Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 5)

b-1aMy z Podklasztorza, czyli z „piekła” jak mówili o nas ci z miasta, mieliśmy miejsca i ludzi, jakich oni mogli nam tylko pozazdrościć. Stadion „Naprzodu” na przykład, pięknie usytuowany w takiej niecce po stawie. Albo źródełko św. Barbary, gdzie po wodę chodził cały Jędrzejów. Na herbatę była najlepsza i na mycie włosów, żeby były puszyste i przeciw hemoroidom, gdy się codziennie moczyło w niej nogi. Mówiono o niej, że miała smak i zapach głębin ziemi. Źródło potem obudowano cementem i uczyniono niedostępnym dla ludzi, przez co wszyscy jędrzejowianie jakby trochę zubożeli.
A tak na marginesie. Kto z nas pamięta jeszcze jaki smak powinna mieć woda w jej pierwotnym stanie? No jaki? Na co dzień pijemy przecież taką zwykłą kranówę, wcześniej chlorowaną albo ozonowaną i Bóg wie czym jeszcze ulepszaną, żeby się nadawała do spożycia. I przywykliśmy już chyba do zatrutego powietrza, do niezdrowej wody i żywności hodowanej na sztucznych podnietach. Do tych wszystkich polepszaczy, utrwalaczy, uszczęśliwiaczy ciała i duszy. Do przekleństw i plugastwa, które coraz częściej zastępują nam słowa. Może to wszystko jest wynikiem złych źródeł ? Zdrowa woda była bowiem i pewnie będzie zawsze źródłem wszelkiej dobrej egzystencji. Ta ze źródełka świętej Barbary, prawdę tę w pełni potwierdzała, bo...

Jakoś zaraz po wojnie długo wyczekiwany synek naszej ciotki Jagody z Sudołu za klasztorem zachorował na brzuszek. Żadne domowe sposoby nie pomagały, ani lewatywy ani napary z ziół. Opatulono wiec chłopaka ciepło i zawieziono furmanką do doktora Sędka. Ten zbadał małego i przepisał lekarstwa do zrobienia w aptece, ale one też nie pomogły. Mały wciąż płakał i nikł w czach. Przy następnej wizycie kazał wiec doktor zmienić mu wodę.
Codziennie teraz, zamiast tej zwyczajnej z wiejskiej, cembrowanej studni, pił chłopak wodę przywożoną przez ojca ze źródełka świętej Barbary. No i co?
Dzieciak ozdrowiał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tak, tak to prawda i kto uśmiecha się teraz z niedowierzaniem, temu opowiem jeszcze jedną historię.
Otóż, gdy po powstaniu warszawskim przywieziono do nas kilkadziesiąt wysiedlonych ze stolicy rodzin. Jędrzejowianie chętnie przyjmowali ich do siebie, bo nieszczęścia zawsze jednoczą porządnych ludzi. U naszych sąsiadów mieszkali wtedy dwaj starsi, eleganccy panowie: Antoni i Józef. Antoni okazał się być autentycznym hrabią, Józef zaś jego od lat kamerdynerem.
Któregoś dnia spotkałem pana Józefa wracającego do domu z wodą ze źródełka św. Barbary. Pomogłem mu wtedy nieść jego dzban, dlatego potem w ich domu usłyszałem taką oto rozmowę.

- Powiedz mi Józefie, jak się nazywa ten znakomity napój, który właśnie wlałeś mi do szklanki.

- Woda, panie hrabio.

- Woda? No, popatrz, Józefie, woda - zachwycił się hrabia. A ja durny całe życie pijałem kwaśnego szampana.

* * *

W tamtych latach, najważniejszą w całym Jędrzejowie, była kolejka wąskotorowa, czyli nasza poczciwa i niezapomniana „ciuchcia”, jak pieszczotliwie ją nazywano. To ona dawała pracę, opiekę lekarską i stabilizację życiową. Dbała także o sprawy duchowe, bo prowadziła Dom Kultury z teatrem amatorskim, oraz własną, taką w galowych mundurach, orkiestrę dętą, która uświetniała w naszym miasteczku wszystkie niemal uroczystości religijne i państwowe. Z równą bowiem łatwością grali na akademiach „Międzynarodówkę” ku czci Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, jak i pieśni Maryjne na majowych nabożeństwach w klasztorze. Działała sprawiedliwie i apolitycznie, zgodnie ze starą zasadą, „Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek”.

