Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 6)

b-1aWszyscy partyzanci działający w Jędrzejowie i jego bliższych lub dalszych okolicach, nazywani byli „Jędrusiami”. Nieważne z jakiej orientacji politycznej pochodzili. Z Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich czy Gwardii Ludowej. Jędrusie to byli i kropka. Hołubili ich wtedy wszyscy i z taką estymą w głosie opowiadali o ich brawurowych wyczynach. Jak to któregoś dnia ogołocili z towarów żywnościowych sklep Spółdzielni Rolniczej i to w biały dzień, pod nosem Niemców. Albo gdy odbili wszystkich więźniów politycznych z budynku gestapo przy głównej ulicy miasteczka. Albo kiedy pociąg niemiecki z zaopatrzeniem dla frontu wysadzili w powietrze, aż parowóz spadł z nasypu kolejowego, prosto do stawu przy Pompce. Ileż to wtedy mieliśmy satysfakcji i ukontentowania w takim zwyczajnym ludzkim odczuciu winy i kary. Byli przecież w tych Jędrusiach nasi bliscy i znajomi. Nawet msze święte w ich intencji zamawiano w kościele, żeby Bóg wszechmogący otoczył ich opieką i zachował od nieszczęść wszelakich.
Tak mi się wydaje, że moja mama też do tych Jędrusiów należała. Nigdy o tym nie chciała mówić, ale pamiętam przecież jak przychodzili do nas różni obcy ludzie, ale i znajomi również. Marcin Sobolewski, na przykład, albo najstarszy z Gierczaków i Mama brała od nich jakieś pakunki, chowała pod spódnice i gdzieś odnosiła. Nie bez powodu przecież mieliśmy w domu aż trzy niemieckie rewizje, wszystkie bardzo dokładnie przeprowadzane przez gestapowców. Potem, już po wojnie, kilkakrotnie wzywano mamę na UB i przesłuchiwano na tamtą właśnie okoliczność.
 
Jakoś z końcem maja 1943 roku ci właśnie, jędrzejowscy „Jędrusie” zorganizowali zamach na najbardziej okrutnego kata naszego miasta, gestapowca, unterscharfiihrera SS, Helmuta Kappa.
O jego bestialstwach opowiadano w całym Jędrzejowie. Lubił podobno co rano zabierać z aresztu na gestapo jakiegoś Polaka i rozstrzeliwać go za cmentarzem. Bił też szpicrutą ludzi na ulicy, gdy ktoś nie zszedł mu z chodnika i strzelał do chłopów na jarmarku.
Irena Wielińska, nasza szkolna koleżanka, widziała na własne oczy jak przy ulicy Pińczowskiej tenże Kapp najpierw rzucił małej żydowskiej dziewczynce cukierka, a gdy się po niego schyliła, zastrzelił ją na oczach wielu ludzi.
Rysiek Leśniewski widział jak na koniu wjechał w czasie mszy do klasztoru, a Maniek Kałwa jak nad stawem za browarem, zastrzelił jakiegoś człowieka, gdy nie chciał mu oddać złowionych ryb.
Janek Zając też zapoznał się z jego szpicrutą.

- Kapp miał w zwyczaju objeżdżać teren powiatu na koniu – opowiada Janek. Gdy zobaczyłem go tamtego dnia, pomyślałem, że to jakiś żołnierz, co pogubił drogę. Pognałem więc ku niemu wiedziony zwyczajną, dziecięcą ciekawością i kiedy wbiegłem na drogę, jego koń, nie wiedzieć czemu, nagle się przestraszył i stanął dęba. Ten żołnierz, Niemiec jak się okazało zeskoczył wtedy na ziemię i zaczął mnie okładać swoją nahajką.
Zacząłem uciekać. Ale on poszczuł mnie swoim psem, takim wielkim, wypasionym wilczurem, który wnet mnie dopadł i przewrócił na ziemie. W tym strachu nie czułem nawet jego zębów, tylko jakieś przeogromne, porażające przerażenie. Gdy Niemieć w końcu zawołał swojego psa, byłem jak nieżywy. Chwilę jeszcze leżałem na ziemi, aż ucichło parskanie oddalającego się konia i dopiero wtedy powlokłem się do domu. Ojciec przybiegł z pola i aż załamał ręce.

