Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 12)

b-2aRozdział XI

Kto ma najwyższy autorytet w Miasteczku? Czy hierarchia autorytetów zgodna jest z hierarchią wyznaczoną przez organa administracji? Czy jest taka sama jak przed pięćdziesięcioma laty? Ówcześnie na pierwszym miejscu szedł ten, który udzielał ostatniego namaszczenia i wyprawiał na drogę wieczną, tuż za nimi dwaj, którzy usiłowali zatrzymać swego klienta na drodze doczesnej, czyli lekarz i aptekarz. Najbardziej bowiem cenione przez ludzkość były zawsze sprawy zdrowia i życia. Tuż za tą trójcą szedł ten, co miał pieniądze: Sprytny budowniczy, inżynier, kupiec mający wielki rozmach. Pomiędzy władcami zdrowia i życia a posiadaczami pieniędzy znajdowali się starosta i burmistrz. W wypadku gdy starosta wiódł się z ludzi tzw. twardych i krzykliwych, działających na zasadzie pogróżek, tym większym cieszył się autorytetem na podszewce strachu.

Kto teraz? Miasteczko patrzy dziś inaczej, usiłuje oddzielić obiektywną wartość danego człowieka od stanowiska, jakie reprezentuje. Przypkowski ma autorytet w świecie - tutaj jest dla nich „swojak” i jeśli cieszy się renomą, to tylko dlatego, że w kielichu kilku tęgich odmikufli przetrzymał. Co bardziej nobliwi mieszczanie kręcą nosem na to jego „gówno”: „Kto widział, żeby doktor Feliks kiedy powiedział «gówno«?
Kto widział, żeby doktor Feliks kiedyś pił w knajpie?”. „Tadeusz widać odrabia zaległości, jakie ojciec miał w tej dziedzinie” - konkluduje niezrównany filozof i prezes Powiatowej Komisji Planowania, niegdysiejszy członek Towarzystwa Miłośników Astronomii, Nieszyn. Że to uczony światowej miary, wydający po świecie różnorakie prace naukowe, i to więcej w językach obcych niż w polskim?! Miasteczko nie wie, ba, wiedzieć może i nie miałoby ochoty nawet: Przypkowski tego formatu przytłoczyłby ich, pogrążył w kompleksie przeciętności, podczas gdy Miasteczko stoi poczuciem swej ważności - szlachcic na zagrodzie... czyli: „Eąues polonus sum, ale właśnie dlatego książętom równy”.

Pierwsza pozycja należy dziś do Kosowskiego, choć - jak się rzekło - nie dla samego „starostwa”; miejsce to zajmuje Kosowski-człowiek, któremu z kolei Miasteczko pozwala być aktywnym, pozwala działać; mogłoby przecież, a jest w sile sparaliżować każdy ruch, każde zamierzenie. Szczęściem dla Kosowskiego - z jego temperamentem i witalnością - elita władzy Jędrzejowa uzupełnia „starostę”; Miasteczko czuje obecność Kosowskiego, mało wie o konwencie partyjnym, który każde pociągnięcie analizuje, na nice obraca; konwent nazywa się „zespołem” i tu forma kojarzenia pracy Komitetu Powiatowego Partii z działaczami administracji oraz gospodarki zdaje egzamin, bo „elita” dopełnia się wzajem także w sensie charakterologicznym. Spokojny, małomówny, jakby ociężały z lekka, taki jest pierwszy sekretarz Szewczyk. Temu się nie spieszy, umyślnie nawet Szewczyk trzyma zawsze w pogotowiu zimne słowo, którym chłodzi głowy zapaleńców. Jest ostrożny, zdania formułuje powoli, bez facecji. On się nie zagalopuje, nie straci na chwilę z oczu głównego tematu. Obaj - i Szewczyk, i Kosowski - są dla Jędrzejowa „nowi”; wrośli w Miasteczko, lecz na dziwnej zasadzie: Nie przejmując próżności Miasteczkowego świata, przeciwnie, w oporze wobec jej nacisku. Może dlatego udaje się im rządzić tyle lat, czasu tyle wytrzymać i zgadzać się z sobą.

Ileż to energii ludzkiej w podobnych środowiskach gubi się dla rozgrywek personalnych, nie mających nawet pozoru publicznego dobra... Tymczasem w Jędrzejowie ten podstawowy tandem władzy powiatowej nie próbuje się majoryzować wzajemnie. Może gdyby podobni byli, gdyby temperamentami jednacy; lecz nie są, tak więc tandem jedzie sprawnie naprzód.
Tymczasem w Miasteczku trudno byłoby się czegoś bliżej dowiedzieć. Jest tu dla nich „człowiekiem znikąd”. Tacy właśnie ludzie - obdarzeni szlachetnym charakterem i sympatią ludzką - zostają tradycyjnie szeryfami w westernach. A dodajmy jeszcze pikantny szczegół, że ten „człowiek znikąd” trafia z dwudziestu kroków monetę dziesięciozłotową z pistoletu, specjalnie nie celując, że i postawę ma prawdziwego szeryfa: Wysoki, o kanciastej dość twarzy mocnego człowieka i bardzo uważnym wejrzeniu. Ale tu nie westernowa osada, lecz biedne, zwykłe polskie miasteczko...

