Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 20)

b-1a

„Naprzód” miłość nasza

Bo kto z nas, jędrzejowskich chłopaków, nie był w „Naprzodzie” zakochany? Wszyscy chyba. A przecież nie była to miłość wcale łatwa, często gorzka i irytująca, ale przez to właśnie szczera, jak każda miłość prawdziwa. My ten nasz „Naprzód” od dawna już i po dzień dzisiejszy ciągle mamy w sercach i wspomnieniach i emocjach nieustannych od euforii po skrajną rozpacz. Pierwszy raz, bodaj w 1948 roku widziałem, jak znany nam wszystkim profesor Antoni Dylski, licealny wuefista, ocierał łzy z oczu po przegranym przez „Naprzód” 2:1 meczu ze „Skrą” Częstochowa. Albo jak Józek Porębski, chłopak z Podklasztorza czyli twardziel z „Piekła” a płakał jak bóbr, gdy strzelił naszym „samobója” w meczu ze Skarżyskiem Kamienną. Bo nie ma miłości bez cierpienia.

Więc jak by dzisiaj na to wszystko nie spojrzeć, to stwierdzić trzeba, że był nam ten „Naprzód” taką wielką szkołą życia, gdzie ćwiczyło się lojalność, wytrwałość, kształtowało charaktery i uczyło odpowiedzialności za siebie i innych. Wszyscy więc bez wyjątku coś tam ważnego temu naszemu „Naprzodowi” zawdzięczamy.

Dlatego pewnie tak niezmiennie szukamy w gazetach albo w Internecie wiadomości jak tam naszym jędrzejowianom w III lidze się wiedzie?
Kronikarze jędrzejowskiej piłki twierdzą, że zawody sportowe w „nożną” odbywały się w naszym mieście jeszcze przed II wojną światowa. Wtedy istniał już klub sportowy o nazwie „Naprzód” powstały z fuzji chłopaków którzy kopali piłkę w miejscowym gimnazjum i tych z Seminarium Nauczycielskiego na Podklasztorzu.

Ta prawdziwa jednak piłka nożna ze wszystkimi późniejszymi fascynacjami zaczęła nas pasjonować zaraz po zakończeniu wojny, czyli gdzieś wiosną 1945 roku. W któreś niedzielnie popołudnie naszą ulicą, wtedy już 14 Stycznia, zaczęli gremialnie zmierzać w stronę boiska przy Klasztorze Cystersów prawie wszyscy mężczyźni z miasta. Okazało się, że idą na mecz, pierwszy wtedy po wyzwoleniu. Oczywiście my chłopacy z Podklasztorza pobiegliśmy również. A tam było już bardzo świątecznie. Orkiestra z kolejki wąskotorowej grała marsze wojskowe, boisko piłkarskie miało świeżo wysypane wapnem linie oznaczające auty, kornery a także biały punkt na polu karnym do tak zwanych „jedynastek”.

I zaczął się mecz: Żonaci – Kawalerowie. Pamiętam, że w bramkach zamiast dzisiejszych siatek ze sznurka, założone były siatki metalowe z drutu (bo pewnie tych sznurkowych jeszcze nie było), więc gdy piłka wpadała do bramki to rozlegało się takie metaliczne bum, bum.

Byliśmy ostatnio na tym boisku z Józkiem Gierczakiem i Zbyszkiem Ciałowiczem i oczywiście wspominaliśmy, wspominaliśmy. Wszyscy trzej graliśmy przecież kiedyś w „Naprzodzie”. Józek Gierczak mówi, że pierwszy jego kontakt z piłką nożną rozpoczął się od noszenie butów panu Ryszardowi Osińskiemu.

- Był moim idolem – dodaje - i na pewno najlepszym wtedy piłkarzem w Jędrzejowie. Grał na stoperze i stanowił mózg drużyny. Spokojny, opanowany, świetny technik i taktyk. Natomiast wzorem napastnika był nam Henryk Kobierski. Elegant w każdym momencie tak na boisku jak poza nim.