- To był Kapp – mówił - Bogu wielkie dzięki, że cię nie zastrzelił na śmierć. Bogu dzięki.

- A skąd twój ojciec wiedział, że to był Kapp? – zapytałem w trakcie tej rozmowy.

- Bo widział go kiedyś na jarmarku w Jędrzejowie. Ludzie straszne rzeczy o nim opowiadali. Podobno dzieci też dla zabawy zabijał.
Janek tymczasem wyglądał kiepsko. Mama białymi kawałkami płótna opatrywała mu pogryzione miejsca i mówiła:

- Będzie dobrze, synku, zobaczysz, będzie dobrze.
Niestety. Wszystko, co najgorsze miało dopiero nastąpić. Gdy ochłonęli trochę po tym zdarzeniu z Kappem, okazało się, że Janek stracił mowę. No może nie dosłownie, ale jąkać się zaczął tak bardzo, że jednego słowa nie potrafił wypowiedzieć normalnie.
Cała wioska śmiała się potem z jego nieszczęścia, a dzieci, jak to dzieci, wołały za nim: Jąąkaała, jąąąkała, gębaa mała.
Dopiero w jakiś czas potem, gdy został ministrantem w swoim kościele, spostrzegł kiedyś na nieszporach, że gdy śpiewa, to się nie jąka. Z wrażenia aż zamilkł. Potem spróbował zaśpiewać jeszcze raz i jeszcze raz. Wsłuchał się w to swoje śpiewanie i rzeczywiście. Słowa wypowiadał płynnie i składnie jak wszyscy normalni ludzie. Boże wielki. Jaką to odkrycie dało mu radość.

-To może być sposób na to moje cholerne jąkanie – pomyślał.
Każdą więc teraz wolną chwilę wykorzystywał na śpiewanie. Wychodził za stodołę albo do lasu i śpiewał, śpiewał, śpiewał. Pewnie dlatego ma do dziś tak mocny głos i zna sporo piosenek.
Ta jego uparta walka z jąkaniem trwało oczywiście lata całe, bo aż po szkołę średnią. Ale wygrał ją w końcu, co najważniejsze bez pomocy i udziału żadnych logopedów czy innych tego typu specjalistów, co zresztą w tamtych czasach było wręcz nieosiągalne. Pokonał swoją ułomność w sposób tak ewidentny, że potem przez całe lata w różnych sądach całego kraju, wygłaszał długie i co najważniejsze, płynne przemówienia.

 * * *

Kapp tymczasem szalał w Jędrzejowie. Dowództwo AK, czyli oczywiście „Jędrusie” powiedzieli w końcu stop i wydali na drania wyrok śmierci.
Cały Jędrzejów opowiadał potem o tej akcji. Byli nawet tacy, co wszystko z detalami na własne oczy widzieli. Najbliższy prawdy okazał się wtedy Sławek Karczewski zwany przez kolegów „Zapałeczką” bo tamtego wieczora, jak codziennie zresztą, przyszedł do sklepu pomóc w sprzątaniu. Jego mama miała trafikę, znaczy taki sklepik na rogu ulic 11-go listopada i Prostej (dziś dr Kwarty), gdzie sprzedawała tytoń, bibułkę i papierosy. Tam właśnie, na wprost jej trafiki, odbył się zamach na Kappa. Sławek usłyszał nagle strzelaninę na ulicy, więc podszedł do okna i zobaczył, jak jakiś człowiek po cywilnemu odpinał pas z bronią leżącemu na ziemi Niemcowi. Obok, jakaś kobieta oparta o ścianę domu krzyczała wniebogłosy, inni zaś, chyba też „Jędrusie”, strzelali do drugiego z Niemców i wycofywali się w dół ulicy Prostej.