Kim jest?

Nieszyn powiada, że jeśli wyobrazimy sobie śpiące Miasteczko, nad którego dachami unoszą się dwa czuwające anioły o śnieżnobiałych skrzydłach i w szatach powiewnych, niewątpliwie będą nimi Kosowski i Przypkowski. Jeżdżą czy też fruwają po Warszawach, Krakowach i Kielcach, szturmują twierdze urzędowe, załatwiają kredyty, węszą i szukają, co tam władze mają na zbyciu na przeróżnych szczeblach, kaptują sojuszników dla sprawy Jędrzejowa. Tu między aniołami jednak do konfliktów dochodzić może. I dochodzi czasem.
Kiedy już formalności z przekazaniem zbiorów na własność Muzeum Świętokrzyskiego zostały definitywnie załatwione, zaś kredyty na przebudowę muzeum Przypkowskich zatwierdzone, Kosowski obiecał wykwaterować lokatorów, którzy obsiedli zewsząd posesję muzealną; bez tego szeroko zakrojonych planów nie dałoby się zrealizować. Niektóre komórki i oficynki trzeba było zburzyć, inne przebudować. Tak więc czekał translokacji przybytek Temidy, mieszczący się w podwórku Przypkowskich zespół adwokacki, ściągający nieco inną klientelę niż tę, która przychodzi słoneczne instrumenta oglądać; takoż sklepik „Ruchu”, kilka rodzin z oficyny przenieść było trzeba do mieszkań w nowych blokach. I jakoś od tego czasu stosunki anielskie Przypkowskiego z władzą zaczęły się psuć.

Kiedyś kartki od Przypkowskiego do Kosowskiego wędrowały ze wszystkich stolic świata, z Nowego Jorku i Londynu. Kosowski bardzo sobie je chwalił, bo dawały okazję do niewinnych psikusów, które uwielbia. Tak oto siedział znudzony w Komisji Poborowej, gdy przyniesiono mu pocztę. Kartka pocztowa z wizerunkiem Elżbiety II, fotografował Armstrong Jones, kilka słów po angielsku i zygzak, czyli podpis Przypkowskiego. Jeden z zebranych zagadnął niby od niechcenia:

- A to od kogo?
Kosowskiemu ani muskuł w twarzy nie drgnął.

- Pozdrowienia od królowej Elżbiety.
Tamten zakręcił się niespokojnie na krześle i dalejże indagować:

- Z jakiej to okazji?

- Słaba się robi jej pozycja, to widocznie baba poparcia szuka.

- Aha - powiada tamten. - Ale tak między nami, uważajcie, żebyście przez to nie podpadli.

- Nie mam się co martwić. Ja się o te pozdrowienia nie prosiłem. A poza tym wszyscy przewodniczący dostali.
Komisja Poborowa urzędowała jeszcze chwilę, przyjmując krzepiącą duchowo defiladę golasów. A sąsiad Kosowskiego zamruczał:

- Ale czy jej się to opłaci? Do tylu powiatów pozdrowienia! To straszne dewizy musi kosztować - zawyrokował. Potem, omawiając sprawy poborowe, zwracał się do Kosowskiego z absolutnym już respektem...
Z Madrytu kartki Przypkowski nie przysłał. Albo mu żal było ichniej waluty, albo... dalej na Kosowskiego był wściekły. Starosta bowiem nie usunął mu lokatorów z posesji, przedsiębiorstwo budowlane nie mogło „wejść na teren”, jakieś tam kredyty przepadły. Przypkowski z właściwą sobie swadą wieszał wszystkie psy z całej okolicy na staroście, starosta nie odwzajemniał się, psy przewieszał na właściwe miejsce, czyli na przedsiębiorstwa budowlane, które w terminie nie oddawały izb mieszkalnych w nowych blokach - lokatorów od Przypkowskiego nie było gdzie przeprowadzić.

- Kosowski nie ma słowa! Kosowski mnie do rozpaczy doprowadzi, a muzeum do ruiny! Gówna mnie tu zaleją! - wrzeszczał każdemu w ucho Przypkowski.
Kosowski chodził i prosił:

- Przetłumaczcie Przypkowskiemu, że to nie moja wina.
Kiedy się spotykali jednak, nikt by nie zaobserwował w ich zachowaniu cienia jakiejkolwiek zmiany. Obaj panowie prawili sobie uprzejme dusery, komplementy, wymieniali poglądy, wreszcie ukłony; Wersal”, jednym słowem. Rozeszli się - już Przypkowski parskał: „W grrrównach mnie utopi!”.

Bloki oddano w końcu do użytku, lokatorów przekwaterowano, Przypkowski podziękował Kosowskiemu za dotrzymanie słowa, aczkolwiek wypomniał, że nie całkiem w terminie, i przyznał, iż miał zamiar go za to w Warszawie rozrobić, ale... „kogo by tu dali na pańskie miejsce?”.
Był znikąd. Powiadali: „Przyszedł nowy naczelnik na kolejki wąskotorowe. Nazywa się Kosowski”. I tyle. Dostał mieszkanie gdzieś na przedmieściu, w facjatce na stryszku; wchodziło się tam po drabinie, która chwiała się, na domiar już traciła szczeble.

