Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Ostatki staropolskie

b-ostatki 0a   

Rozdziały I, II, III, VI (część pierwsza), VII, XI, XII oraz zakończenie napisał Janusz Roszko

Rozdziały IV, V, VI (część druga), VIII, IX i X
napisał Stefan Bratkowski

 

 

 

Obwolutę i okładkę projektował:
Marian Stachurski

 

 

 

 

Ostatniemu gawędziarzowi Polski Powiatowej
                     - doktorowi Jackowi Jedlińskiemu

Rozdział  I

Książka ta zaczyna się słońcem, które rozzłociło tarcze wszystkich słonecznych zegarów.

Jest ich tutaj najwięcej na świecie, ale Miasteczko wcale nie jest ładne. Przeciwnie. Między rynkiem a klasztorem jedna długa i bez wyrazu ulica. Prócz słonecznych zegarów dysponuje jeszcze Miasteczko dwoma faktami sławnymi, a to: Mistrz Wincenty, zwany Kadłubkiem, napisał tutaj swoją „Kronikę”, zaś Ewa Pobratyńska urodziła nieślubne dziecko. Pierwszym faktem Miasteczko się szczyci, drugi starannie ukrywa. Po cóż Żeromski akurat tutaj musiał umieścić tę scenę z „Dziejów grzechu”? Słoneczny zegarmistrz Przypkowski gotów jest nawet pokazać odnośną kamienicę. Zapewne jedna z tych nieefektownych landar, z wielką sklepioną bramą wjazdową, zbudowana z miejscowego nietrwałego kamienia; jeśli w Rynku - to pewnie przez jakiegoś zarządcę majątków klasztornych, bo oni właśnie na północnej pierzei postawili swoje rezydencje.

Mistrz Kadłubek napisał swoją „Kronikę” w klasztorze ojców cystersów - pokazują nawet jego celę, jednak Przypkowski ów mit w sposób dosadny obali: Cystersi nie mieli osobnych cel w owych czasach, spali we wspólnym dormitorium, jedli w refektarzu, pracowali, w polu. A historyjkę z celą wymyślił pewien proboszcz, o którym Przypkowski może opowiedzieć pikantną anegdotkę...

Nieładne Miasteczko zgromadziło słoneczne zegary, aby mierzyć czas. I przepływ czasu czuć tutaj jak prąd rzeki, czas płynie poprzez chłodnawe sienie kamieniczek, poprzez szczeliny w ich wątłych murach i wypłukuje jak gdyby spoiwo z kamienia. Kamień się rozsypuje. Czas płynie z coraz to mniej pstrokatym tłumem wieśniaków na placu targowym, wylewa się rdzawą kałużą ze staruszki fabryki, zwanej Drucianką, przesuwa się niemal namacalnie w pokoju u Przypkowskich, gdzie w gablotach rozlokowały się dziesiątki zegarów słonecznych z całego świata. Na co czeka to Miasteczko, które chciało na setki zegarowych tarcz pochwycić czas dla siebie?

Dotąd w Miasteczku czas płynął spokojnie i dostojnie, odmierzany cieniem wskazówki, nieuchwytnie pełzającym po tarczy słonecznego zegara, biciem dzwonów na „Anioł Pański” i okrzykami „Na zdrowie!” w pięciu knajpach. Sensacje były li tylko na miarę Miasteczka i wieść rozchodziła się o nich dość niemrawo. Najgłośniejsza była sprawa pięciu dziewcząt z klasy licealnej, które ponoć były w dość zaawansowanej ciąży. Dziewczęta usunięto ze szkoły, jako że Jędrzejów to nie Skandynawia; niemniej jednak dzięki „temu incydent kubański w roku 1962 przeszedł prawie przez opinię Miasteczka nie zauważony. W rok później faktem maksymalnie ekscytującym okazało się uwiedzenie żony pana X przez pana Y, przy czym zastanawiano się, czy to aby nie pan Y został uwiedziony. Wszelkie możliwości były tak długo rozważane, że zapomniano sprawdzić dokładnie, czy fakt uwiedzenia w ogóle nastąpił. W związku z tym publikacja proboszcza z Nawarzyc, który opisał stosunki w kurii kieleckiej w książce pt. „Widziały oczy moje”, została prawie nie dostrzeżona.

