Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 9)

b-1a

Wolność z nadania Jałty

Na początku to ta wolność rzeczywiście była. Upajano się nią nawet, demonstrowano polskość biało- czerwonymi flagami, celebrowano wszystkie zakazane potem święta 3 Maja i 11 Listopada. Burmistrz Konczewski prowadził księdza Stycznia pod rękę na procesjach Bożego Ciała, tak samo zresztą jak w Warszawie premier Cyrankiewicz kardynała Hlonda. Działało stare, dobre skautingowe harcerstwo w szkołach, uczono z przedwojennych podręczników, a żołnierze podziemia chodzili po Jędrzejowie w chwale i sławie. Dopiero potem zaczęto pomału i stopniowo przykręcać nam ideologiczną śrubę.
Zaraz jednak po wojnie nasze miasto ożyło i odetchnęło pełną piersią.
Najpierw było trochę wiecowania na Rynku i dyskusji jak powinniśmy teraz żyć, kto się przysłużył bardziej a kto mniej do odzyskanej właśnie wolności, Sporo ujawniło się wtedy prawdziwych, ale również upozorowanych bohaterów. Z tych pierwszych wielu trafiło potem do ubeckich więzień, farbowanych zaś wyniesiono wnet do różnych znaczeń i godności.

Tylko ludzie, którzy już potrafili oddzielić ziarno od plew wiedzieli doskonale, że najbardziej bohaterskimi z wszystkich bohaterskich czynów były wtedy nasze mamy. Te zwłaszcza, które samotnie wychowywały dzieci, utrzymywały domy i potrafiły jeszcze działać w strukturach akowskiego podziemia.
Ich mężowie gdzieś tam ciągle walczyli na wojnie, albo cierpieli w niemieckich obozach koncentracyjnych lub umierali w sławetnych sowieckich łagrach. Na ich barki spadał codzienny ciężar utrzymania rodziny, a także wychowania i wykształcenia dzieci. Zaharowywały się więc w tej swojej samotnej walce o każdy następny dzień i każdy kolejny rok przetrwania. Nie chorowały, nie były przepracowane, nie narzekały, nie brakowało im sił, były zawsze pogodne, ale umiały też, gdy było trzeba, sięgnąć po ojcowski pas i wymierzyć sprawiedliwość za uczynki niegodne.
My, pokolenie tamtych lat, znaliśmy dobrze domy w naszym Jędrzejowie gdzie rządziły same mamy. Z ich dziećmi chodziliśmy do tych samych szkół, siedzieliśmy razem w ławkach i graliśmy na podwórkach w piłkę.

Na tych więc kartach chcemy im za to wszystko złożyć należny hołd. Pani Chatysowej, która samotnie wychowała i wykształciła cztery córki. Pani Gierczakowej za trzech synów. I w równej mierze: p. Afanasjew, p. Ciałowicz, p. Dębskiej, p. Jarosińskiej, p. Kalinin. p. Kiryłowicz, p. Ostrowicz, p. Olkowskiej, p. Grac, p. Wołkowej, p Zajtz, p. Zandfos, że wymienimy tylko zapamiętane nazwiska. I nieważny jest tu fakt, że niektóre z tych rodzin straciły ojców już po wojnie, kiedy to władza ludowa zsyłała akowców lub przedwojennych policjantów na białe niedźwiedzie. Bo wszystkie matki były wtedy wspaniałe.

 * * *

Ponieważ życie nie lubi próżni, więc i nasz Jędrzejów zaczął wnet wracać do normalności. Najwcześniej zabrali się do tego nauczyciele, którzy już pod koniec lutego 1945 roku zarządzili rozpoczęcie nowego roku szkolnego. My z Podklasztorza zaczęliśmy go w starym, przyklasztornym budynku, gdzie za carskich czasów mieściło się Seminarium Nauczycielskie, gdyż naszą „trójkę” przy ulicy kolejowej spalili Niemcy.
W niedziele na sumie ksiądz proboszcz Kiełb ogłosił z ambony, że każde dziecko powinno przynieść do szkoły swój taboret lub krzesełko, zaś rodzice winni zadbać o stoły, żeby uczniowie mieli przy czym siedzieć na lekcjach.

