Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie    (odcinek 10)

b-2aRozdział IX

W cieniu przesączających się wzajem miasteczkowych elit wyrastała nowa generacja. Różna jednak od poprzednich zasadniczo, nie tylko fizycznie, choć się to rzuca w oczy - ich szczupłość, wzrost bardziej wybujały, pociągłe twarze, ciekawe zjawisko biologiczne, obserwowane zresztą na terenie całej Polski - ci jednak są i dlatego „nowi”, że nie orientują się już na patriarchów Miasteczka, przeciwnie. Dojrzewali w proteście przeciw starym kanonom i kryteriom ważności.

W Miasteczku na pozór nic się nie zmieniło, jak nie zmieniło się wiele i do ostatniego roku, roku 1963. Ulice odpychały błotem, domy odrapaniem ścian, podwórka smrodem. Telewizja nie przypuściła szturmu, radio na rewolucję za słabe. A jednak ci byli już właśnie „nowi”.
Prowokował doping ze strony Uniwersytetu Ludowego w pobliskiej Różnicy; jego założyciel, Babinicz, zagończyk oświaty, rozbudowywał swoje agendy, pchając w odludzia Kielecczyzny coraz to nowych wyznawców kultury, sam, dzięki publikacjom w centralnej prasie, stanowiąc w rozumieniu powiatu synonim Warszawy, naraz przesadzonej na grunt prowincjonalny. Uniwersytet, choć trzydzieści kilka kilometrów od Miasteczka, lecz w obrębie powiatowej administracji, wywierał stały, acz niedostrzegalny nacisk.

Opowiada nieraz doktor Szymkiewicz o poziomie i zainteresowaniu chłopskich słuchaczy jego odczytów. Gdy zabrał przypadkiem z sobą do jednej wsi urzędnika powiatowej administracji, on jeden na sali otwierał usta ze zdumienia, słuchając prelekcji... Robi też swoje kontakt z prasą, rozbudzony żywo ruch czytelniczy; punktem odniesienia przestawały być autorytety jędrzejowskie, zaczynały być warszawskie i krakowskie. Ogólniej temat ujmując: Kryteria obce, wyższe, ostrzejsze.

Dzisiejsze trzydziestolatki znajdują kontynuatorów pośród obecnych nastolatków. Nie między tymi z Miasteczka; między tymi, którzy do jędrzejowskich szkół przyszli ze wsi. Choć impulsy nie zawsze działały te same.
Procesy niemniej zachodziły zbliżone. Dziś w szkołach średnich Miasteczka największe zainteresowanie dla nauki wykazują przybysze ze wsi. To oni, a nie dzieci z Miasteczka, mają poczucie awansu, który im otwiera wykształcenie. To oni zdają sobie doskonale sprawę, że zawód nauczycielski po skończeniu liceum pedagogicznego nie oznacza wcale łatwego i obfitego chleba. Upatrują w nim jednak coś więcej: Szanse przekroczenia bariery dzielącej ich od miejskiego trybu życia. Część asymiluje się szybko, część do matury nie zyska obycia i umiejętności znalezienia się, tak naturalnej dla wyszczekanych młodzianków z inteligenckich rodzin. Jedni i drudzy jednak (chyba że wpadną w towarzystwo obiboków i wałkoni) najwięcej czasu spędzają przy książce. Gdy wyjść trzeba do roboty na przyszkolnym poletku doświadczalnym, siłą ich jednak trzeba naganiać. Dla „miastowych” to zabawa, miła niecodzienność, dla tamtych - powrotna degradacja, choć chwilowa, przecież trudna do zniesienia.

Miała jedna z klas jesienią truskawki przykryć, widłami sięgnąć po nawóz. Nie, tego nie chcieli robić. Oporu nie demonstrowali jawnie, lecz nauczyciele sprzeciw odgadli z atmosfery. Toż oni właśnie dla tej przyczyny sięgnęli po skromny pedagogiczny chleb, że uciec chcieli od brutalnej fizyczności wiejskiej pracy. Rozumują tak zresztą za przykładem rodziców, którzy chcieliby odjąć swemu potomstwu trochę ciężaru własnej doli. Praca dla nich to gospodarstwo - inne wszystko: Prowadzenie lekcji, nauka, zajęcia szkolne, to niemal zabawa, pensja zaś - czysty zysk. Czysty zysk, jeśli nie trzeba uharować się na roli.

