Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 11)

b-2aRozdział X

Gleń pisał wiersze jeszcze w okresie szkolnym, Baran też coś próbował. Gleń może nie był nigdy, jak Marek, zaangażowany tak mocno w ruch teatralny, choć również uzyskał kartę instruktora. Stosunki między nim i aktorami ochłodziły się, gdy miał przygotować parę osób do startu w konkursie recytatorskim. Zadał im kilka ćwiczeń dykcyjnych. Obrazili się:

- Coo, myśmy w teatrach grali, a tu mamy uczyć się mówić?

Stąd pewnie Glenia do teatromanów nie ciągnęło, zwłaszcza że w swoim gronie stanowili już dosyć zgraną paczkę. Schodzili się w komóreczce Włodka Bożęckiego; dziwaczna dosyć grupa: Jeden sekretarz ZMS-u

- Staszek Gleń, jeden referent - reżyser Baran, jeden pracownik umysłowy z Obsługi Sprzedaży Ratalnej - Bożęcki. Plus Rysiek Fatyga dojeżdżający z Sędziszowa. Ugwarzali wieczornymi godzinami, podejmowali opracowywanie tematów do dyskusji, każdy co jakiś czas miał obowiązek zagaić spór dotyczący jakiegoś problemu.
Początkowo trafili pod patronat Jedlińskiego, lecz zacny doktor bardziej zawsze lubił słuchać siebie niż innych, aby zaś smakować wdzięk tego archiwalnego szlachcica, trzeba było mieć odmienny nieco temperament niż ci młodzi ludzie. Gdyby wpadli na to, by się tak nazwać, byłoby najtrafniej chyba ochrzcić ich „głodnymi”. „Głodni” piastowali w sobie skrywaną drapieżność, rozsadzała ich niewyżyta energia, witalność młodych wilczków. Jedliński był czymś na kształt mądrej ciotki: Konflikt, nigdy zresztą nie wypowiedziany jawnie, był tu nieunikniony.

Doszło więc do rozstania, opiekę nad „głodnymi” przejął potem Babinicz, dla którego ta paczka oznaczała jedną z szans ożywienia kieleckiej kultury. Oni sami hodowali w cichości ducha niejedno górne marzenie, tym bardziej że zjechał do Miasteczka Adam Włodek, poeta serdeczny młodszym i pomocny radą. Przejrzał, zachęcił. Nie unosił się, nie podskakiwał na stołku, lecz sumiennie rzecz ocenił i to chłopaków umocniło w ich pasjach, jakkolwiek nadal żaden z nich nie liczył na karierę w sensie emigracji z dotychczasowego świata. Nie wiedzieli, co będzie, ale wiedzieli, że nie dadzą się zatłamsić, roztopić w partykularzu. Nie będą poetami? Może. Nie będą pisarzami? Może i to. Lecz coś będzie się działo, nie pozwolą, by życie zmusiło ich do kapitulacji.
Na razie szli naprzód. Zaprosili do Jędrzejowa krakowską grupę poetycką „Muszyna” z jej mistrzem na czele, Harasymowiczem.
Zwaliło się trzysta osób do jednej sali. Młodzież, nauczyciele, elita miasta. Z Krakowa przyjechał Harasymowicz, Kłyś, Śliwiak, satyryk Maruta. Przyjeżdżali także z dobrym słowem i radą Anna Kamieńska, Julian Przyboś i inni.
„Dziś spotkanie z grupą «Muszyna».” „Przybędą tacy a tacy.” „Dziś gościmy ...” Włodek smarował po nocy kolorowe afisze, biegał do Gleniów, budził Staszka.

- Dobrze?
Czytali wszyscy swoje wiersze, najbardziej, co naturalne, podobał się satyryk Maruta. Harasymowicz już wtedy wyczuł niebezpieczeństwo, spoglądał uważnie, przełamywał obawę, nie spostrzegł nawet, że jego gesty, drapanie się, ziewanie, przeciąganie się zostały zauważone, zarejestrowane czujnym okiem przeciwników; był zmęczony samym oczekiwaniem na spodziewany atak. Ten rzeczywiście przyszedł.
Po kilku niemrawych głosach inicjatywę przejęli nauczyciele. Pan Krzeszowski oświadczył, że gdyby mu pan Harasymowicz użyczył nazwiska, to on wyjdzie na pół godziny i przez ten czas spłodzi dziesięć takich wierszy jak te, które słyszeli z ust gościa; innymi słowy, dał do zrozumienia, że cała ta poezja zasadza się na reklamie, snobizmie i nieuctwie adherentów. Grzmiał ze swadą, poprzedzony wycieczką pana Szczęsnego, inspektora szkolnego. Harasymowicz, już skoncentrowany, bronił się dowcipnie.

