Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 3)

b-1aCurriculum vitae
Józef Waldemar Wiejacz – dzieciństwo

Urodziłem się w Jędrzejowie ósmego marca 1933 roku, w takim niewielkim domku przy ulicy Polnej, obecnie Stefana Okrzei. Mój ojciec Wincenty Wiejacz był rodowitym jędrzejowianinem. Jego przodkowie od ponad dwóch pokoleń mieszkali w tym mieście. Pamiętam, że dom moich dziadków oddalony był od Rynku nie więcej niż 300 metrów i zawsze pełen był drobiu, kaczek, kur, gęsi, z krową żywicielką włącznie. Był to wtedy w Jędrzejowie zwyczaj dość powszechny i nawet przez kilka lat po wojnie w taki właśnie sposób ludzie ratowali się od biedy.

Dziadkowie do Jędrzejowa przybyli, jak to się wtedy mówiło, za chlebem z jednej z pobliskich wiosek. Dziadek Kudera szczęśliwie dostał robotę na kolei, a ponadto dorabiał jako stolarz, cieśla. Babcia natomiast dbała o dzieci oraz cały żywy i martwy inwentarz. I właśnie w tę rodzinę wżenił się mój ojciec. Był już wtedy po wojsku, gdzie jako artylerzysta uczestniczył w wojnie roku 1920-go. Lubił o tej wojnie opowiadać: o wyprawie na Kijów z Marszałkiem Piłsudskim, o którym mówił zawsze z dużą estymą. Już będąc w cywilu nauczył się zawodu ślusarza i tokarza, co dało mu pracę w warsztatach naprawczych kolejki wąskotorowej w Jędrzejowie. Zarabiał niewiele, bo około 150 złotych miesięcznie, więc żyło nam się bardziej niż skromnie. Może dlatego, że rodzice spłacali kredyt zaciągnięty na zbudowanie maleńkiego ale własnego domku. Raz w tygodniu w niedzielę na obiad było mięso, przeważnie z kurczaka. W każdy czwartek zaś matka udawała się na targ i przynosiła 3O lub 4O deko różnej wędliny, kroiła ją w cieniusieńkie plasterki i robiła wyśmienite kanapki na kolację. Z czasów przedszkolnych, niewiele pamiętam. Jedno co jakoś mocno utkwiło mi w pamięci, to była data 19 marca. Imieniny Marszałka. Otrzymywaliśmy wtedy na śniadanie w przedszkolu kolejowym, bułkę z szynką i herbatę jako luksusowy posiłek w odróżnieniu od codziennej, niesmacznej kawy zbożowej i chleba z twarogiem.

Raz na dwa tygodnie ojciec odwiedzał bibliotekę Związku Zawodowego Kolejarzy przy naszej kolejce wąskotorowej, gdzie wypożyczał książki. Najczęściej byli to Sienkiewicz, Żeromski, Prus lub Kraszewski. Ich dzieła czytali nam na przemian, raz tata, raz mama, najczęściej gdy szliśmy już spać i oczywiście przy lampie naftowej. Tamte wieczory z książką były wtedy wielkimi lekcjami uczciwości i patriotyzmu.
W każdą niedzielę, całą rodziną, odświętnie ubraną, udawaliśmy się na sumę do kościoła. Nikt w ten dzień nie pracował. Sklepy były pozamykane, tylko w żydowskich, od tyłu można było coś kupić.

Moja mama, jeszcze za cara, ukończyła trzy, lub cztery klasy szkoły rosyjsko-polskiej, ale musiała to być dobra szkoła, albo też mama była wyjątkowo zdolną uczennicą, bowiem do końca życia posiadała niebywałą zdolność przyswajania sobie wiedzy. Potrafiła rozmawiać po rosyjsku, umiała szereg słów po węgiersku (podsłuchanych od żołnierzy madziarskich) i nawet po hebrajsku nauczyła się mówić w czasie zabaw z żydowskimi dziećmi. W jej rodzinie tylko starszy brat, Stanisław Kudera skończył szkołę średnią i pracował jako urzędnik na kolei, co dawało wówczas dobre pieniądze i wysoki prestiż. Zastrzelili go Niemcy, gdy usiłował im zbiec w czasie konwoju.
Pewnie wiedzieli już, że był aktywnym członkiem akowskiego ruchu oporu. Mama bardzo to przeżyła. Wiedziała przecież, ile wyrzeczeń kosztowało dziadków wykształcenie syna.
Swoim dzieciom chciała tego oszczędzić.