Trzydziestoletni też chcieli „przeskoczyć, lecz impuls był w tym wypadku świadomy, i to świadomy w każdym aspekcie. Mieli być „inteligentami”, niezależnie od tego, co im przyjdzie robić w życiu dla zdobycia utrzymania; więc nie chodziło tu o wyzwolenie się z pracy fizycznej, lecz o dotarcie do „prawdziwej” kultury. Mieli być „inteligentami”, ale nie wedle Miasteczkowego modułu. Obrachowywali go inną skalą marzeń. Nie byli emigracją, byli zdobywcami.
Ojciec Marka Barana - Marka, któremu, żeby żył długo, na chrzcie dano Marian po dziadku - miał sześć hektarów. Marek urodził się trzynasty z kolei, pierwszy, który przetrwał; ojciec przewędrował sporo świata, był w Kanadzie, matka umysł miała ciekawy i bystry. Trzynasty do siódmego roku życia chorował, później wyrósł na chłopaka żywego, nad wyraz ruchliwego.

Czas chłopięcy zapisał bujnie, manewrami od szkoły do szkoły; to mu się nie podobało, to się dyrektorowi naraził, to znów rozpalając w internackim piecu rozlał denaturat i próbował gasić wodą; miał być kolejno mechanikiem, spółdzielcą, elektrykiem, także i górnikiem, ale nie wytrzymał nerwowo podziemnej praktyki. Na koniec włóczęgi trafił znowu do Jędrzejowa. Cudem w trakcie roku szkolnego przyjęto chłopaka do miejscowej zawodówki, spał dwa dni bez przerwy, po czym wziął się do roboty. W Kielcach, dojeżdżając do pracy z Miasteczka co rano, zrobił wreszcie maturę - pan referent z pensją siedmiuset złotych miesięcznie.

Bożęcki (piszący się przez „ż”, choć rodzice w metrykach mieli „rz” - nie wiadomo, jak to pisać poprawnie) z dzieciństwa przeniósł w dorosłość wadę zastawek serca; miał trzech kolegów z podobnym schorzeniem, on jeden przekaraskał się dotąd bez operacji, tyle że siedem razy w ciągu siedmiu lat karetka pogotowia odwoziła go do szpitala. Raz lekarz skonstatował agonię - na przekór medycynie Bożęcki żyje i prosperuje nieźle, jedynie naukę w szkole choroba mu zdezorganizowała. Uwielbiał niemniej książki, każdy grosz wydawał na nowe pozycje, a w małej komórce, którą okupował, uzbierał niemałą biblioteczkę. Schodzili się do niego pogwarzyć, podyskutować - Baran i młodszy Gleń, żywy jak iskra, energiczny, wszystkim zainteresowany chłopak, pracujący w Fermentowni, szybko awansowany na sekretarza Rady Zakładowej. Bożęcki przemyśliwał o studiach na wydziale historii sztuki, Gleń po kryjomu pisał wiersze, Baran także, obaj kończyli Studium Teatralne w Kielcach - dawało im to uprawnienia instruktorów teatralnych.

Nie od tego jednak zaczęły się niesnaski w rodzinie jędrzejowskich teatromanów. Otwarły je ambicje reżyserów i patronujących instytucji. Kolejarze z „wąskotorowej” winszowali sobie dysponować własnym zespołem, który by nosił markę Związku Zawodowego Kolejarzy, choćby w nim i grało sześćdziesiąt procent ludzi „z miasta”. „Kolejka” zresztą i ambicje miała, i pieniądze. Ich teatr lalek działa już dziesięć lat, ze wszystkich też chyba jędrzejowskich teatrów zebrał najzacniejsze laury - specjalne wyróżnienie Ministerstwa Kultury z dotacją piętnastu tysięcy złotych. Lecz dla Jędrzejowa prestiż wiązał się z teatrem dla dorosłych, my zaś podjęliśmy się pisać o tym, co o Miasteczka portrecie decyduje; lalki więc pozostawić nam trzeba na uboczu, podniósłszy tylko ich zasługi i sukcesy. „Kolejka” rada by i dziś wszystkim nieba przychylić, bo pan Kulpiński, osoba tam wpływowa, elektryk i stały dekorator, nikomu nie jest niechętny. Lecz się od tego zaczęło, że wobec pana Żaka, administratora, pan Sajdak zgłaszał zastrzeżenia, szykując adaptację „Wiernej rzeki”: A to kostiumy, a to to, a tamto...

