Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 7)

b-1aJakoś jesienią 1944 roku, gdy sowiecki front zatrzymał się na Wiśle, Niemcy wprost z podwórka zgarnęli Janka Zająca do kopaniu rowów strzeleckich budowanych wzdłuż rzeki Nidy, dla powstrzymania rosyjskiej ofensywy. Była to zupełnie niewolnicza praca łopatami i kilofami, zwłaszcza, że pilnujący ich Ukraińcy zachowywali się często jak prawdziwe bestie. Bili o byle co kolbami swoich karabinów, albo nahajami, takimi splecionymi ze skóry. Janek mówi, że dostawało się każdemu, kto nie wykonał wyznaczonej normy, to jest 10- ciu metrów okopu o szerokości 80 cm i jednego metra głębokości. I tak przez cały dzień, od świtania do zmierzchu.
Dopiero w nocy można było trochę odpocząć. Gromadzono ich wtedy w różnych dworskich stajniach i stodołach. Mężczyzn i kobiety razem, więc Janek mógł się wtedy nasłuchać, jak nigdy wcześniej, różnych nocnych jęków, szeptów i przyśpieszonych oddechów. I były to dla niego taka pierwsza lekcja szybkiego, męskiego dojrzewania. Nie tylko fizycznego.
Tymczasem front na Wiśle odzywał się coraz częściej i coraz głośniej. Nad głowami ludzi pracujących przy okopach przelatywały sowieckie samoloty zwiadowcze i bywało, że zrzucały bomby. Wywoływało to strach i postanowienie, że trzeba uciekać, schować się gdzieś i przeczekać, aż wejdą Rosjanie..
Janek Zając ze swoim kumplem, również Jankiem Farnenem, też postanowili uciekać. Nacinali właśnie karpinę (gałęzie wierzbowe) konieczną do obudowania okopów strzeleckich, kiedy nagle nadleciał samolot i pilnujący ich Ukraińcy pobiegli schować się do rowu. Wtedy skoczyli w pobliskie krzaki. Czas jakiś biegli przed siebie i kiedy zdawało się, że są już wolni, że się udało, jak spod ziemi stanęło przed nimi dwóch Niemców w czarnych, esesmańskich mundurach.
W Janku odezwał się ten sam strach, który był w nim jeszcze od spotkania z Kappem. Rzucił się wiec do ucieczki. Słyszał za sobą niemiecki krzyk: „halt, halt”, ale nie zwolnił biegu, choć kule świstały obok. Przeprawił się potem przez Nidę, ominął Motkownice i okrężną drogą wrócił do domu. Miał szczęście. Tylko to cholerne jąkanie jakby znowu stało się mocniejsze.

  * * *

Wielu z naszych znajomych, pracujących przy okopach nad Nidą, zabrali z sobą cofający się Niemcy. Mojego późniejszego teścia, Józefa Musiała, zagonili aż do Wrocławia. Budował tam umocnienia dla twierdzy „Breslau gdzie kilka razy otarł się o śmierć. Potem Ruscy wypytywali go na przesłuchaniach, skąd się tu wziął i czy on nie szpion czasem, niewolnika udający.
Nasz sąsiad Rysiek Leśniewski wrócił do domu z okopów dopiero gdzieś po pół roku i pamiętam do dziś krzyk jego mamy, gdy go zobaczyła nagle w sieni naszego domu. RYYYSIUUU!!. RYYYSIUUU!!.

 * * *

W czasach okupacji niemieckiej każde kościelne święta, szczególnie Boże Narodzenie i Wielkanoc obchodzone były w sposób nader uroczysty, a nawet powiedziałbym ostentacyjny. Tylko wtedy bowiem mogliśmy legalnie odwoływać się do naszych polskich i narodowych obyczajów, śpiewać na pasterkach „Bóg się rodzi moc truchleje”, mając na myśli wojnę i niemiecką okupację.