Jego przeszłości nie znali, Kosowski nie prowadził rozległego życia towarzyskiego - tyle, co z biura dyrekcji przez kawałek miasta do domu, kilka przygodnych rozmów po drodze w ciągu miesiąca.
Wywodzi się z pokolenia Kolumbów - rocznik dwudziesty. Co do roku. Wychowywał się w miasteczku B. koło Sandomierza, u krewnych; wcześnie odumarli go rodzice. Krewni rodziców sami mieli pięcioro dzieci, a wuj bodajże pięć specjalności zawodowych: Naczelnik poczty, organista, rolnik i coś tam jeszcze w straży pożarnej. Jaś Kosowski miał osiem lat, gdy zaczął biegać z listami po miasteczku w charakterze... młodszego listonosza. Mając lat trzynaście skończył szkołę powszechną, także i karierę listonosza; poszedł jako elew do orkiestry wojskowej w Sandomierzu, a że płuca miał dobre, zaczęli go uczyć gry na kornecie, lecz prędko nabawił się nieprzyjemności: Zupaków nie lubił, wylał gorącą kawę z menażki na głowę jakiegoś oficerka. W 1939 roku brał udział w obronie Modlina, potem uciekł z niewoli do miasteczka B., gdzie został pomocnikiem maszynisty na kolei wąskotorowej. Potem maszynistą. Wreszcie po wielu perypetiach kierownikiem parowozowni.

Oczywiście celnie strzelać nie nauczył się Kosowski jako listonosz w B. ani jako elew w sandomierskiej orkiestrze pułkowej, gdzie tyle, że wykształcił się na niezłego muzyka, grywając na wielkich galach solo na kornecie. Bardzo niechętnie przyznaje, że był w partyzantce; nie lubi się chwalić. Wtajemniczeni pomrukują, że przyłożył ręki do niejednego wysadzonego w Kielecczyźnie pociągu. Nie za te zasługi jednak wybrali go przewodniczącym Prezydium PRN; wtajemniczonych jest nie więcej niż kilku. Dlaczego więc wybrali?

- Chyba się im spodobałem - odpowiada na to pytanie filuternie Kosowski.

* * *

Był więc początkowo zastępcą naczelnika wąskotorowych.
Najpierw poszła fama o słynnej historii z burakami. Wąskotorowe zawarły umowę na dostarczenie dwóch tysięcy czterystu ton buraków cukrowych do cukrowni „Łubna” w Kazimierzy Wielkiej, po siedemset ton miesięcznie. Ale dyrektor cukrowni powiedział naczelnikowi W. z Jędrzejowa: „Nie spieszcie się, mnie na razie tyle nie potrzeba”. Więc ów naczelnik nie spieszył się do czasu, aż sypnęły się gromy z Ministerstwa Komunikacji:

- Dlaczego nie wykonujecie umowy z cukrownią „Lubna”? Cukrownia interweniuje, trzeba natychmiast wozić buraki.
Dyrektor cukrowni żądał, by do końca miesiąca zwieźć mu brakujące tony, inaczej obciąży kosztami kolej za niedotrzymanie umowy. Wtedy właśnie wmieszał się do sprawy Kosowski.

- Dajemy polecenie wstrzymać wszystkie ładunki, niech wszystkie wagony wożą buraki do Kazimierzy.
Wziął sam wagon, sypialkę, i biwakował na bocznicy w Kazimierzy. Co jakiś czas przyjeżdżały pociągi i zwoziły buraki, na rampie potężniała ogromna hałda, najpierw jak domek dróżnika, potem jak kamienica, wreszcie jak piramida. Z całego terenu do dyrekcji w Jędrzejowie sypały się przekleństwa:

- A czemu nie wozicie nam śledzi, a co z naszymi nawozami sztucznymi, a ładunek węgla?
Kosowski polecił: Nie przejmować się. Na razie nie przejmować się i jakoś wyprowadzić sprawę z burakami na czysto.

- Dalej wozić buraki!
Na stacji w Kazimierzy nie było już na buraki miejsca, cukrownia nadążyć nie mogła z rozładowywaniem wagonów. Istne piekło. Przyszła wreszcie na stację cło Kosowskiego delegacja: Dyrekcja cukrowni in corpore. Pertraktować.

- Co pan robi? - pytał zbity z pantałyku dyrektor Piotrowski.

- Wykonuję umowę - odpowiedział Kosowski.
Dyrekcja zmiękła, dalej prosić o pardon.

- Pan myśli, że zagrał pan z naczelnikiem? Pan zagrał z koleją, a to instytucja troszkę większa niż pańska cukrownia!
Ktoś z dostojnego otoczenia zrobił delikatną uwagę panu dyrektorowi „Łubnej”: „A mówiłem ci, sk...synu, z kim zaczynasz?!”.
Kosowski mógł wytrzymać jeszcze najwyżej dzień - inne ładunki czekały - ale teraz był górą:

- Wycofam wagony, uratuję was przed osiowym i w ogóle was uratuję, ale odwołajcie telegraficznie wasz meldunek do ministerstwa. Przy mnie.
I tak z miejsca pchnięto depeszę utrzymaną w podniosłym tonie, donoszącą, iż cukrownia „Lubna” jest ogromnie zadowolona ze współpracy z koleją wąskotorową w Jędrzejowie, a poprzedni meldunek wynikł z nieporozumienia.
Kosowski wygrał. Miasteczko ubawiło się, pospieszyło z uznaniem: „Ma chłop głowę na karku”. Dotąd był zastępcą naczelnika, wkrótce został pierwszym po bogu na wąskich torach. Miał wówczas trzydzieści pięć lat, dyplom maszynisty i maturę w kieszeni.
W maju 1957 odszedł przewodniczący Prezydium PRN. Kosowski był wówczas na urlopie w B. Naraz telefon. Szewczyk, sekretarz powiatowy Partii.

