Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 4)

b-1aJednym z wielkich i znanych ludzi w ówczesnym Jędrzejowie był, oczywiście, profesor Edward Gugulski, pieszczotliwie przez uczniów nazywany „Edziem”. O, to dopiero była osobowość niezwykła. No, może nie tak światowa jak doktor Przypkowski, ale równie oryginalna i nietuzinkowa. Profesorem był podobno jeszcze za cara w Seminarium Nauczycielskim mieszczącym się wówczas przy klasztorze ojców Cystersów. Uczył również przed wojną w gimnazjum, a także na tajnych kompletach w czasie okupacji niemieckiej. Wychował w ten sposób i wykształcił kilka pokoleń jędrzejowian, a wśród nich wielu naprawdę wybitnych.
Wszystkich więc, jego uczniów, przywołuje teraz na świadków, że nauczyciel był to wielki i człowiek wspaniały. Taka przysłowiowa alfa i omega. Uczył nas przecież wszystkiego: matematyki i historii, fizyki i łaciny, logiki i geografii i zawsze w sposób dla uczniów niezapomniany. Władał w dodatku kilkoma językami, tak w mowie jak w piśmie, choć nigdy w życiu nie wyjechał do żadnych zagranic. Ileż to uciesznych anegdot do dziś kursuje o nim po Jędrzejowie, że przypomnę tylko niektóre, zapamiętane przez autorów tej książki.
Otóż szedł sobie któregoś dnia profesor Gugulski ulicą Klasztorną i jak zwykle dla fantazji wywijał swoją nieodłączna laseczką. W pewnym momencie ustąpił drogi jakiejś pani z dzieckiem i wtedy tą laseczką przez nieuwagę kropnął w szybę wystawową. Szyba brzęk, spadła z łomotem na ziemię, ale profesor, bynajmniej nie stracił animuszu. Wsadził głowę w wybitą wystawę i zawołał:

- Przepraszam!!! Jestem profesor Edward Gugulski. Ile płace za szybkę?

Zdarzenie to w pełni potwierdza opinię, że nasz pan profesor posiadał niezwykłą wprost zdolność kreowania zabawnych, a nawet anegdotycznych sytuacji. O fragment jednego z jego wykładów w naszym gimnazjum:

„...wtedy na pola pod Grunwaldem przybył król Władysław Jagiełło, popatrzył na swoje hufce, a potem zawołał na cały głos: Wizental, wyjdź mi natychmiast z klasy”.
Wiesiek Wizental, to był nasz kolega, chłopak wybitnie inteligentny, potem wieloletni redaktor katowickiej rozgłośni Polskiego Radia. Albo jak Janka Zająca, który się jąkał, uczył poprawnej wymowy, to cała klasa ryła ze śmiechu.
Syn profesora, Janek Gugulski chodził również do naszego gimnazjum i matematyki uczył go własny ojciec. Opowiadał mi kiedyś, Olek Ciekalski, że wobec syna, papa Gugulski też miał swoje niepowtarzalne metody wychowawcze. Na jednej z lekcji tak oto mówił do całej klasy.

- Słuchajcie! Nie bierzcie nigdy przykładu z takich uczniów jak: Ciekalski, czy Gugulski Jan, oni tylko łobuzować do szkoły przychodzą.
Stary, kochany profesor. Komu z nas on tak nie mówił?
Za naszych, gimnazjalnych czasów, jego najbardziej ulubionym uczniem był prymus szkoły, Waldek Wiejacz. Adwersarzem zaś, wiadomo, Józek Gierczak, też prymus, tyle, że przez „Edzia” nie za bardzo lubiany. Zdarzyło się, że zobaczył ich kiedyś obu na szkolnym korytarzu przyjaźnie ze sobą rozmawiających. Natychmiast więc zawołał Wiejacza do siebie.