Trzeba przyznać, że inny emocjonalny wymiar niż obecnie, miały tamte nasze święta. Może dlatego, że byliśmy wtedy dziećmi z całą potrzebną temu świętu prostotą i wyobraźnią? A może czasy tak się zmieniły, że nie potrzeba już nikomu tamtych niegdysiejszych, patriotycznych uniesień? Święta ponadto nie są już czymś aż tak nadzwyczajnym jak kiedyś. W dzień powszedni jada się teraz lepiej i wykwintniej niźli my wtedy w święta. Żartuje się nawet na ten temat deliberując o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą, albo odwrotnie, że niby te pierwsze są bardziej rodzinne i domowe, bo śpiewa się wspólnie kolędy, czego zupełnie brakuje Wielkanocnemu świętu.
A ja sobie myślę, że ów czas związany ze świętami jest nam po prostu potrzebny dla odnalezienia w sobie owych ludzkich uczuć, bez których nie podobna przecież spojrzeć wstecz, na choćby mijający właśnie rok i wszystkie wcześniejsze lata. Takim refleksjom sprzyja szczególnie owa niezwykła atmosfera wigilijnego wieczoru, kiedy przyczynę owych serdecznych wzruszeń odnajduje gdzieś tam w odległych latach dzieciństwa. Mnie na przykład przychodzi wtedy na pamięć mój rodzinny dom, specjalnie ogołocony przed nadejściem świąt z firan, serwetek, chodników, żeby potem zabłysnąć bielą i odświętnością, zapachami krochmalu i czymś jeszcze, czego już teraz nie mogę sobie przypomnieć, a co czuję do dziś w każdy wigilijny wieczór. Wnosiłem wtedy do domu świerkowy krzaczek, a ze strychu pudło z przechowywanymi w nim choinkowymi cackami. Były one zupełnie inne od dzisiejszych, tych szklanych z supermarketów, bo własnej roboty, misternie posklejane z jajowych wydmuszek, kolorowych papierków i słomianych rurek. Każde takie cacko wieszane na gałęzi drzewka było znajome, własnymi wypieszczone rękami, wyposażone w kawałek duszy.
Potem wyjechałem z domu do różnych szkół i innych miast, ale na święta Bożego Narodzenia zawsze starałem się wrócić do gniazda. Tam bowiem była ciągłość czasu i wciąż te same, wigilijne wzruszenia.

Teraz też niby obchodzimy święta, ale już nie tak jak dawniej. Nie chodzą już kolędnicy z szopką i gwiazdą betlejemską. Od lat nie widziałem takich w swoich Kusiętach, choć podobno jeszcze tylko na wioskach utrzymuje się dawne, jasełkowe tradycje.
Za to na „Nowy Rok” chodzą teraz kominiarze, zwyczaj przedtem zupełnie nieznany. Moja żona drugi już rok z rzędu wpuszcza ich do domu. Wynikało to chyba z faktu, że niedawno u naszych sąsiadów, zepsuł się „junkers” gazowy i niewiele brakowało, żeby wszyscy domownicy zatruli się czadem, wiec moja żona pomna tej przestrogi woli z kominiarzami trzymać sztamę i zaraz otworzyła im drzwi.
– Bo diabeł nie śpi – powiedziała mi szeptem.
- Z życzeniami noworocznymi przychodzimy - oznajmili zaraz za progiem i wręczyli nam po pocztówce z wizerunkiem kominiarza w cylindrze i napisem u dołu: „Do siego Roku od kominiarzy”. Potem dodali jeszcze od siebie, że kominiarz jak wiadomo szczęście wszystkim przynosi, więc oni winszują nam wszelkiej pomyślności w Nowym Roku, zdrowia i kasy. Żonie pociechy z męża, mnie pociechy z żony, a dobytkowi wszelkiemu przychówku.
Wzruszyłem się przyznaję. Tyle serdeczności od nieznanych mi zupełnie ludzi, więc zrewanżowałem się tym samym, czyli życzeniami zdrowia, szczęścia, pomyślności. I potem nastąpiło jakieś takie krępujące między nami milczenie. Oni zaczęli jakoś dziwnie pochrząkiwać i przestępować z nogi na nogę, żona coś do mnie pomrukiwała, aż jeden z nich powiedział.
- Karta z życzeniami, bynajmniej kosztuje.
- Ależ tak, oczywiście, przepraszam, zmitygowałem się.
- A ile?
- Co łaska.
Dałem więc 10 złotych. Spojrzeli, po sobie po czym orzekli:
- Za mało.