Młodzi z Jędrzejowa opowiadali się po stronie zaproszonych. Uczniacy milczeli nie chcąc się nikomu narazić, zresztą jak tu zabierać głos, kiedy mówi polonista? Choć niekoniecznie rozumieli, o co kłótnia, instynktownie popierali młodszych przeciw nauczycielom.

Harasymowicz na koniec wyszedł z siebie, widać było, że się zirytował. Pan Krzeszowski, niczym rasowy agitator wiecowy, przeszedł do argumentów ad personam, zajął się sposobem zachowania najsławniejszego z gości: Wytknął mu ekstrawagancję, wszystkie owe ziewnięcia, skrobania się po głowie i przeciągania za prezydialnym stołem. Spotkanie zakończyło się bez ugody, Harasymowicz potem w kawiarni się sumitował, że bolał go żołądek, że zjadł coś nieświeżego z okazji poprzedniego autorskiego wieczoru. Gospodarze z „Ponidzia” musieli wierzyć, zresztą wierzyć chcieli. Rozdrażniła ich tak samo jak przybyszów ta pewność siebie, okazywana przez Krzeszowskiego, człowieka, który „sam nigdy słowa nie napisał od siebie”. Jednoczyli się w buncie przeciw jego ocenom. Wyczuwali instynktowną niefortunność wobec nowych autorytetów, typową zresztą nieufność nauczyciela nie godzącego się z korektami kanonów, które przyjął za obowiązujące i które za obowiązujące podawał innym do wierzenia. Dla nich obalenie kanonu oznacza radość, satysfakcję; dla niego - przekreślenie prawdziwości tego, co sam jako słuszne i pewne wykładał.
Środowisko musiało się opowiadać za jednymi i drugimi. Nauczyciele w większości, choć nie wszyscy chcieli uznawać prymat kompetencji Krzeszowskiego, poprzeć musieli kolegę. Młodzi z całą satysfakcją okrzyknęli go po Miasteczku jako besserwissera i zadufka. Niedziwne więc, że i pani Krzeszowska, sama czytująca uczniom na lekcjach Śliwiaka, uznać musiała, że członkowie „Ponidzia” to w zasadzie grafomani i rozambicjonowane beztalencia.
Grupą wszakże zaopiekował się z Różnicy, z Uniwersytetu Ludowego, Babinicz.

„Nowi” szli ławą. Nie była to oczywiście żadna inwazja, żaden zmasowany i zorganizowany szturm; oni zresztą wcale nie szturmowali, nie domagali się pierwszoplanowych pozycji, próbowali tylko wywalczyć sobie przestrzeń życiową. Kim był bowiem Marcel Kaczmarek, chłop jak dąb, okrągłolicy, tłuścioch, mąż dziewczyny, którą Sienkiewicz ochrzciłby piękną Horpyną, zahukany fantasta wagi ponad sto kilo?
Był i wtedy niczym innym, jak tylko fantastą. Staszek Gleń, pracujący w Fermentowni, załatwił mu posadę, kiedy Marcel wrócił z wojska; Marcel prowadził już swój zespół muzyczny, wypadało jakoś muzyków „urządzić”.
Marcel chodził do szkoły fotograficznej w Katowicach, lecz kiedy ogłoszono zapisy do Pałacu Młodzieży, poszedł na radiotechnikę. Nie przypadkiem. Marcel jest bowiem muzykiem-konstruktorem. Bardziej może nawet konstruktorem dzisiaj niż muzykiem. W domu zastał kilku jeszcze fanatyków jazzu. Zbyszek Wojewódzki, dziś fotoreporter warszawski, rozkochany w perkusji, trenował na krzesełkach, wyrabiał giętkość palców. Marcel tradycję muzykalności wyniósł jeszcze z domu: Ojciec, lutnik, napisał nawet ludową operę „Karmelarze”. Marcel skrzyknął chętnych, próby odbywali po prywatnych mieszkaniach, kibice nosili instrumenty, bo się muzycy wstydzili. Ale nie było młodego człowieka, co by nie chciał tańczyć. Na pierwszej zabawie powodzenie osiągnęli wspaniałe, odtąd uważał za stosowne wtrącać się do spraw zespołu.
„Zaczepiono” go przy Fermentowni, ale dyrektor założył votum separatum: Nie da zakładowych instrumentów w obce ręce...