Po sześciu latach niemieckiej niewoli mieliśmy znowu zasiąść w uczniowskich ławkach. Z wrażenia w nocy nie mogłem zasnąć. Wielu z nas nie miało przecież pojęcia, jak wygląda prawdziwa szkoła, taka z tablicą do pisania, dzwonkiem na przerwy i katedrą dla nauczyciela. Ciekawość była więc ogromna.
Wcześniej jednak któregoś popołudnia matka wyszykowała mnie szczególnie uroczyście i powiedziała, że pójdziemy podziękować panu nauczycielowi Osińskiemu, który w wielkiej konspiracji uczył nas w czasach niemieckiej okupacji pisać, czytać i rachować, a także historii ojczystej, słowem wszystkiego, co było obowiązujące w przedwojennej szkole podstawowej. Był to bowiem nauczyciel z tych uniwersalnych, oddanych bez reszty swojej pracy, mądry i patriotyczny, chociaż nieraz w trakcie owej konspiracyjnej nauki wydawał nam się jakby trochę nudny i monotematyczny w przywiązaniu do narodowych symboli.

- Bo Polska musi trwać – tłumaczył na swoich lekcjach. To nic, że nie ma jej teraz na mapach świata. Kiedyś wstanie, odrodzi się z waszych serc.
I oto tamtej niedzieli przyszła do pana Osińskiego cała trójka jego konspiracyjnych uczniów: to znaczy: Jurek Klimczak, Kubek Jarosiński i ja. Usiedliśmy przy stole w salonie, na którym leżał już duży kajet formatu A-4 zastępujący w tamtych czasach dziennik lekcyjny. I wtedy pan Osiński odziany też odświętnie z aksamitną kokardą pod szyją usiadł naprzeciw nas i każdemu zaczął odręcznie, na kratkowanym papierze, wypisywać świadectwo szkolne.

- Chłopak jest zdolny - mówił do mojej matki - chociaż łobuz i leń, ale wystawię mu dobre stopnie, niech ma na początek dalszej edukacji w wolnej już, polskiej szkole. Umoczył stalówkę pióra w kałamarzu z atramentem i zaczął pomału kaligrafować moją cenzurkę.

- Ja, Karol Osiński, nauczyciel dyplomowany, zaświadczam z całą odpowiedzialnością, że Andrzej Kalinin, syn Józefy i Włodzimierza, wyznania rzymsko - katolickiego, urodzony 25 listopada pobierał u mnie nauki na tajnych kompletach w zakresie szkoły podstawowej i ukończył cztery jej oddziały z ogólnym wynikiem dobrym. Świadectwo niniejsze wydaje się dla potrzeb władz oświatowych w celu...”

- Czemu pan nie napisze, że zdał z wynikiem bardzo dobrym - dopytywała się moja matka.

- Bo na tyle zasłużył - odpowiedział pan Osiński - Szkoła, proszę pani, powinna być szkołą i zawsze oceniać sprawiedliwie.

 * * *

Inauguracja, taka już oficjalna, pierwszego, powojennego roku szkolnego, odbyła się na starym boisku „Naprzodu” obok klasztoru cystersów, pod masztem z pięknie powiewającą na wietrze biało - czerwoną flagą. Była nas spora gromadka dzieci, trochę przez wojnę opóźnionych w nauce, ale tego dnia odświętnie ubranych i stosownie do okoliczności bardzo podekscytowanych.
Nauczyciele ustawili nas w dwuszeregu i wezwali do odśpiewania hymnu narodowego. Pamiętam ten moment. Śpiewaliśmy głośno z sercem podchodzącym gdzieś pod krtań, bo była przecież w tych słowach cała nasza radość, że rzeczywiście nie zginęła i nigdy nie zginie, póki my żyjemy.
Kierownik szkoły, pan Czesław Tyszkiewicz zapytał potem.

- Kto z was umie pisać i czytać, niech podniesie rękę do góry.

- A kto zna tylko cyfry i litery?

- A kto niczego nie umie?
Z tych ostatnich utworzono klasę pierwszą. Pozostałych zaś przydzielono odpowiednio do klasy czwartej, piątej i szóstej.
No i zaczęła się szkoła.