Całą zresztą tamtą powojenną drużynę potrafiliśmy wymienić jednym tchem, choć od tamtych czasów lat przeszło niemało. Na bramce grał Zdzisław Sputo, „Śiwy” jak na niego wołano, albo Chmielarz Tadeusz. Zmieniał ich czasem Henryk Łaszcz, późniejszy dyplomata i ambasador Polski w wielu krajach świata. Obronę stanowili: Stefan Wieczorek, rzeczony wyżej Ryszard Osiński oraz nasze wtedy bożyszcze, czyli Józef Kornalski. Tak jak on umiał wybijać piłkę z pola karnego, hen, hen i strzelać jedenastki w górne okienko bramki, to nie potrafił potem nikt, ale to nikt. W pomocy grali: Stanisław Trlik oraz któryś z braci Suchmielów, bo nie mogliśmy dojść który: Antoni, Wincenty czy Henryk. No i atak. Na prawym skrzydle szalał szybki jak błyskawica Józek Wieliński, na łączniku Jerzy Szyrmer, w środku czyli na centrze, ów niezrównany Henryk Kobierski. Po lewej zaś stronie Henryk Sajdak i na skrzydle Marian Grym. Pan Marian grał tylko lewą nogą, bo prawą jak mówili, miał tylko do podpórki, ale za to jak grał.

Był drugim po Kobierskim. Oczywiście występowali wtedy jeszcze inni piłkarze, ale pamięć jakoś ich nie przechowała.

Od tamtej więc wiosny zaczęło się w Jędrzejowie piłkarskie szaleństwo. Wszyscy chcieliśmy gonić za piłką. Grało się najczęściej na podwórkach tak zwanymi „szmaciankami”, czyli takimi „piłkami” zrobionymi własnoręcznie ze szmat i sznurka. Nie odbijały się one oczywiście od ziemi, ale kopać się dało. Bo takich prawdziwych piłek, czyli futbolówek, było w całym Jędrzejowie może z pięć.
Posiadanie własnej piłki to była wśród kolegów nobilitacja nie lada. To jej właściciel wybierał przecież chłopaków z którymi chciał grać w drużynie. Przysługiwało mu też prawo strzelania karnych i kornerów a nadto w każdej chwili mógł przerwać mecz, wziąć piłkę pod pachę i pójść do domu.

Mieć własną futbolówkę, było więc marzeniem każdego z nas i muszę tu powiedzieć, że nam, kilku chłopakom, z naszej IX b, to marzenie udało się zrealizować.
Odbywały się wówczas w całej Polsce tak zwane „Marsze Narodowe”. Nas z klasy szło w tych marszach sześciu: to znaczy Andrzej Kalinin, Jurek Klimczak, Lutek Pawlik, Czarek Pawlikowski, oraz dwaj bracia Lechowie, bliźniacy Mietek i Sławek. Zajęliśmy wtedy II miejsce w swojej grupie wiekowej i w nagrodę otrzymali wełniany sweter z paczki UNRA. Ponieważ nas było sześciu a sweter jeden, przeto któraś z matek wpadła na pomysł, jak go podzielić. Spruła go, włóczkę wyprała, zwinęła w kłębki i komuś sprzedała, ale pieniędzy z tej sprzedaży starczyło ledwie na samą oponę, czyli tą wierzchnią skórę, bo na dętkę, czyli tak zwana „blazę”, już forsy nie starczyło. Któryś chłopaków przyniósł wtedy z rzeźni na Rakowie pęcherz wołowy. Po wysuszeniu pasował jak ulał do naszej futbolówki. Była trochę cięższa od normalnej, ale grać nią można było do woli. I to właśnie była ta radość, o której mówiłem powyżej. Każdy z nas, uczestników tamtego marszu, miał do tej piłką prawo przez dwa dni. Potem przekazywał następnemu. Sprawdzano wtedy jej stan, więc piłka aż się świeciła, taka była wypieszczona i wyglancowana.