Dołożyłem więc następną dychę i to ich chyba zadowoliło, bo znowu pożyczyli nam wszelkiej pomyślności i poszli kwestować dalej.
Ubawiło nas to oczywiście ale i potwierdziło starą prawdę, że takich jak kiedyś kolędników żadne nowoczesne obyczaje nie zastąpią.
O właśnie.
I o jednym takim wielkim kolędniku musze tu koniecznie opowiedzieć, bo był to dziwak nad dziwaki, znany prawie wszystkim chłopakom z naszego ministranckiego koła. Od lat przecież kręcił się koło klasztoru, pomagał kościelnemu Kazikowi Szczygłowi, (który potem został księdzem), utrzymywać porządki w kościele. Zwoził końmi zboże z pola do przyklasztornej stodoły, albo powoził bryczką, gdy któryś z księży jechał z Panem Bogiem do chorego. Ponadto co rok, jak zapisał, w okresie Świąt Bożego Narodzenia przebrany za jasełkowego króla Heroda przewodził naszej, kolędniczej kompanii. Przylgnął wiec do niego ten Herod tak mocno, że w końcu zapomniano zupełnie, jak nazywał się naprawdę. Herod mówiono na niego i tyle. Pytam Józka Gierczaka, czy pamięta Antka Heroda?
- Oczywiście - odpowiada. Kolędowałem czasem z nim, grałem na harmonii.
- A jak nazywał się naprawdę?
- O, tego jakoś nie zapamiętałem..
Mnie też jego nazwisko uciekło z głowy, choć potem, jako króla Heroda opisałem w swojej książce pt „W cieniu złych drzew”. Tam jednak z powodów beletrystycznych umieściłem sporo, takich literackich ubarwień, a także parę udramatyzowanych scen. Teraz więc napiszę o Antku prawdę i tylko prawdę, gdyż była to postać nader ciekawa, jak zresztą cała tamta nasza, kolędnicza kompania.
Zacznę jednak od pewnego zdarzenia, które stało się właściwie przyczyną, że opisuję to w tej książce.
Otóż gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych, pojechałem do Nowej Rudy na Dolnym Śląsku, odwiedzić swojego kumpla z wojska, Jurka Minicha (był bohaterem mojej książki pt „Las wokół”) Mieszkał już tam od lat i trzymał w ajencji taką podmiejską knajpkę o nazwie „Bonanza”. Oczywiście popiliśmy wtedy okrutnie, bo przecież przez dwa lata w wojsku spaliśmy prycza w pryczę, tak i wspominać było o czym. Dopiero nazajutrz, gdzieś koło południa, poszliśmy do tej jego „Bonanzy” ratować życie.
Była niedziela, już po sumie, wiec przy bufecie kłębił się tłum spragnionych piwoszy. I wtedy Jurek powiedział:
- Zobacz. Ten gościu tam przy oknie też jest z twojego Jędrzejowa. Nazywa się Smorąg.
- Jak?
- Smorąg. Przychodzi tu do mnie często, żeby zarobić na wino. Wrzuca węgiel do piwnicy, albo w zimę odśnieża podjazd, takie tam.
Spojrzałem i aż mnie zatkało. Boże wielki. Czyżby to był ten nasz dawny król Herod?. Musiałem to sprawdzić, więc wziąłem swój kufel z piwem i podszedłem.
Tak, to był on. Postarzał się tylko, zmalał jakby i wyraźnie brakowało mu dawnego wigoru w ruchach, gestach i słowach. Tylko twarz mimo zmarszczek ciągle była znajoma.
- Pan szanowny byłeś u mnie kolędnikiem? – zdziwił się -. Aniołem? Nie pamiętam, popatrz pan, nie pamiętam. Tyle lat przecie przeleciało. Komu zresztą dzisiaj potrzebne są tamte, stare historie? Powiedz pan komu?
Mówiąc to uśmiechnął się jakoś niezdarnie skrzywieniem warg i uniósł do góry dłoń. Ten jego gest i ten uśmiech na moment przypomniały mi go z tamtych, kolędniczych lat.