Marcel zaczął pracować - kupili perkusję.
Marcel burzył się: Dali mu, że chłop na schwał, do przepychania wózki z tytoniem, ładowanie i opróżnianie komór fermentacyjnych. Wózek przeciętnie ważył z bagażem pół tony, dochodził czasem i do ośmiuset, tysiąca kilogramów. Marcel strzelał w palce, buntował się:

- Ja jestem artysta, palce mi są potrzebne do grania, a tu po tym dziurawym betonie wózki muszę targać jak słoń. Czy słonie grają na trąbce?
Przekonany był, że rację ma zupełną: Grał rzeczywiście na wszystkich instrumentach, dumny, zadzierał nos do góry, póki nie usłyszał w radiu trąbkarza lepszego od siebie - chodził potem skwaszony dobre kilka dni...
Na pierwszą zabawę - jak nigdy - zjechała cała jędrzejowska socjeta pierwszej rangi. Zjechały przed budynek osobowe samochody, okna całe świeciły blaskiem reflektorów; był to Sylwester.
W czasie akademii ku czci wojska otworzyli piętnastominutowy program sygnałem z Ellingtona, kino mało nie pękło; uciekli przed wielbicielami tylnym wyjściem, pan Pacanowski mało nie dzwonił w przerażeniu do milicji. Najbardziej udane zaś były wieczorki w szkole, gdzie stał niezły Blüthner i bębnił na nim Łatacha, pianista po muzycznej szkole.
Fermentownia natomiast wcale nie okazywała entuzjazmu. Przeciwnie, żona zakładowego notabla zatrzymała Marcela w korytarzu, strojąc krzywe miny.

- Ty byś, Marcel, dał sobie spokój z takim zespołem. To się u nas nie przyjmie.
Marcelowi krew uderzyła do głowy, a że miała skąd płynąć, sczerwieniał po uszy:

- Taak?

- A tak. Nie przyjmie się.
Pomyślał chwilę Marcel, czym by tu zgłuszyć babę, na koniec trafił; uspokoił się, zapytał chytrze:

- W porządku. Słuchaj, a ty lubisz ziemniaki, co?

- Lubię. A bo co?

- No dobra. A potrafiłabyś obyć się bez nich, co?

- Wygłupiasz się. Dlaczego miałabym obchodzić się bez ziemniaków? Co ty tam kombinujesz, Marcel?

- A widzisz, głupia. Ziemniaki to też amerykański wynalazek, a przyjęło się i wszyscy żre ją. I nikomu nie szkodzi - podsumował dumnie, odwrócił się na pięcie i poszedł do swojego wózka.
Opinia Fermentowni była jednak inna. Przesunięto jeszcze Marcela do roboty w kuchni, lecz i tam nie przejawiał specjalnych ambicji. Jeździł na rowerze po zakupy, kolebiąc się to w tę, to w drugą stronę na przymałym wehikule. Ludzie narzekali dalej, teraz już nie majster, lecz załoga. W końcu Marcel zobaczył swoje nazwisko na liście zwolnionych. Gleń go już nie mógł bronić, bo Marcel w pracy nie przodował znowu, a byłoby niezręcznie Gleniowi faworyzować muzyka, gdyż zwalczał leniuchujących sportowców. Na domiar Gleń pogryzł się z kierownikiem Wydziału Kultury: Ten wiedział, że Staszek Marcelowi stara się pomóc, wystosował zatem do Fermentowni oficjalny memoriał, że „państwowych instrumentów nie wolno wypożyczać do celów zarobkowych”. Marcel i jego współkompani używali sprzętu Wytwórni Tytoniu, lecz zyski przekazywano na najrozmaitsze cele, sami chłopcy nie dostawali tyle nawet, ile dla sportowców liczyłoby się tytułem ekwiwalentu za utracone zarobki.
Zespół stracił „firmę”. I rozleciał się.

