Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 8)

b-1a

Przez Cierno, rodzinną wioskę Janka Hatysa front przewalił się szybko, niepostrzeżenie prawie, tak, że nawet nie było na co popatrzeć. Na niebie tylko pokazały się czasem jakieś nowe, nieznane dotąd radzieckie samoloty, inne zupełnie od znajomych już „kukuruźników”, bo szybkie i zwinne tak bardzo, że wzrok z trudem za nimi nadążał. Potem zrobiło się cicho. Rosjanie przejechali przez wioskę kilkoma samochodami, jakby chcieli pokazać, że przegonili już Niemców i tyle ich tu widziano. Ludzie wyszli wiec z domów żeby zobaczyć co wojna po sobie zostawiła i rzeczywiście.
- Tu i tam – opowiada Janek – leżały zwłoki zabitych ludzi, Niemcy to byli Rosjanie czy Polacy tego ustalić nie było można, gdyż wszystkie ciała rozebrane już były do naga.
Nie miał wiec racji Janek Hatys twierdząc, że syndrom Olszynki Grochowieckiej znikł już na zawsze z polskiej wsi.

 * * *

Wkroczenie Rosjan do Jędrzejowa, albo wyzwolenie, jak wolą inni, nastąpiło gdzieś w południe 14 stycznia 1945 roku.
Gdy front zbliżył się do miasta, rodzina państwa Ciałowiczów dla bezpieczeństwa, jak inni, ukryła się też w piwnicy swojego domu. Przez okienko wychodzące na ulicę Klasztorną próbowali obserwować, co się w mieście dzieje. Schronili się tu także doktor Zenon Rusek oraz późniejszy wizytator Kuratorium Oświaty pan Janek Kordon. Z ulicy dobiegały jakieś wybuchy na przemian z jazgotem karabinów maszynowych i chyba zgrzyt gąsienic czołgowych na kamieniach jezdni. I potem uczyniła się cisza i to taka nagła i głęboka, że zaczęła budzić strach.

- Wsłuchiwali się w nią wszyscy – wspomina Zbyszek Ciałowicz, aż pan Kordon, który znał rosyjski powiedział, że Rosjanie są już chyba w mieście, bo witają kogoś swoim: zdrastwujte, zdrastwujte.
Wszyscy wybiegli więc na ulice, a tam hen, aż pod kapliczkę widać było radzieckie czołgi i siedzących na nich żołnierzy. Ludzie przyjaźnie machali im rękami, krzyczeli: witajcie. Niektóre z tych czołgów stawały nawet na moment, żeby te powitania odwzajemnić. Inne czołgi w tym czasie próbowały ich wyprzedzić, aż zrobił się z tego niezły karambol. Jeden z nich zrobił to tak niefortunnie, że przewrócił słup telegraficzny, którym natychmiast zatarasował całą ulicę. Zbyszek mówi, że ten obrazek zapamiętał jakoś szczególnie mocno. Chyba dlatego, że działo się to wszystko jakoś tak bardzo wojennie, jak na filmach lub frontowych fotografiach. Stała tam oszroniona od mrozu kolumna czołgów, przewrócony telegraficzny słup ze zwisającymi do ziemi, iskrzącymi drutami i ludzie wokół witający wyzwolicieli.
Ten niespodziewany postój zwycięskiej armii w sposób chyba spontaniczny wykorzystał jeden z mieszkańców Jędrzejowa, (Zbyszek mówi, że wie kto, ale nie powie, choć pamięta), który tych żołnierzy na czołgach witał w sposób szczególnie ostentacyjny bo chlebem i solą.
Pani Ciałowiczowa skwitowała to potem słowami, że robił to samo w 39 roku, gdy do Jędrzejowa wchodzili Niemcy.

  * * *

Wkraczających na Podklasztorze Krasnoarmiejców bardzo uważnie obserwował z okna swojego mieszkania Józek Gierczak. Stał ukryty za firanką więc widział dokładnie co działo się na ulicy.
Najpierw Niemcy, niby taki wąż bez początku i końca, przesuwali się drogą w kierunku Szczekocin i Częstochowy. Potem nastąpił moment spokoju i nagle, właściwie ze wszystkich stron, zagrzmiał front. Ostatni Niemcy uciekali w popłochu, jakieś samochody głośnym trąbieniem torowały sobie drogę, ale było ich coraz mniej i mniej. W końcu ulica opustoszała i zrobiło się cicho, cichutko, jakby wojna na moment wstrzymała oddech.
I oto wtedy zza domu Chudzików wyskoczyła tankietka. Taki odkryty, szybki pojazd na gąsienicach, który wjeżdżał właśnie na ulice klasztorną na wprost jego okna. Na bokach tej tankietki wymalowane były duże, czerwone gwiazdy, co oznaczało, że byli to krasnoarmiejcy, pierwsi nasi wyzwoliciele.