A pociągi tamtej naszej „ciuchci” pamiętacie? Jak gwizdały już od Zielonek, żeby zamknąć im szlabany przy Wodzisławskiej, bo jechały przecież hen w świat, do całego Ponidzia i dalej, aż do Kocmyrzowa pod Krakowem i Koprzywnicy nad Wisłą. Razem ponad 350 kilometrów wąskotorowych szlaków.
Naszą zaś dumą, ludzi z Podklasztorza, był fakt, że ta ważna dla miasta i regionu „ciuchcia” znajdowała się u nas, na końcu tak zwanej „czarnej drogi”. Jej teren był wtedy przeogromny, bo obejmował przeszło 7 hektarów powierzchni. Dla ludzi z okolicy, którzy utrzymywali się z kilku zaledwie mórg pola, był to prawdziwy gigant z plątaniną rozjazdów, torowisk, magazynów i ramp przeładunkowych.
Tylko główny budynek stacyjny był niejako w sprzeczności z tym ogromnym placem manewrowym. Taka ledwie chałupka, albo mały barak z niewielką poczekalnią ogrzewaną w zimę okrągłym, żelaznym piecykiem, zwanym „kozą” z rurą blaszaną do sufitu. Obok była kasa biletowa z małym okienkiem i drewniane ławki wzdłuż ścian, na których zazwyczaj drzemały wiejskie przekupki otulone kraciastymi chustami. Zawsze było tam smrodno, ciasno i sennie.

Dwa, albo trzy razy na dzień wychodził do ludzi dyżurny ruchu w czerwonej czapce i ogłaszał wszem i wobec, że pociąg osobowo-towarowy odjedzie za dziesięć minut do Motkowic, Umianowic, Skalbmierza, Pińczowa.
Wszyscy podrywali się wtedy z miejsc i na wyprzódki, na wyścigi biegli do wagoników, żeby na czas podróży zająć dobre miejsce. I tak dzień w dzień, lata całe.
Ta ciuchcia nie była oczywiście żadnym ekspresem. Jechała sobie nieśpiesznie, powolutku, parowozik buchał białymi kłębami pary, zgrzytał kołami na zakrętach torowisk i głośno gwizdał przed każdym drogowym przejazdem. Pod górę zawsze brakowało mu trochę tchu, wiec zwalniał biegu i wtedy można było wysiąść lub wsiąść do pociągu, co zresztą było powodem licznych dowcipów wypisywanych kredą na ścianach wagoników, jak choćby ten: „Uwaga! „W czasie biegu pociągu, zbieranie grzybów surowo wzbronione”.
Boże Wielki! Ileż to ja najeździłem się w czasach młodości tą naszą wąskotorówką. W każdą niemal sobotę, aż do Chrobrza, gdzie w podstawówce uczyła polskiego pewna piękna dziewczyna o imieniu Ludwika.
Całą więc tamtą trasę mam do dziś w serdecznej pamięci, szczególnie tę z pięknymi widokami, które zaczynały się zaraz za pińczowskimi serpentynami. Pociąg wjeżdżał wtedy w rozlewiska Nidy, musiał więc zwolnić biegu i jechał teraz pomalutku po małych, drewnianych mostach, tuż nad samą rzeką i wtedy jak na dłoni widać było nenufary, rosnące licznie na oczkach wodnych, pozostawionych przez rzekę. W zależności od pory dnia raz były one białe, a raz niebieskie, rozkwiecone pięknie na zielonych, pływających na wodzie liściach. Żeby dodać trochę jeszcze pejzażu do tego opisu, to powiem, że rano i wieczorami nad całym tym rozlewiskiem wisiały mgły. Wyglądały wtedy jak taki ulotny, srebrzysty szal otulający ziemię.
I daję słowo, nie ma w tym opisie nić z „licentcji poeticy”, bo kto choć raz jechał kolejką tamtym traktem, ten słowa moje potwierdzi.