Zbyszek Ciałowicz mówi, że pierwsze, co najbardziej zapamiętał ze swojej podstawówki, to były kałamarze z atramentem. Zmora i utrapienie tamtych lat. Robiło się wtedy taki strzały z kartek wyrwanych z zeszytu, maczało w kałamarzu z atramentem i zzziu w kolegę, albo w białą bluzkę którejś z dziewczyn.
Ręce i ubranie w związku z tym miałem zawsze w czarnych albo niebieskich plamach w zależności od koloru atramentu w kałamarzach.
Jakie ja lania za to od mamy dostawałem, lepiej nie wspominać.
Czwartą klasę rozpoczynał już Zbyszek w nowo otwartej Szkole Ćwiczeń przy Liceum Pedagogicznym. Kierownikiem był pan Seweryn Ciekalski, znany i zasłużony dla oświaty pedagog. Wychowawczynią zaś pani Felisowa, żona ówczesnego starosty. No i zaczęła się nauka.

 * * *

O swojej pierwszej po wojnie szkole opowiada również Janek Zając. Już w marcu w Imielnie otworzono u nas taką gminną, siedmioklasową podstawówkę. Zaraz się więc do niej zgłosiłem. Zapisano mnie od razu do piątej klasy, bo na tyle wyglądałem, co oznaczało, że do czwartej klasy w ogólnie nie chodziłem. Kierownikiem szkoły była pani Anna Neverly siostra jak się później okazało, znanego pisarza Igora Neverlego. Uczyła nas języka polskiego, historii, geografii, pozostałych zaś przedmiotów pani Rachwaniec. Te dwie nauczycielki prowadziły całą szkołę. Siedem klas tej szkoły ukończyłem w 1947 roku z ogólnym wynikiem bardzo dobrym. Wtedy byłem już ministrantem. Bardzo mi się ta funkcja podobała. Do dziś pamiętam całe fragmenty śpiewanej po łacinie mszy. Z jaką dumą patrzyła na mnie mama. Jej syn był tak blisko pana Boga. Byłem też stangretem naszego księdza Wesołowskiego, to znaczy powoziłem jego bryczką. On siedział z tyłu w powozie na kanapie, ja na koźle i obaj byliśmy z tych miejsc bardzo zadowoleni. Któregoś dnia kazał się zawieść na odpust do Mierzwina. Uroczystość trwała dość długo, ale zaraz po niej wszyscy księża uczestniczący w odpuście zostali zaproszeni na obiad na plebanię. Ja stałem przy koniach. I wtedy wyszedł z kościoła ksiądz Wesołoski. Spojrzał w moim kierunku i kazał mi iść z sobą.. W dużym salonie plebanii stał długi stół a przy nim biesiadowali już księża. Z duszą na ramieniu przysiadłem skromnie na samym rogu stołu i patrzyłem, co się na nim znajduje. W życiu dotąd nie widziałem tylu talerzy, talerzyków, półmisków, widelcy, widelczyków i co najgorsze, zupełnie nie wiedziałem, jak się tym posługiwać. U nas w domu wszyscy jedli z jednej miski i to kopystkami, a tu masz.
Ten piękny widok stołu na plebanii u księdza w Mierzwinie, grające radio na stoliku i cały ten nieznany mi obyczaj wzbudziły u mnie podziw.
Muszę kiedyś tak żyć – pomyślałem. I wiedziałem już nawet, jak to osiągnę.

 * * *

Do Szkoły Podstawowej numer 3 przy ulicy Kolejowej chodziło wtedy całe Podklasztorze, Nie tylko uczniowie, bo popołudniami grali tu w piłkę dorośli w sali gimnastycznej zaś odbywały się próby a także przedstawienia zespołów artystycznych i ludowych. Szkoła pełniła bowiem role takiej dzielnicowej placówki kulturalnej.
Gdzieś chyba z końcem jesieni do naszej szóstej klasy dołączył nowy uczeń, jak się potem okazało dyscyplinarnie wyrzucony ze szkoły w Ciernie. Nazywał się Jan Hatys i wcale na żadnego rozrabiakę nie wyglądał. Drobny był, szczupły grzeczny, kulturalny, świetnie się uczył, ale trzeba też przyznać, że gdy ktoś zalazł mu za skórę, to ho, ho, diabeł w niego wstępował.
I za tę właśnie chęć do bijatyk to, uwaga! Własna matka, która była wtedy kierowniczka podstawówki w Ciernie, wyrzuciła Janka ze szkoły. Z wilczym biletem w dodatku. Przyjechał wiec Janek do Jędrzejowa i od tamtego właśnie czasu kumplujemy się obaj serdecznie i niezmiennie do dziś.