A dzisiaj, o zgrozo, na podwórku moich sąsiadów leży w krzakach i moknie zapomniana przez dzieci prawdziwa futbolówka. W naszych latach rzecz nie do pomyślenia.
Miejsc do grania w piłkę nożną też nie było w Jędrzejowie zbyt wiele. Nie wszystkie szkoły miały boiska. Te nieliczne, jak przy gimnazjum, używane były właściwie od rana do wieczora. Grali tu wszyscy wielcy i znani potem jędrzejowianie jak: Zbyszek Ciałowicz, Staszek Kasperek, Bobek Kniewski wielu, wielu innych o których jeszcze opowiemy.

Najważniejszym jednak wśród nas był wtedy Waldek Wiejacz, bo on, jako jeden jedyny w całym naszym gimnazjum miał tak zwane „korki”, czyli prawdziwe piłkarskie buty. Boże, jak myśmy mu tych butów zazdrościli. Większość z nas grała przecież po prostu na boska i tylko niektórzy bogatsi w takich szmacianych trampkach, czyli „tenisówkach” jak się wówczas mówiło.
Szczytem więc marzeń wszystkich jędrzejowskich chłopaków była oczywiście gra w „Naprzodzie”. Tam przecież dostawało się cały konieczny do gry sprzęt: getry, koszulki, spodenki, o które potem trzeba było zadbać, to znaczy prać, naprawiać, a buty czyścic i glancować, żeby potem z gracją chodzić sobie po mieście, o tak dla szpanu z piłkarskimi „korkami” zawieszonymi sznurówkami na ramieniu.

Wspomnień też zostało wiele o meczach wygranych i przegranych i ludziach z pasją, szlachetnych i ciekawych. Na przykład taki pan Jureczko, kierownik drużyny, który po meczach wyjazdowych kupował nam(pamiętacie?) słodkie bułki z salcesonem (z „salsonem” jak zazwyczaj mówił), bo drużynę na więcej nie było stać.

Albo pan Janusz Pajączkowski, wielka osobowością tamtych lat o niekwestionowanym autorytecie nie tylko sportowym, ale i wychowawczym. Wszyscy ówcześni jędrzejowscy futboliści wspominają go z wielką estymą i szacunkiem, bo jemu właśnie i jego talentom wychowawczym wielu młodych wówczas chłopaków zawdzięcza późniejsze, uczciwe patrzenie na świat i życie. Był nam takim, jak to dziś mówią „Idolem”, który potrafił także świecić dobrym, osobistym przykładem, a w jędrzejowskim sporcie był chyba największą wszech czasów osobowością.

Byliśmy ostatnio u niego ze Zbyszkiem Ciałowiczem. Jest niestety po wylewie, trochę sparaliżowany, ale i tak pogadaliśmy o piłce, o dawnym „Naprzodzie” i o kolegach, którzy rozjechali się po świecie i o tych również, którzy grają pewnie wciąż w piłkę, ale gdzieś tam już na niebiańskich łąkach.

Jędrzejowska piłka tamtych lat, to nie tylko był „Naprzód”. Zrodził się bowiem także, za sprawą oczywiście wszędobylskiego Józka Gierczaka, ewenement w tamtych czasach zupełny, czyli Harcerski Klub Sportowy„Zryw”. Więc kto jak kto, ale właśnie Józek może o tej drużynie opowiedzieć najwięcej i najlepiej.

- Filarami tego naszego „Zrywu” – mówi - byli wtedy: Wojtek Leśkiewicz, Leszek Augustynik (represjonowany w następnych latach przez UB), Marian Barański. Bramkarzami zaś: Wiktor i Zygmunt Biernaccy i….czas niestety zaciera pamięć. Były mecze zapamiętane do dziś, gdy wygrywaliśmy z Pińczowem, albo z Chmielnikiem czy Włoszczową. Radość, jakiej z tego doznawaliśmy, nie podlega dziś żadnym wymiarom, zwłaszcza, że sił dodawały, co tu dużo mówić, nasze koleżanki. Nikt w to teraz nie uwierzy, ale na mecze do okolicznych miasteczek jeździliśmy przeważnie na rowerach z kolegą na ramie.