- Słuchaj Waldek – powiedział. Jak się będziesz kolegował z tym huncwotem Gierczakiem, to nic dobrego z ciebie nie wyrośnie.
No i co? Jakże się pomylił zacny nasz profesor. Obaj jego uczniowie wybili się i to bardzo wysoko. Jeden został dyplomatą, a drugi wybitnym architektem.

Od nas z Podklasztorza wywodził się też kolejny oryginał z usług której korzystali wszyscy prawie mieszkańcy naszego miasta. Nazywał się Stanisław Rabajczyk i był właścicielem jedynego wtedy w Jędrzejowie karawanu pogrzebowego. Wcześniej takiego tu nie było. Zrobił go podobno sam w swojej stodole, wyrzeźbił konieczne gzymsy i aniołki, a potem całość wymalował elegancko w czarne i srebrne desenie. Ciągnęły ten karawan dwa kare konie, nakryte kirem w złotej uprzęży ze stojącymi między uszami pomponami.

Opisuje ten karawan tak dokładnie, ponieważ pan Rabajczyk mieszkał prawie po sąsiedzku. Dobrze go więc zapamiętałem w takim ciemnym, żałobnym żupanie i czarnym szapoklaku na głowie. Gdy siedział na tym swoim karawanie, to wyglądał niczym takie memento do zapamiętania, że po wszystkich nas kiedyś przyjedzie. W dodatku zgrywus z tego pana Stasia był przeogromny, rechotać lubił głośno i długo, a żarty miał też raczej z dziedziny swojego zawodu.

Miał taką listę, na przykład, z rezerwacją usług karawanowych. Wszyscy mieszkańcy Podklasztorza byli tam podobno zapisani. Gdy więc pan Stasiu chciał sobie coś wypić, to szedł do któregoś z kolegów z propozycją, jak to się dzisiaj mówi, nie do odrzucenia. Za głupie półliterka przesuwał gościa w tej liście na dalsze miejsce, a jeśli butelka poparta była dobrą zakąską, to nawet skreślał całkowicie.
Niby śmiano się z tej jego listy, ale butelki z zakąską jakoś nikt nie odmawiał. Bo, co tu dużo mówić. Diabeł podobno nie śpi, a pogrzeby jak były, tak będą.
Jakby na potwierdzenie tej tezy w ubiegłym tygodniu znalazłem w swojej przydomowej skrzynce na listy reklamę, też omen nomen, biura pogrzebowego. Ulotka wyglądała okazale, wydrukowana na dobrym, kredowym papierze z kolorowymi fotografiami i tekstem, który od razu zwalił mnie z nóg. Było tam bowiem napisane tak: „Każdy pogrzeb jest wydarzeniem bardzo ważnym, ale i publicznym zarazem, na którym zmarły spełnia rolę honorowego gościa i znajduje się w samym centrum zainteresowania. Niewłaściwie przygotowane zwłoki, choćby leżały w najlepszej trumnie, prezentują się tak źle, jak niestosownie ubrany człowiek na eleganckim przyjęciu. Dlatego firma nasza oferuje Panu (Pani)..”.

- Niedobrze ze mną – pomyślałem czytając. Widocznie mają mnie na takiej samej liście jaką przed laty miał pan Rabajczyk w Jędrzejowie. No bo skoro znaleźli mnie nawet na zapadłej, podczęstochowskiej wiosce?
Nie będę tu nikogo czarować ale przeczytałem tę ulotkę z zainteresowaniem, gdyż chcąc nie chcąc w moim wieku myśli się już o ładnym pogrzebie i dobrze urządzonym grobie. Każdy wiek ma przecież swoje marzenia.

 * * *

Z wszystkich jędrzejowskich doktorów, wielką sławą i uznaniem cieszył się dr Leon Ciałowicz, znakomity lekarz i społecznik. Do Jędrzejowa przyjechał prosto z Krakowa w 1927 roku i przywiózł ze sobą renomę świetnego lekarza. Był bowiem wcześniej w Krakowie starszym asystentem w sławnej Klinice Akademickiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, co w malutkim Jędrzejowie oznaczało prestiż dający szacunek, zaufanie i pełną poczekalnię pacjentów.