- Potem mama szarpnęła mnie za ramię i odesłała do domu na górę – kończył Sławek swoją opowieść.
Takich i podobnych relacji o zamachu na Kappa było w Jędrzejowie sporo. Ponieważ w wielu miejscach różniły się one w sposób zasadniczy, wiec dopiero książka, Andrzeja Ropelewskiego (też „Jędrusia”) pt:„W jędrzejowskim obwodzie AK” opowiedziała nam prawdę.
Andrzej Ropolewski pisze o tym tak: (strona 83)

„Z końcem 1940 r. w Jędrzejowie pojawił się pochodzący z Kuźni Raciborskiej renegat, Konstanty Kapuścik, który jako Helmut Kapp sprawował funkcję tłumacza w tamtejszej placówce gestapo. Niemcy nadali mu niski stopień podoficerski unterscharfiihrera SS (według niektórych relacji rottenfiihrera).
Kapp zdobył sobie ponurą sławę krwawego mordercy na terenie powiatu jędrzejowskiego i włoszczowskiego. Mówiono powszechnie, że miał na sumieniu blisko 90 Polaków i ponad 360 Żydów, których własnoręcznie pozbawił życia.
Z początkiem maja 1943 r. komendant Jędrzejowskiego Obwodu AK, wydał rozkaz wykonania wyroku śmierci na hitlerowskiego oprawcę. Rozkaz ten przekazano dwóm grupom AK z terenu Jędrzejowa.
Po otrzymaniu rozkazu przystąpiono do przygotowania terenu, a następnie próbowano zlikwidować Kappa bądź na cmentarzu jędrzejowskim, bądź w lesie łączyńskim (na południe od miasta), gdzie zazwyczaj mordował swoje ofiary. Kapp nie wpadł jednak w zasadzkę. Postanowiono zatem zabić go wychodzącego z siedziby gestapo lub tam powracającego. Sposobność nadarzyła się 31 maja1943 roku. Trójka Niemców tj. Helmut Kapp, któremu towarzyszył kierowca z gestapo Tierling oraz pracownica miejscowego Arbeitsamtu, E. Majer wracała właśnie z cukierni przy ulicy Kieleckiej do gestapo. I wtedy dokonano zamachu na Kappa. Akcją kierował porucznik Hieronim Piasecki pseudonim „Zola”, który tak o tej akcji opowiada:
Najdogodniejszym miejscem na zamach, ale i bezpieczne wycofanie,było skrzyżowanie ulicy 11-go Listopada z ul. Prostą. Idziemy za Kappem i jego Niemcami w pewnej odległości, ale oni już nas chyba zauważyli, bo oglądają się, a potem, przechodzą skrzyżowanie z ul. Dolną, i kierują się na skrzyżowanie z ulicą Prostą.
Oby je przeszli, to spełniają się nasze życzenia. Przeszli i zatrzymali się po jej drugiej stronie. Odwracają się potem do nas, Kapp wchodzi na środek jezdni ulicy 11 Listopada. Tierling zajmuje przeciwny trotuar ulicy Prostej, próbuje nam zamknąć drogę ucieczki i wyjmują broń.
Mam z lewej strony «Ryszarda», z prawej «Witusia». Nasze zadanie jest proste: wykonać wyrok na Kappie. Robimy to razem z Kajderowiczem. Staszkiewicz ma wiązać ogniem Tierlinga. Meyerównę oszczędzamy jako osobę cywilną i kobietę.
Gestapowcy próbują nas zaskoczyć, chcą byśmy podeszli bliżej. W odległości około 20 m od nieprzyjaciela daję sygnał do akcji. Strzelamy w biegu. To ich zaskoczyło. Kapp już za pierwszymi naszymi strzałami zostaje ranny w rękę i nogę. Jest wzięty w dwa ognie. Wali się wreszcie na jezdnię.
Na odgłos strzałów Niemcy z pobliskich posterunków zaczynają biec w naszym kierunku. Najwyższy czas się wycofać. Tierling wybiega wtedy na jezdnię ulicy Prostej i próbuje nas zatrzymać. Jest blisko, że prawie przystawia mi pistolet do piersi. Ale ja wcześniej pociągam za spust swojego pistoletu, co powoduje, że gestapowiec wali się na ziemię, nie wydając żadnego jęku. Strzelam jeszcze raz do leżącego szwaba i szybko się wycofuję. Biegnę ulicą Prostą do Małogoskiej i koło świętego Ducha skręcam w pole. Zboże było już na tyle wysokie, że nas kryje”.
Odwet Niemców za tę akcję był straszliwy. W czerwcu 1943 roku zabito w Jędrzejowie przed ich domami 11 osób, zaś ponad 30 aresztowano i wywieziono do Oświęcimia”.  (tyle A. Ropelewski i Hieronin Piasecki)