- Ja podobno grałem wtedy nieźle – opowiada dalej Józek Gierczak - tak przynajmniej twierdzą znawcy tematu, najlepszy mianowicie jędrzejowski bramkarz, Zbyszek Ciałowicz i późniejszy Prezes „Naprzodu” Staszek Kasperek, wiec jak im nie wierzyć?
Niestety, nasz harcerski klub nie trwał wcale długo. Tak jak zresztą całe tamto prawdziwe harcerstwo wchłonięte potem przez komsomolski ZMP.

Z piłki też zrobiono wtedy politykę. Stary „Naprzód” z tradycjami od 1928 roku zamieniono na „Gwardię” Jędrzejów i oddano pod egidę milicji. Cały zresztą ówczesny sport zreformowano na stalinowską modłę. Zamiast klubów, kiedyś samorządnych i niezawisłych utworzono związki podlegające różnym administracyjnym lub przemysłowym pionom. Na Śląsku przy kopalniach był to przeważnie „Górnik”, przy hutach „Hutnik”,albo „Stal” przy zakładach metalowych..”. Nie wszystkim oczywiście to się podobało. W naszym Jędrzejowie na przykład zawodnicy z „Gwardii” zaczęli wnet odchodzić, do powstałej właśnie „Spójni”. Dopiero w roku 1957 na fali tak zwanej odwilży „Naprzód” odrodził się na nowo, ku radości wszystkich jego sympatyków i trwa nam szczęśliwie do dziś.

b-opowiesci 24

Oczywiście najwięcej o „Naprzodzie” Jędrzejów opowiedzieć może świetny kiedyś bramkarz tego klubu Zbyszek Ciałowicz. Swoją piłkarska karierę rozpoczynał od drużyny juniorów. Ale już wtedy zauważono jego wielki talent bramkarski dzięki czemu został wytypowany na obóz kadry polskich juniorów, która miała brać udział w turnieju piłkarski UEFA w Budapeszcie. Razem ze Zbyszkiem na tym obozie trenowały takie późniejsze tuzy polskiego piłkarstwa jak: Stanisław Oślizło (wtedy z Kolejarza Stalinogród, potem Górnik Zabrze), Władysław Kawula z Wisły Kraków czy Romana Lentner z „Polonii” Bytom.

Bramki „Naprzodu”, już tej dorosłej, seniorskiej zaczął bronic Zbyszek Ciałowicz w roku 1956. I o tamtych właśnie czasach rozmawiamy sobie oglądając przy okazji stare fotografie i pożółkłe już gazety.

- Na mecze tak zwane „wyjazdowe” jeździło się wtedy zwyczajnym ciężarowym samochodem – mówi Zbyszek - tyle że oplandekowanym, z drewnianymi ławkami na pace. Najczęściej była to ciężarówka Tadka Chmielarza za kierownicą której siedział przeważnie wielki kibic naszego „Naprzodu” Gienek Ćwikliński. Wyjazdy nie były zresztą zbyt dalekie, ot w granicach województwa zaledwie. Na rogatkach Jędrzejowa w kierunku Kielc i Wodzisławia stały wtedy takie placówki kontrolne z uzbrojonymi po zęby żołnierzami KBW czyli Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Na każdy wyjazd z miasta trzeba było mieć odpowiednią przepustkę. Dlatego właśnie tamta wolność była taka bardziej na smyczy..

Jechało się wiec trochę nerwowo, ale wracało się różnie. W humorach kiepskich gdy się przegrywało i na wesoło kiedy victoria po naszej była stronie. Kazik Gliwiński wyciągał wtedy swoją harmonię, przez chwilę szukał po klawiszach odpowiedniej tonacji, no i zaczynały się śpiewy.

„Piłkarze Naprzodu
To jest wesoła brać
Nie smucą się porażką
Lecz chcą wciąż wygrywać.
Niech żyje nam kierownik
A kto? (pytał Kazik)
Pan Jureczko (odpowiadano chórem)
Przez szereg długich lat
A jedenastka prosi
O litra albo dwa”

Gdy jednak pan Jureczko nie reagował na tego rodzaju zaczepki więc po chwili śpiewano mu piosenkę następną:

Oj wyszłam za starego
Z niedoli, z niedoli
A jemu instrumentum
Nie stoi, nie stoi.
Trza mi jechać na jarmark
Po śnury, po śnury
Żeby mu instrument
Podźwignąć do góry, do góry.
(A komu? – pytano i tu padało nazwisko wiadomo czyje.)