- Już wówczas kwestionowano to słowo „wyzwoliciele” - mówi Józek Gierczak - ale ja, przyznam szczerze, byłem wtedy wzruszony i bardzo szczęśliwy. Po sześciu latach okupacji ci chłopcy na tankietce, przyjechali odmienić nam życie. W kilka chwil potem całą ulicą Klasztorną w kierunku Nagłowic ciągnął nieprzerwany sznur czołgów i samochodów na których siedzieli radzieccy żołnierze. Ludzie wiwatowali na ich cześć, bo przecież przepędzili Niemców i obiecali nam wolną Polskę. Trwał więc festyn nadziej, radości i pojednania.
Tymczasem chodnikiem od strony klasztoru kilku bojców prowadziło niemieckiego żołnierza. Szedł pod karabinami z uniesionymi do góry rękami, taki teraz zwyczajny, przegrany Szwab. I wtedy z któregoś z czołgów zeskoczyło paru żołnierzy, coś zagadali z eskortą, uzgodnili pewnie podział łupów, bo wnet kazali jeńcowi ściągnąć buty z nóg i opróżnić kieszenie. Odbezpieczyli potem swoje pepesze i powiedzieli „bierzaj”, co znaczyło uciekaj.
I wtedy stała się rzecz niesłychana. Bo oto Polacy, którzy jeszcze godzinę temu jęczeli pod hitlerowskim batem, zaczęli prosić tych krasnoarmiejców, żeby temu niemieckiemu jeńcowi darowali życie. Co im przyjdzie z jednego, przestraszonego szwaba?
Rosjanie jakby się zgodzili, powiedzieli do niego; „nu, idy w czortu”, a w sekundę potem oddali mu w plecy trzy krótkie serie z pepeszy. Jeniec upadł na ziemię, a zwycięzcy bajcy, jakby nigdy nic, wskoczyli na czołg i ruszyli „na Berlin”.

- Sceny mordu na jeńcu nie zapomnę do końca życia – mówi Józek Gierczak - Podobnie zresztą jak ludzkiego odruchu moich rodaków, chcących go ratować.
A na ulicy wciąż trwało witanie Rosjan. Józek zapragnął wtedy zobaczyć, jak Sowieci pokonali stalowe kozły ustawione przez Niemców na ulicy Pińczowskiej. Był ubrany w taką kurtkę uszytą z koca, bardzo w kolorze podobną do niemieckich czarnych uniformów. To zapewnie spowodowało, że w pewnej chwili usłyszał; stoj i ruki wierch. Zatrzymał go jakiś podpity sołdat, bo wyraźnie jechało od niego samogonem.

- Ty kuda? – zapytał.
Józek próbował tłumaczyć, że on tutejszy, że wyszedł tylko z domu na chwilę. Sołdat na to skinął mu głowa i powiedział: „nu da, ładno, bierzaj”..
Ale Józek już wiedział, co to „bierzaj” u nich znaczy. Tamtemu niemieckiemu jeńcowi też tak kazali. Skoczył więc w bok, jak wystrzelony z katapulty i pognał przed siebie. Z dala słyszał tylko stoj! stoj i kilka wystrzałów.