Czy Marcel zrezygnował? Czy ruch nowoczesnej, w rozumieniu jędrzejowskim, muzyki upadł?
Ni jedno, ni drugie. Marcel, już wtedy tyleż muzyk, co majsterkowicz, odsunął się do swoich pasji konstruktorskich. Ruch młodzieżowego grania, które w stylu było czymś pośrednim między tradycyjnym jazzem a późniejszym „mocnym uderzeniem”, też nie zamarł całkowicie. Przyczaił się do momentu, gdy zjawili się nowi prorocy.
Marcel ożenił się, zniknął z horyzontu. Dziewczyna była dorodna, nie mniejsza od niego, przy tym ładna i zgrabna, ot, olbrzymka, której Marcel, wodząc za nią oczami, nie bardzo śmiał się sprzeciwiać. Kiedy zdarzyło się, że z dzieckiem na ręku musiała biec do świetlicy w centrum Miasteczka po klucz od mieszkania, zagarnęła Marcela ostrym chwytem i wybiła mu z głowy daremne straty czasu. Odtąd Marcel pracuje, coraz to bierze się za nowe pomysły: Montuje, składa, bada, konstruuje, chodzi z głową wzniesioną ponad codzienność. Rok czy dwa upłynęły, jak odszedł z Fermentowni, złożył na konkurs NOT-u jakiś projekt, nagrodzono go przybornikiem.
Zaproszono Marcela do redakcji kieleckiego „Słowa Ludu”; tam napomknął, że jego wnioski leżą nie wykorzystane w Fermentowni. Dziennikarze się zwiedzieli, najechali Skroniów. Nie wiedział nikt, o co chodzi. Rzeczywiście, był w swoim czasie konkurs na rozwiązanie pewnych zagadnień technicznych, między innymi na sposób obserwowania fermentacji bez otwierania i wchodzenia do komór, także na wynalezienie materiału do noszek, co sezon wyrzucanych na śmietnik, bo niszczyły się prędko. Marcel projektował wprowadzić fotokomórki, powiedział o tym kierownikowi od racjonalizacji. Ten odrzekł:

- Zgoda, ty mi daj tylko pełny materiał, dokumentację.
Marcel dokumentacji zrobić nie umiał, majstrować majstrował, lecz rysunku technicznego nie znał. Zaproponował więc, że da Poczętemu (tak się nazywał ów kierownik komórki racjonalizacji) projekt, ten zaś go obliczy i rozrysuje. Lecz dzień mijał za dniem i Marcel jakoś projektu nie przekazywał, wreszcie go zwolnili. Poczęty wiedział tyle co nic, gdyby chciał coś zrobić, toby i tak nie mógł.
Z Kielc przyjechała komisja. Poczęty po rewelacjach Marcela w „Słowie Ludu” tłumaczył się gęsto; rychło wyjaśniło się, że konstruktor nigdy wynalazku zgodnie z wymogami nikomu nie przedstawił. Marcel najadł się wstydu, Poczęty wściekał się na Marcela:

- Co to, złodzieja ze mnie chciałeś zrobić, idioto?
Nie dziwota, że Marcel przycichł teraz i odsunął się od świata. Kiedy zaś Marek Baran poinformował niedawno kielecką prasę o Marcelowych nowych konceptach, Marcel biegał po Miasteczku, głośno urągając przed znajomymi:
- Popatrz, ten Marek, a niech go...! Nie mógł to języka trzymać za zębami?
Co było już pewnym nietaktem, dużym nietaktem nawet, bo Marek w tym czasie działał już w nowej roli: Przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej.
Czego trzy lata przedtem nikt by nie przepowiedział.