- Będę harować – mówiła. Gdy zajdzie potrzeba, kamienie będę tłuc na drodze, ale moi synowie będą wykształceni. I dotrzymała słowa. Nie aż takimi wyrzeczeniami, ale jednak.

Najstarszy Janek, ukończył prawo, a potem pracował w Prokuraturze Wojskowej, gdzie dosłużył się stopnia podpułkownika. Ja po ukończeniu Szkoły Głównej Służby Zagranicznej stałem się dyplomatą. Najmłodszy zaś, Ireneusz, został lekarzem. Niestety zmarł przedwcześnie w powodu wylewu krwi do mózgu.
Oczywiście, sprzyjały nam w tym wszystkie, tak zwane warunki obiektywne, związane z okresem ówczesnych przemian społecznych. Nie umniejsza to jednak w niczym poświęcenia rodziców, a zwłaszcza naszej kochanej mamy.

 * * *

W Polsce tymczasem zaczęto tworzyć tak zwane „Czerwone harcerstwo”. Jednym z jego głównych apologów był wówczas Jacek Kuroń, wielki potem solidarnościowy kontrrewolucjonista.
To nowe harcerstwo, jak się wkrótce okazało, zaczęło swoją działalność w sposób podstępny i niezbyt, powiedzmy uczciwy. Posługiwali się bowiem wszystkimi zwyczajami i atrybutami starego, polskiego skautingu. Nosili te same mundury i lilijki na czapkach rogatywkach Przysięgi składano na Boga i Ojczyznę, choć inną mieli ideologię i inny przyświecał im cel.
Chcieli w ten sposób rozbić stare harcerstwo niejako od wewnątrz i uczynić z niego organizację na wzór i podobieństwo radzieckich pionierów.

Mógłby ktoś powiedzieć, że przesadzam, dlatego przytoczę tu fragment autentycznych wspomnień Janka Zająca, późniejszego działacza ZMP, organizacji młodzieżowej stworzonej przecież na moduł radzieckiego komsomołu.
Janek pisze tak: „Idee harcerstwa przywiózł do naszej gminy Jerzy Cichy, syn miejscowego organisty. Był on zaraz po wojnie uczniem Liceum Ogólnokształcącego w Pińczowie i tym harcerstwem po prostu nas oczarował. Uprosiłem mamę, żeby mi kupiła materiał na harcerski mundur, a mojego mistrza krawieckiego, żeby go uszył. Bo harcerstwo było wtedy fascynacją, jakiej wcześniej nikt z naszego, wojennego pokolenia nie doświadczał. Zbiórki i ogniska ze śpiewami, podchody i zdobywanie sprawności harcerskich, których znamiona nosiło się potem na rękawach mundurów, defilady z werblami i proporczykami. Jakiż to wtedy miało urok.

Oczarowany tym wszystkim założyłem niezwłocznie swój własny zastęp z chłopaków rówieśników z mojego Jakubowa. Byli to koledzy: Sewek Dębiński (zginął tragicznie w 1949 roku), Edek Cofor, Edek Kwiecień, Zdzich Waligórski, Jerzy Stępień, Heniek Kamień, Staszek Faryna.
W tym składzie, uwiecznionym zresztą na zdjęciu (poniżej) przez przypadkowego fotografa latem 1946 roku, uczestniczyliśmy w zlocie w Pińczowie w 30 tą rocznicę sprowadzenia harcerstwa do Polski (1916-1946). Na zlocie były władze powiatowe i harcerskie z całego województwa

b-opowiesciPamiętam do dziś nazwisko harcmistrza z Pińczowa, druha Dąbrowskiego, z którym rok później byłem na obozie harcerskim we Frywałdzie koło Krakowa. Sami na ten obóz transportowaliśmy namioty, sami gotowaliśmy strawę, pełniliśmy wartę, a największą atrakcją było zdobywanie sprawności „człowieka leśnego”. Na 24 godziny trzeba było pójść w las i zadbać, żeby nikt nas nie widział.
Wszystko więc było pięknie, ale o jednym tylko nie miałem pojęcia, że było to harcerstwo OMTUR-owskie, czyli czerwone, jak je wtedy nazywano. Praktycznie nie różniliśmy się w niczym od tego prawdziwego, skautingowskiego. Nosiliśmy takie same mundurki, takie same były kolory funkcyjnych sznurów i nawet krzyże harcerskie miały napis: Bóg, Honor i Ojczyzna.