  * * *

Pierwsze oddziały frontowe, szybko jakoś przeleciały przez miasto i Jędrzejów został nagle pozostawiony samemu sobie. Czego nie zdążyli zniszczyć uciekający Niemcy lub wkraczająca armia radziecka, tego dokonali sami Polacy.
Już wieczorem wybuchło w mieście kilka pożarów. Paliło się gimnazjum i drukarnia na rogu Rynku i Pińczowskiej oraz spora cześć ulicy Klasztornej, w tym również dom Ciałowiczów.
Te pożary nie były dziełem wojny. Wzniecili je sami Polacy. Różni rabusie i złodzieje gdy nie mogli sforsować okiennic lub drzwi do jakiegoś sklepu czy budynku, to je po prostu podpalali. Na tej samej pewnie zasadzie, płonęły już wielkie niemieckie magazyny żywnościowe przy czarnej drodze obok kolejki wąskotorowej. Cały Jędrzejów tam pobiegł.. Mimo żaru i ognia szturmowano drzwi i rozbijano ściany, bo podobno były tam konserwy mięsne, kawa, wina i herbata. Wśród tłumu byli także radzieccy żołnierze. To oni strzelali w górę ze swoich pepesz, żeby rozproszyć tłum i dostać się do skarbów. Pośpiech był tu konieczny, bo ogień, którego nikt nie gasił, obejmował kolejne części magazynów.
Maniek Porębski z Podklasztorza mówił nam potem, że widział żołnierzy rosyjskich, jak prosto ze swoich czapek uszanek jedli cukier, albo rękami, prosto z rozbitych beczek czerpali spirytus albo inny jakiś płyn. Całą noc trwała taka krzątanina, aż przyszedł dzień i okazało się, że nie ma już czego rabować. Mimo to ludzie wciąż szukali, rozgrzebywali popioły, bo nuż, zostało tam jeszcze coś do jedzenia, bo bieda w mieście była wciąż ogromną, a chęć przeżycia równie wielka.

  * * *

Trzeba przyznać, że to radzieckie wyzwolenie, najbardziej dramatycznie przeżył Janek Zając. Do jego Jakubowa Rosjanie weszli prawie niepostrzeżenie, chyba dlatego, że wioska leżała na uboczu, z dala od traktów, którymi Sowieci gonili uciekających Niemców. Rano więc, jak co dzień, poszedł Janek do obory zadać krowie siana do żłobu i wtedy doleciało go warczenie motoru, na wsi rzecz wówczas niezbyt częsta. Wybiegł więc na podwórko i nagle usłyszał dwie, albo trzy takie krótkie, urywane serie wystrzałów. Niczego jeszcze wtedy w sobie nie poczuł, żadnego bólu, tylko jakieś dziwne ciepło, oblewające ciało, aż po włosy na głowie. Gdy otarł czoło ręką, zobaczył krew. Chciał szybko pobiec do domu, ale upadł po paru krokach, jak to wtedy mówiono, bez ducha.
Dowiedział się potem, że do domu przyniósł go radziecki żołnierz pewnie z tego samego czołgu, co strzelając jechał przez wieś. Sprowadził potem ich „wracza”, czyli wojskowego lekarz a ten opatrzył Jankowi rany, poklepał po policzku i powiedział: Wsio budet charaszo.
Ale rany, niestety, goić się nie chciały. Miał ich prawie dwadzieścia, z odłamkami w środku, tak trudnych wtedy do wydobycia, że niektóre z nich nosi Janek do dziś, jak pamiątkę z tamtej, wojennej przygody.
Wylizał się jednak. Żaden lekarz go nie oglądał, nie dezynfekował ran, tylko mama codziennie gotowała bandaże z płótna i robiła okłady z szałwii i rumianku, aż po dwóch miesiącach Janek wstał z łóżka. Do pracy u krawca Janek już nie wrócił.
I tu muszę przytoczyć, pewne proroctwo, jakie przytrafiło się Jankowi, wtedy właśnie, gdy do jego wioski wkroczyli Rosjanie.
Otóż, jakoś na początku zimy, przyszła do domu państwa Zająców Cyganka z dzieckiem na ręku i poprosiła o pomoc w przeczekaniu zimy.

- Może być w oborze z bydłem – mówiła, - albo w stodole, byle nie zamarznąć.
Ząjącowie oczywiście nie odmówili, choć wiązało się to z dużym ryzykiem. Niemcy bowiem traktowali Romów podobnie jak Żydów z przeznaczeniem do likwidacji. Dom Zająców był w dodatku malutki, jednoizbowy, w którym gnieździła się cała ich pięcioosobowa rodzina. Co wieczór teraz tata Zając przynosił Cygance do spania wypakowany słomą siennik, a rano zapraszał do stołu na wspólne posiłki. Tak doczekali Rosjan. Gdy już odchodziła szukać swojego cygańskiego taboru, powiedziała do gospodyni.

- Pozwólcie pani, że powróżę. W podzięce za wasze serce.