To był w ogóle bardzo dziwny chłopak. Miał chyba duszę artysty, bo zawsze z nadejściem jesieni kupował za wszystkie zarobione w klasztorze pieniądze konieczne do jasełek akcesoria: tkaniny na kolędnicze szaty, złocone papiery na korony dla trzech króli i białą gazę na welony dla bożych aniołów. Siedział potem i zszywał to wszystko, kleił i przymierzał kolędnikom na próbach.
Tamtej ostatniej, okupacyjnej jesieni Antek Smorąg, jakoś na miesiąc przed Bożym Narodzeniem ogłosił nabór na wolne miejsca w swojej jasełkowej kompanii. Kto wtedy został przez niego wybrany, ten wiedział, że przez okres świąteczny, czyli gdzieś do Matki Boskiej Gromnicznej, zarobi parę groszy i jedzenia trochę do domu przyniesie. Garnęli się więc chłopaki do kolędowania, szczególnie z tych biednych domów w większej nawet ilości, niźli było postaci w jasełkowym przedstawieniu.
Tak już było, że w każdą ostatnią niedzielę listopada, Antek Herod, zwoływał do przyklasztornej dzwonnicy wszystkich starych kolędników i tych, którzy chcieli nimi zostać, na takie zebranie poświecone jasełkom. Stara dzwonnica nadawała się do tego jak ulał, bo wszystko tu było jakby specjalnie stworzone dla jasełek. Nad naszymi głowami wisiały dzwony na masywnych, drewnianych rusztowaniach. Przez zabielone od mrozu szyby sączył się do wnętrza blask dnia i srebrzył krople rosy, zastygłe na pajęczynach między belkami stropu. Antek Herod siadał wtedy na swoim tronie, to znaczy na takim starym, kościelnym fotelu i zaczynał rozdzielać kolędnicze role. Miał do tego prawo, bo jego to były jasełki, jego kostiumy i jego sprawa. Niczym więc prawdziwy król patrzył teraz na stojących w szeregu chłopaków i skinieniem dłoni decydował ostatecznie, kto tej zimy będzie świętym Józefem, kto królem Melchiorem, kto odgrywać będzie Żyda, komu przypadnie kosa i kto poniesie gwiazdę.
Znalazłem się prawie na końcu tego szeregu. Przegapiłem ów moment, gdy kilku chłopaków, wcale nie wyższych, wkręciło się przede mnie. Przestraszyłem się nawet, że dostanę najgorszą rolę, owieczki na przykład, albo, co nie daj Boże, głupiego, kłapouchego osła. Wyciągałem więc rękę jak najwyżej do góry, stawałem na palcach, prężyłem grzbiet, żeby tylko król Herod dostrzegł moją gorliwość.
- Pamięta pan, jakie role nam pan wtedy przydzielił? – zapytałem.
- E, skąd, panie. Tyle lat przecież minęło – odpowiedział i sięgnął po kufel z piwem.
- To ja panu przypomnę. Trzema królami zostali: Stachu Zajtz, Rysiek Leśniewski i mój starszy brat Staszek. Rolę archanioła zwiastującego rychłe nadejście zbawiciela otrzymał Zygmunt Majchrzak, zaś śmierć z kosą przedstawiał Antek Pietrzyk, bo wysoki był i chudy, to się do tej roli najbardziej nadawał.
- A Waldka Wyrozumskiego pan pamięta?
- A jakże. Przecie był najważniejszym moim kolędnikiem. „Zwierz” go nazywali, nie?
Rzeczywiście. Waldek grał diabła i do tej roli pasował jak ulał. Sam bowiem wyglądał demonicznie. Śniady na twarzy, trochę dziobaty, z gęstą czarną czupryną na głowie. W dodatku brakowało mu jednej nogi.
Stracił ją na kolejce, kiedy którejś zimy wybierał z wagonu węgiel na opał do domu. Zauważył to niemiecki strażnik kolejowy zwany „banhucem” i zaczął strzelać. Waldek spadł z wagonu, a że kolejka była w biegu, dostał się pod koła i stracił nogę, trochę powyżej kostki. Był to jednak chłopak, który tak łatwo z życia nie rezygnował. Gdy ochłonął trochę po tym wypadku, to zaraz zmajstrował sobie protezę. Znaczy taki drewniany taboret, który pasami przymocowywał do tego kikuta, jak mu po tym wypadku pozostał. Chodził potem na nim i nawet biegał i nikt nie uwierzy, ale grał również w piłkę na bramce w naszej poklasztornej reprezentacji i to jak, że Ciałowicz z „Naprzodu” mógł się schować. Gdy mu piłka dobrze podeszła pod ten taboret, to długo jej potem było szukać.