 

Curriculum vitae
Jan Hatys – dzieciństwo i młodość

Janek opowiadać o sobie za bardzo nie chce. Mówi, że mu niezręcznie, że go to krepuje. Z konieczności wiec muszę go zastąpić, a ponieważ razem od podstawówki chodziliśmy do szkoły i przyjaźnimy się od tamtych lat, przeto o Janku Hatysie wiem wszystko. No prawie wszystko.

Urodził się 21 kwietnia 1934 w Ciernie, wiosce już wtedy gminnej powiatu jędrzejowskiego. Obydwoje rodzice byli pedagogami, a mama w tym czasie nawet kierowniczką szkoły podstawowej w tymże Ciernie.
Ciągnęło ich jednak do miasta czyli Jędrzejowa, gdzie przenieśli się całą rodziną i to w krótkim czasie po wojnie bo już na początku 1946 roku. Tata został tam podinspektorem szkolnym, mama zaś nauczycielką w szkole na Piaskach, gdzie Hatysowie otrzymali duże, służbowe mieszkanie. To ostatnie stwierdzenie, że mieszkanie było duże, jest w tej opowieści o tyle ważne, bo dzięki temu Janek będąc już w liceum mógł urządzać w nim tak zwane „prywatki” słynne wtedy na cały Jędrzejów. Oczywiście w takim dobrym a nie pejoratywnym znaczeniu.
Z Piasków do szkoły numer 3 na Podklasztorzu było kawał drogi, bo aż. na drugi koniec miasta. Na niepohamowany temperament Janka wpłynęło to chyba kojąco, bo bójek już nie wszczynał, a zajął się sportem. Własnym sumptem założył Szkolny Klub Sportowy i organizował potem liczne turnieje piłki nożnej i siatkówki.

- To były fajne lata – mówi. Wspomina też z rozrzewnieniem pierwszą wtedy swoją miłość, czyli Jadzię Kałwównę, która mu w tych jego pasjach sportowych i nie tylko sportowych, bardzo pomagała.
Egzamin wstępny do liceum Ogólnokształcącego w Jędrzejowie zdał Janek bez najmniejszego kłopotu. Ponieważ jego tata był wtedy znanym już lewicowcem, przeto na zasadzie jabłka i jabłoni, jego syn już w VIII klasie będąc zaczął aktywnie działać w szkolnym ZMP. Najpierw oczywiście na niwie sportowej, bo to była jego pasja. Sam zresztą świetnie grał w siatkówkę, jako ten, co przyjmował piłkę i dyrygował Nam chłopakom trochę mniej ideowym najbardziej jednak imponował oczytaniem i taką ogromną wiedzą ogólną. Był taką chodząca encyklopedią, co to wszystko wie i gdy trzeba to wyjaśni i pomoże. Wykorzystywaliśmy to oczywiście i to nawet często. Na przykład przy obowiązkowych lekturach szkolnych. Komu by się chciało je czytać? Mieliśmy od tego Janka Hatysa
Namawiało się go, na przykład na jakiś przedwieczorny spacer, brało z sobą wino najlepiej marki „Tur” bo miało 16 procent i się chodziło od Rynku do mostu kolejowego tam i powrotem, tam i powrotem, a Janek nam wtedy daną lekturę opowiadał. Tak się w tym zapamiętywał, że zupełnie po aktorsku z taką swadą w głosie relacjonował nam każdy dialog i każde zdarzenie. Wszystko to powodowało, że po jednym takim literackim spacerze znaliśmy całą książkę. Nawet nasi belfrowie od polskiego niczego nie mogli wywęszyć. Przeczytali oni te książkę czy nie?