Czas sprawił, że jędrzejowska wąskotorówka stała się ludziom niepotrzebna. Wyparły ją z życia szybsze i wygodniejsze autobusy, oraz prywatne samochody. Stara „ciuchcia” służy już tylko sentymentalnym przejażdżkom i ludziom, którym doskwiera nostalgia za minionymi czasami, kiedy to na breku wagonu jechało się z wiatrem i młodością, tą właśnie którą nasze pokolenie, zostawiło niestety gdzieś tam na krętych trasach wąskich torów.

 * * *

O zbliżającej się wojnie, tamtego września 39–tego roku, mówiło się niemal w każdym polskim domu, tyle, że bez żadnej, przesadnej obawy. Wszyscy wierzyli przecież święcie w mocarstwowość Polski, w jej wspaniałe wojsko, więc i ta wojna nie powinna potrwać długo. Ot, miesiąc może, lub dwa i będzie po wszystkim. Ale był też w narodzie jakiś wewnętrzny strach, taki niepokój serca, że wojna, to przecież wojna, czas cierpień, śmierci, pożarów. Wszystko zatem, co najgorsze, może się przydarzyć.

Z końcem sierpnia rozpoczęła się całym kraju powszechna, pełna takich patriotycznych uniesień, mobilizacja.
Janek Hatys miał wtedy ledwie siedem lat, wiec tamten czas tuż przed wybuchem wojny zapamiętał na swój dziecinny sposób w kilku takich, prawie malarskich obrazach.
Oto na przykościelnym placu w Ciernie, wiosce już wtedy gminnej, zbierają się rezerwiści z kartami powołania do wojska. Siadają na drabiniaste furmanki, takie same, jakimi w żniwa zwożono zboże z pola do stodół i odjeżdżają w kierunku Jędrzejowa. Ksiądz proboszcz z krzyżem w ręku błogosławi ich na wojnę i na niedolę. Kobiety płaczą, a oni odjeżdżają i słychać ich śpiew: „Serdeczna Matko, opiekunko ludzi”. Jeszcze jakaś spóźniona kobieta biegnie za nimi, coś woła ochrypłym głosem i nagle potyka się na drodze i pada na ziemię. Ktoś inny woła: wracajcie jak najprędzej, wracajcie.
A furmanek już prawie nie widać, tylko z oddali dobiega ciągle śpiew, trochę już podchmielonych męskich głosów: „zlituj się zlituj, niech się nie tułamy”.
Janek mówi, że był w tym wszystkim nastrój grozy i końca świata, bo przecież jutro nie mogło już znaczyć to samo co dziś. Ale było też w tamtym patriotycznym zaciągu do obrony Rzeczypospolitej coś wzniosłego i nowego zarazem.
Bo przecież byli to już zupełnie inni chłopi, niż ci z powstania styczniowego, którzy pod Grochowiskami dobijali rannych na pobojowiskach i obdzierali z ubrań poległych.
Dla tych wrześniowych wiejskich chłopców słowo Ojczyzna miało już inne, bardzo wyraźne znaczenie, jak ukłucie w sercu, gdy się o niej myślało.