O tym, że były to jednak inne harcerstwo dowiedziałem się dopiero na ostatniej naszej zbiórce, kiedy wiadomo już było, że wyjeżdżam do gimnazjum w Jędrzejowie.
Mój drużynowy Jurek Cichy wręczył mi wtedy na pamiątkę taki okrągły znaczek z napisem u góry: „Czerwone harcerstwo” a w środku skrzyżowane dwa młoty.

 

Curriculum vitae
Jan Zając - dzieciństwo
Urodziłem się drugiego maja 1932 roku, w wiosce o nazwie Jakubów, leżącej na zachodnim obrzeżu gminy Imielno, dawniej Mierzwin w powiecie jędrzejowskim. Wieś jest do dziś taka klasyczną ulicówka licząca wtedy ledwie 175 numerów. Ojciec mój Wincenty Zając był rolnikiem, uprawiał 3,5 hektara ziemi, bo tylko tyle otrzymał od ojca. Matka Marianna pochodziła z Umianowic koło Pińczowa i w ślubnym wianie wniosła do małżeństwa 7000 złotych, co było wówczas równoważne około 4 hektarom ziemi. Z tej kwoty ojciec pożyczył swojemu przyrodniemu bratu 4500 złotych, których to pieniędzy nigdy już nie odzyskał. Sprawa o ich zwrot toczyła się nieprzerwanie od 1938 roku w Sądzie Powiatowym w Jędrzejowie bez korzystnych dla mojego ojca skutków. Fakt ten oraz tragiczny pożar całej wioski w 1935 roku był najważniejszą przyczyną naszej ciągłej biedy. Przez parę lat, jako pogorzelcy, mieszkaliśmy kątem u rodziny mamy i dopiero w 39 roku ojcu udało się odbudować oborę, a przy niej tak zwaną letnią kuchnię. Wprowadziliśmy się do niej jesienią tego samego roku, szczęśliwi, mimo wszystko, że jesteśmy u siebie.
W tej odbudowie po pożarze bardzo nam pomógł dziadek, Kazimierz Zając. Pamiętam, że był wysoki, szczupły, chodził po podwórku i kręcił laską trzymaną w ręce. Dziadek to był w całej rodzinie wielki autorytet, Ojciec mówił, że w młodości służył w armii carskiej, zabrany na podstawie „losu” czyli takiego specyficznego naboru do ówczesnego, rosyjskiego wojska. Każda gmina miała wyznaczany limit ilości rekrutów i wszyscy zdolni do armii mężczyźni losowali z kapelusza, kto pójdzie w sołdaty a kto nie. Dziadek nie miał szczęścia, padło na niego. Służył potem na Zabajkalu i z tamtych lat mam do dziś po nim pamiątkę, „Krzyż Świętego Jerzego”, jakim został odznaczony za czyny chwalebne w wojnie z Japończykami. To dzięki temu właśnie odznaczeniu skrócono mu służbę w wojsku z 20- tu, do 10- ciu lat. W nagrodę otrzymał też dwie włóki ziemi i krowę, jak to wtedy mówiono, żywicielkę.
Do domu z carskiego Zabajkala szedł pieszo około sześciu miesięcy i zaraz potem poszukał sobie żony. Żenił się zresztą trzykrotnie. Z pierwszą miał trzy córki i tylko przez niedopatrzenie, baby akuszerki, żona zmarła mu przy porodzie czwartej. Z drugą żoną poszło mu jeszcze lepiej, bo miał z nią aż sześciu synów. Mój ojciec był najmłodszy. Niestety, przy kolejnym porodzie ona też zmarła. Dziadek więc ożenił się po raz trzeci i miał kolejnych, czterech synów. Jeden z nich, to właśnie ten, któremu ojciec pożyczył owe 4500 złotych.
Reasumując: Wszyscy chyba zawdzięczamy to dziadkowi, że w naszej rodzinie rodzą się przeważnie chłopcy. Ja mam syna Leszka, on zaś trzech synów. Mój brat Staszek miał czterech synów, zaś średni syn mojego brata, Darek jest ojcem aż sześciu synów i jednej uroczej Asi.
Rodziców do dziś wspominam ze wzruszeniem. Nigdy nie słyszałem kłótni, szanowali siebie i innych ludzi. Żyli w biedzie a jedyną ich rozrywką były książki. Pasjami lubili czytać Do dziś mam w pamięci obraz, gdy w zimowe wieczory obydwoje siedzieli przy piecu i każde z książką w ręku.
Naszą wieś zamieszkiwało w zasadzie parę rodzin, a właściwie takich klanów rodzinnych. Najczęstsze nazwiska to Faryna, Kowalczyk, Zając, Kwiecień, Stępień, Karasek. Żeby dojść o którego z nich chodzi nadawano im różne przydomki. Na przykład na jednego z Farynów mówili, „Cimoj” bo nie wymawiał litery” rz” i zamiast trzymaj mówił „cimoj”. Innego nazywali „Jagną” bo ich matce było na imię Agata – „Jagna”.
Nas, Zająców nazywano Salamonkami, bo babcia nosiła imię „Salomea”