Kazik Gliwiński to był niezwykle fajny i zdolny chłopak. Nie tylko świetny piłkarz ale także sporej miary artysta. To przecież on układał muzykę do śpiewanych przez nas piosenek i pisał ich słowa. I ciągle nas zaskakiwał jakimiś nowymi przebojami. Kiedy w wiosce o nazwie Piaski tuż za Jędrzejowem, powstała druga, konkurencyjna dla naszego Naprzodu drużyna, a mianowicie „Piaskowianka”, to Kazik ułożył zaraz na ten temat piosenkę, zwłaszcza, że jednym z założycieli tej drużyny był jego dobry kumpel Bolek Kurowski. A piosenka brzmiała tak:

Siedzi Bolek w rynsztoku
Piaskowianka hej
Piaskowianka hej.
Trzyma litra przy boku
Piaskowianka hej

Przyszedł kumpel do niego
Piaskowianka hej
Piaskowianka hej
Jak się mota kolego?
Piaskowianka hej.

Wszystkie powojenne piłkarskie talenty w Jędrzejowie – opowiada dalej Zbyszek Ciałowicz - szlifowały sie na boisku szkolnym naszego gimnazjum. Grano tu różnymi szmaciankami i piłkami własnej roboty tacy późniejsi świetni grajkowie jak: bracia, Zygmunt i Janusz Wielińscy, Edward i Jan Ziółkowscy, Rysiek i Janek Gałczyńscy, Kazik i Władek Gliwińscy, Stanisław Kasperek, Jan Gołębiowski, Zbigniew Kosek i wielu innych, którzy w późniejszym czasie poprzez drużynę juniorów stawali się zawodnikami pierwszej drużyny „Naprzodu”.

Klub posiadał w zasadzie dwie sekcje wyczynowe: piłkarską i tenisa stołowego. Kierownikiem, a właściwie kierowniczką drużyny juniorów, w której ja również występowałem, była wtedy znakomita tenisistka, pani Danuta Osińska, żona piłkarza, a później trenera Ryszarda Osińskiego.

W roku 1953 nasza drużyna juniorów, wtedy już klubu sportowego „Spójnia” zdobyła wicemistrzostwo województwa kieleckiego przegrywając po dogrywce finałowy mecz 2:3 ze Spójnią Kielce na neutralnym boisku w Zagnańsku. W naszej drużynie grali wtedy Stanisław Kasperek, Józef Jach Staszek Sito, Adam Pardała, Olek Ciekalski, Władysław Gliwiński i ja na bramce, Zbigniew Ciałowicz.

 

Curriculum vitae
Zbigniew Ciałowicz –  „Naprzód”

W czerwcu 1954 roku zdawałem maturę. Zajęliśmy już miejsca w specjalnie porozstawianych ławkach na Sali gimnastycznej i czekaliśmy tylko na przyjście komisji egzaminacyjnej. I wtedy jedna z naszych profesorek zauważyła moje kolorowe skarpetki na nogach wystające poniżej granatowych spodni. Takie skarpetki w jaskrawe paski były wtedy bardzo modne, ale ideologicznie wielce niebezpieczne. Nosili je tylko bikiniarze, dżolerzy i sługusy zachodniego imperializmu.

Kiedy więc gorliwa pani profesor zauważyła moje skarpetki, to od razu krzyknęła:

- Ciałowicz natychmiast wracaj do domu zmienić skarpety.

Zerwałem się, pobiegłem, na szczęście mieszkałem blisko szkoły, wiec zdążyłem. Ale strachu miałem, a miałem.
Egzamin wstępny na Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej zdałem bez kłopotu. Równolegle ze mną na Wydział Geodezji AGH w Krakowie dostał się Stanisław Kasperek, mój kolega z Liceum i piłkarz z tego samego co ja „Naprzodu”. Razem potem mieszkaliśmy na stancji, przy placu na Groblach w Krakowie i razem zaczynaliśmy samodzielne, studenckie życie.Za Jędrzejowem jednak tęskniliśmy bardzo.

