Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 21)

b-1a

Co nam zostało z tamtych lat?

Przede wszystkim wspomnienia, no i oczywiście przyjaźnie. O przyjaźniach wiadomo, że są stare jak świat i każde pokolenie opowiadać o nich może bez końca. Nie zmienia to jednak faktu, że przyjaźnie wtedy są ważne, kiedy dotyczą nas osobiście. Każda z nich bowiem potrzebuje do spełnienia przynajmniej dwóch serc i dwóch lojalności. Musi też być uczuciem bezinteresownym i szczerym, jak pierwsza miłość na przykład albo młodość. Dlatego zapewne najlepsze przyjaźnie trafiają się nam gdzieś w wieku 15-19 lat, bo przypominają wtedy pierwsze zakochanie i rodzą się bardziej z fascynacji, czy wzajemnej afektacji, niż z racjonalnych pobudek. Trwają też niezbyt długo, bywa, że tyle samo, co czas wakacji, wycieczki czy obozu sportowego, ale są za to szczere i często przechowywane są przez lata całe gdzieś w sercu głęboko i pamięci.

W takim właśnie mniej więcej czasie, to jest między 15, a 16 rokiem życia przyszło mi przebywać w Domu Dziecka w Nagłowicach, ulokowanym wówczas w dawnym dworze Mikołaja Reja, gdzie moja mama otrzymała posadę wychowawczyni. Ów Dom Dziecka stał w pięknym lesie sosnowym i był zupełnie innym domem dziecka, niż bywają współczesne jego odpowiedniki. Wychowankowie tego domu byli dziećmi wojny, przez wojnę osieroceni i przez wojnę przysposobieni do trudnej sztuki samodzielnej egzystencji. Dobrze wiedzieli, na czym polega dobro, u kogo należy szukać wsparcia i serca. W ich wspomnieniach nie było tatusiów, takich jak dziś „damskich bokserów” czy alkoholików wywołujących domowe burdy. Ich rodzice byli zawsze wielcy, bohaterscy. Cierpieli gdzieś w niemieckich obozach koncentracyjnych, albo walczyli o Polskę gdzieś tam w wielkim świecie, skąd niebawem mieli powrócić, żeby odmienić ich zły los i zabrać z sobą w rodzinne strony.

Tamten Dom Dziecka w Nagłowicach był przepełniony po sufit trzypiętrowymi łóżkami, pachniał wojskowymi kocami i taką czarną pastą do podłóg, ale to właśnie tam spotkałem swoich pierwszych, prawdziwych przyjaciół. Jestem prawie pewien, że to dzięki tamtym przyjaźniom jestem dziś takim człowiekiem, jakim jestem. Ileż to nocy przegadaliśmy leżąc na swoich piętrowych łóżkach, marząc o bardziej ludzkim świecie niż ten, jaki nas wówczas otaczał. Składaliśmy też sobie przyrzeczenia, że nigdy nie sprzeniewierzymy swoich ideałów. Ćwiczyliśmy wolę i charaktery, tworzyliśmy coś w rodzaju świętego sprzysiężenia. Nosiliśmy nawet w kieszeniach takie jednakowe amulety, bowiem nie wystarczała nam już sama biologiczna radość przyjaznego trzymania się za ręce i wspólnego śpiewania przy harcerskim ognisku.
Tylko przez jedno lato trwała tamta nasza przyjaźń, bo oto wnet rodzice zaczęli wracać z wojny i zabierali swoje dzieci do domów. Pomimo to chłopców z tamtych czasów pamiętam do dziś, choć Boże, minęło już tyle lat.

Nie każde, oczywiście, przyjaźnie potrafiły przetrwać próbę czasu. Niektóre stały się tylko wspomnieniem, inne uleciały z pamięci i serca. Tak to już w życiu jest.

