nie na żarty. Cóż my dać możemy od siebie temu kolosowi? Czym dysponujemy?? Jesteśmy za biedni i za bogaci równocześnie, bo prócz tradycji i przeszłości nie mamy nic. Tylko to położenie geograficzne: Do Częstochowy, Chorzowa, Nowej Huty czy Ostrowca, czyli największych ośrodków hutniczych Polski, jednaka stąd droga, dlatego tu zlokalizowano zakłady remontowe dla wszystkich koksochemii. Nie przypadek, nie magnetyczne działanie zegarów słonecznych...

* * *

Czymże tę Koksochemię przyjmie Jędrzejów? Dotąd wszelkie braki i usterki w funkcjonowaniu municypalnego organizmu, takie na przykład jak brak okazałego ratusza (ratusz był tu wprawdzie, zgodnie ze zwyczajem wszystkich ratuszy ustawiony pośrodku rynku, późno - bo dopiero w połowie XVITT wieku, jako że do końca wieku XVII ta część miasta w ogóle nie istniała; wkrótce po wybudowaniu spłonął, kroniki jednak powiadają - sławiąc zasługi opata Ziemnickiego - iż pobudował on ratusz „najpierwszym równy"), brak klubu NOT-u, Domu Kultury wyrównuje kawiarnia-bar przy ulicy Wodzisławskiej, bez nazwy, składająca się z dwóch sal: Wielkiej i małej. „W małej sali gromadzą się ludzie wielcy - napisał złośliwie «ponidzianin» Gleń - a w wielkiej sali ludzie mali"... W tej sytuacji, kiedy kotlet towarzyszy czarnej kawie z ormiańskim koniakiem, sprawy sercowe - urzędowym, literatura - technologii browarnictwa etc., kawiarnia-bar przy Wodzisławskiej jest pępkiem jędrzejowskiego świata. Bez żartów: Kawiarnia ma na swoim koncie bardzo poważne wydarzenia. Nie gdzie indziej, tylko tu właśnie, w owym małym pokoiku „dla wielkich", zbierało się na samym początku „Ponidzie", tutaj w morzu czarnej kawy skąpany urodził się ich manifest... Największą osobliwością kawiarni jest fakt, że w każdy piątek można tu spotkać kilku Piątków - od prezesa czcigodnej PSS poczynając, na prezesie sądu powiatowego i jego synu, architekcie powiatowym, kończąc. Jednym z głównych zajęć - ze względu na permanencję zjawiska i przyzwyczajenia - dyskusje nad geometrią o tworzeniu się i rozpadaniu trójkątów małżeńskich.

W Miasteczku, liczącym trzynaście tysięcy mieszkańców, kawiarnia stanowi giełdę, gdzie wszyscy odstępują sobie za pół czarnej wiadomości o wszystkich. Pod wieczór ceny rosną: Wiadomości odstępuje się za ćwiartkę, potem za pół litra. Całe kwestie bywają cytowane dokładnie - słowo w słowo - gromko. Ona powiedziała, że ma dość takiego... (!), a on wtedy zbił chiński wazon na jej głowie i wyszedł. Ona pobiegła po pogotowie, jeszcze wczoraj widać było plamki krwi na trotuarze, i na progu zemdlała. On poszedł szukać tego „trzeciego" i znalazł go u Wicka... Tamten powiedział: „Dlaczego ty mnie bijesz? Sama baba mi się pchała!". No i teraz piją razem wódkę! Widzi pan? No to wypijmy!
Przyciąga klientów pokazowej knajpy do jej kolorowych stołków inny jeszcze magnes: Uroda kelnerek. Goście superkawiarni wlepiają oczy w dziewczyny. Halina - jasnoblond, Basia - ciemnoblond, Teresa - szatynka. Basia awansowała ostatnio na kierowniczkę wiejskiej klubo-kawiarni, prowadzonej przez ZMW w Olszówce pod Wodzisławem, tym sposobem utrąciła spory, której z nich trzech przyznać jabłko Parysa - jeden temat został wykreślony z ewidencji problemów.
W finale wszelkie dyskusje w kawiarni-barze kończą się zawsze jednakowo wesoło, ale bo ostatecznie nie tylko w Polsce biblioteki, sale odczytowe czy muzea nie wytrzymują konkurencji z knajpą; tutaj nie ma ona poważniejszej współzawodniczki. Muzeum Przypkowskich? Ileż razy można oglądać przypkowskie zegary! I co to takiego ciekawego? Na palcach policzysz obywateli Jędrzejowa, którzy nie ustrzegli się przed inwazją zegarów, ci zaś, którzy oglądali zbiory pod zieloną kopułą, zostali specjalnie przez Przypkowskiego zaproszeni, niektórzy zaciągnięci w stanie niezupełnie trzeźwym, a więc wyzbytym oporów.