- Przyjechał tu do nas, bo się podobno w jakiejś pięknej dziewczynie zakochał – mówiono wtedy w mieście. Kto zresztą dla innych powodów chciałby zamienić królewski Kraków na byle jaką, prowincjonalną dziurę?
Prawdy w tym stwierdzeniu było, no, powiedzmy połowę. Bo doktor Ciałowicz zakochał się rzeczywiście, ale stało się to w parę miesięcy potem, na jednym z towarzyskich spotkań w Kielcach, gdzie poznał piękną i aż o osiemnaście lat młodszą od siebie, pannę Wandę Bieńkowską, świeżutką absolwentkę Liceum Ogólnokształcącego od sióstr Wizytek w Jaśle.

b-opowiesci 06Ślub, przy takim nagłym zakochaniu, odbył się rzeczywiście szybko, wesele zaś, takie na całą okolicę w majątku rodziców panny młodej, we wsi Sobień, gminy Białaczów, powiatu opoczyńskiego.
Dopiero w czas jakiś, powiedzmy po skonsumowaniu miodowego miesiąca, młode państwo doktorostwo wróciło do Jędrzejowa. Urządzili się tu dość szybko, kupili dom przy głównej ulicy miasta, a następnie wydali na świat dwóch wspaniałych synów: Zbyszka i Janusza, (a tak po prawdzie, to młodszemu było January, jak twierdzi jego gimnazjalna koleżanka, Teresa Łatkiewicz.)
A potem wybuchła wojna w 1939 roku i Leon Ciałowicz, jako lekarz w randze kapitana, został wcielony do wojska,. Kilka dni wcześniej zdążył jednak wysłać swoją rodzinę na wieś, do majątku dziadków, gdzie mieli przeczekać, jak powszechnie sądzono, najwyżej kilka tygodni wojny. Nikt wtedy nie wątpił przecież w szybkie zwycięstwo nad Niemcami. W gazetach pisano nawet, że nie oddamy guzika od munduru.
Doktor Ciałowicz tymczasem razem z cofającym się frontem znalazł się w Kowlu, niewielkim miasteczku na wschodnich kresach dawnej Rzeczypospolitej. Tu miały stanąć kolejne szańce przeciw Niemcom, ale 17 września podstępnie i od tyłu napadli na Polskę bolszewicy i doktor Ciałowicz znalazł się w ich niewoli. Uciekł im jednak. A ponieważ widział, co dzieje się wokół, jak masowo mordowani są ludzie i rabowane ich domy, zrzucił swój wojskowy mundur, kupił w jakiejś wiosce cywilne ubranie i ruszył do domu. Uratował się w ten sposób, bo uniknął losu tysięcy polskich oficerów zamordowanych w Katyniu, Miednoje czy Ostaszkowie.

Do domu wracał przeszło trzy miesiące, lasami przeważnie z dala od ukraińskich siedlisk i niemieckich posterunków.
Zbyszek, jego starszy syn, dobrze zapamiętał tamten dzień i tamtą radość, gdy któregoś dnia ojciec stanął w drzwiach domu dziadków. Był zarośnięty, wychudzony, zupełnie niepodobny do tamtego kapitana, co z takim patriotycznym animuszem ruszał na wojnę.
Odpoczął trochę. Czas był niepewny, wokół panoszyli się Niemcy, a mimo to państwo Ciałowiczowie wynajęli furmankę i ruszyli do Jędrzejowa.