- Przyjedź koniecznie. Zaraz.
Nie byłby Kosowski Kosowskim, gdyby nie zapytał po co. Szewczyk, nie w ciemię bity, chciał się od odpowiedzi jakoś wywinąć, ale przyparty do muru musiał zdradzić:

- Jasiu, wysunęliśmy twoją kandydaturę na przewodniczącego Prezydium w Powiatowej Radzie. No, na starostę.
Kosowski:

- Nie ma mowy, nie będę żadnym przewodniczącym - wykręcił się, że nie ma czym jechać, odłożył słuchawkę i poszedł do domu.
Nazajutrz przysłano po niego wóz.
Nie wiadomo - prawda, nieprawda - do KW po jakimś czasie nadeszła wiadomość, że urwał się w drodze kardan. Kosowski zniknął znowu. Drugi samochód przybył wkrótce i wreszcie Kosowski - rad nierad - zjawił się w Kielcach...
W Kielcach odbyła się krótka konferencja. Wybory w Jędrzejowie już były zapowiedziane, sesja Rady Powiatowej, przyjechał Kosowski, przy nim wiceprzewodniczący województwa, Bąk-Dzierżyński. Było to 20 kwietnia. Wybrali. Po czym Kosowski pojechał dokończyć urlopu. Urzędowanie zaczął 1 maja 1957 roku.
Tak przyszło mu rządzić powiatem; ludzi coś ze sto tysięcy, ziemia nie najgorsza, powiat rolniczy. Miast w powiecie - jedno, czyli Jędrzejów. W Jędrzejowie kości Kadłubka (ossa Catlubonis) oraz zegary Przypkowskiego. To prawie wszystko. I trzeba się brać do rządzenia - nie fraszka, bo człowiek nowy i nie przygotowany może strzelać głupstwo za głupstwem. Zadumał się: „Trzy miesiące nie moje, zanim się wciągnę”. Okazało się potem, że to były dwa lata.
Pierwsze głupstwo wspomina dziś niejako z rozrzewnieniem. Przyjechał chłop, knajpiarz z Mierzwina, z początkiem maja, przed świętym Stanisławem, i zawodzi, że wódki mu nie chcą sprzedać.

- A koncesję macie?

- A mam - pokazuje chłopina.
Świeżo upieczony starosta dzwoni do kierownika Wydziału Handlu:

- Jak daliście koncesję, to i wódki sprzedajcie.

- Ale on chce kupić w MHD.

- To sprzedajcie mu w MHD - palnął przewodniczący.
Kierownik sklepu na specjalne polecenie sprzedał. Nie wiedział jeszcze Kosowski, że knajpiarz winien się zaopatrywać w hurtowni, skąd idą wykazy do opodatkowania. Aliści po kilku miesiącach odezwał się prokurator:

- Chciałem od pana oświadczenie. Podejrzany się broni, że sprzedał wódkę do prywatnej knajpy na pana polecenie...
Tym razem chodziło już o coś innego: Kierownik sklepu umówił się z prywaciarzem dzień przed zapowiedzianą podwyżką cen na wódkę. Przez całą noc harowali i zwieźli wódkę do knajpy, lecz pecha mieli, bo progresja cen nie poszła zbyt wysoko i zarobili ledwie coś po sześćset złotych na łebka. Kierownik bronił się, że Kosowski. Bo kiedyś w maju kazał sprzedać do Mierzwina i od tego czasu „to obowiązywało”. Oto jak święte bywa słowo powiatowej władzy...
Kiedy mu już dali powiat, zaczął włodarzyć. Ale było trzeba mieć jakąś koncepcję podniesienia ekonomicznego Ziemi Jędrzejowskiej. Jaką koncepcję? Jakaż to koncepcja może narodzić się w odrapanym i obskurnym miasteczku, w mieszkaniu świeżo upieczonego pana starosty, dokąd wchodzi się po drabince?

Kosowski znał trochę wieś. Wieś może nie najbiedniejszą, ale zaniedbaną, odciętą od wielkiego świata, którym było dla niej Miasteczko, topielami dróg, ściślej: Grzęzawiskami bezdroży. Cywilizacja zaczyna się od dróg. Kosowski zaczął więc - taki zapanował zresztą wówczas kierunek w całej Kielecczyźnie - budować drogi. Wziął się za budzenie aktywności społecznej wsi, brnął furmankami w jesienne wieczory na gromadzkie zebrania, konferował z chłopami.