Żak, człowiek nerwowy, bardziej przejmował się swoim motocyklem, kiedy mu stacyjkę wyrwali, niźli potrzebami zespołu; pokwękają, ponarzekają, przedstawienie i tak zrobią. Pana Żaka w tym głowa, by później puścić program w objazd specjalnym wagonem, skoro władze kolejowe stać na taki luksus. Że coś brakuje, trudno, nieraz brakowało, a przedstawienia szły. Aliści na próbie generalnej Lala Sajdakówna, bodajże najładniejsza dziewczyna w mieście i zdolna bestia do sceny jak rzadko, zaoponowała przeciw zbyt skromnemu kostiumowi Salomei:

- Takie szmaty? Nie będę grała, słowo daję. Jak powinna wyglądać, nie wiedziała, choć na którąś próbę Bożęcki przyniósł z domu swój album Grottgera; tradycją zaś było pilnować tradycji... Każdy jednak tradycję na swój sposób kroi.
Żak za głowę się złapał, odniósł do ojca-reżysera. Ojciec Sajdak, cóż robić, przyznał rację córce:

- Masz ci los... Ona ma rację. Lala źle się w tym prezentuje...
Afisze rozklejono już na mieście, Żak dostał palpitacji, próba się rozleciała. Co dalej? Reżyser z rodziną ogłosili secesję, póki administracja nie uczyni zadość wymogom inscenizacji. Administrator łykał wstyd za spodziewany blamaż, jeśli zespół nie pokaże się w zapowiedzianym terminie. Reżyser myślał, że weźmie twierdzę biernym oporem.
Pan Żak, rada w radę, udał się o pomoc do niedalekiej Małogoszczy, gdzie przygotowywano „Wierną rzekę” w tej samej adaptacji. Ściągnięto więc na gwałt małogoską Salomeę i dwóch brakujących mężczyzn, w nocy do rana przykrawano rzecz do wspólnego występu. Pół Jędrzejowa się zbiegło, bo chyr poszedł po Miasteczku, że w zespole obcy grają. Widownia nabita po brzegi czekała niecierpliwie, tymczasem przed kurtyną zjawił się doktor Jedliński.

- Co jego dostojna archiwalność tam robił?

- A byłem, drodzy moi, kierownikiem literackim. Miałem słowo wstępne wygłosić!
Zbożnie zaczął, ale rychło porzucił temat i popłynął w dygresje, jak to u niego. Dygresja z dygresji w meandry się wije, zasadniczy wątek coraz dalej, aż widownia spostrzegła się, że coś już od „Wiernej rzeki” odjechali zbytnio. Dawaj pokrzykiwać, nawracać komentatora. Doktor się nie speszył (co tam wiedzą, pętaki), ciągnął swoje, aż całą bodaj treść sztuki opowiedział, za co go widownia mało nie ukamienowała. Wołali: „Nie mów zakończenia”. Schowali więc organizatorzy Jedlińskiego za kurtynę, bo dalszy ciąg przynieść mógł nieoczekiwane następstwa. Przedstawienie, mimo niespodziewanej uwertury, wcale nie straciło na atrakcyjności.
Kulpiński mówi:

- Teraz robimy „Mazepę”, ale Mazepa zachorował, już trzy tygodnie leży i nic się nie posuwa naprzód. Reżyseruje gość z Kielc, z teatru zawodowego, nie będzie przy nim swarów, bo nie wypada.
Kulpiński źle się czuje w „Mazepie”. Wolałby coś Fredry, Bałuckiego, Bożęcki powiada, że Kulpiński urodzony komik - podrzuca kieszenie marynarki, wzrusza ramionami śmiesznym, podrygującym gestem. Pogodny jest, wzrok popsuł przy łukowym oświetleniu w jędrzejowskiej drukarni, mruga zza okularów.

- Co, kiedy się tej roli nauczę? A co, a co, przecież nie było jeszcze trzeciego dzwonka?
Bywało, że i do końca się nie nauczył; w „Cunsultum facultatia”, Fredrowskiej jednoaktówce, Bożęcki mówił tekst za siebie i za Kulpińskiego; Kulpiński, ani trochę nie stropiony, za każdą kwestią potakiwał: „O to, to właśnie, tak, tak, to właśnie chciałem powiedzieć”... Widownia, przekonana, że ten dialog sam autor nakreślił, pokładała się ze śmiechu, tylko partnerzy pana Kulpińskiego nie wiedzieli, czy śmiać się, czy płakać. Dobrnęli jednak dzielnie do finału.
Kulpiński zszedł z triumfalną miną z podium sceny:

- No i co? Udało się? Udało!