- Ojciec od razu podjął pracę w ówczesnej Ubezpieczalni Społecznej - wspomina Zbyszek.
Wtedy w Jędrzejowie rodził się już ruch oporu przeciw okupantowi i doktor Ciałowicz wnet do niego przystąpił. Najpierw należał do Związku Walki Zbrojnej, a potem do Armii Krajowej. Jako lekarz spełniał tu bardzo trudną i ważną rolę. Z polecenia AK bowiem uczestniczył, albo przewodniczył różnym komisjom lekarskim kwalifikującym młodych Polaków do niewolniczej roboty w Niemczech, lub do takich pomocniczych służb przy oddziałach Wermachtu.
 Wielu wtedy ludzi uratował orzekając, że ten lub tamten młody człowiek jest kiepskiego zdrowia i nie nadaje się ani do pomocy Wermachtowi, ani do pracy w Rzeszy.
Wzbudziło to oczywiście podejrzenia niemieckich władz. Zaczęli więc szperać, sprawdzać, kontrolować, aż uznali działalność doktora Ciałowicza za sabotaż przeciw III Rzeszy z wszelkimi tego konsekwencjami.

- Ktoś ostrzegł na szczęście ojca – wspomina Zbyszek - i dzięki temu zdołał im zbiec. Władze podziemia ukryły go najpierw na strychu domu apteki państwa Krajewskich przy ulicy Kościelnej, skąd niebawem miał zostać przeniesiony w inne, bardziej wygodne i bezpieczne miejsce.
Nie zdążyli jednak. W grudniu 1942 roku doktor Leon Ciałowicz zmarł nagle na wylew krwi do mózgu. Dzień wcześniej wrócił do domu, jakby przeczuwał, że stanie się coś złego. Tu jednak, mimo asysty wezwanych przez żonę kolegów lekarzy, zakończył życie.

 

Curriculum vitae
Zbigniew Ciałowicz – dzieciństwo

Urodziłem się 20-go kwietnia 1937 roku w Krakowie w klinice przy ulicy Kopernika. To stwierdzenie jest dla mnie o tyle ważne, gdyż w czasie chrztu w kościele w Białaczowie, obok Opoczna, gdzie mieszkali moi dziadkowie, zapisano mi w metryce, że urodziłem się w Jędrzejowie i tak już zostało. Szkoda, bo Kraków to Kraków, zawsze miałem wielki sentyment do tego miasta, zwłaszcza, że tu ukończyłem Politechnikę i obroniłem doktorat.

O Krakowie więc opowiadało się u nas w domu, jak o jakimś rodzinnym gnieździe, które nas nobilitowało i dodało blasku.
Ojciec mój pochodził ze Słomnik. W Krakowie ukończył Akademię Medyczną, a potem za namową przyjaciół przeniósł się do powiatowego już wtedy Jędrzejowa. Władał biegle kilkoma językami: angielskim, rosyjskim, a także niemieckim, co notabene, w czasie wojny stało się powodem licznych szykan ze strony hitlerowskiego gestapo.
Gdy ojciec umarł nagle w 1942 roku, zostaliśmy sami z mamą, dwudziestokilkuletnią kobietą, zupełnie nieprzygotowaną do ciężkich, okupacyjnych warunków życia. Musiała wykazać sporo samozaparcia i hartu ducha, by nas, dwóch synów wychować na ludzi. Zmuszona tragiczną wręcz sytuacją sprzedawała z domu co bardziej wartościowsze rzeczy, bowiem skromne dochody czerpane z wynajmowania lokali w naszym rodzinnym domu, nie dawały gwarancji przeżycia. Podziwiałem Ją i wtedy i później, bo tylko dzięki jej zaradności przetrwaliśmy najgorszy czas wojny i okupacji.

 * * *

Na drzwiach do gabinetu drugiego, wielkiego, jędrzejowskiego lekarza, wisiała taka oto wizytówka: „Stanisław Sędek, doktor wszech nauk medycznych”. I rzeczywiście. Doktor Sędek leczył w Jędrzejowie i to skutecznie wszystkie choroby. Gdy trzeba był chirurgiem, albo ortopedą, albo pediatrą, lub neurologiem. Leczył też choroby wewnętrzne i zewnętrzne, kobiece i weneryczne. Odbierał nawet porody, gdy jakiemuś łebkowi trudniej przychodziło wydostać się na świat.