Kiedyś na ulicy w Krakowie spotkałem Marka Łabęde, wychowanka tamtego Domu Dziecka w Nagłowicach. Nie widziałem go od wielu lat, więc wspomnień powinno być sporo. Tymczasem staliśmy naprzeciw siebie i kiedy zakończyły się sakramentalne pytania „a pamiętasz?”, a pamiętasz? nie za bardzo mieliśmy potem o czym rozmawiać. Czas zrobił swoje. On patrzył mi w oczy, uśmiechał się i mówił w kółko – „ach ty stary byku”, ach ty stary byku” a mnie zrobiło się smutno, bo już w chwilę po naszym rozstaniu, nie potrafiłem sobie przypomnieć jego twarzy. Ciągle pamiętałem tamtą z młodych lat.
Dzisiaj z prawdziwymi przyjaźniami jest już grzej. Po którejś tam dziesiątce życia nie zyskuje się już nowych, a przeciwnie tych dawnych przyjaźni ciągle ubywa. Najczęściej zabiera ich śmierć, albo pan Alzheimerar, co powoduje, że stajemy się w ten sposób coraz bardziej osamotnieni, trochę jakby wyalienowani z teraźniejszości i tylko najbliższa rodzina pomaga nam utrzymywać jaki taki fason.

Ale bywają też wśród nas tacy, którzy przekonani są świecie, że takich prawdziwych przyjaźni w ogóle nigdy nie było, że wymyślili je tylko fantaści i poeci na nasz naiwniaków użytek. Od zawsze przecież najważniejsze były dobre układy i interesowne znajomości, które jedynie dla ułatwienia nazywane są przyjaźnią.
Być może. Sam już nie wiem, co o tym myśleć, bo kiedy się patrzy na współczesną rzeczywistość.

Kiedy więc przeczytałem wyżej napisane słowa swoim kolegom, współautorom tej książki, to od razu na mnie naskoczyli.

- Co ty wygadujesz? – wołali. Każdy z nas o swoich kolegach i tamtych przyjaźniach mógłby opowiadać a opowiadać, bez końca.

- Taak? To proszę.

Zaczął Józek Gierczak.

Przyjaciół, czyli takich kolegów nad kolegami miałem w życiu mnóstwo. Ale prawdą jest również, że w młodości było ich najwięcej i wspomina się je najlepiej. Bo to i szkoła i sport i harcerstwo. Takim, który mi wtedy najbardziej imponował, był sporo ode mnie starszy Tadek Chmielarz. Autorytet w Jędrzejowie ogromny, bo to i artysta malarz z niego był i piłkarz i harcerz i motocyklista. Razem żeśmy jego „dekawką” jeździli do Oksy, gdyż bardzo mu się tam podobała młynarzówna, Danusia Banasik. Mnie zresztą też. Tadeusz był takim druhem, na którym zawsze i wszędzie można było polegać. Gdy po kilkudziesięciu latach spotkaliśmy się obaj na jakiejś oficjalnej imprezie w Jędrzejowie, to najpierw spojrzeliśmy na siebie i… wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem. Wzbudziło to oczywiście pewną sensację wokół, ale ten śmiech zastąpił nam słowa. Najpiękniej moim zdaniem wyrażał radość ze spotkania i afirmację przyjaźni, która potrafiła oprzeć się upływowi czasu.

- Jurek Skrobiszewski i Janek Nowak to już chyba jedyni żyjący moi przyjaciele rówieśnicy. Do dziś utrzymujemy ze sobą dobre, serdeczne stosunki. Jurek Skrobiszewski był jedynym w tamtych latach chłopakiem, który nie wyjechał z Jędrzejowa na Śląsk czy do Krakowa przed ukończeniem liceum. Ja także nie wyjechałem. Dlatego jest mi specjalnie bliski. Jurek nie miał nigdy i nie ma chyba do dziś trudności z artykułowaniem zawsze słusznych poglądów i opinii. Ale przecież wiedzę i fachową i ogólną ma szeroką. Jeszcze w liceum oświadczył twardo, że zostanie inżynierem i został. Ambitny, konkretny i uparty. Niezawodny przyjaciel.

- Janek Nowak to sztuka z charakterem: spolegliwy, energiczny, pracowity jak mrówka, budzący respekt, a jednocześnie uprzedzająco grzeczny i umiejący słuchać. Już jako stomatolog przywiózł sobie z Krakowa uroczą brankę, Ziutę (też stomatolog) i żyli potem ze sobą długo i szczęśliwie ciesząc się dwoma córami i wnukami. Podobno prawdziwy mężczyzna musi mieć syna i wybudować dom. Janek dom wybudował.