Tak się złożyło, że w kilka lat potem, chyba w lecie 1952 roku poznałem osobiście ostatniego dowódcę Jędrzejowskiego obwodu AK, kapitana, a potem majora, Kaspra Miemca, vel Niemirskiego, pseudonim „Mir”. Na czas wakacji zacząłem pracować w takiej niewielkiej, upaństwowionej już wtedy tuczarni gęsi i kaczek w Skroniowie, gdzie moim bezpośrednim przełożonym okazał się właśnie pan Kasper Niemirski. Oczywiście nie wiedziałem wtedy jeszcze, kim był w czasie okupacji niemieckiej, ale znajomi wnet mnie oświecili.

- To najważniejszy „Jędruś” w całej okolicy – mówili – bohater prawie, który broni nie odłożył nigdy.
Boże jak mnie ta wiadomość podekscytowała. Legendą „Jędrusiów” żyliśmy przecież całą wojnę, a tu proszę, najgłówniejszy z nich siedzi teraz ze mną w jednym pokoju i najzwyczajniej w świecie liczy kaczki i gęsi, te kupione, utuczone i sprzedane. Zacząłem go wtedy wypytywać, o partyzancką wojnę z Niemcami, o odbicie więźniów z budynku jędrzejowskiego gestapo i o akcję na Kappa.
Ale pan Kasper uśmiechał się tylko i nie za bardzo chciał opowiadać. Miał już przecież za sobą kilkuletnie śledztwo w więzieniu kieleckiego UB, a i teraz w tej tuczarni też nie mógł być niczego pewnym. W Jędrzejowie trwał przecież publiczny proces akowców, braci Żelazików, niesłusznie potem skazanych na śmierć, a na murach miasta wciąż pełno było plakatów z napisem: „AK, zaplute karły reakcji”.

 * * *

Niestety. Trzeba też powiedzieć, że nie wszystkie ludzkie zachowania były w tamtych, okupacyjnych czasach, tak wzniosłe i patriotyczne, jakby z kart tej opowieści wynikało. Różne wtedy z nami Polakami bywało. Jedni rzeczywiście mężnie walczyli z Niemcami, inni zaś nikczemnie na nich donosili do gestapo, czyli ich „zdawali”, jak to wtedy mówiono...
Na takiej właśnie zasadzie już od pierwszych dni okupacji odbywały się w naszym mieście różne, publiczne egzekucje.
O jednej z nich opowiada Janek Hatys.

- To było jakoś z końcem września – mówi – gdy u nas w Ciernie powieszono jakiegoś wieśniaka, bo miał podobno chowaną broń, którą zgodnie z niemieckim nakazem powinien oddać władzom okupacyjnym Ktoś go musiał „zdać”, bo niby jak inaczej Niemcy mogli się o tym dowiedzieć?
Nie trwało więc długo, a to złowieszcze słowo „zdał” stało się powodem naszych codziennych strachów. Wszyscy przecież czegoś się bali. A to węgla ukradzionego z kolejki wąskotorowej, gdy dokuczyła zima, a to zboża zmielonego w żarnach na kluski, a to przeszmuglowanej ze wsi żywności, a to zwyczajnej, ludzkiej pomocy udzielonej Żydom uciekającym z getta. Zawsze wtedy rodziła się obawa, że ktoś życzliwy nas „zda”. Ksiądz Kiełb proboszcz w klasztorze mówił wtedy na jednym z kazań, o naszej polskiej biedzie moralnej.