Kto z nas nie pamięta tamtego, eleganckiego, wysokiego, szpakowatego pana z dobrym, ciepłym spojrzeniem i lekarską wyrozumiałością?
Mówiono w Jędrzejowie, że do studiowania medycyny namówił go osobiście stary doktor, Feliks Przypkowski, gdy któregoś dnia przyjechał do Miąsowej, rodzinnej wioski dr Sędka leczyć jego ojca. Tak go sobie upodobał podobno, że pomagał mu nawet w ukończeniu studiów w Krakowie, co zresztą wszystkim jędrzejowianom wyszło potem na zdrowie.

Na koniec przytoczę pewną, piękną anegdotkę, świadczącą niezbicie, jak szanowanym człowiekiem był w naszym mieście.
Już nie pamiętam, kto mi ją opowiadał i mniejsza z tym. Otóż doktor Sędek, chodził też często do chorych z tak zwanymi, wizytami domowymi. Pewnego dnia, gdy wrócił do siebie stwierdził, że brakuje mu z tych wizyt pięćdziesiąt złotych. Suma wcale na tamte czasy nie mała.

- Zgubiłem pewnie – pomyślał – no cóż, trudno. Tymczasem po kilku dniach, przyszedł na jego adres przekaz pocztowy, gdzie w rubryce na korespondencję takie były słowa: „W czasie wizyty u nas w domu, buchnąłem panu z kieszeni 50 złotych. Płaszcz wisiał na wieszaku w sieni, to mnie skusiło. Ponieważ gryzie mnie sumienie odsyłam panu 20 złotych. Resztę odeślę, jeśli znowu zacznie mnie gryźć sumienie.

 * * *

Z Józkiem Gierczakiem wszyscy z naszego, jędrzejowskiego pokolenia, musieli się obowiązkowo zetknąć, jeśli nie w szkole, to w harcerstwie, albo na boisku sportowym, albo na zabawie w ogrodzie pana Nobisiewicza na Kieleckiej, gdzie śpiewał i grał na harmonii. Bo Józka Gierczaka było wszędzie pełno. Indywidualność bowiem była to ogromna.
Gdy zakochał się w piłce nożnej, to założył sobie Harcerski Klub Sportowy, jakby mu sam „Naprzód” już mu nie wystarczał. A grał świetnie.
Zbyszek Ciałowicz twierdził, że dlatego, bo miał trochę krzywawe nogi i trudno było przewidzieć gdzie akurat strzeli. Jest chyba coś w tym prawdy, bo Zbyszek, bronił wtedy bramki „Naprzodu”, więc się na tym znał.

W gimnazjum też brylował. Bywało, mówił mi kiedyś Jurek Skubiszewski, że całą klasę potrafił wprawić w osłupienie, gdy w czasie lekcji swobodnie rozmawiał po łacinie z panią profesor Żukową. Do legendy też przeszły jego ciągłe utarczki z Edziem Gugulskim. Oto jedna z nich, proszę bardzo.

Był w naszym gimnazjum taki zwyczaj, że na przerwach między lekcjami dyżurowali nauczyciele, żeby młodzież nie rozrabiała za bardzo. W dniu swojego dyżuru, profesor Gugulski chodził pośród uczniów po korytarzu i przez roztargnienie, jak to on, źle zapiął sobie marynarkę. Guzik wyżej niż dziurka. Śmiesznie w tym wyglądał, bo krawat mu się skrzywił i brzuch stał się jakiś nieforemny.
Oczywiście dostrzegł to natychmiast Józek Gierczak i swoją marynarkę zapiął w podobny sposób.
Idzie profesor Gugulski, a naprzeciw niego Gierczak. Wiec go woła.

- Uczeń Gierczak, chodź no tu do mnie.

- Słucham panie profesorze.

- Zobacz człowieku jak ty wyglądasz – zaczął profesor - jak głupek jaki. Kto się tak ubiera? Chyba tylko ktoś roztargniony, albo niespełna rozumu.
A Józek nic, patrzy tylko uparcie profesorowi w brzuch, w tę jego źle zapiętą marynarkę, aż zobaczył profesor w czym rzecz i powiedział

- No tak, tak, Gierczak. Sam teraz widzisz, jak to życiu można się pomylić.