- Zymek Pęczak- ułożony, grzeczny, kulturalny, miły w obejściu. W pewnej chwili, z niewiadomego powodu zerwał kontakty z resztkami jędrzejowskiej wiary. Wróć na łono, przyjacielu.

- Leszek Afanasjew. To był facet, słuch, głos, muzykalność, aparycja, dowcip i niestety charakter jakby trochę słaby. Uzależniał od trunków nie tylko siebie ale i swoich kumpli, których zawsze wokół miał wielu. Był też w tamtych latach uważany za wroga publicznego nr 1 wszystkich zetempowców. Bo nosił się, jak mówiono, po bikiniarsku no i naśmiewał się z nich często i dowcipnie. Jak to on im mówił?

Przeżyliśmy potop szwedzki
Przetrzymamy i radziecki

- Szliśmy kiedyś – ciągnie swoją opowieść Józek Gierczak - na taki ekstra bal do Sudołu, to znaczy Jurek Chrzanowski, nazywany przez nas „inżynier światło”- bo elektryk, Włodek Kielbassa i ja. Włodek to był nieprzeciętnie inteligentny chłopak. Odznaczał się przy tym poczuciem humoru, odwagą i mocną posturą fizyczną.

Więc gdyśmy szli na ten bal to dogoniła nas po drodze jakaś bryczka w dwa konie z podpitymi trochę mężczyznami. Chcieliśmy ją zatrzymać żeby się z nimi zabrać, ale furman podciął konie i pojechali. Wtedy któryś z nas puścił za nimi wiązankę narcyzów i oni to usłyszeli, bo zawrócili. Okazało się, że byli funkcjonariuszami jędrzejowskiego. Ja i Jurek Chrzanowski, o hańbo, daliśmy nogę. Włodek Kielbassa zaś, po małej bójce w pojedynkę, znokautował tych ubeków i woźnicę bryczki również. Całe miasto nazajutrz opowiadało o tym incydencie. Czekano tylko, kiedy nas zwiną. Nie było więc rady, trzeba było uciekać. Wcześnie rano zaraz po tym balu w Sudole wsiedliśmy z Włodkiem do pociąg i wyruszyli na planowaną zresztą wcześniej ucieczkę do Lipuszy koło Kościerzyny, gdzie ojciec Włodka pracował jako nadleśniczy. W Jędrzejowie nie było nas ponad miesiąc. Nasze matki szukały nas w tym czasie gdzie mogły, podobnie zresztą jak miejscowy Urząd Bezpieczeństwa. Dopiero po czasie, gdy sprawa przycichła, wróciliśmy do domu.

b-opowiesci 25

* * *

Z Antkiem Rokickim znałem się właściwie od zawsze. Lata przecież całe mieszkaliśmy w jednym domu na Podklasztorzu u państwa Świtalskich, Mieliśmy wspólną sień przy której my Kalininowie zajmowaliśmy mieszkanie od podwórka, a Rokiccy od frontu. Tego domu nie ma już niestety a stał przy ulicy, która dawniej nazywała się Klasztorna, w czasie okupacji była „Główna” a potem 14- go Stycznia na pamiątkę wkroczenia sowietów do Jędrzejowa.

Antek był wtedy moim najlepszym i nieodzownym kumplem do zabaw i dziecięcych tajemnic. Już wtedy był chłopcem takim bardzo serdecznym i koleżeńskim, a przy tym uczył się rzeczywiście wspaniale. Kierownik naszej podstawówki pan Tyszkiewicz mówił nawet, że dla Antka Rokickiego to stopnie były nawet za małe. W naszej szkole tylko o Aciku Zajtzu mówiono podobnie. Tyle, że Zajtz został potem wybitnym naukowcem, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, a z Antkiem Rokickim coś się dziwnego stało. Nie podjął dalszej nauki. Cały Jędrzejów znał go potem jako inkasenta elektrowni.