* * *

Ale wracając do opowieści o dawnym Jędrzejowie. Była tu pewna, powszechnie znana, ogólnie dostępna i na wskroś ludowa instytucja, która od pokoleń łączyła większość mieszkańców naszego grodu. Miejska łaźnia mianowicie, przy ulicy Wodzisławskiej. Pamiętacie?
Wprawdzie łazienny, pan Kaziu twierdził, że głównie „entelegencja” tam się kąpała, bo lud prosty wolał się myć w miednicy na podwórku, albo w pobliskiej rzeczce. Tak jednak czy siak, większość moich jędrzejowskich kolegów, co sobotę do tej łaźni chodziło i nie zawsze tylko dla kąpielowych rozkoszy. Było to bowiem miejsce także rozrywkowe. Śmiechów tam i radosnych chichotów było co niemiara, łaźnia bowiem miała status koedukacyjny i obsługiwała również kobiety. Pachniało tam lizolem, szarym mydłem, parą wodną i jeszcze czymś, co można by nazwać ciepłem rozgrzanych kobiet. Oczywiście każda płeć kąpała się w oddzielnych, kilkuosobowych kabinach, ale że ścianki działowe były cienkie, więc słyszało się i plusk wody i chichoty dziewczyn, co rzecz jasna, jeszcze bardziej podniecało naszą, też rozgrzaną wyobraźnię. Niektórzy próbowali je podglądać przez taką wolna przestrzeń pod sufitem, ale mimo starań nic im z tego nie wychodziło.
Różnych zresztą imano się sposobów. Opowiadał mi Andrzej Latacz, jak to razem ze Zbyszkiem Ciałowiczem wiercili scyzorykiem dziurę w ścianie, żeby choć zerknąć sobie na kąpiące się dziewczyny, ale nakrył ich łazienny i z wilczym biletem przepędził do domu.

* * *

Wracając jednak do opowieści poważnych. Każdy z nas przyzna, że prawdziwą dumą i chlubą wszystkich mieszkańców Jędrzejowa, było i jest, oczywiście, Muzeum Słonecznych Zegarów. Jego kopulasta wieża od ponad stu lat góruje nad jędrzejowskim rynkiem Tu od zawsze mieściło się obserwatorium astronomiczne w którym Przypkowscy obliczają promienie słoneczne padające na ich gnomowe czasomierze.
b-opowiesci

Kto był w tym muzeum ten wie, że zegary są tu wszędzie. Leżą za szkłem w gablotach, wiszą na ścianach, stoją na podłodze, zwisają z sufitu. Niektóre wyglądają jak jarmarczne cacka, inne niby drogocenne dzieła sztuki. Kształty też mają różne: maleńkie niby guziki u surduta, albo wielkie jak szafy gdańskie. Są drewniane, szklane, żelazne, złote, na wodę i strzelające armatkami kiedy słońce stanie w zenicie nieba.
I jest w tym Muzeum również coś niebywale mistycznego i irracjonalnego zarazem, gdy porówna się te niegdysiejsze czasomierze z naszymi współczesnym, niecierpliwym i rozpędzonym życiem.