Takim drastycznym przykładem tej biedy było zdarzenie, jakie na użytek tej książki opowiedział mi Zbyszek Ciałowicz.
 Otóż w parę lat po wojnie, gdzieś chyba w roku 1950, mama kazała mu skopać ogródek na tyłach ich domu. Zbliżała się wiosna, więc pora na taką pracę była odpowiednia. Zbyszek wziął się do roboty i nagle szpadlem natrafił na jakąś butelkę zakopaną w ziemi. Trafił potem na następną i następną, cały ich szereg.

- Chyba skarb jakiś - pomyślał - i pobiegł do domu po mamę. Dowiedział się wtedy, że w tych butelkach były donosy wysyłane przez Polaków na Polaków do Gestapo

- A dlaczego znalazły się w ogródku Ciałowiczów? – zapytałem.
Bo ojciec był już wtedy w AK. Działał tam również przedwojenny naczelnik jędrzejowskiej poczty, pan Szlachetka. (Zbyszek nie pamięta już dziś, czy było to nazwisko, czy konspiracyjny pseudonim). Działała wtedy u niego na poczcie taka specjalnie wyznaczona grupa ludzi do sprawdzania listów i wyłapywania tych adresowanych do Gestapo. Uważali bowiem, że porządni Polacy nie powinni korespondować z okupantem.
Codziennie paczka takich przechwyconych listów trafiała do gabinetu doktora Ciałowicza, bo przewijało się tu sporo ludzi, więc kamuflaż dla konspiracji był odpowiedni. Wieczorami w zaufanym gronie czytano te listy, niektóre od razu wrzucano w ogień do pieca, ale te ważniejsze, ładowano do butelek i zakopywano w ogrodzie, dla porządku i archiwizacji. Był tam przecież cały przegląd jędrzejowskiego ruchu oporu i nazwiska osób z tym związanych.
Dziś trudno określić, ile w ten sposób uratowano niewinnych ludzi. Nikt przecież później tego nie sprawdzał. Najtrudniejszymi jednak w całej tej pocztowej akcji okazywały się listy polecone. Te przecież musiały być na poczcie dokładnie rejestrowane, zapisywane w takiej specjalnej książce i dostarczane adresatowi (na gestapo również) za potwierdzeniem odbioru.

-Takie listy też trafiały do nas – mówi Zbyszek Ciałowicz. Mama otwierała je nad parą z czajnika, potem wynotowywała adresy ludzi, na których „donoszono” i na powrót zaklejała koperty. Rano, zgodnie z pocztową procedurą, jakby nigdy nic, trafiały do adresata.
I wtedy dopiero zaczynała się pośpieszna praca polegająca na ostrzeżeniu „zdanych” ludzi. Ponieważ nie było wtedy prywatnych samochodów, telefonów komórkowych ani internetu, wiec specjalnie zaufany posłaniec biegł na piechotę, rzadziej na rowerze, do Cierna na przykład, aby ostrzec tamtejszego proboszcza, że ktoś go „zdał”, jakiś parafianin pewnie, że ma radio zakazane przez Niemców. Niech więc ucieka, bo jeśli go złapią, to mogą rozstrzelać albo wysłać do Oświęcimia.

 * * *

Polska wieś w czasach niemieckiej okupacji w niczym nie miała się lepiej niźli ludność miejska. Skala zagrożeń była tylko trochę inna, co wcale nie znaczy, że mniej tragiczna. Niemieckie władze okupacyjne nałożyły bowiem na polską wieś liczne kontrybucje, czyli takie obowiązkowe dostawy w zbożu, mleku i mięsie. Niełatwo było je spełnić, zwłaszcza, że okolicznych partyzantów wyżywić należało również a i głodujące miasta też patrzyły w stronę wsi.
Od nas z Jędrzejowa na przykład, kolejką wąskotorową w kierunku wiosek nadnidzia jechały codziennie całe tabuny handlarzy. Kwitł handel wymienny. Z jednej strony żywność, z drugiej nafta, karbid, dzież, bibułka do papierosów i inne miejskie towary. Rzecz była w tamtych latach tak znana i popularna, że nawet piosenki o tym śpiewano. Pamiętacie?