- My damy materiał, wy dajcie pracę.
Albo:

- My będziemy budować drogę od miasta do was, a wy od wsi ku miastu. Spotkamy się?
Bardzo drobiazgowo obliczano przy tym, ile kto da, co da i kiedy; ale najczęściej przychodziło do zgody.
Udało się szczególnie dobrze z Węgrzynowem, wsią daleką od świata, która widziała przedstawiciela władzy powiatowej ostatnio w 1925 roku. Koło „Wici” w porozumieniu z komunistami zorganizowało wtedy bunt przeciwko uciskowi chłopa; doszło do aresztowań. A że nieszczęścia idą w parze, wieś spłonęła w pożodze. Ówczesny starosta jędrzejowski uznał, że to doskonały moment dla wystąpienia politycznego władzy. Wsiadł w bryczkę, zabrał oddział policji i pojechał do Węgrzynowa wygłosić przemówienie. Jechał pół dnia, dotarł ubłocony po dziurki w nosie, tchu nie mógł złapać. Na zaaranżowanym przez policję wiecu powiedział krótko a zwięźle:
- Ten pożar to kara boża na was, komuniści, za to, że knujecie przeciwko Bogu i Ojczyźnie - i wymownym gestem szeroko rozpostartej ręki potoczył po pogorzelisku. Nie zaproponował nawet słowem jakiejkolwiek pomocy i wyjechał. O Węgrzynowie powiadano od tego czasu: Bandycka wieś. W Węgrzynowie powiadano: Władza jest od aresztowania i opowiadania głupstw.
Kiedy przyjechał Kosowski, patrzyli z niedowierzaniem, co też z tego wyniknie, kogo wsadzą, czy będzie jakiś pożar. A tu Kosowski... z propozycją budowy drogi! W stronę świata. Bo Węgrzynów hen, zagrzebany z boku od szos, za Sędziszowem, w kącie powiatu. Przekonał ich, że droga warta zachodu. Plan pokazał: Jeśli zrobią co rok dwa kilometry, to się za pięć lat bez specjalnego wysiłku do świata dopchają. On pomoże, to znaczy powiat.

I chłopi się wzięli do roboty.
Potrzebny był im piasek - poszli z delegacją do chłopa, który piachu miał całą górkę.

- Sprzedajcie górkę - powiadają. - Damy trzydzieści tysięcy złotych. Na całą drogę wystarczy.
Chłop niebiedny, ale i niegłupi, powiada:

- Zepsujecie pole i piach, a drogi i tak nie będzie.
Nie wierzył. Zobaczył jednak potem, że droga zaczyna przybierać kształt realny, że kawał traktu ciągnie już od wsi w stronę miasta - przyszedł do Komitetu Budowy Drogi:

- Widzę, że będzie droga. To ja wam dam tę górkę piasku.

- Ile chcecie?

- Ćwiartkę, nic więcej.
No to mu postawili cały litr i piach mieli.
Pierwszy autobus po trzech latach przyjechał do Węgrzynowa, zamiast po pięciu. Kiedy już się pojawił, przybyły istne pielgrzymki z całej okolicy. Wielu było takich, którzy widzieli po raz pierwszy prawdziwy autobus. W roku 1962.
Dziś w powiecie jędrzejowskim anno Domini 1963 wskaźnik gęstości dróg na 100km2 wynosi... 40 kilometrów z nawierzchnią ulepszoną (we Francji wskaźnik ten wynosi 50km bieżących na 100km2). Tymi drogami wieś co tygodnia wali w czwartek na jarmarki; mniej czasem dla wymiany towarów - tę załatwia gminna spółdzielnia na wsi - więcej dla kontaktu ze światem, dla poczynienia zakupów w mieście; w rozumieniu wsi bowiem materiał na spódnicę w wiejskim sklepie GS-u i ten sam materiał w jędrzejowskim sklepie czy Domu Towarowym na Krzywym Kole - to nie to samo.

Ten drugi pochodzi z miasta.
Za jajka równą cenę dostaną w GS-ie, ale przyjadą do Jędrzejowa, do miasta.

Przed stoiskiem z arcydziełami w rodzaju jeleni na rykowisku przystają i podziwiają. Ale kupić nie kwapią się: „Znowu by Kazek czy Baśka się rozdarli”. Bo starzy zaczynają się podporządkowywać gustom młodych, które przeszły tu szczególną ewolucję pod bokiem Różnicy. Nota bene rodzi się także dzięki Różnicy i działalności „Ponidzia” - pod Babiniczowym protektoratem - nowy snobizm. I czasem przybiera skrajną postać: Pewien młodzian uciekł ze szkoły, kazał ojcu sprzedać cielę i kupił sobie maszynę do pisania; spaceruje po Jędrzejowie i napomyka, że pisze piątą powieść. Gleniowi dał do czytania, Glenia głowa rozbolała. Ale chłopak jest twardy. „Zapiszę się do Różnicy i będę pisarzem.”
Na jarmarku kuchenne makatki z produktami ludowo-częstochowsko-utylitarnej poezji w rodzaju: „Dobra żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi”, „Soli i chleba w kuchni potrzeba”, „Jak ja ugotuję, każdemu smakuje”. Na obrazkach: Jakaś biedna Kasia o aparycji zżartej przez francuską chorobę i otłuszczone gęsi z paraliżem postępowym. Nie one jednak decydują o charakterze jarmarku. Czy wieś handluje? Nie, wieś przede wszystkim snobuje się, tak więc jarmark dzisiejszy jest imprezą w gruncie rzeczy towarzyską bardziej niż handlową. Tysiąc wozów, trzy tysiące luda napływa tego dnia do Miasteczka, żeby być w mieście.