Teraz, gdy czasem siadamy z Antkiem do wspomnień, to przychodzi nam często na myśl jego ojciec Roman Rokicki. Bo był to człowiek niezwykły. Pracował jako mechanik na takim wielkim walcu drogowym na parę, więc często z tego powodu przebywał poza domem. Ale gdy wracał, na niedzielę na przykład, lub inne święto, to lubił sobie coś wypić i wtedy w sieni naszego domu urządzał takie śpiewające koncerty. I co dziwne nie przeszkadzało to nikomu z lokatorów, zwłaszcza, że była to właściwie jedyna alkoholowa przywara pana Rokickiego. Mało tego Otwieraliśmy wtedy drzwi naszych mieszkań, żeby lepiej go słyszeć, a on nam śpiewał i śpiewał z głową uniesiona do góry uniesiony i natchniony. Zawsze wtedy zachodziliśmy w głowę skąd w człowieku tak drobniutkiej postury siedział taki niezwykłe mocny bas, na miarę Szaliapina prawie.

Dopiero po latach, gdy już chodziłem na koncerty i przedstawienia operowe, uświadomiłem sobie nagle, że tę czy inną arię operową słyszałem już wcześniej w sieni naszego domu w wykonaniu pana Rokickiego.

Tylko skąd on znał wtedy partię Mefista z „Don Govaniego” na przykład, albo słynną arię Skouby ze „Strasznego dworu”? Radia przecież Rokiccy nie mieli, a tak zwane patefony na korbkę albo gramofony do odtwarzania ebonitowych płyt były tylko w salonach zamożnych domów. A pan Rokicki te arie śpiewał.

Mój stary kumpel Antek Rokicki mieszka do dziś w Jędrzejowie i trzeba przyznać, że umiał się urządzić, bo żonę ma przemiłą zresztą panią mecenas, znanego w mieście radcę prawnego.

Drugim moim kolegą, którego znałem odkąd sięgała pamięć, był Jurek Klimczak. Taki „serdeczny druh od lat i od serca”, jak mu kiedyś napisałem w dedykacji na jednej ze swoich książek.

Mówią, że z dobrego domu wychodzą dobrzy ludzie. W przypadku Jurka Klimczaka ta maksyma w pełni się sprawdziła. Jego tata był głównym młynarzem w młynie „Róż”, czego wiec jak czego, ale mąki w domu państwa Klimczaków nigdy nie brakowało. Mama Jurka znana była z tego, że uwielbiała robić wypieki. Ileż to razy jej synalek ściągał na jej słynnej kruche ciasteczka całą zgraję zawsze łasych na słodycze kolegów. Jako jeden z pierwszych na całym Podklasztorzu miał własny rower, a potem nawet motocykl marki „Panonia”. Rwał na ten motor co ładniejsze dziewczyny w Jędrzejowie, a rwał, ale też lojalnie przyznać trzeba, że nam kumplom też dawał czasem pojeździć.

Jurek skończył potem wrocławską Akademię Wychowania Fizycznego i wrócił do Jędrzejowa gdzie uczył w szkole i działał równocześnie na tak zwanej niwie społecznej i sportowej. Był taki czas, że rządził nawet całym miastem jako przewodniczący Rady Narodowej, a i sekretarzem Komitetu Powiatowego PZPR też był. Jak by jednak na to nie patrzeć Jędrzejów tamtych lat wiele mu zawdzięcza.

Co jednak w tym wszystkim najważniejsze, to dobra pamięć jaką tu po sobie zostawił. Corocznie bowiem odbywają się Jędrzejowie takie masowe biegi przełajowe nazywane pięknie „Memoriałem imienia Jerzego Klimczaka”. Dobrze, iż ktoś pomyślał, że Jurkowi to się należało.

Lucek Pawlik, to był chłopak, którego u nas na Podklasztorzu prawie wszyscy lubili. Miał coś w sobie takiego sympatycznego od losu, albo od stwórcy jak wolą inni, dość, że wszędzie był mile widziany.
Lucek przyjechał do Jędrzejowa jakoś zaraz po wojnie z pobliskich Motkowic gdzie jego ojciec w czasach okupacji niemieckiej był policjantem. Pełnił tam tę funkcję z rozkazu dowództwa Armii Krajowej, bowiem podziemie chciało po prostu mieć swojego człowieka w granatowej, pracującej dla Niemców, policji.

Pan Pawlik swój akowski rozkaz wykonał do końca, za co potem ubowcy kilka razy zamykali go do więzienia. Luckowi też z tą ojcowska przeszłością nie było łatwo. Dla zetempowców w gimnazjum zawsze był taki ideologicznie trefny. Niby kolegowali z nim, jak to chłopaki z chłopakami, ale dystans polityczny był.