Z tamtych naszych licealnych lat warto jeszcze przypomnieć jedno bardzo śmieszne zdarzenie powstałe z inspiracji Janka Hatysa oczywiście. Otóż dostał on od Zarządu Szkolnego ZMP polecenie, żeby sprawdzić pod względem światopoglądowym niektórych takich niepewnych kolegów, co to byli niby zetempowcami a nie byli. Wśród nich znalazł się również Janek Gugulski syn naszego profesora Edzia Gugulskiego, a wtedy także dyrektora liceum. Do takiej misji, trzeba to powiedzieć, Janek to się nadawał idealnie. Był przez wszystkich lubiany, koleżeński taktowny, ale w przypadku Janka Gugulskiego, jak to wtedy mówiono, przegiął trochę pałę. Posłużył się mianowicie prowokacją i co najgorsze w scenerii miejscowego cmentarza. Wtedy w ogóle panowała taka dziwna moda na randki w zaciszu cmentarnych alejek. I Janek to wykorzystał a pomogli mu w tym Malina Baranówna i Jurek Szczygieł.
Jasiek Gugulski zalecał się wtedy do Maliny, wiec Malina umówiła się z nim na taką właśnie cmentarną randkę. Chodzili tam sobie, za ręce się trzymali, mrok w alejkach robi się coraz większy i wtedy zza któregoś z grobowców wyskoczył duch cały w bieli, czyli Jurek Szczygieł okręcony w prześcieradło. Jaśkowi Gugulskiemu nogi się ze strachu ugięły w kolanach i ręce złożyły jak do modlitwy. Tyle że duch był nieustępliwy, napierał wciąż na niego więc Janek dał nogę z cmentarza zostawiając Malinę samą.
Tak po prawdzie to nie ma mu się co dziwić. Jurek Szczygieł to był chłopak cholernie wysoki.” Wiatr” wołaliśmy na niego. Więc gdy okręcony białym prześcieradłem pokazał się na cmentarzu, to rzeczywiście musiał wyglądać jak istota zza światów

- Wtedy właśnie wyszło na jaw jaki to był z tego Janka Gugulskiego zetempowski marksista i jaki miał nowoczesny światopogląd, że się byle ducha przestraszył – opowiadano sobie nazajutrz. Całe wydarzenie stało się wnet głośne w mieście, że sprawą nawet zajął się Zarząd Powiatowy ZMP w temacie: „ekscesy źle uświadomionej młodzieży na jędrzejowskim cmentarzu”
 A czy pomogło to mało ideologicznemu Jaśkowi Gugulskiemu? Nikt się potem nad tym nie zastanawiał.
W roku 1952 Janek Hatys zdał maturę i złożył dokumenty na wydział historyczno –socjologiczny Uniwersytetu Łódzkiego.

* * *

Janek Zając trafił do ogólniaka w Jędrzejowie, trochę przypadkowo. Sam mówi, że po ukończeniu podstawówki w Imielnie, nie za bardzo wiedział, co ma z sobą zrobić. Kiedy więc wyczytał w gazecie, która notabene, nazywała się „Rycerz Niepokalanej” że jest szkoła w Olkuszu, która kształci fachowców w zakresie produkcji i napraw sprzętu domowego, a nadto prowadzi internat z bezpłatnym wyżywieniem, postanowił tam pojechać. Wystroił się w harcerski mundur, wyczyścił buty i rano na piechotę udał się na stacje kolejową do Jędrzejowa. To nic, że było to 11 kilometrów. Jak usiądzie potem w pociągu to sobie odpocznie. Tak wtedy pomyślał i ruszył w drogę.
Do Olkusza jednak nie dojechał, bo idąc w stronę stacji, zobaczył na jednym z budynków napis: Państwowe Gimnazjum i Liceum w Jędrzejowie. Pomyślał, że wejdzie i choćby przez ciekawość popyta, jak to jest z przyjęciem do takiej szkoły?
Już od drzwi ukłonił się szarmancko pani sekretarce, a ona zapytała:
 - Czego chcesz chłopcze?
Powiedział, że jedzie do szkoły w Olkuszu, ale tu z Jędrzejowa miałby bliżej do domu i pokazał swoje świadectwo.
Pani zapytała skąd jest, co znaczy ten jego harcerski mundur, a potem z wielką cierpliwością słuchała jego wyjaśnień, bo Janek przecież wciąż się jąkał i jąkał. Wzięła potem jego świadectwo i poszła do gabinetu dyrektora.
Jankowi czas wtedy jakby stanął w miejscu i dopiero kiedy usłyszał, że został przyjęty do pierwszej klasy gimnazjum z całej tej radości podbiegł do pani sekretarki i tak gwałtownie pocałował ją w rękę, że na podłogę wypadły jej z dłoni Jankowe dokumenty. Po tym zdarzeniu jakby mu trochę matkowała. Zawsze dla niego miała czas, cierpliwość i serdeczność.
Dla uzupełnienie tej historii, dodać trzeba jeszcze rzecz ważną. Otóż dyrektorem jędrzejowskiego gimnazjum był wówczas pan Antoni Artymiak. Świetny organizator, nauczyciel i psycholog. Nie wiedział tylko jednego. Jakiego ancymona i bolszewika przyjął sobie wtedy do szkoły.