* * *

„Głodnym” z „Ponidzia” nie było pisane ograniczyć się do literatury. Staszek Gleń został sekretarzem Komitetu Powiatowego ZMS, wszyscy byli aktywistami. Najmłodszy, Andrzejek Lato, na sesji młodzieżowej pod hasłem: „Jak się buduje socjalizm w powiecie jędrzejowskim”, wyskoczył ze zjadliwym referatem.
W jakiś czas potem na konkurs reportażu poświęconego Kielecczyźnie posłał tekst Staszek Gleń. Reportaż wywołał sporo hałasu. Ktoś podniósł się z protestem na posiedzeniu Komitetu Powiatowego:

- Umieją wybrzydzać, niech spróbują rządzić!
ZMS wystąpił z propozycją:

- Wybierzcie Barana przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej. Było w ciągu osiemnastu lat osiemnastu przewodniczących, niech spróbuje przedstawiciel młodzieży.
Baran kończył właśnie zaocznie Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Krakowie; nieco zbyt chłopięco może wyglądał mimo kilkorga dzieciarni w domu i dobiegającej trzydziestki; w swoim paletku i kapeluszu, naciśniętym na czoło, patrzył bardziej na pogodnego wagabundę i zabijakę z rogu ulicy niż na dostojnego urzędnika. Miejska Rada krzywiła się:

- Ee, młodziakom władzę oddajecie w ręce. Kto widział?!
Komitet Powiatowy Partii i Powiatowa Rada miały w tym swoje wyrachowanie: ZMS-owi będzie wypadało poprzeć czynnie swojego przewodniczącego; Miasteczko, dotąd senne i wyczekujące obcej łaski, która mannę posieje z nieba, miałoby zostać wytrącone z bezruchu przez pełnych energii „młodzieżowców”.
Starsi rokowali: „Nogi sobie połamią, tylu się na tym przejechało, a ten bez doświadczenia, jeszcze prędzej da się zrobić w konia”.

b-ostatki 09
Włodzimierz Bożęcki

Gazety całej Polski przynosiły informacje w rubryce ciekawostek: „W Jędrzejowie przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej został wybrany poeta z miejscowej grupy literackiej «Ponidzie»”.
Czy Marek rzucił pisanie? Nie. Podobnie jak Staszek Gleń, który w jakiś czas później przeszedł do wojewódzkiej instancji ZMS-u jako sekretarz propagandy. Mała grupka przyjaciół sprzed kilku lat nie lada zyskała znaczenie, zwłaszcza że sekretarzem po Gleniu desygnowano w jędrzejowskim ZMS-ie Włodka Bożęckiego. A szykują się jeszcze dalsze odwody...
Gleń z pisaniem jakby nabrał trochę wody w usta czy też pauzował. Dawniej, co spłodził, pokazywał Włodkowi. Dziś nie pokazuje, Bożęcki wnioskuje zatem, że nie ma czasu pisać. Baran uśmiecha się:

- Ja nie muszę być poetą. Jeśli przychodzi temat, coś czego żal zmarnować, to w miarę możliwości człowiek chciałby zanotować.
Tyle zniszczył swoich utworów czytając je powtórnie w trzy, cztery dni po napisaniu. Kiedyś dusiło go - uchwycić wrażenie słowami, zdaniem, przenośnią, skrótem... Miał swój świat chłopięcy, przyglądał się tamtemu światu spoza granic swojego, badał podejrzliwie - rzeczy nie zawsze odpowiadały nazwom, nazwy rzadko wyrażały cały urok zjawiska. Jeszcze nie umiał sformułować swych odkryć, ale już był pewny, że widzi więcej, niż go uczą inni. Rozbudowywał swoje królestwo chłopięce, nocami szukał wybranej gwiazdy, pełen cichej radości, że tajemnice tego związku zna tylko on; wieczorami sprawdzał, czy nie zniknęła. Dorastając pilnował, by swych zdobyczy nie zgubić; wszedłszy w grono kompanów z izdebki Włodka, odnalazł wspólników.

Jak od poszukiwania gwiazd przeszedł do ojcowania czworgu małym brzdącom i z kolei do ojcowania miastu, nie zrozumie, kto nie zna tej jędrzejowskiej, starej Polski. Tu się to wcale nie kłóci. Po prostu.
Młodzież poparła rzeczywiście swoich matadorów. W czynie społecznym zadeklarowała i zrobiła w ciągu jednego roku więcej niż dotąd przez całe lata. Z pomocą przyszli młodzi inżynierowie. Staszek Piątek, syn prezesa sądu, wtedy projektant z Powiatowego Zarządu Architektoniczno-Budowlanego, przygotował za darmo dokumentację pawilonu rozrywkowego dla parku; parku, który młodzież własnym wysiłkiem oczyściła i zasadziła. Obok Piątka inni: Dudkiewicz, Zakrzewski, Łata.