Kiedy więc inteligencja miasta Jędrzejowa ściągnęła niezbyt tłumnie do sali Komitetu Powiatowego na spotkanie z dwoma reporterami, ozwały się głosy, że „spotykać się gdzie nie mamy". No dobrze: Było spotkanie z pisarzem N., było z B. - przyszło kilka osób. Starszy Gleń, Marian, wyliczył te osoby. Na bardziej frekwentowanym spotkaniu było siedemnastu uczestników. Rekord. Dlaczego to? Brak ciekawości? Inne zainteresowania! Jakie?
Na nasze zebranie przyszło trzydzieści osób. Przeważnie znajomi. Jeden spał z tyłu, w ostatniej, oślej ławie. Tymczasem bito na alarm, wzywano, mitologizowano.
Kosowski grzmiał ostro przeciw bezruchowi, prokurator w imieniu mas inteligencji bił się w potężną pierś.

- Szkoda, że nie ma częściej takich spotkań - mówił doktor Szymkiewicz. - Musimy się jakoś zorganizować, chcemy jakiegoś klubu, jakiejś uczciwej placówki, gdzie można by zagrać w brydża, pogadać poważnie o literaturze, spotkać się z pisarzem czy podróżnikiem...

- Inteligencja jest bierna i odznacza się megalomanią. Udaje, że wie wszystko. Uważa, że przyjście na spotkanie z pisarzem czy na odczyt o cybernetyce byłoby dla nich dyshonorem. Ujawniliby pewno swoje braki - jak myślą - obgadałoby ich Miasteczko. Niesłychana mechanika. Więc twierdzą na wszelki wypadek, że wszystko wiedzą, wszystko jest dla nich jasne, a wszelkie nauki mają zaliczone. Wobec tego do kawiarni-baru na jednego nie zawadzi - wygłasza swoje oskarżenie młody lekarz.

- Musimy się zrehabilitować - nawołuje prokurator. - Zwołamy drugie zebranie i jakoś się zorganizujemy. Musimy się sami bić o pewne sprawy, wszystkiego nie załatwi nam... .

- Państwowy święty Mikołaj - podpowiadamy.

- Oczywiście. Proponuję zwołać następne zebranie w sali obrad Prezydium. Zaprosić zespół jazzowy, żeby grał w przerwie, i coś jeszcze. A teraz wyłońmy kilku ludzi, którzy się tym zajmą! - woła prokurator w roli obrońcy.

- Możesz wypisać zawiadomienia - powiada Kosowski.

- Maszynistkę mam - powiada oskarżyciel publiczny.

- I pieczątkę masz - dodaje Kosowski.

- Wtedy wszyscy przyjdą!

Sala ryczy ze śmiechu, jakby wypełniało ją trzysta osób.

- W Staszowie zbudowali w czynie społecznym Dom Kultury. Piękny. Najgorszy staszowski pies do naszej kawiarni-baru by nie wlazł. Widziałeś - zwraca się Kosowski do prokuratora. - No, byłeś przecież w tym Domu Kultury na delegacji służbowej - dodaje.
Atmosfera robi się przyjacielska. Gleń atakuje społeczeństwo, że pozwoliło na zniszczenie modrzewi w parku, małych, dopiero co zasadzonych drzewek. Ktoś proponuje, aby powiadomić inteligencję o następnym spotkaniu „błyskawicami" na słupach.

- Tutaj potrzebne są pioruny! - woła Kosowski.
Spotkanie kończy się koło dziesiątej wieczorem.
W kawiarni-barze o tej porze jest już cholernie wesoło. Pan K., olbrzym o dobrotliwej twarzy, zwany „cysterną etatową monopolu", rozpoczął tankowanie. Kompani przy stoliku. Zjawił się właśnie w Miasteczku nowy, więc odbędzie się tradycyjny zakład o to, czy pan K. podniesie w zębach stolik o metalowych nogach na wysokość pięćdziesięciu centymetrów nad ziemię. Przystawia się nosem do czerwonego blatu i stół za chwilę jest w powietrzu. W sekundę później następny litr stoi już na stole. W kilka minut potem biedaczyna nowy jest już sztywny.
Na drugi dzień spotykają się skacowani i roztrzęsieni; pan K., czyli powiatowa cysterna też miewa kaca. W dodatku ma wyrzuty sumienia, czy raczej coś w rodzaju dręczącego wewnętrznie pytania: „Komu to ja wczoraj dałem w mordę? Nie pamiętasz?".
Więc rozsupłują zagadkę.
Pojawia się przy kawie porannej miejscowy donżuan, który przez swoją garsonierę z patefonem przepuścił już sporą część żeńskiego Jędrzejowa - a zjawia się z podbitym okiem i zadrapaną facjatą.