- E, co tam, nie trzeba krygowała się gospodyni. Ale Janek, jak to dziecko, wyciągnął dłoń i powiedział.

- Mnie powróżcie, mnie.

- To daj chociaż jajko, żeby wróżba była szczęśliwa - zażartowała Cyganka.
Janek tamtą wróżbę zapamiętał dokładnie, bo sprawdziła się co do joty. Cyganka przez chwilę patrzyła w jego dłoń a potem powiedziała do mamy.

- Będziesz pani miała z niego pociechę, oj będziesz. Szkoły wysokie skończy i ludzi sądzić będzie. (dla przypomnienia dodam, że Jan Zając był przez wiele lat Prezesem Sądu Wojewódzkiego w Kielcach, a także Sędzią Trybunatu Stanu Rzeczypospolitej Polskiej).

Ale jak już piszę o proroctwach, to opowiem jeszcze o jednym. Trochę tym odbiegnę od tematu wojny, ale, co tam. Proroctwa są fajne, wiec posłuchać warto.
Otóż Waldek Wiejacz już jako Polski Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny we Włoszech został zaproszony przez włoskich Cystersów do ich klasztoru w Casamare. Przyjmowany był tam bardzo serdecznie, zwłaszcza gdy powiedział, że pochodzi z Jędrzejowa gdzie też są Cystersi. Gospodarze poprosili go wtedy, żeby przekazał ich braciom w Jędrzejowie pozdrowienia i upominki w tym gąsiorek nalewki ich własnej produkcji.
Waldek oczywiście prośbę spełnił i bodaj w roku 1987 odwiedził jędrzejowskich Cystersów. Tutaj też przyjęto go z całą atencją, oprowadzano po klasztorze, ugoszczono uroczystym obiadem i kiedy wizyta miała się już ku końcowi jeden zakonnik- staruszek powiedział:

- A ja pana Ambasadora pamiętam. Pan przed laty był u nas w klasztorze ministrantem, prawda?

- Tak, rzeczywiście - odpowiedział Wiejacz
Zawsze był pan taki taktowny i ułożony, że już wtedy ojciec przeor prorokował, że albo zostanie pan biskupem, albo dyplomatą.
No i sprawdziło się.

 * * *

Tymczasem, wojska radzieckie, teraz chyba ich drugi rzut, wciąż przetaczały się przez Jędrzejów. Jechali pomału nieustającą kolumną czołgów, armat, dział samobieżnych i sławnych już wtedy „Katiusz”. Cała pancerna armia generała Rudenki ciągnąca na zachód, na Berlin jak wtedy mówiono. Czasem zatrzymywali się, aby odpocząć i wtedy my chłopcy biegliśmy do nich, żeby pogadać, bo język mieli, aż dziw jak podobny do naszego i chęci do rozgaworów sporo.
Pytaliśmy ich wtedy podstępnie, co oznaczają te litery na ich armatach i samochodach: made in USA?
 A oni odpowiadali, że znaczy to: „Ubijom Sukinsyna Adolfa”.

Dopiero gdzieś po tygodniu, gdy wojna pognała hen na zachód, zaczęło ciągnąć za nią zaplecze całego frontu. Te wszystkie kuchnie polowe, wozy sanitarne, oddziały sprzątające ciała na pobojowiskach. Jechały setki takich małych furmanek zaprzężonych w oszronione mrozem koniki, bardziej przypominające chłopskie wozy, niźli wojsko zwycięskiej armii. Często na odpoczynek zatrzymywali się u nas, na Podklasztorzu w niecce po dawnym stawie, gdzie latem pan Bijak miał ogród warzywny a potem był stadion „Naprzodu”
Nie wiadomo skąd o tym zacisznym miejscu wiedzieli, ale zjeżdżali tu kilka razy z tymi swoimi tobołami i wtedy było w nich coś z wędrówek dawnych, koczowniczych plemion szukających dla siebie miejsca na popas i odpoczynek..
Biegaliśmy tam z chłopakami popatrzeć na ich obóz podobny do cygańskiego, na ich konie puszczone luzem i słuchaliśmy ich śpiewów tęsknych i zawodzących. Była zima, więc wszystko wokół miało srebrny kolor i mgły między taborami i dym znad ich ognisk. Kiedy razem ze świtaniem ruszali w dalszą drogę, zostawiali po sobie dymy dogasających ognisk i wyraźnie wyczuwalny zapach legowiska i żołnierskich onuc.