* * *

Nowa płaszczyzna cichej rywalizacji otwarła się z wkroczeniem w jędrzejowski świat teatru Marka Barana, jak się rzekło: Instruktora z uprawnienia. Marek założył Teatr Ziemi Jędrzejowskiej, cios mimowolny w „kolejkę”, bo jego teatr był zespołem „miasta” i skupił secesjonistów, choć z nich nie wszyscy byli najprawdopodobniej zachwyceni batutą młodzika. Lecz żyć bez teatru nie mogli.

Baran zaczął od „Czarnieckiego i jego żołnierzy”; podobało się to aktorom i publiczności, bo kostiumy i rzecz historyczne, przy tym patriotyzm w zawiesistym narodowym sosie. Prezentowali to w całym województwie, w Busku, Sandomierzu, Wodzisławiu, Małogoszczy, w sumie coś siedemdziesiąt razy. Chętnych do prób nowych zbierało się sporo, kroiły się i dwie obsady. Grali potem i Fredrę, i Bałuckiego, ale szokiem był „Achilles i panny”, lekko zresztą skurtyzowany bez wiedzy autora. Pani Smagłowska, która miała być Safoną, nie kryła oburzenia, zżymał się też pan Odyseusz Sajdak. Najbardziej zaciekle bronił moralności pan Zawłocki powołując się na swoje wieloletnie doświadczenie. W sukurs przychodzili im kibice dogadując, że „gdzie to grać coś takiego?”...

b-ostatki 08

Wreszcie pierwsza dała się przekonać pani Smagłowska i zagrała królową Lesbos. Na premierę zbiegły się babcie z różańcami w rękach, by przepraszać Boga za panoszące się w Miasteczku bezeceństwa. Ale się okazało, że nikt całkiem goło nie biegał po scenie ani też sprośności żadnych nie wyczyniał. I tu dopiero Jędrzejów się zgorszył nie na żarty, uderzył w pretensje, pokątne wprawdzie, niemniej kolportowane z irytacją:

- Tak się zapowiadali, że Bóg wie co, a tu nic...
Tym sposobem Teatr Ziemi Jędrzejowskiej stracił bardzo na popularności, ludzie zaczęli patrzeć spode łba. A że nadal nie było stałego patrona, zespół sprzedawał się to PZGS-owi, to Wydziałowi Kultury Powiatowej Rady, to kółkom rolniczym. Tradycje, choć już mimo krótkiego żywota bogate, nie zapewniły zespołowi stabilizacji.
Na domiar Barana i Glenia co innego zaczęło pasjonować.
Dziś rozproszone siły podjęła się jednoczyć pani Wielińska z PSS-u; zaapelowała do serca pani Pomorskiej:

- Niechże pani namówi męża, niech spróbuje raz jeszcze...
Długo się pan Pomorski prosić nie dał. W domowej szufladzie od sześciu lat chował tekst sztuki Wildera, która przy kompletach szła w Kielcach nawet w lipcu. Rozsypane siły skrzyknęły się znowu, tylko próby z braku miejsca odbywają się w dużym pokoju mieszkania pani Trlikowej i kiedy w pierwszym akcie otwierają się drzwi, by zrobić miejsce padającemu trupowi zawiadowcy stacji, pan Zawłocki musi przed tym wychodzić do sieni...

* * *

Znowu spotykają się więc i młodzi, i starzy teatromani: Pan Pomorski i pan Sajdak, Włodek Bożęcki i Andrzej Olszewski. Siedząc w kawiarni na Wodzisławskiej zwróćcie uwagę na czarnowłosą kelnerkę, która porusza się, choć Bozia dała jej zgrabną figurkę, jakby kij połknęła... ileż się pan Pomorski nie nabiedzi, żeby jej wyperswadować, nauczyć lekkiego, dziewczęce-go chodu! Ale kelnerka już nie to pokolenie, które łatwość zachowania wzięło z dawnego stylu życia, już nie Stara Polska tamtych pewnych siebie ćwierć i półpanków, których nikt i nic speszyć nie było w stanie.

Dlaczego jednak radzi sobie świetnie Lala Sajdakówna, Andrzej Olszewski, Włodek Bożęcki? Bo „nowi”, to pewne; lecz najprościej w świecie - między „starymi” chowani.
Lub może - po prostu - utalentowani?

* * *

Ten Jędrzejów zginie wraz ze śmiercią Starego Miasteczka. Należał do niego, był krwią z jego krwi i kością z jego kości.
Dlaczego?
To się samo okaże.