Kosowskiemu chodziło nie tylko o drogi łączące wieś z miastem. Chciał ją podźwignąć ekonomicznie. Nie żeby jedynie maksimum wycisnąć za wszelką cenę. Walczył - na wielu konferencjach - o właściwą klasyfikację gruntów, w wielu wypadkach absurdalnie fałszywą. Ze statystyki wynika, że powiat jędrzejowski jest najbogatszy w Polsce, ma dwadzieścia tysięcy hektarów ziemi pierwszej klasy, a w istocie gdzież tej pierwszej klasie do takich choćby sandomiersko-proszowskich lessów... Komisje klasyfikacyjne w swej nadgorliwości „poprawiały” ziemię; Kosowskiemu udało się przeprowadzić niejedną korektę, tyle że teraz wymagał absolutnej sumienności w prowadzeniu gospodarki i akuratności w dostawach. Te gospodarki chłopskie niejeden raz miały mu przyczynić kłopotów. Któregoś dnia, na przykład, złożono w Radzie meldunek: W Łysakowie pojawił się Yeti. Co się stało? A no, pewien gospodarz zamienił się w pierwotnego człowieka, straszności popełnia: Córka bez jego zgody wyszła za biednego chłopca, wygnał więc żonę i córkę z domu, chodzi nie ogolony od tygodni, w spodniach uszytych ze starej kołdry, w jasnym płaszczu, przewiązanym powrósłem.
Kosowski pojechał do Łysakowa, agronom grzecznie podprowadził go pod bramkę, otworzył i wpuścił do środka, po czym bramkę zatrzasnął. Chłopów zebrało się sporo, żeby patrzeć, jak też starosta będzie gadał z Yetim. Agronom przyczaił się przy bramce, wejść się bał.

Yeti wyszedł naprzeciw starosty. Straszny był, rzeczywiście. Idąc ku niemu Kosowski zauważył, że przed domem wykopany jest głęboki rów. Rozmowa zaczęła się poprzez ten rów.
Yeti wrzeszczy: - Czego, cholery parszywe, ode mnie chcecie?
Kosowski: - Po co ten rów wykopaliście?
Yeti: - Żeby poborcy sobie nogi połamali!

Chłopi z agronomem zza płotu patrzą - cofnąć się Kosowskiemu nie wypada, skacze więc przez rów i dalej z Yetim pertraktować. Wchodzą do chaty: Chłop urządził sobie w jednym pokoju legowisko na słomie, w drugim ustęp. W kącie legowiska odrąbany łeb krowy i okrwawiona siekiera.
Yeti: - Jak się cholerze dziada zachciało, zniszczę wszystko.
Dzieło zniszczenia przedstawiało się makabrycznie. Gospodarka niegdyś ładna - były krowy, świnie, konie, wozy, nawet kierat - w ruinie. Częściami wszystko - od wozu i kieratu - palił; krowę, która zdechła z głodu, dał świniom zjeść.
Yeti: - Nie dam dziadom niczego. Zniszczę. A jak wszystko zniszczę, podpalę.
Kosowski: - Ziemi nie zniszczycie. Nie spali się.
Yeti dał sobie jednak wszystko wytłumaczyć, złożył wojenny topór.
Gospodarkę, liczącą siedem hektarów, dwa lata regenerowano.

* * *

Kłopotów oczywiście „pana starosty” nie zliczyć; szczęściem nie ma tajemnicy w powiecie, którą by przed nim ukryto. Każdego, co tutejszy, ktoś przecie rodził, a niejednego pewnie spłodził, każdy więc, ksiądz, nieksiądz, towarzysz partyjny, nietowarzysz, krewnych jakichś ma, krewni przyjaciół, ci znowu swoich kompanów od kieliszka - tym sposobem nic się nie ukryje, każdy w postaci wiązki informacji na swój temat krąży po orbicie plotki Miasteczkowej; najtrudniej być plebanem, znaleźć by plebana, co zaprzeczy. Patrzą z góry, patrzą z dołu, patrzą z boku; nie ma, czego by ludzie nie podali na ogólne forum plotki. Mówi się na przykład o pewnym księdzu, że chętnie by z powiatową władzą powojował, bo podatków płacić nie lubi. Ściągnął dlatego do się kuzynkę, przepisał na nią wszystkie swoje ruchomości; z czego mu egzekutor weźmie, kiedy nic nie ma swojego, tylko to, co na grzbiet włożyć? Telewizor kuzynki, krowy kuzynki. Ksiądz pije mleko od tych krów, to prawda, ale za to daje kuzynce swoje siano; ksiądz pokrywa jej koszta utrzymania, kuzynka gotuje i sprząta, lecz co stoi na plebanii, wszystko jej, tak - z działu rzekomo jeszcze po rodzinie księdza, z darowizny i kupna. Egzekutor młody, cichutki: „Niech więc ksiądz napisze, że nie mają nic, że pozostają z kuzynką we wspólnym gospodarstwie”. Plebanowi ponoć aż jagody pokraśniały z tej satysfakcji. Aliści egzekutor atut nowy z rękawa: „Jeśli kto pozostaje z inną osobą we wspólnym gospodarstwie, sprzęty wspólnie użytkowane komornik może zająć”...