Tamtej wiec niedzieli w klasztornej dzwonnicy wszystkie kolędnicze role zostały rozdane i co wieczór teraz ćwiczyliśmy naszą, jasełkową kolędę.
Tyle, że Antkowi Herodowi ciągle czegoś w naszych staraniach brakowało. Walił wtedy berłem w oparcie swojego tronu i wołał głosem starego króla.
- Głośniej śpiewać, głośniej. Śpiewy muszą być radosne i od serca, żeby wszyscy wiedzieli, że Bóg się nam narodził. Pan wszelkiego stworzenia.
Do świąt Bożego Narodzenia brakowało już wtedy kilku dni. Zima na dworze zrobiła się czarna, bez śniegu, tylko mróz trzymał tak mocny, że zamieniał kolędnikom słowa w białe obłoczki pary.
Tamtego jednak roku po raz pierwszy w swojej kolędniczej karierze, król Herod jakoś pechowo obsadził niektóre jasełkowe role. Odnosiło się to głównie do postać Żyda. Nikt wówczas nie przypuszczał, że wyniknie z tego taki skandal.
- No, bo powiedz pan, kto mógł przewidzieć, że ten cholerny Szwab, tak się opije? – zapytał Antek Smorąg, gdy podeszliśmy do bufetu po następne piwo. W każdym jasełkowym przedstawieniu był Żyd i nigdy nikomu to nie przeszkadzało. Żyd to był Żyd, rola do śmiechu i tyle.
- A w tamten wieczór – pamięta pan?
Próbowałem wówczas, przypomnieć sobie chłopca, któremu król Herod, tamtej wojennej kolędy przydzielił rolę jasełkowego Żyda. Mieszkał z matką w barakach nad Brzeźnicą, gdzie ulokowani zostali ludzie przywiezieni z Warszawy po upadku powstania. Nie był więc znany w miasteczku.
- Nos go zgubił, wiesz pan? - powiedział Smorąg - Taki garbaty żydowski nos, duży jak kościelna gaśnica do świec.
Piliśmy już kolejny kufel piwa i wspominaliśmy ową nieszczęśliwą kolędę w drugim dniu świąt Bożego Narodzenia 1944 roku. Mróz trzymał wtedy siarczysty, skrzypiał pod butami i pod kołami furmanek, bo dla sanek za mało spadło śniegu tamtego grudnia.
Za namową księdza Ligusińskiego dziedzic z Laskowa pierwszy po nas przysłał konie. Dwa mocne siwki ciągnęły duży, drabiniasty wóz, żeby wszystkich zmieścić i kostiumów nie pognieść. Król Herod zgodnie ze starszeństwem siedział na przedniej ławeczce obok woźnicy, starego, jednookiego Żaka, za nim zaś cała reszta kolędników. Konie szły pomału krok za krokiem, a my śpiewaliśmy sobie kolędy dla próby, dla wprawy i fantazji. Poprzez wiatr, mróz i szronem okryte pola niosły się nasze głosy: „Hej kolęda, kolęda, Jezus się narodził...”
Dojeżdżaliśmy już do dworskich budynków, psy wyły na mróz, pierwsze zimowe mroki czaiły się sinym kolorem w drzewach okalających dwór, a księżyc bladym rogalem wysunął się na niebo.
- Żebym ja wtedy wiedział, panie, że u dziedzica we dworze są Niemce, nie wszedłbym tam z kolędą za Chrystusa Pana - powiedział Smorąg. Nie wszedłbym, bo nie dla niemieckich okupantów z Bogiem Nowonarodzonym my chodzili. Ale ja, panie, nie czuł niczego. Żadnej przestrogi, żadnego natchnienia od Boga. Nic.
Dziedzic, jak przystało na gospodarza, wyszedł przed budynek, żeby powitać kolędników. Był po świątecznemu trochę podchmielony, błyskał białymi zębami spod sumiastych wąsów i obiecywał jadło oraz zapłatę za kolędę, zaraz po zakończeniu jasełek.