* * *

Co by dzisiaj nie powiedzieć o tamtych dniach, zaraz po wkroczeniu Rosjan do Jędrzejowa, to wszyscy byli w jakiś stopniu szczęśliwi.
Teraz może być tylko lepiej, mówili, bo źle już przecież było. Wojna wprawdzie toczyła się gdzieś tam dalej, bo nocami jak dawniej słychać było ciężkie warczenia samolotów lecących z bombami na zachód, ale nie był to już strach ten sam co kiedyś. Coraz częściej mówiło się też o nowej Polsce. Nikt jeszcze nie wiedział jaka ona będzie. Taka jak przed wojną? Albo lepsza, jak chcieli inni, bo demokratyczna i sprawiedliwa dla wszystkich. W ogóle czas był wtedy wyjątkowy. Zaczynali wracać do domu ludzie wywiezieni za okupacji do Niemiec na przymusowe roboty, lub do oświęcimskiego obozu śmierci i każdy taki powrót był nadzieją dla innych, czekających wciąż na bliskich z tym większą teraz niecierpliwością, bo wojna właśnie dobiegła końca.
Pierwszy o tym dowiedział się z radia nasz proboszcz i od razu kazał kościelnemu bić we wszystkie klasztorne dzwony. Ludzi to oczywiście poruszyło. Coś ważnego musiało się wydarzyć - mówili - bo ani to na Anioł Pański był czas, ani na nieszpory. Tymczasem od strony kolejki ruszyła wnet zorganizowana na poczekaniu orkiestra dęta naszej wąskotorówki. Całe Podklasztorze ruszyło za nią. Szliśmy w rytm ich grania w stronę Rynku, wolni nareszcie i szczęśliwi.
A tam stary, magistracki woźny pan Maj, już od godziny walił w bęben i oznajmiał wszem i każdemu z osobna, że najokrutniejsza z wojen dzisiaj właśnie została zakończona.

- Ludzie! – wołał między jednym uderzeniem w bęben a drugim.

- Ludzie! Niemce zostały pobite. Wygrali my wojnę. Ludzie! Mamy znowu Polskę. Mamy Polskę. Ludzie!
Wieść o ostatecznej kapitulacji Niemiec rozniosła się wnet po mieście i na rynek zaczęły ściągać tłumy. Wielu dowiedziało się dopiero teraz, że właśnie padł Berlin i zakończyła się najokrutniejsza z wojen. Sześć długich lat czekali przecież na ten dzień, który właśnie nastał. Nic już teraz ponad tamte okupacyjne okrucieństwa nie mogło być gorsze. Nic i nigdy.

- Da, nikagda bolsze – odpowiadali nam radzieccy oficerowie z balkonu Ratusza. Obok nich stali jacyś ludzie z czerwonym transparentem, na którym sławiono nierozerwalną od dzisiaj przyjaźń z bratnim Związkiem Radzieckim. Nie dziwiło to wtedy nikogo. Rosjanie wygonili przecież Niemców i oni byli teraz symbolami zwycięstwa i co dopiero odzyskanej wolności. Krzyczano więc głośno i zgodnie: Niech żyje pokój na świecie! Niech żyje zwycięska Armia Czerwona! Niech żyje Polska!. Orkiestra kolejowa zagrała wtedy „Boże coś Polskę” i wszystkim od razu zaszkliły się oczy.
Potem zaczęły się przemówienia przedstawicieli nowej władzy z burmistrzem na czele. Mówili, że właśnie przyszedł czas, żeby w oparciu o bratnią pomoc Związku Radzieckiego stworzyć Polskę nową, sprawiedliwą i demokratyczną, która stanie się prawdziwą matką dla wszystkich jej dzieci. Tłum im oczywiście wtórował. Krzyczał, że co racja, to racja, w Ojczyźnie musi być teraz dostatnio i sprawiedliwie.

- Niech żyje wolna Polska - zawołał potem ktoś z tłumu.

- Niech żyje władza robotniczo – chłopska – dorzucał ktoś inny.

- I największy przyjaciel naszej Ojczyzny, Generalissimus, Józef Stalin – zawołał na koniec ktoś z magistrackiego balkonu.