 * * *

W kilka dni potem nad Jędrzejowem krążyły już samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach i bywało, że zrzucały bomby. Ulicą Klasztorną dzień i noc przetaczały się fale uciekinierów, bo wojny od zawsze wywoływały strach, panikę i masowe wędrówki ludów. Wiele rodzin w Jędrzejowie podjęło również podobną decyzję. Uciekamy. Wszystko jedno jak, ale uciekamy.
To chyba pod ich zbiorową presją dyrekcja kolejki wąskotorowej zorganizowała specjalne pociągi ewakuacyjne, którymi mieliśmy uciekać na wschód, żeby jak najdalej od wojny i jak najdalej od Niemców.
Na całym terenie jędrzejowskiej wąskotorówki kłębił się już wtedy tłum uciekinierów z walizkami, tobołkami na plecach i dziećmi na rękach. Słychać było krzyki i nawoływania. Podstawiano właśnie pociągi do ewakuacji, gdy nagle nisko nad naszymi głowami przeleciały dwa samoloty ze smugą szarych spalin na niebieskim niebie. Ktoś na ten widok krzyknął: gaz! Niemcy puścili, gaz. Wtedy w ogóle panowała psychoza wojny gazowej, więc wywołało to panikę. Ci z maskami przeciwgazowymi założyli je wnet na twarze. Wyglądali w nich strasznie z tymi czarnymi szklanymi oczodołami, niczym jakieś zjawy z obcej wojny. Inni ratowali się chusteczkami przy ustach lub chowaniem twarzy w poły płaszczy i marynarek.
Alarm na szczęście okazuje się fałszywy, ale ludzi jakoś to nie uspokoiło, bo gdzieś tam za stacją ciągle słychać było wybuchające bomby. Ich celem miał być podobno most kolejowy nad ulica Klasztorną, ale na szczęście żadna z nich trafiła w cel. Uderzyła niestety, jak się później okazało, w pobliską kamienicę, gdzie zabiła 15 osób, ukrytych w piwnicy.
Tymczasem z naszej stacji ruszył właśnie w drogę pierwszy z ewakuacyjnych pociągów. W przepełnionych wagonikach przestraszeni ludzie, próbowali ulokować się do podróży. Ktoś zaczął modlić się na głos, ktoś intonuje nabożną pieśń: „Kto się w opiekę odda panu swemu”.
Pociąg pomału nabierał rozpędu. Stukotał po szynach, sapał na wzniesieniach i denerwował się gwizdaniem przed każdym zamkniętym semaforem.
Uciekaliśmy kolejką wąskotorową przed Niemcami a także przed własnym strachem i Bóg jeden wie przed czym jeszcze. Tam gdzie jechaliśmy miało być spokojnie i bezpiecznie.
Wojna jednak okazuje się szybsza i dogoniła nas już niebawem. Już wstawał świt a niebo na horyzoncie wciąż pełne było rdzawych łun i chmur z czarnym, skłębionym dymem. Kierownik pociągu pan Lancmański mówił, że to płonie Raków i nie można już jechać dalej, bo wszystkie tory i mosty przed nami, zostały zbombardowane.
Tamta stacyjka nazywa się Rakówki i leżała tuż obok lasu i takiej szerokiej alei biegnącej w kierunku wsi. Na jej końcu, poprzek gałęzie zielonych drzew, widać było ściany dworu albo szkoły. Zapamiętałem to miejsce jakoś szczególnie mocno, bo na tamtej właśnie stacyjce po raz ostatni wdziałem swojego ojca.
Przydział wojskowy otrzymał do kompanii transportowej, zadaniem której była ochrana całej trasy jędrzejowskiej kolejki. W jej skład wchodził taki mały, bo w wydaniu wąskotorowym, pociąg pancerny, którego fotografię zrobił sobie ojciec na pamiątkę tuż przed wyjazdem na front. Mam ją do dziś więc mogę powiedzieć, że ten ich wojenny pociąg wyglądał rzeczywiście groźnie. Zionął parą i dymem, że się zdawało iż sam w pojedynkę w drebiezgi rozwalić potrafi całą germańską nawałnicę. Tyle, że Niemcy zbombardowali mu tory, więc stał teraz cichy i bezradny na bocznicy małej, wiejskiej stacyjki.
I tutaj dorzucić muszę pewną ważna informację. Pisałem już wyżej, że od tamtej stacji w Rakówkach biegł w stronę wioski dość szeroki gościniec wysadzony starymi, rosochatymi wierzbami. I właśnie jego środkiem pędził wtedy na koniu jakiś polski żołnierz. Śpieszył się chyba do dworu, gdzie podobno stacjonował sztab Polskiego Wojska, bo gnał, co koń wyskoczy. I wtedy gdzieś z nieba zauważyć go musiał któryś z niemieckich samolotów, bo wnet obniżył lot i zaczął do niego strzelać. Wokół zaświstały kule. Ludzie przywarli do ziemi, albo między wagonikami kolejki szukali schronienia. Widziałem nawet liście strącane z drzew przez kule tego samolotu. I pewnie dlatego ta właśnie scena, gdy niemiecki lotnik polował na polskiego kawalerzystę w sposób jakiś szczególnie mocny utkwiła w mojej dziecinnej pamięci, bo po latach opisałem ją w książce pt „..i Bóg o nas zapomniał”
To co, że niemiecki samolot zastąpiłem w książce sowieckim „kukuróźnikiem”? Jedni i drudzy napadli przecież wtedy na Polskę.

Wioska o nazwie Rakówki, stała się wówczas końcem naszej wojennej ucieczki. Niedaleko od stacyjki rozciągał się duży, sosnowy las, gdzie rozsiedli się wtedy wszyscy nasi uciekinierzy.