- Jak wam dam znać klaśnięciem w dłonie, to wejdziecie do salonu i zaczniecie przedstawienie – mówił. Mam tu u siebie cudzoziemskich gości i wy dla nich stanowić będziecie największą świąteczną atrakcję.
Staliśmy półkolem na dziedzińcu przed dworem i wtedy król Herod jeszcze raz, krok za krokiem, obejrzał nas dokładnie, niektórym poprawił części garderoby, innym z aprobatą skinął głową.
- Mnie pan wtedy poklepał w policzek i mocniej przypiął skrzydło do ramienia – przypomniałem. Te skrzydła były dla mnie za duże, a przyklejone do nich gęsie pióra co krok zawadzały mi o falbanki długiej, kościelnej komży.
- Byłem wtedy najmłodszym pańskim kolędnikiem, pamięta pan?
Skinął głową jakoś odruchowo, widocznie szukał w myślach tamtego, odległego już czasu, gdy staliśmy przed dworem oczekując na znak do rozpoczęcia ostatnich dla nas wszystkich, kolędniczych jasełek.
- Zapraszam - zawołał dziedzic od drzwi i zaraz potem zabrzmiał Herodowy bas: „Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem”. Wchodziliśmy do budynku odegrać sceny z narodzenia Pana.
Towarzystwo w salonie było już pięknie podpite, zapewne samogonem upędzonym z najlepszych do tego buraków cukrowych. Za stołem, pośród innych gości, siedziało również trzech Niemców w poluzowanych pasach i rozpiętych na piersiach mundurach.
- Ja, ja, gut - kiwali nam rękami na powitanie. Gut, polnische - kolędni... kolędni...ki - powtarzali z trudem słowa dziedzica i unosili w naszym kierunku napełnione wódką kieliszki. Zdawali się być rozbawieni i przyjaźnie nastawieni do ludzi i świata. Tylko te ich pistolety przypięte pasami na brzuchach wywoływały w nas niepokój. Byliśmy przecież dziećmi wojny, świadomi, że w każdej chwili ta niemiecka broń może w naszym kierunku wystrzelić.
Przedstawienie szło więc opornie, śpiewy brzmiały fałszywie, półgębkiem, a gesty sztywniały w pół słowa.
Stałem obok Jezusowego żłobka, jak na Anioła przystało i rozglądałem się po salonie. Niemcy, choć nie rozumieli słów, ryczeli gardłowym śmiechem, klepali się z uciechy po grubych udach i co chwilę sięgali po kieliszki z samogonem. - Prosit - mówili w naszym kierunku - prosit.
- Aż przyszedł ten moment. Pamięta pan, panie Smorąg?
- Pamiętam – odpowiedział. - Tamtą scenę mam ciągle przed oczami, jakby dzisiaj się działa. Żyd zapukał do drzwi salonu - stajenki. Święty Józef zapytał - kto tam?
- Jak to kto? - Padło zza drzwi - My, Żydkowie.
- A ile was?
- Raz
- To wchodź, Żydzie.
- Już go idzie - odpowiedział czarnowłosy Janek, o którym mówiono w miasteczku, że bardzo dzielne walczył w harcerskich szeregach w czasie powstania warszawskiego.
Ubrany był jak przed wojną nosili się Żydzi w chałat i jarmułkę z nieodłącznym workiem - sakwą na plecach.
Na jego widok Niemcy nagle przestali się śmiać i ze zdziwieniem spojrzeli na gospodarzy.
- Jude? – zapytał jeden z nich wskazując palcem Janka.
- Jude, jude - potwierdził rozbawiony dziedzic. Prawdziwy jude, jak Boga kocham.
Najstarszy z Niemców zaczął nagle czerwienieć na twarzy. Widziałem to dobrze, bo stałem na wprost niego u wezgłowia żłobka. Nie umiałem tylko zrozumieć, co mówił podniesionym głosem.
Dopiero ten drugi Niemiec zaczął tłumaczyć słowa swojego kolegi łamaną polszczyzną.
- Pan oberlojtnant mówią, że to prowokacja. Jak można pokazywać Żyda w obecności niemieckiego oficera?
Zabrzmiało to groźnie i od razu powiało strachem. Kolędnicy wnet znieruchomieli, upodobnieni teraz do figur z kościelnych szopek, a w całym salonie zaległa cisza.