Zresztą księgarz miejscowy zgapił się i zamówił tylko kilka egzemplarzy.

Tymczasem gotowała się sensacja, która miała eksplodować niespodziewanie i niechybnie. Ale czujne Miasteczko zaczęło się już czegoś spodziewać. Do klasztoru przyjeżdżało wielu wysłanników. Podobno nawet jeden aż z Rzymu. Wieloletnie starania ojców cystersów o kanonizację mistrza Wincentego Kadłubka miały zostać wreszcie sfinalizowane. Ktoś jednak żądał dowodów na to, że za sprawą uczonego kronikarza dzieją się lub działy się cuda. Dowodów na to, że się działy, nie było. I oto nagle na Miasteczko spłynęła wieść: Będzie cud! Ogarnęła wszystkich fala niespokojnego oczekiwania. Gdzie? Jaki? Wszystko się wyjaśniło - wygadała się żona kolejarza, który już był przez niebo wyznaczony do cudownego uzdrowienia. W tej sytuacji cud nie mógł się odbyć, tak więc nic nie wstrząsnęło Miasteczkiem, a kronikarz Kadłubek nie doczekał się w pełni ukanonizowanej aureoli i nadal pozostaje tylko „błogosławionym”. Prysły nadzieje tych, którym marzyło się, iż Jędrzejów wraz z relikwiami nowo kreowanego świętego intelektualisty stanie się co najmniej nową Kalwarią i Częstochową!

Ta książka ma jednak zacząć się słońcem, które osiadło na tarczy zegara w klasztornym wirydarzu. Zegar jest wielki, odnowiony przez samego Przypkowskiego, z herbem de Rosis oraz infułą biskupią; oba te symbole odnoszą się do mistrza Wincentego, dewiza ta takoż: „Levior est rerum, quam temporis iactura” - lżejsza jest strata rzeczy niż strata czasu. Z jednej strony poprzez otwarte okno dobiega śpiew mnichów, nieuskrzydlone nuty ponurego średniowiecza, z drugiej strony - dyskusje młodzieńców w czerwonych beretach o zaletach biustu Kaliny Jędrusik, ukazanych wczoraj przez Polską Telewizję.

Z nagła na dachu klasztornym pojawia się postać dżentelmena o kształtach nieco obłych; dżentelmen krokiem tanecznym wędruje po samej krawędzi przy rynnie, trzymając dziwną skrzynkę w rękach. Patrzy w nią jak w kalejdoskop, wreszcie woła, spostrzegłszy nas pod klasztorem:

- Witam pięknie! Proszę bardzo!

Historyk miasta Jędrzejowa i najsympatyczniejszy bodaj archiwariusz świata, doktor Jacek Jedliński, sześćdziesiąt sześć lat liczący, wybrał się na spacer po dachu w biały dzień, w pełnym słońcu.

- Proszę bardzo do mnie - zaprasza uprzejmie - stąd jest wspaniały widok.

Oglądamy widok.

- Świetne ujęcie. Spójrzcie! - powiada doktor Jedliński i przystawia nam do oczu swoją skrzynkę, która okazuje się aparatem fotograficznym marki „Flexaret”.

- Świetne! - przyznajemy obłudnie.

Rozlega się „pstryk”, widok na wieże klasztoru i rzekomą celę Kadłubka już utrwalony na kliszy, poczciwy doktor gładzi swoją siwo-łysinę i ostrzega:

- Uważajcie, marksisty i heretyki, żebyście nie spadli z dachu!

- Nie szkodzi, my tu służbowo.