- I co nam robić dalej? - pytali samych siebie.
Wrzesień był ciepły tamtego roku, deliberowano więc do późna w nocy, w jaki sposób szybko i bezpiecznie wrócić do domu. Pani Gierczakowa proponowała wynajęcie furmanek.

- Jędrzejów przecież nie leży znowu tak daleko – mówiła - najwyżej 50 kilometrów i będziemy u siebie.
Ale znaleźć furmankę, podwodę, jak wtedy mówiono, wcale nie było łatwo. Wojna była bowiem wszędzie. Nocami ciągnęły po drogach kolumny niemieckich czołgów i coraz więcej samolotów z czarnymi krzyżami buszowało po niebie.
Z tej opresji wybawił nas dopiero kolejny pociąg ewakuacyjny z jędrzejowskimi kolejarzami. Ich ucieczka także zakończyła się w Rakówkach. Wspólnie postanowiono wiec, że wracamy do Jędrzejowa. Tylko żołnierze z owego małego pociągu pancernego poszli za Wisłę walczyć dalej. Większość z nich znalazła się potem w sowieckiej niewoli i tylko niektórym udało się trafić później do armii generała Andersa. My zaś wracaliśmy do domu. Kierownik pociągu, pan Lancmański, przywiesił do lokomotywy białą flagę zrobioną z patyka i kawałka lnianego prześcieradła. Maszynista dał sygnał odjazdu i ruszyliśmy.
Droga przebiegła nam spokojnie i dopiero po wyjściu ze stacji kolejowej w Jędrzejowie spotkaliśmy Niemców. Szli w kolumnach trójkowych ulicą Klasztorną i śpiewali, a właściwie wykrzykiwali jakieś słowa na gardłową melodię, niewiele chyba mającą wspólnego z piosenką. Ludzie patrzyli na nich wyraźnie zdziwieni. Bo jak można w czasie wojny śpiewać sobie tak beztrosko, kiedy wokół tyle nieszczęść, tyle krwi i rozpaczy?
Był to jednak dopiero początek okupacyjnej nocy, jaką od tamtego września zgotowali nam Niemcy.

 

Curriculum vitae
Józef Waldemar Wiejacz – okupacja

Przez całą okupacje niemiecką, ojciec mój pracował, podobnie jak przed wojną w warsztatach naprawczych kolei wąskotorowej. Wychodził o 6 rano, wracał po 12 godzinach. Wkrótce do pracy w tych samych warsztatach poszedł mój 12-letni wtedy brat, Janek, który wyuczył się tam zawodu ślusarza. W 1940 r. urodził się mój młodszy brat Irek. Ja natomiast zacząłem chodzić do szkoły, która mieściła się przy ulicy Kościelnej, naprzeciwko kościoła Świętej Trójcy, blisko granicy getta. Wspominam o tym, gdyż kilkakrotnie widziałem zastrzelone żydowskie dzieci ułożone na skarpie płynącej obok rzeczki w taki sposób, abyśmy wszyscy mogli je zobaczyć. Ich przewinieniem było to, że samowolnie opuściły teren getta. Byliśmy tym wstrząśnięci.

Żyło się nam ciężko, jak wszystkim zresztą Polakom. Otrzymywaliśmy kartki na odchudzane mleko, czarny chleb, margarynę i marmoladę z buraków. Ratunkiem była wtedy hodowla królików na mięso. Taką hodowlę, właśnie mnie pod opiekę ojciec przydzielił. Miałem z tym sporo kłopotu. Przyznaję, że często musiałem kraść dla nich lucernę albo koniczynę i jeździłem w tym celu, aż do Skroniowa lub Laskowa. Do wykarmienia mieliśmy też kozę, a za to jej mleko było często środkiem wymiennym na inne towary. Mój ojciec, złota rączka, jak go nazywano, nauczył się na czas tamtych wojennych czasów, wyrabiać różne pożyteczne rzeczy. Prasy do tłoczenia oleju z rzepaku lub słonecznika, na przykład, a także młynki do mielenia zboża. Używanie tradycyjnych żaren było przez Niemców zakazane. W dodatku pracowały one bardzo głośne, więc do konspiracyjnego przemiału wcale się nie nadawały. Co innego młynki mojego ojca.Te były cichutkie i nieobjęte niemieckim zakazem. Powodzenie więc miały na wsi nie do zaspokojenia.