Wtedy któryś z Niemców roześmiał się głośno, ale jego koledzy nie zawtórowali mu wesołością. Byli pijani, przez to nieobliczalni, jak wszyscy żołnierze z bronią w ręku i w pijanym transie. Ten ich Oberlojtnant wstał wtedy od stołu i pomału odpinał kaburę z pistoletem.
- Jude, kom - wysyczał przez zęby i skinął zgiętym palcem na Janka. - Kom, Jude...
Zrobiło się cicho. Nikt przecież nie mógł wiedzieć, ile w tym jego zachowaniu było pijackiego żartu, a ile prawdziwego hitlerowskiego antysemityzmu. W okupacyjnej rzeczywistości jedno i drugie miało w sobie tę samą grozę.i wtedy, w tej nagłej ciszy otworzyły się drzwi i do salonu wszedł pan, panie Smorąg, z królewskim berłem w ręku i herodową koroną na głowie. Szedł pan odważnie w stronę swojego Żyda i śpiewał głośno kolędę o nowonarodzonym Bogu. Goście przy stole wnet podjęli ten pański śpiew. „Bóg się rodzi, moc truchleje
Niemiec na moment znieruchomiał. Może otrzeźwiał, może przestraszył się tego naszego solidarnego kolędowania? Front stał przecież na Wiśle, Niemcy dziwne spokornieli. Mówili: wojna kaput, Hitler kaput. Nie było już w nich ani tamtej buty, ani tamtej pewności siebie, jaką demonstrowali jeszcze rok temu.
Pan tymczasem objął ramieniem Janka – Żydka, przytulił do siebie i próbował wyjść z nim za drzwi salonu. Ale Niemcowi widać nie spodobała się pańska odwaga, bo krzyknął: Halt!, halt!
Pana to jednak nie przestraszyło. Nie zatrzymał się pan ani nie odwrócił głowy.
I wtedy padł strzał. Huk zmieszał się z krzykiem ludzi, piskiem kobiet i zapachem prochu. Salon wnet opustoszał, tylko pan stał w miejscu odważnie, jak na prawdziwego króla przystało.
Antoni Smorąg uśmiechnął się tylko na to wspomnienie, pomału zdmuchnął pianę z jasnego piwa i powiedział.
E tam. To był tylko taki głupi, szwabski żart. Nie takie rzeczy za okupacji się widziało. Mówił to głosem trochę ochrypłym, zdartym i niewyraźnym, bo jak mówili jego kumple z „Bonanzy” dawny jego, królewski bas, zżarła astma, papierochy i zimne piwo.

  * * *

Wojna wyraźnie miała się już ku końcowi. Zwiastunem tego były rosyjskie samoloty zwiadowcze, takie pyrkające silnikami powolne dwupłaty, które zawieszały na niebie niewielkie spadochrony, na których zapalały się świece tak jasne, że widno było od nich, niczym przy elektrycznych lampach w głównej nawie naszego kościoła. Świat zmieniał się wtedy, stawał się inny, czarno-biały, pełen niekształtnych cieni i nierealnych widoków.
- Zdjęcia fotograficzne przylatują robić, żeby się dowiedzieć, jakie Niemcy umocnienia porobili - twierdził mój brat Staszek i nie wiem czemu, ale nie pozwalał mi wtedy wychodzić na dwór. A ja właśnie, w tych nadzwyczajnych, wieczornych oświetleniach, chciałem zobaczyć, jak wygląda nasz dom, ulica i okolica.
W kilka tygodni potem, całą ulicą Klasztorna w kierunku Nagłowic i Częstochowy, nieprzerwanie toczyła się fala uciekających Niemców. Pośród ciężarówek i innego wojskowego sprzętu sporo też było zwyczajnych, wiejskich furmanek, zwanych wtedy podwodami, które Niemcy razem z woźnicami zabrali okolicznym chłopom. Na tych furmankach jechało pełno niemieckich żołnierzy z obandażowanymi głowami, z rekami na wystających temblakach i z nogami przywiązanymi do desek. Same nieszczęścia wojny. Ludzie mówili, że byli to ranni wermachtowcy pośpiesznie wywożeni z wojskowego szpitala przyfrontowego, jaki w budynku jędrzejowskiego gimnazjum urządzili Niemcy.