Opuszczamy dach zachowując w przerażonej pamięci widmo panoramy Miasteczka na horyzoncie. Klasztor bowiem jest oddalony od Rynku o dobre trzy kilometry. I podobno klasztor - jak stwierdza Jedliński - jest najważniejszy. Nad rzekę Brzeźnicę cystersi przybyli z Citeaux jeszcze w 1147 roku, na wyraźne zaproszenie biskupa krakowskiego Janika i jego brata Klemensa, pochodzących ze sławnego rodu Jaxów herbu Gryf. Klasztor, zbudowany według planów sporządzonych w Burgundii, był arcynowoczesną budowlą tego czasu. Kiedy Wincenty Kadłubek złożył infułę biskupa krakowskiego, wiedział, co robi. Poszedł pieszo do klasztoru w Jędrzejowie, aby w luksusowych na owe czasy warunkach dokończyć pisania wielkiej pracy o dziejach Polaków.

Tych osiemset lat, które dzieli nas od przyjścia cystersów do wsi Brzeźnica nad rzeczką Brzeźnicą, to niewiele; ważny jest tylko jeden moment, potrzebny do wyjaśnienia, jak Brzeźnica zamieniła się na Jędrzejów. Otóż założyciel klasztoru, święty Bernard, jechał właśnie na inspekcję do nowego monasteru w Brzeźnicy, ale po drodze zasłabł. Nie wiadomo, czy podenerwowany był wieściami o breweriach mnichów, czy inne emocje sprawiły, że nie dojechał. Zmarł. Zamiast niego przyjechał jego brat, Andrzej. Widać z tego, że kroiła się inna nazwa, do historii zaś przeszła inna. Byłoby: Bernardów lubo Biernatów, a jest: Jędrzejów, z łacińska „Civitas Andreoviensis” - jak chce doktor Jedliński.

Przez stulecia nie było w Jędrzejowie cudu, natomiast jesienią 1963 roku weszli do klasztornego budynku uczniowie Technikum Mechanicznego i pozostali w jednym skrzydle. Urządzono im tutaj internat. Nie znaczy to, że ojcowie cystersi okazali tak pozytywny stosunek do tzw. „dzisiejszej rzeczywistości” i sami zaprosili nieletnich lokatorów, wnikając w kłopoty władzy. Stało się to niejako w wyniku najnowszej Monachomachii - jędrzejowskiej.

Jedliński ogarnia rozumnym spojrzeniem całą sprawę, wie, jakie znaczenie przed wielką zmianą, w obliczu końca Starego Świata ma ów internat, więc powiada: „Jako Polak i katolik - popieram!”.

Aczkolwiek nie zawsze zacni ojcowie cystersi, sąsiedzi, skłonni byli uważać Jedlińskiego za katolika; ostatnio uznali go za starego diabła i każdy cysters, chcący zamienić słowo z mądrym doktorem, musi najpierw otrzymać pozwolenie od przeora. Kiedyś było inaczej. Cystersi kilka lat temu zdawali się jakby nowocześniejsi, w celach grały radia, pełno było książek, niekoniecznie religijnej treści, spali na wygodnych tapczanach i wychodzili z klasztoru, kiedy chcieli. Ale nowy przeor wprowadził ład i dyscyplinę, radia i książki świeckie kazał usunąć, zapędził mnichów do modlitwy i chórów, podług swoich wyobrażeń o klasztorze, wyobrażeń ponurych i średniowiecznych. Co światlejsi - a było kilku wysoce wykształconych i towarzyskich zakonników - założyli protest. Nowy przeor bowiem był do niedawna proboszczem w jakiejś górskiej parafii, gdzie go parafianie dość mieli. Wszedł w spory z całą gromadą zakonników; władze zakonu cystersów kazały się niefortunnemu przeorowi wynosić. Na jego miejsce przyszedł nowy, ojciec Robert. Stary przeor nie dał za wygraną. Miał znajomości w otoczeniu prymasa, zaczął interweniować, że niby krzywda mu się dzieje. Prymas zwrócił się do generała cystersów, który mieszka w Rzymie przy placu Diany, gdzie zawędrował drobny jędrzejowski spór między przeorem a zakonnikami. Opat dostał polecenie zatrzymania na miejscu przeora. Więc aczkolwiek ten już opuścił celę, rzeczy jego obłożono sekwestrem, a ojciec Robert wszedł w obowiązki przeora - wszystko musiało wrócić i wróciło do po-przedniego stanu. Z tym tylko, że jedno skrzydło zajął internat.