Jasiek Zając mówi, iż przed maturą informował Lutka, że się nim interesują, (wiadomo kto), że przychodzą do szkoły i rozpytują. Może by wiec lepiej było, gdyby złożył papiery na Politechnikę Gliwicką, bo tam kadra z dawnego Lwowa dużo mniej ideologiczna niż w innych miastach?

I Lutek Pawlik tak zrobił, podobnie zresztą jak Staszek Kowalczyk, też wtedy wróg klasowy, bo syn tak zwanego „kułaka” ze wsi Imielnica.

Obaj potem skończyli studia i zostali inżynierami górniczymi. Wybrali zawód najtrudniejszy z trudnych, bo niebezpieczny i pod ziemią, ale Lucek jak pamiętam zawsze był taki charakterny, uczciwy, zasadniczy i pryncypialny. Widać to w nim było już w czasach młodości, kiedy musiał pomagać swojemu dziadkowi, panu Kulaskowi w prowadzeniu gospodarstwa rolnego. Ojca wciąż mu przecież zamykali w ubeckich aresztach, więc to dziadka gospodarstwo stanowiło podstawę egzystencjalną całej ich rodziny.

Zdarzyło się kiedyś, że Lucek ze swoim dziadkiem prowadzili krowę do byka. W gospodarstwie rolniczym to rzecz normalna. Miał z tego być cielak na wiosnę, a może dwa i mleko codziennie dla całej rodziny. Szli więc z tą krową w stronę Sudołu i zaraz za mostem kolejowym, dziadek Kulasek wstąpił do sklepu pana Majchrzaka w tak zwanym „Domu Parafialnym” kupić sobie papierosy. Na ten czas kazał Luckowi przytrzymać krowę.

Stoi Lutek z tą krową, a tu idzie ojciec Gerard od Cystersów..

- Gdzie ty chłopcze idziesz z tą krową – pyta.

- Do byka – odpowiada Lucek.

- Do byka? To nie może tego zrobić ojciec albo dziadek?

- Nie proszę księdza – odpowiada Lutek. To musi byk.

Cały „Kacka”, jak bym go dziś słyszał.

 * * *

Wspomnienia tę głównie mają zaletę, że pozwalają z oddali niejako spojrzeć na miniony czas, ludzi i zdarzenia.

Jakoś wiosną 2000 roku gdy za książkę pt. „W cieniu złych drzew”, traktującej w sporej części o Jędrzejowie, otrzymałem Literacką Nagrodę „Solidarności” to na jej promocje do Teatru im. Mickiewicza w Częstochowie przyjechały całe władze ówczesnego Jędrzejowa z Burmistrzem i Przewodniczącą Rady Miasta, panią doktor Teresą Szwach. Honor to był dla mnie ogromny. A ponieważ piszemy tu o przyjaźniach tych współczesnych również, przeto o pani doktor Szwach też słów kilka.

Niedawno zgadaliśmy się na jej temat z Jankiem Hatysem. On pamięta jeszcze z liceum ciemnooką Teresę Chowaniec. Otrzymał wtedy polecenie od Zarządu Szkolnego ZMP, że mam wziąć pod opiekę ideologiczną którąś z najmłodszych klas liceum. Chodziło o to, żeby ich poinformować o nowych zadaniach socjalistycznej szkoły, że zdobywamy wiedzę dla dobra naszej ludowej ojczyzny i że jesteśmy młodą gwardią proletariackich mas, która jutro rządzić będzie Polską.

Mnie przypadła wtedy ósma klasa, do której chodziła właśnie Teresa Chowaniec. Znałem już wcześniej jej brata i siostry Barbarę i Ewę. Obydwie pracują do dziś w służbie zdrowia. Barbara jako farmaceutka, Ewa zaś lekarzem reumatologiem.

Teresa zdała maturę w 1954 roku, a potem ukończyła studia medyczne w Gdańsku. Wszystko w terminie i zgodnie z planem. Zaraz potem wróciła do swojego Jędrzejowa, już jako Teresa Szwach, na podyplomowy staż lekarski w Szpitalu Powiatowym. Nie przypuszczała jeszcze wtedy, że za kilka lat będzie dyrektorem tej placówki.