Dla nas, Polaków, był to jednak widok piękny. Zaledwie parę lat temu, kiedy wkraczali do naszego miasta, byli pucułowaci, zadbani, eleganccy. Teraz zaś wieźli na tych furmankach swoje klęski, zawszone ubrania, smród ropiejących ran i niepewność każdej chwili. W oczach mieli psią pokorę, a napotkanych przy zagrodach ludzi prosili tylko o garnuszek ciepłej wody, który miał im przynieść ulgę i ogrzać ich strach.
Nasza mama postanowiła wtedy, że na czas frontowych przesileń pójdziemy do takiej przyszywanej ciotki Jagody w Sudole, zaraz za klasztorem.
- Bo wieś, to zawsze wieś – mówiła - raźniej tam będzie i bezpieczniej.
Byłem u tej ciotki już kilka razy, więc i teraz, niepostrzeżenie wymknąłem się z domu i pobiegłem do sadu, gdzie wdrapałem się na ulubioną gruszę. Stąd, spomiędzy osiwiałych od szronu gałęzi, patrzyłem na rozległe wokół pola i opustoszałą już drogę na Częstochowę. Było cicho, ale tam, od strony Laskowa, wzdłuż linii dzielącej białe od śniegu pola, od szarego nieba, szły już rzędem radzieckie czołgi. Strzelały, bo co jakiś czas pokazywał się dym i błyskały przy lufach ognie. Do mojego drzewa dolatywały na razie ich dalekie odgłosy, przytłumione i zdawało się niegroźne.
- Złaź stamtąd natychmiast - zawołała matka. - Nie słyszysz? Front ruszył.
W schronie wykopanym pod gospodarską oborą, specjalnie na czas wojny schowały się już obie rodziny. Zabarykadowane drzwi dawały złudne bezpieczeństwo. Nie słychać tu było jeszcze odgłosów toczącej się wojny, ale moja mama i tak, na wszelki wypadek, rozpoczęła modlitwy.

„Pod Twoją obronę
Uciekamy się
Święta Boża Rodzicielko”.

Miała chyba rację, bo nagle cały schron zaczął drżeć i sypać na głowy piach z rozdygotanej od wybuchów ziemi. Wszyscy już teraz odmawialiśmy modlitwy z jakimś wewnętrznym przekonaniem, że nam, ufającym, nic złego zdarzyć się nie może.
Rosjanie tymczasem byli już we wsi. Nagle zrobiło się cicho, jakby wojna dobiegła już końca, więc wyszliśmy z piwnicy i razem z ludźmi z pobliskich domów pobiegliśmy w stronę klasztoru. Widok przed nami okazał się bardzo wojenny. Jakiś pocisk artyleryjski ustrzelił jedną z klasztornych wież. Górna jej część, ta z krzyżem, zwisała teraz w dół, smutnie jakoś, jak łza. Nie wiem czemu ale tak jakoś plastycznie widok ten odebrałem.
A obok domu parafialnego stały już wtedy dwa sowieckie czołgi z czerwonymi gwiazdami wymalowanymi na pancernych wieżyczkach. Obok nich kręciła się spora już grupka ludzi z Podklasztorza. Witali się serdecznie krasnoarmiejcami, ściskali im dłonie, poklepywali po plecach i częstowali samogonem. Rosjanie okazali się bowiem bardzo swojscy, roześmiani, weseli i po proletariacku serdeczni. Zupełnie inni, niż wyniośli i pańscy Niemcy.
Ci młodzi chłopcy w czapkach uszankach, w dziwacznych, filcowych butach bez obcasów i w watowanych, zatłuszczonych smarami kufajkach tańczyli teraz wokół stojących czołgów do rytmu grającej harmoszki i śpiewali swoje wesołe piosenki o Katiuszy i miłości, tak, że niektóre dziewczęta, ośmielone ich zwyczajnością, szybko do tańczących Rosjan dołączyły.
- „Rozkwitali jabłoni i grusze” - śpiewano wnet wspólnie, bo nawet słowa piosenki były zrozumiałe a i melodia okazała się skoczna, podobna do naszego oberka.