Zdziałał to w obliczu końca Starego Świata sam starosta Kosowski, czyli przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Jędrzejowie; mieszkańcy nazywają go starostą, uważając, że to coś więcej. Powiadomił przeora, że władze muszą przejąć na internat połowę niedostatecznie wykorzystanego, bądź co bądź państwowego (to jest tylko przez cystersów dzierżawionego), gmachu. Uczniowie nowej szkoły mechanicznej muszą mieć dach nad głową. Przeor nie odpowiedział. Uprawiał dalej swoje praktyki - dwóch zakonników na przykład posłał do Sandomierza, dając im na drogę tylko siedemdziesiąt złotych („Niech po kweście idą, dozbierają na bilet!” - powiedział).

- Do soboty proszę opróżnić jedno skrzydło! - powiedział Kosowski.

- Mimo umowy z nami o dzierżawę nie płacicie ani symbolicznej złotówki od czterech lat. Mamy prawo wypowiedzieć wam umowę. Ale, wbrew waszym wyobrażeniom o nas, szanujemy tradycję. Internat musimy jednak u was pomieścić. Podstawy prawne mamy.

Oczywiście można by się powoływać na kasatę zakonu w 1817 roku, na fakt, że funkcjonowało tutaj seminarium nauczycielskie jeszcze za czasów „guberni kieleckiej”, gdzie słowa po polsku nie wolno było wymówić, jeden tylko doktor Feliks Przypkowski, lekarz, pozwalał sobie wówczas w tych murach przemawiać w języku ojczystym, był to jednakże tak dostojny człek, że nawet zaborcy nie śmieli mu zwrócić uwagi.

Zacny doktor Jedliński wraz ze zbiorami jędrzejowskiego archiwum - w cichości ducha żywiący zamiary zaanektowania całego gmachu na archiwalia - został nagle sublokatorem dwóch panów: Zakonu i internatu. Na otarcie łez Kosowski dorzucił mu dwie izby w budynku, w tym jedną komórkę na akta, stanowiącą niejako cezurę między pomieszczeniami klasztornymi a internatowymi.

Wystawa „Cystersi w Polsce”, urządzona w krużganku na parterze, została zlikwidowana, a wraz z nią znikł sławny barometr stosunków między państwem a kościołem, między władzą ludową miasta Jędrzejowa a klasztorem. Między eksponatami pomieszczono reportaż, traktujący o klasztorze, Kadłubku i Jedlińskim, pod tytułem „Z wizytą u Kadłubka”. Nazwano tamże Jedlińskiego - jako kronikarza regionu - „współczesnym Kadłubkiem”, niemniej jednak ojcowie uznali, że publikacja może znaleźć się na wystawie. Jedliński, jedyny przed internatem świecki lokator i kierownik państwowego archiwum, był tu za Winkelrieda. Kiedy stosunki między państwem a kościołem psuły się, rzeczony reportaż chował się tajemniczo za tekturę i nie było go prawie widać. Kiedy stosunki polepszały się, artykuł ukazywał się, czasami nawet w całości, ze zdjęciem Jedlińskiego. Po owym barometrze archiwariusz orientował się, można li czy też nie można z mnichami wejść w rozmowy.

JSN Boot template designed by JoomlaShine.com