To chyba, że zaczęło nam się trochę lepiej powodzić, było powodem, że ktoś nas „zdał” i Niemcy potem rewidowali nasz dom. Zaczynali od zerwania pierzyn ze śpiących, a potem metr po metrze przeszukiwali cały dom. W tamtych latach strach w naszym życiu był cechą dominującą. Niemal codziennie słyszało się o aresztowaniach i egzekucjach.
Jakoś wiosną 1943 roku w centrum miasta zastrzelony został przez partyzantów gestapowiec Kapp. W odwecie Niemcy rozstrzelali kilkanaście rodzin polskich. Ofiarą padła, między innymi, rodzina Marczewskich, zamieszkała po drugiej stronie naszej ulicy. Sto metrów dalej zabito braci Krzysztofików. Ciała wyciągnięto na chodnik i nie pozwolono ich stamtąd usunąć. Tego dnia dokonano także licznych aresztowań. Jednym z takich był ojciec mojej przyszłej żony, Haliny, żołnierz AK, wywieziony do Oświęcimia, a potem do Gros Rosen, skąd już nigdy nie powrócił.

W tym, mniej więcej czasie, zostałem ministrantem w naszym klasztorze. Przez kilka lat służyłem do mszy, chodziłem z księdzem po kolędzie i wykonywałem inne ministranckie czynności. Zapisałem się też do chóru kościelnego, który wtedy prowadził nasz organista, pan Senderski. Mama i rodzina widzieli we mnie przyszłego księdza, a i ja, muszę przyznać, też o tym myślałem. Bo jak mówiło przysłowie. „kto ma księdza w rodzie, temu bieda nie dobodzie”.

 * * *

Pierwszy września 1939 - go roku, zastał Janka Zająca w szkole. Miał już siedem lat wiec powinien rozpocząć naukę w pierwszej klasie swojej podstawówki w Dalechowach, wiosce przez miedzę sąsiadującą z jego rodzinnym Jakubowem. Niestety, inauguracja się nie odbyła. Pani Mazurkiewiczowa, kierowniczka, a zarazem jedyny nauczyciel tej szkoły, zebrała wszystkich uczniów na przyszkolnym placu i oznajmiła, że muszą iść do domu, bo właśnie wybuchła wojna i nie wiadomo, co teraz będzie. Otarła potem chusteczką oczy, bo jej mąż, jak mówiono, został już zmobilizowany i walczył teraz gdzieś nad Wartą albo Bzurą.
Niemcy do Jaśkowego Jakubowa wjechali jakoś w południe, chyba 6-go września, na takiej pancernej tankietce. Ludzie patrzyli na nich przestraszeni z okien domów, bo Niemcy wyglądali rzeczywiście groźnie, byli uzbrojeni po uszy i szwargotali niezrozumiale.
Ale byli również i tacy w tej wiosce, jak jeden z sąsiadów Janka, który wlazł aż na kalenice swojego domu, i stamtąd błogosławił krzyżem wkraczających Niemców. Może krzywd jakichś doznał od władz polskich, a może postępował w zgodzie ze starym, chłopskim przysłowiem, że „moja chata z brzega”? Kto to dziś wie?