„Teraz jest wojna
Kto handluje ten żyje
Gdy sprzeda kaszankę
Słoninę, rąbankę
To bimbru się też napije”

W tamtych czasach był to oczywiście proceder nielegalny. Cała bowiem żywność podlegała rygorystycznej kontroli okupacyjnych władz. Bydło i trzoda chlewna musiały być obowiązkowo zarejestrowane i zakolczykowane, żeby nawet jedna sztuka nie mogła pójść na lewo, czyli tak zwany czarny rynek. Armię niemiecką trzeba było przecież wyżywić.
Mimo to, te zakolczykowane i zarejestrowane świnie wcale jakoś nie chciały dorosnąć do ubojowej wagi. Żarły, a nie rosły. Sposób na to wynaleziono prosty. Zamieniano świniom kolczyki. Z większej wagi na mniejszą. Te większe szły pod nóż na czarnym rynku, a na ich kolczykach hodowano następne. W ewidencji wszystko się tu zgadzało, a tucz trwał i trwał.

I tu opowiedzieć muszę coś a propos, bowiem zupełnie analogiczna historia zdarzyła się nam Polakom już grubo po wojnie, bo gdzieś w latach siedemdziesiątych, ubiegłego wieku. Wtedy to Biuro Polityczne rządzącej wówczas Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej podjęło jak zawsze słuszną i jedynie zbawienną decyzję w temacie lepszego zaopatrzenia ludu pracującego w mięso i jego przetwory. Chroniczny jego brak groził bowiem niezadowoleniem szerokich rzesz klasy robotniczej.
Polecono zatem wszystkim zakładom pracy, aby obok swojej normalnej działalności produkcyjnej, zajęły się także hodowlą trzody chlewnej na potrzeby żywieniowe swoich załóg i nie tylko.
Byłem wtedy prezesem Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w jednym z miasteczek obok Częstochowy wiec pamiętam, jak przyjeżdżali do mnie różni dyrektorzy firm i zakładów przemysłowych z błagalną wręcz prośbą, abym w ich imieniu takie świnie hodował. Oni zakupią warchlaki i konieczne pasze. Zapłacą co trzeba, żeby ich tylko z tej pracy wyręczyć. Sami przecież nie mają ku temu ani bazy ani głowy ani warunków, a uchwałę Biura Politycznego wykonać muszą.
Dla naszej spółdzielni była to gratka nie lada. Dawała dodatkowy zysk, pracę dla ludzi i masarni utrzymanie. Miejsca też na taką hodowlę mieliśmy, od groma, bo przecież od dawna już nasze magazyny świeciły pustkami.
Umowy więc podpisano szybko, warchlaki wnet dostarczono i zakolczykowano od razu, żeby było wiadomo czyją są własnością i kiedy utuczone trafić powinny do rzeźni.

I tu powtórzył się ten sam syndrom, co w czasach okupacji niemieckiej. Te świnie za cholerę nie chciały rosnąć. Niby żarły normalnie, a po rocznym prawie uczu ciągle miały po, 20, 30 kilogramów.
Zamieniają im kolczyki, jak za Niemców, pomyślałem. Utuczone sztuki sprzedają na lewo, a ich kolczyki zakładają podstawionym warchlakom i tak w kółko Macieju.
Aż się poskarżyli dyrektorzy komu trzeba i do mnie do Geesu zjechała wnet specjalna komisja z Komitetu Wojewódzkiego Partii. Kazali się zaprowadzić do naszej tuczarni, a tam rzeczywiście stały same takie niedożywione świńskie bidule.

- Jak to wytłumaczycie, towarzysze? – zapytał nas przewodniczący, komisji. Przecież według dokumentacji one mają prawie rok.

- No, bo to jakiś taki, gatunek francowaty – odpowiedzieli ci od tuczu.

- Gatunek? Gatunek? Wszędzie gatunek zawinił? W sąsiedniej spółdzielni produkcyjnej i w giesie obok też są same mizeroty.