- Zazdrosny mąż?! - pyta pan K. Jest bardzo filuterny.

- Właśnie nie wiem. Nie pamiętam - odpowiada smętnie donżuan.
Pan K. radośnie:

- No, mam! - i z westchnieniem ulgi: - To ja ci dałem w mordę. Teraz się wszystko zgadza. Mam jeszcze ślady na ręce.
Pół litra wjeżdża na przeprosiny. Nowy zostaje wprowadzony w świat i życie powiatowe.
Prokurator zorganizuje spotkanie inteligencji na wszelki wypadek w innym lokalu.
Po dwudziestu latach przyszła nareszcie kolej na stary Jędrzejów, mały i zabłocony, brudny i odrapany, dumny z przeszłości i słoneczny. Doczekał się szansy zniszczenia. Bo zakład wniwecz obróci stosunki panujące w Miasteczku...

Więc też raz jeszcze przyjrzyjmy się, jak ostatni szlachcic Rzeczypospolitej, imć Przypkowski, w Kielcach honorację za odczyt wziąwszy, w dwanaście dorożek z fantazją jedzie na dworzec kolei żelaznej, a dorożkarze, w których gardła honorację za odczyt przelał, „Sto lat" śpiewają; jak w niedzielę wychodzi w lśniącym na pół Miasteczka kasku pan Nawarro, przez dwa „r", hipoteczny potomek książąt Nawarry i ostatni, co to pożary gasił; jak ostatni archiwariusz Jedliński w siódmej życia dziesiątce po dachu chodzi; jak strzela starosta niby kowboj z biodra do pudełka od zapałek i trafia - a rządzi niby to Makiawel w powiatowego Monteskiusza wcielony...
Idzie dla Miasteczka czas nowy, zgęszczony. Jako w „Czarodziejskiej Górze" Tomasza Manna: „...mówimy - czas upływa. Pięknie, niech sobie upływa, ale ażeby móc go mierzyć... Zaraz! Ażeby być wymierzalnym, musiałby przecież płynąć jednostajnie, a gdzie jest napisane, że tak się dzieje?".

Właśnie, gdzie jest napisane, że tak się dzieje? Miasteczko odmierzało na zegarach dotychczasowy rodzaj czasu - czas jednostajny. Teraz ma nastąpić przyspieszenie: Dwie słoneczne krople na instrumencie Przypkowskiego utworzą jedną. To jest właśnie moment prawdziwego południa - cezura między czasem starym a czasem nowym, który niesie zagładę Staremu Miasteczku.
Żałować go? Znać. Wiedzieć, jakie było.

 

Zamiast epilogu

Zacny doktor Jedliński był tego wiosennego dnia niepocieszony.

- Wyjeżdżacie? Kiedy znowu przyjedziecie? A kiedy coś o Jędrzejowie napiszecie?

- Napiszemy i opatrzymy specjalną dla kochanego doktora dedykacją! - zapewniamy.

- A kiedy to się ukaże?

- Nie wcześniej jak za dwa lata!

- To wówczas już może fabryka w Jędrzejowie będzie. A mnie szukajcie na cmentarzu. Złożycie mi egzemplarz na grobie.

- Co też doktor opowiada! Pewnie znowu spotkamy waści na dachu z aparatem fotograficznym w ręku...

- Swoją drogą - ciągnie niezmącenie doktor - chciałbym z wami wówczas jeszcze pogadać, jak już przyjedziecie z tą książką. Ale mam pomysł: Chcę sprzedać radio, kupić magnetofon, nagram swoje słowa na taśmę. Jak przyjedziecie na mój grób, naciśniecie guzik i posłuchacie, jak Jedliński do was gada!

Oto byłby grób godny ostatniego, niestrudzonego gawędziarza Rzeczypospolitej, oby żył sto lat i więcej!

Niestety, jeszcze przed ukazaniem się książki byliśmy na grobie ostatniego gawędziarza Rzplitej: dr Jacek Jedliński zmarł nagle w lipcu 1965 roku i został pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

(K O N I E C)

 

Wydawnictwo „Czytelnik", Warszawa 1966