 * * *

b-opowiesci 08W odradzającym się kulturalnie powojennym Jędrzejowie, pierwsze skrzypce grał, no, kto by inny? Oczywiście, niezastąpiony pa Zbigniew Pacanowski. Już w miesiąc bowiem po wkroczeniu Rosjan do naszego miasta uruchomił w budynku Ochotniczej Straży Pożarnej na Krzywym Kole swoje kino „GDYNIA”.
 Ludzie wnet zaczęli tam walić, nawet na dwa seanse dziennie, jakby w ten sposób chcieli sobie powetować długą, okupacyjną posuchę. Zresztą zinnymi rozrywkami było w mieście krucho.
To właśnie tam w kinie u pana Pacanowskiego po raz pierwszy w życiu obejrzałem western i to taki prawdziwy, amerykański. Wcześniej oczywiście rozczytywałem się w książkach Karola Maja, o Apaczach, szeryfach i kowbojach ale film, to był film, przeżycie prawie autentyczne.
Pech tylko chciał, że ten mój pierwszy western miał pewną wadę. Pochodził chyba z wojenno – frontowej kinoteki radzieckiej, bo grany był w rosyjskiej wersji językowej.
Wy sobie to wyobrażacie? Jak wielki wódz Apaczów, Winetu krzyczał na cały ekran: Towariszy w pieeerod !!! Ubijom tych biełych sukinsynów.

 * * *

Wielkim, ale to naprawdę wielkim hitem w tamtych latach było najzwyklejsze dzisiaj radio. Nikt właściwie nie miał go w domu, bo Niemcy zaraz po wkroczeniu do Polski w 39 roku zarekwirowali wszystkie odbiorniki, a za ich posiadanie grozili nawet rozstrzelaniem.
Dopiero po wojnie pojawiły się najpierw tak zwane „kołchoźniki”, czyli same głośniki, połączone przewodami elektrycznymi z magistratem, gdzie ulokowany był silny, kilkulampowy odbiornik radiowy przekazujący do tych właśnie głośników program z Warszawy. To było coś takiego, jak dzisiejsze kablówki, tyle że nam udostępniano jeden tylko program, jak wtedy mówiono: politycznie i ideologicznie słuszny. Aż któregoś dnia mojemu bratu Staszkowi udało się kupić od jakiegoś krasnoarmiejca wracającego z Niemiec do Rosji taki normalny aparat radiowy, dwulampowy z trzecią prostowniczą, marki „Telefunken” w czarnej, ebonitowej obudowie.
 Boże wielki, co to wtedy był za skarb. Szybko przeciągnęliśmy antenę z miedzianego drutu przewleczoną przez porcelanowe izolatory i zawiesili między dachem sąsiadów, a oknem naszego domu. No i zaczęło się. Zagra czy nie zagra?
Zagrało i to jeszcze jak. Za każdym obrotem popiskującej skali odzywały się głosy z innych miejsc na kuli ziemskiej. Nikt nie da wiary, jak to radio odmieniło nam życie. Było prawdziwym oknem na świat. Informowało, uczyło, kształtowało myśli a nadto grało i śpiewało muzykę inną niż sławne wtedy, 40-ci pieśni radzieckich” płynące nieustannie z owych „kołchoźników” umieszczanych na ulicznych latarniach, w zakładach pracy, szkołach i poczekalniach kolejowych.
Wszystkie wolne chwile wypełniało nam teraz słuchanie radia. Głównie wieczorami siadało się blisko jego czarnej skrzynki. Mama gasiła światło, żeby przy „Teatrze radiowym” dobrze pracowała wyobraźnia, albo żeby się lepiej słyszało czytaną w odcinkach książkę, „postępowego pisarza polskiego” Stefana Żeromskiego” pt. „Przedwiośnie.
W soboty i w niedziele grała nam Orkiestra Taneczna pod dyrekcją Jana Cajmera, albo z zespołem Jerzego Haralda śpiewał z Katowic niezapomniany Janusz Gniatkowski.
Muszę się tu pochwalić, że z „Gniadym”, jak go nazywamy, znam się już od lat i bywa, że w ich domu w Poraju śpiewamy sobie razem stare piosenki z jego ulubioną „Apasjonatą”. Jakiś czas temu dla żony Janusza, Krysi Maciejewskiej (też piosenkarki) napisałem tekst piosenki właśnie na temat Jego najbardziej znanego przeboju. Nieskromnie pozwolę sobie go przytoczyć, ot tak dla urozmaicenie