- Widać rocznik taki.
Zagrozili wtedy, że mnie zwolnią z pracy, więc ja też wezwałem tych od tuczu do siebie i powiedziałem, że jeśli świnie natychmiast nie przybiorą na wadze, to ich też wyleje z roboty.
Skinęli mi głowami, wychodząc coś sobie poszepnęli i już następnego dnia przynieśli mi na biurko taką ogromną, wieprzową szynkę z kością i parę kilo smakowicie uwędzonej kiełbasy.
I wtedy przypomniały mi się słowa usłyszane kiedyś na Wieczorowym Uniwersytecie Marksizmu – Leninizmu, że nie należy nigdy przeciwstawiać się zbiorowej mądrości klasy robotniczej.
I tak zrobiłem.

 * * *

Czas wojny i okupacji był dla nas dzieci, okresem bardzo szybkiego dorastania i dojrzewania. Wokół działy się przecież rzeczy niezwykłe, a często tragiczne i każdy dzień przynosił nowe, nieznane dotąd doświadczenia. Ileż to słyszało się opowieści o klęskach głupich Niemców na wojennych frontach. O wygranych potyczkach naszych „Jędrusi” i zwycięskich bojach żołnierzy polskich, pod Tobrukiem czy Narwikiem. Pobudzało to oczywiście naszą wyobraźnię, więc zabawy też musiały być wojenne i bardzo patriotyczne.

Pisze o tym w swoich wspomnieniach Józek Gierczak. Ujmuje to tak:
Miejscem najciekawszym do zabawy był wtedy teren kolejki wąskotorowej. Transportowano stamtąd na front wschodni masę towarów w tym również broń i amunicję. Aż kusiło, żeby im coś podkraść. Razem ze Stachem Kwietniem i Staszkiem Kalininem zrobiliśmy któregoś dnia dziurę w częstokole i zaczęliśmy to i owo wynosić. Najważniejszym łupem okazały się dwie głowice do panzerfausta i skrzynka karabinowej amunicji.
Gdyśmy przytargali to wszystko do ogrodu za domem, to mama aż pobladła ze strachu. Natychmiast oddała mnie w ręce starszych braci na kolejne lanie, bo przecież Niemcy mogli nas wszystkich zabić. I zaraz, jak to mama, zaczęła wypytywać.

- I kto cię do tego namówił? Kto z tobą tam był? Wszystkie mamy wierzą bowiem święcie, że ich synalkowie są niewinni i tylko mają niedobrych kolegów.
Ale Józek oczywiście nie wydał nikogo. Uratował w ten sposób od podobnego lania mojego starszego brata a i Stacha Kwietnia pewnie również.
Ukradzione wtedy pociski przekazane zostały, tam gdzie należało, to znaczy do leśnych partyzantów, ponieważ mama Gierczakowa wraz z dwójką starszych synów od dawna już działała w akowskim podziemiu.
I tu mała ciekawostka, taka a propos:
Otóż za taką właśnie patriotyczną działalność w konspiracji już po wojnie władza ludowa skreśliła panią Gierczakową z list wyborczych do tak zwanego Sejmu Ustawodawczego, ponieważ była dla nich, uwaga! Elementem niepewnym ideologicznie.

I jeszcze jedna, ale za to bardzo piękna scena ze wspomnień Józka Gierczaka.
 W Warszawie trwało właśnie powstanie. Niektórzy nazywali je: bohaterską, narodową tragedią. Jędrzejowskie oddziały Armii Krajowej zamierzały ruszyć powstaniu z pomocą. W tym celu zwołano zbiórkę żołnierzy.
Józek widział któregoś ranka przez okno, jak mama przy furtce w ogrodzie żegnała najstarszego swojego syna udającego się na takie zgrupowanie.
Do dzisiaj – jak mówi - pamięta tamten mamy ruch ręką kreślący nad bratem znak krzyża.