- Niech żyje! Niech żyje! – odpowiadali ludzie. I żeby nigdy więcej nie było wojny i żeby zawsze był pokój.
Echo odbijało te nasze okrzyki od kamienic na rynku, mieszało z dźwiękami trąb orkiestry dętej i zlewały w jeden wspólny śpiew: Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”.
Po sześciu latach niemieckiej niewoli śpiewaliśmy znów nasz narodowy hymn z całym patriotycznym uniesieniem aż dławiące w gardłach łzy zaczęły odbierać nam głos.
Stałem wtedy obok naszego sąsiada, starego pana Sobolewskiego, który dużą chłopską dłonią wycierał załzawione oczy.

- Czemu pan płacze? – zapytałem - a on pogłaskał mnie po głowie i odpowiedział.

- Bo jestem szczęśliwy synku. Bo jestem szczęśliwy.
Mnie wtedy też zaczęło się robić dziwnie jakoś, ckliwie i rozlewnie i kiedy zobaczyłem, że większość ludzi ociera łzy rozbeczałem się również. Głośno i serdecznie.
O roku ów!

 * * *

W kilka dni potem gruchnęło w Jędrzejowie, że doktor Ciałowicz wcale nie umarł, a żyje.
Jako pierwsza poinformowała o tym gazeta frontowa jaką zaraz po wkroczeniu Rosjan do Jędrzejowa rozdawano za darmo na ulicach.
Dostałem od Zbyszka Ciałowicza jej pożółkły już egzemplarz, wiec mogę go tu zamieścić w oryginalnym brzmieniu.


NOWE  ŻYCIE

GAZETA  FRONTOWA  DLA  LUDNOŚCI  POLSKIEJ
Środa, 6 czerwca 1945, strona 5

L. Proksza - Z notatnika oficera

Zmartwychwstanie

Działo się to podczas sławnego natarcia od Wisły po Odrę. Cały świat pamięta, jak niesłychanie szybko posuwały się rosyjskie pułki po ziemi polskiej. Blitzkrieg? Gdzież tam. Porównania nawet nie ma. Szliśmy dniem i nocą. Tam, gdzie śniadaliśmy, nie jedliśmy już obiadu, tam gdzieśmy obiadowali nie spożywaliśmy kolacji, a nawet tam gdzieśmy jedli kolację, nie zawsze nocowaliśmy. Pamiętam, że do Jędrzejowa wkroczyliśmy przed świtem. Zaszliśmy do pierwszego napotkanego domu i momentalnie, kto gdzie i jak mógł, legliśmy spać. Po jakichś trzech godzinach zbudził mię niezwykły hałas, dochodzący z sąsiedniej izby. Co się stało? Ubrałem się i otworzyłem drzwi. Niewielka izba pełna była ludzi. Nie zdążyłem ust otworzyć, aby powiedzieć: Dzień dobry,.kiedy usłyszałem koło siebie piskliwy głos gospodyni:

- Wyobraź pan sobie, co się stało.

- No, co takiego?- zapytałem.

- Nie, pan sobie tego wyobrazić nie może.

- Niemcy wrócili?    

- Niech Pan Bóg broni! Gdzie im tam wracać. Oni wyrywają tak, że nie wiem czy ich dogonicie...

- No więc co się stało?

- Ach, tego się nie da opowiedzieć w dwóch słowach. Proszę usiąść i posłuchać.

- Czy pan wierzy w życie pozagrobowe?

- Nie.

- A w zmartwychwstanie?

- Także nie.

- Ach, prawda. U was w Rosji przecież nie wierzą w Boga.

- Wcale tak nie jest. U nas jest wolność sumienia: chcesz –
modlisz się, nie chcesz - nie modlisz. Możesz wyznawać dowolną religię, albo nie wyznawać żadnej..,

- I kościoły są?

- Co za pytanie. I kościoły są i duchowieństwo i nabożeństwa się odbywają. U nas kościół oddzielony jest od państwa tak jak w Ameryce - powiedziałem do stojącej z lewej strony ode mnie kobiety z gładko zaczesanymi włosami.

- A właśnie, że nie jest oddzielony sprzeciwił się inny mężczyzna z maleńkim' wąsikiem Ja byłem w Ameryce, to wiem chyba najlepiej

- Ale dajcie panowie święty spokój z tą Ameryką -syknęła gospodyni do wszczynających spór mężczyzn. I zwracając się do mnie, rzekła: opowiem panu teraz takie zdarzenia które zmieni zapatrywania pana na życie pozagrobowe i na zmartwychwstanie. Usiadła na podanym jej krześle naprzeciw mnie i rozpoczęła swoja opowieść.