 

Apasjonata

Ja mam naturę, taką raczej sentymentalną
I często dawne światy mi się śnią
Krajobraz gdzieś, znajomy głosu ton
A ja już gnam, ku tamtym dniom
Ku tamtym dniom.
Kiedyś, oczywiście też była miłość
Lecz kto to był? Dziś nie pamiętam, lecz
Z minionych lat, aż do tej chwili
Pamiętać będę jedną rzecz.

Tamte nasze wędrówki po Jurze
Kiedy splecione dłonie z nami szły
I te ostańce w białej fakturze
Jak dekoracje do ja i ty.
Wszystko to gdzieś we mnie zostało
Ale najbardziej chyba gdy
Tamtą piosenkę,
Tamtą piosenkę
Śpiewałeś mi,
Śpiewałeś mi
Aasjonata, melodia naszych dni
Apasjonata – daj szczęście mi
 

Ale wracając do naszego radia.
Prawie codziennie, gdzieś koło północy brat przestawiał odbiornik na fale krótkie i niecierpliwie kręcił wskaźnikiem skali, aż z pisków, trzasków i szumów wydobył się w końcu wyczekiwany głos:

-Tu mówi Londyn. Nadajemy audycję w języku polskim.
Ile to ja lat potem słuchałem tej rozgłośni? Całą właściwie młodość i wiek dojrzały, aż gdzieś do początków 1990 roku. Czterdzieści parę lat jak obszył. Zawsze gdy chciało się usłyszeć inną prawdę o Wydarzeniach w Polsce, lub niefałszowane informacje o świecie, przestawiało się odbiornik na fale krótkie i szukało znajomych głosów z Londynu, Wolnej Europy, Głosu Ameryki.
A pamiętacie może tamte uparte zagłuszenia bu,bu,bu,bu?

* * *

Zaraz po udanym egzaminie wstępnym do pierwszej klasy gimnazjum, mama kupiła mi na jarmarku w Jędrzejowie granatową czapkę, obowiązującą wtedy wszystkich gimnazjalistów. Nosiło się ją z fasonem, trochę przegiętą w stronę ucha i była prawdziwym powodem do dumy. Oznaczała przecież gimnazjalistę, inteligenta i niejako automatycznie nominowała do wyższej społecznej klasy. Nie w sensie materialnym oczywiście, ale w wymiarze jakiegoś społecznego statusu. Im ta czapka była bardziej zniszczona, spłowiała, wyświechtana, tym dobitniej świadczyła o długim stażu edukacyjnym jej właściciela. Podnosiła prestiż i dodawała znaczenia. Byli więc tacy, którzy tłamsili te swoje granatowe czapki, ile wlazło. Wykręcali je, maltretowali, buty nią czyścili, byle tylko dodać jej starości. Bo gimnazjum, to było gimnazjum, żadna tam zawodówka, czy smarkaty powszechniak.
I oto po latach siedzimy sobie z Jankiem Zającem u Zbyszka Ciałowicza w jego kieleckim domu i oglądamy fotografie z tamtych naszych gimnazjalnych lat. Na jednym z nich stoi kilku kolegów: Jurek Bilewicz, Stasiu Kowalczyk, Jurek Klimczak i Jurek Żuk. Wszyscy są w gimnazjalnych czapkach z przypiętym do nich znaczkiem w kształcie gorejącego kaganka z wyrytymi literami: O.N.C – co znaczyło: Ojczyzna. Nauka. Cnota.

- Boże Wielki. Kto dzisiaj jeszcze uznaje takie wartości i hołduje takim ideałom? – pomyślałem wtedy. A potem przyszła nam do głowy taka smutna, niestety refleksja, że oto na naszych oczach zaczyna przemijać bezpowrotnie pewna epoka, wzniosłych uniesień i szlachetnych zachowań.
Pytam więc Janka Zająca, dlaczego tamten piękny znak O.N.C zamienił w szkole na znaczek ZMP?

- Bo ja wiem? – odpowiedział. Bo takie były czasy. Wszystko chcieliśmy mieć wtedy nowe i inne niż dawniej. Zgodnie zresztą z niecierpliwym charakterem młodości.