 * * *

Dopiero po paru tygodniach, od wkroczenia Niemców do Jędrzejowa, kilku naszych sąsiadów z Podklasztorza wróciło z wojny do domu. Mówili o nierównej walce z Niemcami, o nożu w plecy zadanym Polsce przez bolszewików. Cieszyli się jednak, że im się udało, że wrócili. Pozostali jędrzejowscy żołnierze mniej mieli szczęścia. Niektórzy przez Rumunię, lub Węgry uciekli do Francji, a potem do Anglii. Inni przysyłali listy z niemieckich obozów jenieckich, że żyją, tyle że w niewoli. Ale byli i tacy, o których słuch wszelki zaginął. Szukano ich przez Czerwony Krzyż, wypytywano wracających z frontu żołnierzy i nic. Jak kamień w wodę. Dopiero w jakiś czas potem z okupacyjnych gazet dowiedziano się o Katyniu, o rozstrzelanych tam Polakach. Niemcy odnaleźli ich groby i podali nazwiska pomordowanych. Wśród wymienionych w gazecie nazwisk byli też jędrzejowianie. Sąsiad z naprzeciwka, porucznik rezerwy Antoni Władysław Zajtz, ojciec naszych kolegów, Stacha i Andrzeja, a także inspektor policji z Komedy Miejskiej w Jędrzejowie, Jan Jackowski oraz ppor Zygmunt Gajda z kancelarii prawnej w Jędrzejowie. Wiem, że dzisiaj zabrzmi to dziwne, ale nam ta tragiczna wiadomość dawała nadzieję. Nie było na tej liście naszego ojca.
Ten sowiecki mord w Katyniu przypomniał znowu wszystkim Polakom o dawnych złych koneksjach z Rosją. O zaborach, bezwzględnie tłumionych powstaniach narodowych i licznych potem zsyłkach na Sybir.

Nasza babcia kwitowała to jednym zdaniem;

 - Bo jak świat światem, nigdy Moskal nie był Polakowi bratem.

Czas okupacji w ogóle był dla nas jednym, wielkim stresem. Wciąż trwała wojna, zabijani byli ludzie i nie tylko na frontach, ale także w licznych, cywilnych egzekucjach. Strach był wtedy wszechobecny, a do tego bieda i często głód i zimno każdej niemal zimy. W wielu rodzinach czekano wciąż na ojców i synów, którzy gdzieś tam zawieruszyli się na wojnie. Jednych wzięli do niewoli Niemcy, inni, jak mój ojciec, a także pan Jarosiński i pan Chwastek siedzieli w radzieckim łagrze, skąd dopiero z armią generała Andersa wydostali się z sowieckiego raju.

Nasza mama nie za bardzo radziła sobie z nową, wojenną rzeczywistością. Dotąd zawsze była „przy mężu” trochę rozkapryszona dawnym dobrobytem, nie nawykła do ciężkiej pracy. Trwało wiec czas jakiś nim dała sobie radę z realiami okupacyjnego życia. Bywało bardzo biednie to fakt, głodno nawet, a mimo to wieczorami czytało się książki na głos, śpiewało polskie piosenki i celebrowało wszystkie katolickie i patriotyczne święta. Tak było zresztą w wielu znajomych domach. Radioodbiorniki zabrali nam Niemcy, w kinie siedziały tylko świnie, jak pisano na murach, wiec zostawało tylko czytanie i wspominanie dawnych czasów, które zawsze okazywały się być lepsze niż obecna, wojenna rzeczywistość. Każdy dzień zdawał się być trudniejszy od poprzedniego. Różne wtedy wynajdywaliśmy sposoby na życie. Chodziło się na przykład zbierać z pola pozostawione tam po żniwach kłosy zboża. Po wyłuskaniu z nich ziarna mełło się je potem w takim młynku od kawy kręcąc korbką. Były z tego świetne, razowe kluski. Z każdym zaś początkiem lata co odważniejsi chłopcy z Podklasztorza chodzili na kawki. Gnieździły się one w czeluściach i zakamarkach klasztornej dzwonnicy i tam właśnie trzeba było po nie wejść. Szło się ostrożnie po gzymsie stopa przy stopie, potem z gniazda wyciągało się ręką młodą, nieupierzoną jeszcze kawkę, ukręcało łeb i chowało za pazuchę.
Gdy pierwszy raz przyniosłem dwie takie kawki do domu i powiedziałem skąd je mam, to mama, pewnie ze strachu, najpierw mnie sprała takim skórzanym pasem do ostrzenia brzytwy, jaki został po ojcu, a potem, gdy się już uspokoiła, obdarła jednak te kawki ze skóry i usmażyła na margarynie. Mieliśmy na kolację pyszne danie z drobiu.
Gdy po iluś tam latach razem z Antkiem Rokickim patrzyliśmy w te miejsca na klasztornej dzwonnicy, gdzie wchodziliśmy po te kawki, to aż ciarki szły po plecach, jak bardzo brakowało nam wtedy wyobraźni, i rozsądku chyba również.