Ile ja mogłem mieć lat, kiedy pierwszy raz ze swoją klasą z powszechniaka znalazłem się w tym niezwykłym muzeum? Dziesięć może. Pamiętam, że jedna ze złoconych ram na ścianie zasłonięta była szkarłatnym materiałem. Aż kusiło, żeby ją odchylić i zobaczyć co się za nią kryje. A tam był napis. „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Ha, ha. Kilka tego rodzaju mądrych sentencji życiowych poukrywanych było w kątach muzealnych sal. Umieszczał je podobno sam pan doktor Tadeusz Przypkowski, ku, jak mawiał żartem, edukacji narodu.
Nic więc dziwnego, że tym miejscem zachwycało się wielu wybitnych artystów, pisarzy, poetów i to z całego świata. Ślady ich bytności w Jędrzejowie znalazły się potem w licznych, artystycznych dziełach. Władysław Broniewski na przykład w swoim poemacie „Wisła” pisał jak to: „Biją słoneczne godzin w Jędrzejowie...”

Również Jean Anoulih, światowej sławy francuski dramaturg, w jednej ze swoich sztuk też o naszych słonecznych zegarach mówił.
Dziś owe sławne jędrzejowskie zegary już od ponad trzydziestu lat ustawia wielki znawca tej sztuki, jedyny bodaj w Europie, słoneczny zegarmistrz, dyrektor jędrzejowskiego Muzeum, pan Piotr Maciej Przypkowski. Z wykształcenia historyk sztuki, ale z zamiłowania i tradycji rodzinnych również astronom, a przy tym wszystkim człowiek przeuroczy, z niegdysiejszą już galanterią w życiu, byciu, słowie i obcowaniu z ludźmi.
Tak, tak. Jest to rodzony syn owego legendarnego już, nieżyjącego niestety, doktora Tadeusza Przypkowskiego, o którym mówiło się jako o „ostatnim, już szlachcicu Rzeczypospolitej Polskiej”.
Bo też osobowość była to niezwykła. Wyglądem przypominająca sienkiewiczowskiego Zagłobę, który przez pomyłkę tylko zawędrował w XX wiek. Wesoły, rubaszny, kochający życie, z olbrzymim poczuciem humoru.

Oprócz Słonecznych Zegarów zostawił jeszcze po sobie legendę i całą masę uciesznych dykteryjek, opowiadanych chętnie przez wszystkich prawie jędrzejowian.
Podobno kiedyś w Warszawie, na bankiecie po jakimś zjeździe ludzi kultury i sztuki, ówczesny premier rządu PRL, Józef Cyrankiewicz zapytał doktora Przypkowskiego.
- Jak się tam panu żyje w tym Jędrzejowie, panie Tadeuszu?
A na to Przypkowski: To małe miasteczko, panie premierze, więc przeważnie z żoną.

Kolekcjonowanie słonecznych czasomierzy rozpoczął jeszcze przed pierwszą wojną światową dziadek dzisiejszego dyrektora, Feliks Przypkowski, lekarz z zawodu i astronom z zamiłowania. Pasją zbierania starych zegarów owładnięty był całkowicie, a jako lekarz? No, leczył trochę dziwnie.
Mój starszy brat, Staszek Kalinin mówi, że lubił na przykład badać chorych przez lufcik. W każdym oknie ówczesnych domów było takie dodatkowe okienko zwane lufcikiem. Otwierano je najczęściej w zimę, gdy w chałupie kończyło się powietrze, więc dr Przypkowski najpierw stawał na dworze przed takim właśnie lufcikiem i wypytywał o objawy choroby. Jeśli nie wynikał z tego tyfus, ani inna zaraza, to wchodził do mieszkania i badał dokładnie. Nie powinno to dzisiaj dziwić nikogo, gdyż różne wtedy epidemie i zarazy nękały ludzi. Stary doktor nie chciał po prostu ryzykować, żeby móc leczyć innych.
Jego gnomiczne zbiory wzbogacił i co najważniejsze, uchronił od obowiązkowej w tamtych latach nacjonalizacji, syn Tadeusz. Według bowiem realnego socjalizmu wszystko w Polsce musiało być państwowe albo co najmniej uspołecznione.

Przypkowskim udało się jednak. Wciąż utrzymywali swoje niezależne, prywatne muzeum, gdzie eksponowano nie tylko słoneczne zegary, ale na przykład nienaruszony przez lata pokój gościnny, gdzie w roku 1915, ponad 10 dni rezydował, komendant Pierwszej Kadrowej, brygadier Józef Piłsudski. Wróg publiczny numer jeden wszystkich polskich i nie tylko, komunistów. W szarzyźnie PRL-owskiej codzienności był więc doktor Tadeusz Przypkowski postacią niezwykle barwną i kontrowersyjną zarazem, znaną już wtedy niemal w całej Polsce.