Cóż ksiądz? Do Miasteczka jak w dym z pretensjami do „pana starosty”, kłócić się, drożyć, prosić. „Pan starosta” raz bywa panem przewodniczącym, raz prezesem, to znowu starostą, zależy, jak ksiądz wnioskuje o szansach.

- Nikt się nie może tłumaczyć nieznajomością prawa, księże proboszczu - rozkłada jowialnie ręce pan przewodniczący-prezes-starosta. - Uwierzy to kto, że chłopak z podstawową szkołą wyprowadził w pole księdza po wyższych studiach? Zapłaci ksiądz, finansowy zdejmie sekwestr. Nie ma rady.

 

- Kiedy nie mam z czego - zadyszka aż wsparła księdza - sześćset czterdzieści złotych każecie mi płacić co miesiąc! Z torbami pójdę.

- Ksiądz wie, ja księdzu nie wróg. Poradziłbym nawet. Jest z czego zbierać: Śluby, pogrzeby, chrzciny, kolęda, taca, wspominki, intencje, ja z domu katolik, to wiem, ale mi, ksiądz rozumie, nie wypada pouczać proboszcza, księdza parafia za najuboższą nie uchodzi? Może się mylę, ja tu dopiero kilkanaście lat...

- Oj, biedna, biedna, wszystkim się zdaje, że chleb lekki na plebanii...
Kosowski pochylił się konfidencjonalnie.

- Ale księdza X biedniejsza chyba? Prawda?

- No tak, pewnie biedniejsza...

- No widzi ksiądz dobrodziej. Ksiądz X też nie chciał podatków płacić, nie miał z czego...

- A nie ma, i dziś nie ma - pokiwał głową ksiądz.

- Prawda? A myśmy człowieka z tytułem wykonawczym posłali, kiedy ksiądz X wracał z kolędy, od Wigilii czterdziesty dzień pod rząd, prawie już w połowie lutego; zastał go egzekutor przy liczeniu grubych tysięcy. I zapłacił...
Wzdrygnął się ksiądz, spojrzał z odrazą.

- Ja wiem, że ksiądz ma i kłopoty - dokończył współczująco Kosowski.
Te kłopoty... Po wyjściu księdza obecny przy rozmowie B. śmiechem parsknął.

- Nie myślałem - powiedział - że i do pana to dotarło.

- A skąd pan wie z kolei, że myślimy o tym samym? Wiem pewnie to, co pan, a chyba jeszcze więcej...

- Niechże pan powie. Plotki rzecz święta.

- Nie, ja grób; co w moje uszy wpada, nie uleci.
Zna Miasteczko sprawy różne. Jest proboszcz, co do sianokosów sam z chłopami wychodzi, przy budowie drogi stanie w gumowych butach z łopatą, za to parafię trzyma twardą ręką. Kiedy chłop, taki z najzamożniej szych we wsi, chciał dać na zapowiedzi córki, a nie był pięćdziesiąt dwie niedziele na mszy, kazał mu ksiądz to, co by na tacę położył, za pięćdziesiąt dwie niedziele wyrównać, obliczając jego możliwości i tak ulgowo na dwa tysiące złotych; chłop zapłacił i jeszcze był szczęśliwy, że go tanio obeszło. Ten sam proboszcz rezydenta miał, którego karmił inną strawą przy jednym stole, biedaka księdza, co miał żonę i dwoje dzieci, ale nie dość poparcia w kurii, żeby mu uszło na sucho; pomstował zawsze na nie żyjącego już biskupa, że kurialistę pewnego mąż uwiedzionej przezeń żony gonił uciekającego, wstyd powiedzieć, w ineksprymablach, i kurialista urzęduje nadal. Inny znów proboszcz na sztuce zna się expedite, a chłopom z własnej kieszeni dokłada na zadrzewienie wsi. Jeszcze inny, harcerz w parafii, gdy wyjedzie poza diecezję i włoży garnitur, istny Casanova. Nie ma, kto by co ukrył.

Cóż stąd, zapytacie. A no, trudno prowadzić własną politykę, kiedy wszystko na widoku. A czy trzeba własną? Trzeba, nie trzeba, kuria własną prowadzi, kurialiści własną i plebany każdy swoją - plebany dziś zhardziały, z nich kościół żyje, więc też centralizm bywa czasem iluzoryczny, a Polska kraj ludzi „ważnych”. Między klerem też? - zdziwicie się. Ba, dopiero. Prymas musiał do Jędrzejowa przyjechać, ducha dodać; Uradzili w klasztorze, że jednak cud by się przydał u grobu błogosławionego dziejopisa. W sierpniu obchody, a cud wcześniej - będzie święty. Tylko jeszcze wcześniej wszystko znowu rozplotkowano. Trudno przewidzieć, jak teraz będzie, obecny przeor ambicją pała. Gdzie to zresztą komu taka dziś gratka się nadarzy: Własny święty, i to z nowego kanonicznego zaciągu, nie wyblakły, świeży...
Dla Kosowskiego nie ma tajemnic. Gdybyż mu się język rozwiązał!