 

Curriculum vitae
Józef Gierczak – dzieciństwo

Niezwykle trudno jest pisać o sobie. Trzeba mieć się przecież cały czas na baczności, żeby nie popaść w jakieś niepotrzebne chwalby, albo nie daj Boże, samouwielbienie, co wszędzie i zawsze źle jest odbierane. Będę więc starał się opowiedzieć rzetelnie o tym, co w tamtych czasach widziałem i co słyszałem, zgodnie z najlepszymi intencjami i zapamiętanymi zdarzeniami. Oczywiście i tu również nie gwarantuję pełnego obiektywizmu, bo to i pamięć już nie taka i czasy nazbyt odległe. Ale co tam! Nie będzie to przecież żadna praca naukowa, więc tu i tam mogę odstąpić nieco od drakońskich zasad dokumentacyjnych i pozwolić sobie na pewien luz, że tak powiem, narracyjny. Bo tak w ogóle to jestem zwolennikiem swobodnego biegu myśli i pryncypialnego posługiwania się prawdą.
No więc tak.
Mój dziadek, ze strony ojca, pochodził z Lublina. Pracował na kolei, gdzie był maszynistą pociągów pospiesznych. W tamtych czasach to była funkcja, że ho, ho, nie tylko w strukturach kolejowych, ale towarzyskich również. Dziadek znał przecież kawał świata, wciąż gdzieś jechał, no i ten jego mundur kolejarski, ze złoconymi emblematami robił w tamtych czasach wrażenie niemałe. Gdy szedł na służbę, (bo wtedy się na kolei służyło, a nie pracowało), to pomocnik maszynisty niósł za nim taką specjalną walizeczkę z jedzeniem, przygotowanym przez babcię na drogę.
Dziadek sprawdzał potem białą rękawiczką, czy parowóz jest czysty, znaczy należycie przez pomocników przygotowany i gdy wszystko było w porządku, pociągał za taką rączkę, rozlegał się gwizd lokomotywy i pociąg ruszał w drogę.

Tak było mniej więcej do końca I- szej Wojny Światowej, kiedy to cofający się przed Piłsudskim Moskale zabrali dziadka razem z parowozem aż do Piotrogrodu gdzie ślad wszelki po nim zaginął.
Jego syn, a mój ojciec, dwojga imion Józef Konstanty Gierczak, oczywiście też pochodził z Lublina. Tam się urodził i tam, jeszcze za carskich czasów, ukończył szkołę z dwoma obcymi językami w piśmie i mowie. Całe późniejsze życie był zagorzałym piłsudczykiem, pod jego komendą walczył z bolszewikami, za co potem w nagrodę, otrzymał posadę wicestarosty w Końskich. Tam się też ożenił z moja mamą, mądrą, ładną i dzielną kobietą. Piszę to z całym szacunkiem i uznaniem, ponieważ ojciec umarł wcześnie bo już w 1935 roku, w kilka ledwie lat, po awansie na starostę w Jędrzejowie. Mama została więc sama z trzema synami, z których ja byłem najmłodszy i podobno najtrudniejszy do wychowania.