Gdzieś, chyba w pierwszych latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku (Boże jak to dziwnie brzmi i jak niedawno), byłem z Wojciechem Żukrowskim na wspólnym spotkaniu autorskim w Bibliotece Miejskiej w Lublińcu. Rozgadaliśmy się wtedy i nagle się okazało, że Żukrowski od lat zaprzyjaźniony był z rodziną państwa Przypkowskich. Dykteryjek więc różnych o Tadeuszu znał co niemiara. Opowiedział mi nawet jedna z nich. To nic, że znają ją pewnie wszyscy jędrzejowianie. Ja opowiem ją jeszcze raz w myśl starej zasady. Znacie? To posłuchajcie.
„Otóż jakoś po roku 1956, czyli w okresie tzw „odwilży”, kiedy próbowano w Polsce nadać socjalizmowi „ludzką twarz”, Stowarzyszenie Historyków Polskich postanowiło zorganizować w Krakowie na Wawelu taki swój, odnowicielski kongres. Zaproszono ludzi wcześniej usuniętych z tego gremium, a wśród nich doktora Tadeusza Przypkowskiego.
Pojechał. Szedł z dworca kolejowego na Wawel piechotą, więc po drodze dla kurażu łyknął trochę w tej i tamtej knajpce. Spóźnił się oczywiście na ceremonię otwarcia obrad, bo jak mówiono, lubił zawsze mieć swoje grande entre. Stojący przy wejściu jeden z organizatorów otworzył przed nim drzwi i głośno zaanonsował.

- Przybył doktor Przypkowski z Jędrzejowa.

Przypkowski zatrzymał się na progu sali i spojrzał na stół prezydialny. Zobaczył siedzące tam te same co poprzednio ideologiczne dzierżymordy więc zapytał swoim tubalnym i trochę ochrypłym głosem.

- Wejść czy nie wejść?

- Ależ tak, prosimy, panie doktorze, zawołano od prezydialnego stołu.

A na to Przypkowski.

- Nie was się pytam. Własnego sumienia się pytam. Odwrócił się i wyszedł.

Każdy z powojennych Jędrzejowian doktora Przypkowskiego znał prawie osobiście. Widywaliśmy go przecież jak zimą paradował po Rynku w tym swoim chłopskim, zniszczonym kożuchu z którego przez dziury wyzierały baranie kudły. Albo gdy w wigilię Bożego Narodzenia jechał przez Jędrzejów w dorożce Jasia Klamki i razem na dwa głosy wyśpiewywali kolędy: „Bóg się rodzi, moc truchleje...”. Jedni mówili, że wypił za dużo, inni, że właśnie w ten sposób chciał pokazać komunistom, iż kara Boska ich nie ominie.
Dla Jędrzejowa był jednak zawsze postacią kontrowersyjną. Nieważne, że bywał na europejskich salonach i władał biegle kilkoma językami, a swoimi słonecznymi zegarami przysparzał miastu i Polsce chwały i sławy. Jędrzejowianie jakoś nie chcieli, albo nie mogli zaakceptować jego ekstrawaganckiego stylu bycia, tak w ubiorze jak zachowaniu. Bo niby doktór i uczony, a przeklinał po furmańsku, brodę nosił i wąsy jak ruski pop. Lubił też zaglądać do knajpy na rogu Rynku i Kieleckiej, o czym z przekąsem napisała kiedyś jedna z krakowskich gazet, że w Jędrzejowie wieczorami nudno bardzo, żadnych rozrywek, tylko doktor Przypkowski, zataczając się po ćwiartce wraca z gospody do domu. To, oczywiście wywołało burzę.

- Co to za wstyd dla Jędrzejowa – mówiono – taki despekt na całą Polskę. Rada Miasta również zajęła się sprawą w wyniku czego, w tej samej gazecie dr Tadeusz Przypkowski takie oto opublikował dementi:

Nawiązując do reportażu w waszej gazecie, w którym to w jawny sposób naruszono dobre imię mojej rodziny, pragnę niniejszym zakomunikować, że jeszcze nigdy, żaden Przypkowski po ćwiartce się nie zataczał.

To był właśnie cały wielki Przypkowski. Ostatni człowiek w PRL-u z takim poczuciem humoru.