 * * *

b-opowiesci 07

Właściwie dopiero po wojnie, dzięki cytowanej wyżej książce pana Ropelewskiego, dowiedzieliśmy się, jak wielu naszych sąsiadów i znajomych czynnie walczyło z Niemcami. Podziwialiśmy ich za patriotyzm, odwagę i hart ducha. Nazwisk mógłbym przytoczyć wiele, ale opowiem tylko o kimś szczególnie dla mnie ważnym. Panu Karolu Osińskim, pseudonim „Osa”, moim okupacyjnym nauczycielu. Chodziliśmy do jego konspiracyjnej szkółki w takiej trzyosobowej grupce. Jurek Klimczak, Kubek Jarosiński i ja, Jędrek, (jak mnie wtedy nazywano) Kalinin. Zeszyty i książki chowaliśmy głęboko za pazuchę i w ogóle byliśmy bardzo przejęci całym tym tajnym nauczaniem. Niemcy bowiem za takie nielegalne, polskie szkolnictwo grozili rodzicom i nauczycielom śmiercią, albo obozem koncentracyjnym i często groźby te spełniali.
Mimo to ów tajny sposób nauczania obejmował cały Kraj, od podstawówki po wyższe uczelnie. Waldka Wiejacza uczył w ten sposób profesor Gugulski, na dowód czego zamieszczamy poniżej autentyczny dokument.

Wynika z niego, że Waldek umiał już wtedy pisać i czytać bo wcześniej ukończył trzy klasy podstawówki w szkole, na jaką zezwolili Niemcy w pierwszych latach okupacji. Chodził do niej również mój starszy brat Staszek, stąd wiem, że mieściła się na ulicy Szkolnej blisko kościoła Świętej Trójcy. Jego świadectwo z tamtej szkoły, napisane jest po niemiecku i po polsku i zaczyna się od słów: „General Gouwernement Schulzeugnis”, a dalej dane personalne i oceny z przedmiotów. Wszystkie „sehr gut” czyli bardzo dobre.

 * * *

Kiedy Niemcy zajęli Jankowi Zającowi wiejską szkółkę w Dalechowach i już o dalszej nauce nie mogło być mowy, ojciec zawołał go do siebie i odbył z nim taką oto rozmowę.

- Słuchaj synu! Coś teraz musisz robić, nauczyć się czegoś, zawodu jakiegoś, bo te nasze 3 hektary ziemi wszystkich w domu nie wyżywią. W dodatku jest wojna i żyć coraz trudniej.
Zaraz więc po żniwach znaleziono Jankowi zajęcie u znanego w całej okolicy mistrza krawieckiego, pana, Waligórskiego. Na początek dostał żelazko, takie na rozżarzony węgiel drzewny, bo prądu jeszcze wtedy na wsi nie było i miał się nim opiekować. Dmuchał wiec Janek w to żelazko i chuchał, żeby nie wygasł żar i żeby w środku była konieczna do prasowania ciepłota.
Dopiero gdzieś po pół roku otrzymał do prucia stare ubrania, które przenicowane na lewą stronę miały wyglądać jak nowe. Uczył się też władać igłą i krajsztychować, czyli obrzucać brzegi materiału, a po paru miesiącach pikował już nawet „bezecy” czyli wyłogi klap u marynarek.
Tak minął mu rok krawieckiej edukacji, za którą tata Zając zapłacił uzgodnioną wcześniej należność, to jest: dwa pięćdziesięciokilogramowe worki czystej i przewianej pszenicy.

Teraz gdy sobie o tamtych czasach z Jankiem rozmawiamy, to aż dziw bierze, jak ówcześni dwunasto, trzynastoletni chłopcy mógł temu wszystkiemu podołać?
Janek Wiejacz pracował już wtedy w warsztatach naprawczych wąskotorówki. Mój brat Staszek w ślusarni pana Muchy, gdzie któregoś dnia młot tak nieszczęśliwie odbił się od kowadła, że kropnął go w zęby. Chyba przez miesiąc potem leczył się w szpitalu. W kuźni pana Chabiora zatrudnił się Dudek Jarosiński a Waldek Wyrozumski u szewca Kwietnia. Pracowali głównie ci chłopcy, którym wojna zabrała ojców, przez co byli niejako zmuszeni przejąć, przynajmniej część ich obowiązków.