- Nasz lubiany i szanowany przez wszystkich w Jędrzejowie doktor Ciałowicz umarł. Wieść o tym całe miasto obiegła i wstrząsnęła nim. Nie chciało sie wierzyć. Doktor był młody i zdrowy. Wprawdzie w ostatnich dniach bywał zamyślony i smutny czymś rozstrojony, lecz pomimo wszystko wyglądał dobrze. Nie leżał w łóżku, nie chorował, a nagle umarł. Nie chciało się w to uwierzyć, ale trudno: ciało doktora leży w trumnie, nad nim stoi z głową pochyloną jego młoda, owdowiała żona. Wszyscy wiedzieli, że doktor w przędzeń śmierci wezwany był do gestapo. Przyszedł stamtąd rozstrojony, nie jadł kolacji, położył ślę i... umarł. Nikt nie wiedział o czym mówiono z doktorem w gestapo i czym go tak zmaltretowano. Lecz wiedziano, iż narażając się na niebezpieczeństwo, ratował młodzież przed wywiezieniem na roboty ciężkie do Niemiec, Wydawał młodzieży fikcyjne zaświadczenia o złym stanie zdrowia, okazywał szczere wczucie pochwyconym w czasie obław

- Ach, to był złoty człowiek. Do niego uciekali się wszyscy potrzebujący pomocy lekarskiej. I oto leży nieporuszony. Ludzie strumieniem płyną do jego domu, by pożegnać się nim.
Wieść o nagłej śmierci doktora doszła i do gestapo.Przed dom zajechał samochód pełen gestapowców. Tłum rozstąpił się, robiąc im przejście.
Gestapowcy podeszli do zwłok lekarza, zaczęli brutalnie obracać trupa na wszystkie stron, szczypać pincetką, kłuć igłami, macać puls.

- Richtig. Todt — oświadczył wreszcie jeden' z nich, opuszczając rękę doktora i wszyscy oddalili się zaraz.    *'
W tym samym dniu odbył się pogrzeb. Zwłoki doktora odwieziono na cmentarz puszczono do grobu i przysypano ziemią. W ciągu 4 lat, co dzień prawie przychodziła na grób młoda wdowa i długo stała, pogrążając się w modlitwie. W tym miejscu opowiadająca otarła łzę i śmiejąc się wykrzyknęła.:

- I co pan powiesz na to: wczoraj wasze wojska weszły do Jędrzejowa, a dziś doktor zmartwychwstał. Całe miasto go widziało. Idzie przez ulicę, wesoły i życzliwy i uchyla kapelusza. Kłania się WSZYStkim znużony

- Trudno uwierzyć — uśmiechnąłem się.

- Prawda, prawda...Jak Boga kocham na własne oczy widziałem – zaczęli mię upewniać jeden przez drugiego wszyscy obecni.

- W takim razie doktor wcale nie umierał — powiedziałem.

- A pogrzeb, a gestapo, a wszystko to, co opowiedziałam panu? A zresztą, jeśli, pan chce, może pan sam zajść do doktora. Wytłumaczyła mi dokładnie którędy się tam idzie. Wybrałem się z wizytą. Dzień. był niezwykle piękny. Wszystko kąpało się w promieniach słońca. Ulice pełne były ludzi. Powychodzili ze wszystkich piwnic i szczelin, w których chowali się w ciągu pięciu lat. Być może dlatego i słońce było dla nich tak przyjazne. Idąc bez pośpiechu, wsłuchując się w rozgwar zmartwychwstałej ulicy, wyobrażałem sobie i obmyślałem spotkanie z doktorem.

- Więc mam zaszczyt rozmawiać z doktorem – nieboszczykiem – powiem przedstawiając się.
Doktor roześmieje się, opowie smutna historię o tym, jak to zmuszony był „umrzeć”. Jak zrobił sobie zastrzyk i jak potem ukrywał się przez całe cztery lata.
Tak rozmyślając o niezwykłym spotkaniu poszedłem przed dom doktora. Zapukałem. W drzwiach pojawiła się dama w podeszłym wieku, która nie utraciła jednak dawnej piękności. Na obliczu jej malowało się znzeniei smutek.