Wiosną 1957 roku, właściwie nie wiadomo z jakich przyczyn, odnowiła mi się przebyta wcześniej choroba płuc. Koniec ze sportem, koniec beztroskiego życia. Swój „Dom Studencki” przy ulicy Bydgoskiej musiałem zamienić na Półsanatorium Przeciwgruźlicze, gdzie z przeleżałem prawie rok.

Ale wracając do naszego „Naprzodu”. Gdzieś w roku 1957 wrócił on do swojej dawnej nazwy i od razu wywalczył awans do III ligi. Ja grałem wówczas w krakowskim AZS-ie, ponieważ studiowałem na Politechnice.

I wtedy, któregoś dnia, zgłosili się do mnie działacze „Naprzodu” z propozycją powrotu do Jędrzejowa. Poprzedziła to pewna tragedia, mianowicie zginął pod kołami pociągu Zdzisław Zaręba, który wraz z Ryśkiem Gałczyńskim stanowili parę wysokiej klasy bramkarzy.
Propozycję oczywiście przyjąłem, bo był to przecież mój klub i już niebawem znalazłem się w „Naprzodzie”, a wraz ze mną kilku krakowskich kolegów. Romuald Mens, Stanisław Poller, oraz zawodnik LZS Piaski Józef Jach.

W Jędrzejowie grałem przez prawie dwa sezony. Czy byłem bramkarzem dobrym czy takim sobie, nie mnie oceniać. Ale nie było chyba tak źle, skoro w jakiś czas potem otrzymałem z kilka propozycji zmiany barw klubowych w tym z „Unii” Tarnów, „Staru” Starachowice czy „Rakowa” Częstochowa.

Wszystkie te kuszące zamysły transferowe, spalił jednak wnet na panewce i rozstrzygnął o tym właściwie jeden mecz z „Błękitnymi” Kielce.
To spotkanie odbywało się w niedziele, a ja już w poniedziałek miałem zdawać ostatni egzamin przed obrona pracy dyplomowej. Nie myślałem, oczywiście o tym oczywiście. Grałem mecz i był akurat rzut rożny. Skoczyłem w górę do piłki i wtedy któryś z przeciwników podstawia mi tak zwane „siodełko”. Jak ścięty padam na plecy i tyłem głowy uderzam o ziemię. Nagle zrobiło mi się cicho i ciemno. Nie wiedziałem zupełnie, co się ze mną stało. Gdy oprzytomniałem zobaczyłem mamę przy łóżku i przyjaciela rodziny doktora Janusza Kwaśnika. Wtedy się dowiedziałem, że był to wstrząs mózgu, co chyba tłumaczył kompres z lodu na mojej głowie. Oczywiście o egzaminie jaki miałem właśnie zdawać na Politechnice Krakowskiej mowy być nie mogło. Termin oczywiście przepadł. Tak samo zresztą jak przepadłem dla kibiców, dla działaczy „Naprzodu” i niektórych kolegów. Zostałem sam ze swoimi wcale nie małymi problemami.

Tyle, że upór, młodość i chęć zostania „kimś” w życiu spowodowały, iż po krótkiej rekonwalescencji pojechałem na uczelnię kontynuować studia. W ciągu miesiąca zdałem brakujący egzamin i obroniłem pracę dyplomową. Stałem się magistrem inżynierem budownictwa lądowego. Wtedy też podjąłem męską decyzję. Jak oni mnie, tak ja im. I opuściłem Jędrzejów. Otrzymałem bowiem bardzo atrakcyjną propozycję pracy jako bramkarz-inżynier w Pińczowie. Jako piłkarz w miejscowej „Nidze”, a jako inżynier? Zostałem niebawem dyrektorem Pińczowskiego Kombinatu Budowlanego. Szczęście więc było pełne choćby z racji bliskiej odległości od Jędrzejowa, gdzie wciąż mieszkała moja mama.