Ale trzeba też powiedzieć, że ta okupacyjna bieda, bardziej niż w innych, normalnych czasach, zbliżała ludzi do siebie. Biedni dzielili się swoją biedą z jeszcze biedniejszymi, silniejsi pomagali słabszym, a wszystko po to, żeby przetrwać zły czas. Bo jak mówiono: „czym słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej”. Wielu było wtedy naprawdę wspaniałych ludzi. Ja pamiętam na przykład panią Świtalską, właścicielkę naszego domu, która przez całą okupację nie wzięła od nas grosza za czynsz, choć w jej rodzinie wcale się nie przelewało. Albo pana Wincentego Łatkiewicza, który okazał się prawdziwym opiekunem naszej rodziny. Przez całą wojnę naprawiał nam wszystko. Światło, gdy się zepsuło, dymiącą rurę od piecyka, cieknący garnek. Przerzucał nam też węgiel za płot kolejki wąskotorowej, gdy dokuczał mróz. I nieważny jest tu fakt, że nasz dom, z domem państwa Łatkiewiczów, był od czasów przedwojennych skoligacony niejako, poprzez tak zwane „kumoterstwo”. Moja mama trzymała bowiem do chrztu ich drugą córkę, Teresę, która wyrosła potem na piękną i mądrą dziewczynę. W młodości podkochiwałem się w niej trochę, ale ona jakoś mnie nie dostrzegała i mroziła ciągle tym swoim „braciszku chrzestny” i „braciszku chrzestny”, co zresztą robi do dziś.

Buty w tamte okupacyjne zimy naprawiał nam i to za darmo, pan Wincenty Wiejacz Znajomy mojego ojca z czasów jeszcze przedwojennych, stąd wiem, że z zawodu był tokarzem i tylko z okupacyjnej potrzeby nauczył się szewstwa. Pamiętam jak mówił mi uśmiechając się pod wąsem, że „buty mniej się niszczą gdy chodzi się długimi krokami”.
Kłopot z butami mieli wtedy prawie wszyscy. Przeważnie biegało się na bosaka i tylko od święta i do kościoła zakładało się trzewiki. Bywało przecież, że jedna ich para przypadała na kilka osób w domu. Kto miał buty i nosił je, ot tak zwyczajnie na co dzień, to był panisko, że hej. Lepszy od razu od innych. Szanowało się więc obuwie, oj szanowano. Czyściło się je i pastowało, chuchało i glancowało.
Janek Hatys opowiedział mi kiedyś historyjkę, która mówi właściwie wszystko o atencji, z jaką odnoszono się wtedy do zwyczajnego dzisiaj obuwia.
Otóż jego kuzyn, Walek z podjędrzejowskich Piasków, zrobił dziecko pewnej dziewczynie ze swojej wioski i musiał się żenić. Przygotowywał się do tego bardzo starannie, dał krawcowi w Jędrzejowie stare ubranie do przenicowania na drugą stronę, żeby było jak nowe, a potem w któryś czwartek odwiedził targowisko w Jędrzejowie na Łysakowskiej, aby kupić sobie ślubne lakierki.
Szukał, chodził, aż znalazł. Były trochę przyciasne, ale że innych na targu nie było, to je kupił. Sprzedawca poradził mu tylko, żeby zamoczył je w wodzie i gdy namokną w nich trochę pochodzi, to się rozbiją i będą jak ulał.

- I Walek tak zrobił – opowiada Janek Hatys. Wymoczył buty w rzeczce koło kościoła Świętej Trójcy i jak już dobrze namokły ruszyli obaj w stronę domu. Droga była piaszczysta, wiejska, wiec na walkowych lakierkach zebrało się sporo kurzu. Musiało go to przestraszyć, że mu się lakierki przed ślubem zniszczą, to ściągnął je z nóg, związał sznurówki, zarzucił na ramię i ruszył dalej już na bosaka. I wtedy jak nie kropnie w jakiś wystający z ziemi kamień i to z taką siłą, że ten duży paluch u nogi to mu się rozwalił aż na trzy części. Usiadł wtedy Walek w rowie i zaczął dmuchać na ten paluch, żeby choć trochę uśmierzyć ból i prawie z płaczem w głosie mówił.

- Alem, kurde mioł przeczucie. Widziołeś, Jasiek jakie żem mioł przeczucie?

- Niby jakie?

- No, żem się rozzuł. Nowego lakierka bym se rozpierdzielił.