- Na pewno żona – pomyślałem zapytałem.

- Przepraszam, czy tu mieszka doktor Ciałowicz?

- Tu – odpowiedziała.

- No pięknie, ucieszyłem sie w duszy- więc zmartwychwstał rzeczywiście.

- A pani jest na pewno jego żoną.

- Tak żoną — odpowiedziała z roztargnieniem.

- Proszę mi powiedzieć, czy mógłbym zobaczyć się teraz z doktorem?

Dama głęboko westchnęła i nie od razu odpowiedziała.    

- Niestety. Już cztery lata przeszło, jak doktor umarł.,
Wydało mi się, że kobieta przestraszyła się mnie, oficera obcej armii, którą hitlerowcy tyle lat oczerniali.

- Proszę mi wierzyć. Przyszedłem do was z najlepszymi zamiarami. Proszę nie ukrywać: ja wiem wszystko. Doktor umarł dla Niemców. Lecz w ogóle nie umarł...

- Nie boję się pana, lecz to jednak prawda. Doktor już cztery lata leży w grobie.

- Jak to, i nie zmartwychwstał?

- Nie - gorzko uśmiechnęła się na widok mojego szczerego zdumienia.

- W takim razie, przepraszam...

- Proszę, proszę. Nie pan pierwszy zwraca się do mnie z takim zapytaniem. 18 osób było już tutaj u mnie.

- No co? Był pan? Widział? - zerwawszy się z miejsc, zarzucili mnie wszyscy pytaniami, gdy z powrotem wszedłem do izby. Popatrzyłem na ich promieniejące twarze i znalazłem w-nich odpowiedź, dlaczego doktor zmartwychwstał: To oni zmartwychwstali i zdaje się im, że zmartwychwstaje wszystko. Nie chcąc odbierać im ich radości, odpowiedziałem:

- Niebywałe zdarzenie.
Hałas w izbie wzmógł się jeszcze bardziej. Mówili wszyscy, starając się jeden drugiego przegadać. Ktoś upewniał, że również rozmawiał z doktorem. Ktoś przypomniał sobie o jakimś powieszonym przez gestapo i udowadniał, że widział go gdzieś idącego.. Radzili mi nawet pójść, do powieszonego, lecz na szczęście wezwano nas do sztabu. Nie zdążywszy nawet zjeść obiadu, pomknęliśmy na „Willisie” w kierunku Częstochowy.


Pytam Zbyszka Ciałowicza, jak to naprawdę było z jego ojcem?
Wcale nie tak, jak napisał ów wojenny korespondent. Nie zakopano trumny w ziemi, ale złożoną ją w cmentarnej kaplicy. Mama bowiem chciała pochować ojca w jego rodzinnych Słomnikach, ale trwała wojna, więc wciąż przesuwano ten termin z roku na rok, do lepszych, spokojniejszych czasów i dopiero po tamtej historii ze zmartwychwstaniem, zwłoki ojca spoczęły na właściwym miejscu. Wtedy ta niezwykła historia ze zmartwychwstaniem ojca miała oczywiście posmak takiej okupacyjnej sensacji. Kto ją stworzył i po co? Tego nigdy nie dało się dociec. Ale legenda została.

 * * *

Wczesną wiosną, gdy Rosjanie zadomowili się już w Niemczech, ruch wielkiej, sowieckiej armii zmienił kierunek. Rosjanie wracali teraz na wschód, do siebie i przez nasze miasteczko znowu przewalały się tabuny żołnierzy. Każdego wieczora zajmowali nasze domy na swoje kwatery i wyciągali z worków zdobyczne trofea. Kwitł wtedy handel wymienny, jak za dawnych Słowian. Za butelkę samogonu i kilka główek cebuli można było dostać sporo cennych rzeczy. Maszynę do szycia marki „Singer” na przykład, albo rower damkę z szerokimi kołami, albo radioodbiornik zakazany wcześniej przez Niemców.
Hirek Zdun zza gipsiarni, który za Niemców pracował w młynie „Róż” u pana Klimczaka w taki właśnie sposób przykrył mięciutkim, perskim dywanem glinianą podłogę w swojej chałupie. Opijali go potem z żołnierzami na kwaterze chyba za mocno, bo na drugi dzień jego żona długo czyściła dywan z rzygowin i papierosowych skrętów.