* * *

Władza... Nawet o Fundusz Budowy Szkół męczą tego demokratycznego starostę. Bo jakże? Na odprawach powiadają ciągle: A jak tam u was ze szkołami Tysiąclecia? Kosowski, człowiek z natury przekorny, to fakt. Na niejednej naradzie się sprzeciwi „obowiązująco odgórnie preferowanym poglądom urzędników szczebla wyższego”. Robi to jednak przyjemnie; śmiemy twierdzić, że gdyby nie Kosowski, persyflaż nigdy by nie zagościł na wojewódzkich naradach „w sprawie”. Właśnie na takowej, „w sprawie kultury”, referent zaatakował, że w jędrzejowskim dwa areszty gminne - w Imielnie i Rakowie - zamieniono na biblioteki.

- Jak można było pozbywać się tych pomieszczeń?- grzmiał referent. - Przecież...
Kosowski w dyskusji wyszedł spokojnie na mównicę i stwierdził, że bardzo przypadła mu do gustu teza referenta. Pragnąłby ją tylko poszerzyć niejako, dodać rozmachu wykonawczego, w związku z czym proponuje, aby zamek w Sandomierzu, gdzie ma być Dom Kultury, przekształcić z powrotem na więzienie, także i Święty Krzyż. Śmiech buchnął na sali, referent wycofał się chyłkiem.
Lecz ze szkołami to nie żarty - porozsyłał wici po terenie, żeby jakoś ten fundusz ściągali, sam łamał sobie głowę przy biurku, gdy naszedł go pewien interesant „w pilnej sprawie”.

- Panie przewodniczący, koncesji mi nie dajecie.

- Niech pan przyjdzie za godzinkę, teraz jestem zajęty, I niech pan dobrze pomyśli nad sprawą.
Kosowski natychmiast zadzwonił do Kubiakowskiego, powiatowego architekta:

- Przyjdź zaraz, ważna sprawa.
W godzinę później Kubiakowski siedział przyczajony za uchylonymi nieznacznie drzwiami przyległego gabinetu. Interesant znowu zaczął: „Koncesji mi nie dajecie” i jął wyłuszczać swoją sprawę w szczegółach, że jego wytwórnia przemysłowa uzupełniać ma przemysł kluczowy, że on i jego rola... Kosowski już wówczas, gdy pojawił się przed godziną, wiedział, kto zacz. W Kielcach facet ów na głowie stawał, żeby na Kosowskiego władze nacisk wywarły, żeby Kosowski nie odmówił. List nawet z Kielc przyszedł urzędowy, z poleceniem: Zgodzić się. Ale Kosowski gazda na swoim, list odłożył ad acta. Drugi list z Kielc był odmienny: Nie przedłużać koncesji. Też ad acta. Po czym oba listy odesłał. Wówczas pan przemysłowiec zdecydował się przyjść do Canossy na szczeblu powiatowym i pochylić tam czoła. Pojawił się załamany, plątał się, mówił: „Nie wiem, jak dotrzeć, jak przekonać”. Kosowski wyszedł mu naprzeciw:

- Kto żyje z kościoła, ten z kościoła; a ja z powiatu żyję. Ile pan dałby za to, żeby wytwórnię otworzyć? Dziesięć tysięcy pan da?

- Dam, oczywiście - ucieszył się przemysłowiec, że propozycja nie od niego wyszła i rozwiązał się ów dyskurs jakoś niespodziewanie prosto, choć dotychczas słyszał, że Kosowski takich za łeb z gabinetu wyrzuca.

- Zaraz pan by dał? - pytał jeszcze.

- A zaraz dam - odpowiada powiatowy Morgan.

- Marian, chodź tu.
Kubiakowski wychodzi z drugiego pokoju, Kosowski mówi równocześnie:

- Wpłaci pan zaraz te dziesięć tysięcy na Społeczny Fundusz Budowy Szkół i niech pan zaraz tu przyniesie kwitek z kasy, będziemy załatwiać koncesję.
Przy Kubiakowskim nie wypadało się bogaczowi kłócić o wysokość wpłaty na SFBS, choć już zaczynał; Kosowskiemu by i dwadzieścia tysięcy odpalił, ale na społeczne cele...?
Och, te gry władzy w maleńkim Jędrzejowie...

* * *

Kiedy został przewodniczącym w Jędrzejowie i wydał jedno polecenie niezgodne z przepisami - żeby sprzedać nieszczęsną wódkę knajpiarzowi z Mierzwina - powiedział sobie: „Władza musi znać prawo. Niedouczona władza popełnia stale bezprawie”.
Powtarza: „Władza musi mieć swój własny autorytet, płynący nie tylko z urzędu”. Kosowskiemu oczywiście łatwo tak mówić, bo autorytet ma ogromny. „Władza nie może wszystkim ulegać. Najgorszy jest zawodowy przewodniczący, bo wszystkim musi ulegać; ma stracha, że zwolnią czy nie wybiorą, i co on, biedactwo, zrobi? Ja mam swój zawód i będę miał jeszcze nowy zawód: Prawnika. Tylko wówczas władza może czuć się mocno i niezależnie. Bo jak się wychodzi z pozycji ubogiego krewnego, to nigdy nie można być władzą.”
I ta władza zgotowała właśnie koniec Staremu Miasteczku.