Z pierwszego okresu okupacji niemieckiej pamiętam niewiele. Chodziłem do szkoły na Kościelnej, bijałem się z chłopakami, tymi z miasta, bo ja byłem z Podklasztorza, czyli tak zwany „pieklarz”, albo „odnoga od piekła” jak mawiała pani Malinowska, właścicielka domu w którym wynajmowaliśmy mieszkanie. Mama też nie bardzo sobie ze mną radziła. Jakoś nie potrafiła mnie skarcić, więc z jej upoważnienia do porządku przywoływali mnie dwaj moi starsi braciszkowie. Na czas trwania tych egzekucji mama zamykała się w drugim pokoju i tam popłakiwała. Nie dawało to niestety większych rezultatów, poza wzajemnie popodbijanymi oczami. Za radą więc rodziny postanowiono wysłać mnie na „katorgę”, jak mówili moi bracia, do niezamężnej ciotki, Hanny Sobockiej w. Końskich. I tak się stało.
Ciotka okazała się twarda, nieustępliwa, konsekwentna, co w moim przekonaniu stanowiło rzeczywistą „katorgę” Jednocześnie była to kobieta wspaniała, sprawiedliwa, troskliwa. Zmarła tuż przed końcem wojny, schorowania i zadręczona permanentnymi ucieczkami przed aresztowaniem, bowiem przez cały czas okupacji niemieckiej, jako oficer AK, aktywnie uczestniczyła w ruchu oporu.
Końskie kojarzą mi się jeszcze z Partisanen Gebiet, z potwornym obozem śmierci na Baryczy, gdzie Niemcy trzymali Żydów i jeńców radzieckich, skąd często słychać było strzały i nieludzkie wycia maltretowanych ludzi.
Byłem wówczas ministrantem i widziałem jak nasz prefekt, ksiądz Józef Granat, klękał wtedy do modlitwy. To był w ogóle wspaniały człowiek i wzór kapłana. Uczył nas potajemnie historii i patriotyzmu, pożyczał do czytania książki. Okazywał dużo serca i cierpliwości.
Odwiedziłem Go po latach. On był już koneckim proboszczem, ja architektem i pracownikiem naukowym Politechniki Wrocławskiej. Popłakaliśmy się wtedy jak bobry.
Ksiądz Józef Granat za swoją działalność duszpasterską i patriotyczną doczekał się należnej mu laudacji na jednym z posiedzeń Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej.
Z jego pomocą w roku.1943 zdałem egzamin wstępny do pierwszej klasy tajnego gimnazjum i byłem z tego faktu ogromnie dumny. Uczestniczyłem przecież w czymś, co w tamtych latach było oznaką polskiej, patriotycznej postawy. Dodawało też dorosłości i nobilitowało w oczach otoczenia.
Z tamtego, koneckiego okresu pamiętam do dziś wielu wspaniałych kolegów, jak Marek Radomski, na przykład, późniejszy reprezentant Polski w siatkówce, albo Zdzisiek Żandarowski po latach, członek politbiura i sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Ileż to on razy usługiwał ze mną do mszy świętej. A jak się modlić potrafił żarliwie. Nigdy potem nie mogłem sobie wyobrazić, żeby Zdzisiek mógł być złym człowiekiem.
Kiedy ciotka z mamą doszły do wniosku, że jako gimnazjalista zmądrzałem nieco i ustatkowałem się trochę, pozwoliły mi z zesłania wrócić do Jędrzejowa.

 * * *

 A w Jędrzejowie były wtedy takie miejsca, gdzie w czasie okupacji przychodziło się po nadzieję i otuchę. Na przykład do zakładu fotograficznego pana Gajerskiego. Tutaj również przestrzegało się konspiracyjnych zasad. Jakby co, to po zdjęcia się przychodziło, albo wywołać kliszę. Głównie jednak politykowało się i politykowało. Każdy przynosił jakieś wiadomości, a to z radia schowanego przed Niemcami, a to od kolejarzy jeżdżących po całym Kraju, albo z okupacyjnych gazet. Wszystko wtedy było ważne. Co słychać na frontach? Kiedy wejdą Ruscy i czy zdążą ?

- Bo podobno w Częstochowie, wiecie panowie? Wylądowali już ciemnoskórzy, amerykańscy spadochroniarze, a to przecież niecałe sto kilometrów od nas.

- Mogą tu być wcześniej nawet niż Moskale.

- Tylko ich czekać panowie, tylko czekać
Janek, średni z Gierczaków, pracował wtedy w tym zakładzie i był świadkiem takich właśnie rozmów. Mówił potem, że o dziwo! Nikt się nie śmiał.