Baran objął funkcję i, o dziwo, trzyma się. Miesiąc, dwa, rok wreszcie. Starzy pewni byli, że się przewróci o sprawy mieszkaniowe, które spowodowały klęskę niejednego już przewodniczącego Miejskiej Rady; powiadano w Miasteczku nawet, że jeśli kogo chcą tu wykończyć, kreują go ojcem miasta - dotychczas nie było skuteczniejszej nad tę metody.
Baran jednak sam nic nie załatwiał; sprawy mieszkaniowe prowadził specjalny referent pod społeczną kontrolą; młody przewodniczący co czwartek otwierał podwoje dla petentów „mieszkaniowych”, wysłuchiwał żalów, informował o perspektywach. A załatwić? A, to już mamy tu w Radzie specjalny referat, przekażemy sprawę zgodnie z kompetencjami. Że się kupić „nowego” nie da, to już wiedziano; sądzono jednak, że się zaangażuje osobiście w jakąś sprawę i to będzie można podnieść przeciw niemu na forum ogólnym. Lecz nie angażował się. Tłumaczył wymownie, przedstawiał sytuację, radził się petenta, co robić, lecz własnej interwencji nie obiecywał. Petent czuł się panem w Radzie: Jeżeli urzędnik w obecności młodego przewodniczącego pozwolił sobie na objaw lekceważenia interesanta, potrafił Marek nawet kolegę spiorunować przy gościu. Gdy orientował się przewodniczący, że sprawa nadaje się do pomyślnego załatwienia, wypuszczał petenta od siebie z nadzieją; gdy widział, że nie ma szans, elokwencja Marka dochodziła do szczytu wirtuozerii, a mało kto nauczył się tak szybko żonglować tajemniczym terminem „trudności obiektywne”. W każdym razie dawał sobie radę, jakkolwiek, przyznajmy, szczęście sprzyjało mu wybitne: Akurat za kadencji pana poety oddano w Miasteczku do użytku pierwsze nowe domy mieszkalne... Można było wyselekcjonować sto pięćdziesiąt najpilniejszych podań, którym zadośćuczynienie podrażnić nie mogło niczyich apetytów.
A plany idą dalej. Niedawni „głodni” wezmą udział w rozbiciu Starego Świata.

* * *

Marcel spotkał nas, gestykulując, przed domem. Wewnątrz mieszkania nie czekał już przemyślnie rozebrany aparat radiowy, którego poszczególne elementy poumieszczał Marcel to w szufladzie biurka, to w tapczanie, głośnik montując w ścianie szafy: Marcel rozparcelował radio nie tylko dla „pajęczarskiej” oszczędności wobec kontroli - w rzeczywistości nie umiał ścierpieć obok siebie czegoś, czego sam nie zmajstrował. Teraz, wspomagany przez Janusza Chabiora, innego „ponidziaka”, który niedawno wrócił z wojska, konstruuje zestaw elektrycznych instrumentów muzycznych dla zespołów młodzieżowych. W tapczanie kryje się całe wielojęzyczne archiwum konstruktorskie, i Marcel - choć obaj Glenie już nie bardzo chcą w to wierzyć - zbudował elektryczny kontrabas, wydając pięćset sześćdziesiąt złotych bez wliczenia kosztów naciągu. W sklepie kontrabas taki ocenia się na osiem tysięcy złotych, Marcel mało nie tańczy wokół nas, cmoka, ręce unosi do góry:

- Patrzcie, tu jest kalkulacja, tyle płaciłem. Żadnej blagi, każdy młody człowiek będzie mógł to sobie sam zrobić. Słowo honoru.
Gitara w sklepie za trzy tysiące złotych, u niego zwykła pięćsetzłotowa, zamieniona w elektryczną za cenę ośmiuset dziesięciu złotych.