Największą aktywnością społeczną i polityczna wykazała się Teresa w trakcie tak zwanej transformacji ustrojowej w latach 1998 – 99, co wymagało wtedy nie lada odwagi. Nikt przecież nie wiedział, jak to się wszystko skończy. Została wtedy wybrana na Przewodniczącą Miejskiej Rady Narodowej w Jędrzejowie.

Dziś jest na emeryturze, ale nadal pozostaje praktykującym lekarzem. Jej syn Piotr, też lekarz, już trzykrotnie uczynił ją babcią, więc teraz wnuki to jej świat.
Dla doktor Szwach najważniejszy w kategoriach zawodowych jest fakt, że już od kilku lat w plebiscycie pacjentów na najbardziej życzliwego i kompetentnego lekarza permanentnie uzyskuje w Jędrzejowie I –sze miejsce i 4-te lub 5-te w całym województwie.

I dodam tu już na koniec, i nie bez dumy, że właśnie z rąk pani doktor Teresy Szwach, wtedy Przewodniczącej Miejskiej Rady Narodowej, otrzymałem bardzo dla mnie ważną, Statuetkę Jędrzejowianina 2000 roku.
Takie wyróżnienie to przecież wielki honor dla każdego jędrzejowianina. A ja za takiego wiąż się uważam.

 * * *

Janek Zając, co zrozumiałe, wszystkich swoich przyjaciół i najbliższych kolegów upatruje w ZMP- wskim aktywie tamtych lat.
- Bo szczególnie ci, którzy podobnie jak ja pochodzili ze wsi, byli mi wtedy ostoją i oparciem - mówi. Wszystko mnie przecież z nimi łączyło. Podobnie żeśmy myśleli, podobny mieliśmy stosunek do pracy i obowiązków. Nam przecież nic nie przychodziło łatwo. Znaliśmy dobrze wiejską biedę, głodne przednówki i służbę u bogaczy za psie przeważnie pieniądze. I te ciągłe poniżające określenia, wsioki, wsioki. Więc jeżeli my tego nie zmienimy to kto? - pytaliśmy samych siebie. Tych którzy myśleli podobnie pamiętam do dziś.

Staszek Cieślik. Chodził do tej samej co ja podstawówki w Imielnie. Potem w Jędrzejowskim Liceum pełnił funkcję przewodniczącego Zarządu Szkolnego ZMP i był już wtedy ideologicznie bardzo wyrobiony. Namówił mnie i razem wstąpiliśmy do Partii. Było to wtedy ewenementem na skale krajową, bowiem tylko w naszym liceum działała wtedy POP, czyli Podstawowa Organizacja Partyjna. I co najciekawsze, nie było w niej nikogo z grona profesorskiego. Staszek Cieślik ukończył potem w Moskwie studia metalurgiczne, ale w swoim zawodzie nie pracował nigdy. Poświecił się całkowicie działalności politycznej. Był między innymi I-szym sekretarzem KW PZPR w Legnicy i członkiem KC Partii.

Edek Kwiecień był synem sołtysa w moim rodzinnym Jakubowie. Polityką właściwie nigdy się nie interesował, a mimo to zawsze był mi kimś bliskim
Widziałem się z nim niedawno, bo w 2010 roku w Warszawie, gdzie spokojnie żyje sobie na emeryturze.

W czasach licealnych mieszkaliśmy razem na jednej stancji w Jędrzejowie. Nasza przyjaźń datuje się jeszcze z lat chłopięcych. Opowiadałem już w tej książce jakim byłem wtedy jąkałą. Słowa jednego nie potrafiłem wypowiedzieć normalnie. I ten Edek któregoś dnia zaczął się z tego mojego jąkania naśmiewać. Jak ja wtedy do niego dopadłem, jak go rąbnąłem o ziemię. Tłukliśmy się ile wlazło, ale on oberwał więcej, bo śliwa mu czerwona wyrosła na nosie. Muszę tu jednak powiedzieć, że Edek potrafił zachowywać się honorowo. Wtedy też podniósł się z ziemi. wytarł nos i wyciągając rekę powiedział: przepraszam. To właśnie od tamtej bijatyki zaczęło się nasze kumpelstwo i trwa niezmiennie do dziś.

Edek po ukończeniu Politechniki Wrocławskiej pracował najpierw w Zakładach Świerczewskiego w Warszawie, gdzie opracował kilka patentów technicznych do dziś stanowiących tajemnice wojskową. Potem, aż do emerytury był dyrektorem technicznym w fabryce telewizorów kolorowych w Piasecznie.

Józek Góra. Gdy ja zdawałem maturę to on właśnie został wybrany na moje miejsce Przewodniczącego Zarządu Szkolnego ZMP. Był uczniem niezwykle zdolnym, prymusem całej szkoły. Ukończył potem „chemię spożywczą” na Politechnice Łódzkiej. W tej dziedzinie uzyskał stopień profesora, był potem dziekanem na wydziale swojej specjalizacji, a także pełnił przez jakiś czas funkcję rektora Politechniki.

Tadeusz Krzeszowski. Też chluba jędrzejowskiego liceum. Jak pamiętam nie angażował się prawie wcale w działalność polityczną czy społeczną w naszej szkole. Ale uczył się świetnie. Szczególnie w naukach humanistycznych imponował nam wiedzą i oczytaniem. Nie dziwota wiec, że po maturze ukończył Filologię Polską na KUL-u w Lublinie i jak niewielu absolwentów naszego liceum wrócił potem do Jędrzejowa, gdzie uczył języka polskiego. Pamiętam też, że dwukrotnie recenzował twórczość innego naszego sławnego krajana, Andrzeja Kalinina na promocjach jego książek w jędrzejowskim Domu Kultury.

Ideologicznie i politycznie bardzo był mi bliski Henryk Majecki. Chodziliśmy do tej samej szkoły, siedzieliśmy w jednej ławce, razem też działaliśmy w ZMP. Henio był jędrzejowianinem z ulicy Barbary. Uczył się świetnie. Jako „przodownik nauki i pracy społecznej, został skierowany na studia do Związku Radzieckiego, gdzie w Kazaniu ukończył wydział historyczno filozoficzny. Do końca życia pracował jako dyrektor Archiwum Wojewódzkiego w Białymstoku tam także wykładał na jednej z wyższych uczelni tego miasta. Zmarł w roku 2008.

Władek Kulis, obecnie adwokat w Gdańsku. W naszym liceum był aktywistą najpierw w harcerstwie potem w ZMP. Ukończył prawo na Uniwersytecie warszawskim. Z Władkiem łączyła się wtedy w Jędrzejowie taka bardzo romantyczna historia miłosna z kiepskim niestety zakończeniem. Otóż Władek zakochany był i chyba z wzajemnością w rzeczywiście prześlicznej Lilce Baranównie. To była taka znana wszystkim szkolna para. Nauczyciele patrzyli na nich z pobłażaniem, a brać licealna trochę z zazdrością. Bo spotkać taką miłość, kto by nie chciał? Lilka wyjechała potem na studia do Krakowa i tam poznała jednego z braci słynnego rodu Czumów. Zakochała się i wyszła za niego za mąż, ale życie nie było dla niej łaskawe. Zmarła wiele lat temu na nieuleczalna wtedy chorobę.

Taką niezwykle barwną postacią w ówczesnym Jędrzejowie był bez wątpienia Janusz Wieliński. Był bardzo żywym chłopakiem. Grał w piłkę w „Naprzodzie”, szalał na prywatkach, wszędzie go było pełno. Ukończył potem Liceum Pedagogiczne, zdał egzamin wstępny na Uniwersytet Warszawski ale studiów nie skończył. Po powrocie do Jędrzejowa ożenił się z Cyganką. I to była sensacja na całe miasto. Chłopak z takiego dobrego rodu Wielińskich i Cyganka? Nie, jak świat światem czegoś takiego jeszcze w Jędrzejowie nie było. A oni się w sobie po prostu zakochali. Żona Janusza była nie tylko piękną, ale mądrą i bardzo wartościową dziewczyną. Mimo wysiłków nie potrafiła jednak Januszowi pomóc. Cały wiec wysiłek włożyła w wychowanie trójki ich synów.

 * * *