- Proszę, oto kalkulacja.
Nie wyjdziesz, póki nie wysłuchasz do końca. Będzie cały zestaw. Marcel sam nie ma czasu grać, ale jest tu Jurek Jedliński, znają go wszyscy i pomstują na fryzurę chłopaka, podobną do bitelsowej. On prowadzi zespół ZMS-u: Trzy gitary i perkusja, twistowy skład. Jurek pracuje w ognisku muzycznym, jest nauczycielem, setkę dzieci ma pod opieką, długi, przygarbiony, kudłaty, wiecznie roześmiany. Jędrzejów walczy z czupryną „pana od muzyki”, „pan od muzyki” kończy w Łodzi trzeci rok szkoły muzycznej. Nie mówi o sobie, że artysta. Docinki zbywa śmiechem, jest ponad nie.

Sytuacja zmieniła się od czasu, gdy Marcel przetaczał wózki do komór fermentacyjnych. Nawet i nauczyciele z chóru, prowadzonego przez pana Marczewskiego, tolerują twisty naśladowane po Shadowsach i przeróbki big-beatowe „Gdyby rannym słonkiem” czy „Uciekła mi przepióreczka”, choć kilka lat temu pierwsi by pewnie ukamienowali świętokradców i dziś chętniej widzieliby lepsze postępy w nauce gwizdów. Prawda, że chór ma ambicje wyższego rzędu niż rywalizacja z hałaśliwymi gitarzystami Jedlińskiego, lecz i to prawda, że pokolenie „głodnych” dokonało niedostrzegalnie małej rewolucji: W świat Jędrzejowa infiltrują obce wzory, i to wzory nie tym obce, że zagraniczne, lecz tym, że pozamiasteczkowe, nietutejsze. Z jednej strony w internacie Liceum Pedagogicznego dziewczęta wyją w półklasztornym regulaminie, z drugiej - magnetofony wyją w mieszkaniach prywatnych. Syn pana Pacanowskiego śpiewał w zespole Jedlińskiego, okrągły dość młodzian, przed maturą. Papa, niby obojętny, przeżywa jednak każdy kolejny występ syna. Łamie palce stojąc w kącie widowni, żeby „mu dobrze poszło”... Kiedy Zbyszek dostaje brawa, papie łzy kręcą się w oczach... „Cóż, my już oboje z żoną tacy uczuciowi”. Zbyszek początkowo myślał śpiewać po polsku, teraz jednak sam składa teksty do melodii Cliffa Richarda, swojego ulubieńca. No bo patroni zespołu, Komitet Powiatowy ZMS, sami niegorzej znają się na big-beacie i tępią bezmyślne małpowanie...

* * *

Cała ta ofensywa, czy jak ją zwać, rozwija się dosyć równomiernie na wszystkich frontach i nieprzypadkowo spletliśmy historie młodych działaczy z historią big-beatową, zwłaszcza że i personalne związki między oboma wątkami są najzupełniej wyraźne. Przy tym i jeden, i drugi front wymierzony jest, chcieć czy nie chcieć, przeciw Staremu Światu Jędrzejowa. Można by spierać się, czy udział Włodka Bożęckiego i Andrzeja Olszewskiego, recytatora o przepięknej barwie głosu, w próbach „Pociągu-Widma” nie oznacza, że „głodni” przystosują się do stylu dawnych pokoleń; będzie chyba jednak właściwiej doszukiwać się raczej po stronie starszego pokolenia chęci adaptowania się do współczesności - sygnałem tego choćby wybór sztuki będącej w próbach.
Czy żałować odchodzącego świata?
Można lubić go albo lubić bardziej od nowego, wcale też zresztą niezgodnego ze schematami oficjalnych ideałów.
Ale czy w ogóle ma sens żal za czymś, co musi odejść?
Marcel obwieszcza cmokając ustami:

- Jak już mam coś za sobą, to przestaję o tym myśleć. Kiedy będę stary, będę wspominał.
Gleń powiada:

- Tyle się będzie działo...
Włodek:

- Gwiżdżę na moje zastawki.

* * *

Architekt powiatowy Jędrzejowa, Kubiakowski, został właśnie architektem wojewódzkim. Jego następcą w Jędrzejowie jest Piątek junior.
Młodziutki lekarz z Krakowa i drobniutka dziewczyna, mikrobiolog, wsuwają się nieśmiało do gabinetu Kosowskiego:

- Czy uważa pan, że warto się tu osiedlić?
Kosowski kiwa głową: Warto.