Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 2)

b-1aGniazdo

Dla tych, którzy o Jędrzejowie wiedzą niewiele, napiszę, że jest to nieduże, ale za to bardzo stare miasteczko na trasie z Krakowa do Kielc z kwadratowym rynkiem i kilkoma wbiegającymi do niego uliczkami. To tak ogólnie, bo dla nas Jędrzejowian jest to miasteczko, oczywiście najładniejsze. Szczególnie zimą, gdy śnieg przykryje wszystkie jego mankamenty, to wtedy rzeczywiście wygląda pięknie, niczym taki zimowy widoczek ze starych, świątecznych pocztówek. Liczy sobie już, no chyba ponad 850 lat, gdyż jak piszą kroniki założyli go Cystersi w roku pańskim 1147, nad rzeczką o nazwie Brzeźnica, do dziś zresztą płynącą przez cały Jędrzejów.

Ich klasztor musiał być, jak na tamte lata, budowlą nowoczesną i bezpieczną, skoro nawet ekscelencja biskup krakowski Wincenty Kadłubek zapragnął w nim zamieszkać. W tym celu złożył swoją biskupią infułę, to znaczy zrezygnował ze wszelkich biskupich godności i uwaga! Na piechotę udał się do klasztoru Cystersów w Jędrzejowie. Był to w tamtych czasach wyczyn nie lada, wręcz heroiczny. Kraków dzieli bowiem od Jędrzejowa jakieś 80 kilometrów, które biskup musiał przebyć lasami i bezdrożami, a tam, jak wiadomo, pełno było zwierza i zbójców na drodze. Postanowił jednak, że tu w klasztornej celi, napisze dzieło swojego życia, wiekopomną „Chronica Polonorum”, czyli Kronikę Życia Polaków. Niejako w nagrodę za tę uczoną pracę król Jan III Sobieski wystarał mu się w Rzymie o beatyfikację na błogosławionego, co znajduje swoje potwierdzenie w napisie wyrytym nad oknem głównej kaplicy klasztornej, że w tej celi Wincenty Kadłubek pisał swoje historyczne kroniki.

- A to niekoniecznie musi być prawdą - sprzeciwia się temu nasz gimnazjalny kolega, historyk i religioznawca, profesor Jan Hatys. W tamtych czasach bowiem cystersi nie mieli osobnych cel. Panowała tu zasada równości. Zakonnicy spali razem, jedli przy wspólnym stole w refektarzu, razem się modlili i razem pracowali. Być może, że dla biskupa krakowskiego zrobili wyjątek. Pisał on przecież pracę naukową o Polsce i Polakach, a to wymagało spokoju, skupienia i wygody. A ów napis nad oknem celi, to jak byśmy dziś powiedzieli, taki medialny chwyt, reklama dla klasztoru, że oto żył tu i pracował jeden z wielkich Polaków, kronikarz ich dziejów, błogosławiony Wincenty Kadłubek.

Te kroniki, pracowicie oczywiście skopiowane można zobaczyć w Jędrzejowskim klasztorze. Jan Hatys zna je doskonale i twierdzi, że jest w tej pracy naukowej sporo ciekawych i bardzo zaskakujących opisów.
O Wandzie i Kraku na przykład i smoku wawelskim, który, co tu dużo mówić, właśnie za sprawą naszego Kadłubka zieje do dziś ogniem na podwawelskich błoniach.

Minęło potem trochę czasu i oto okazało się, że Jędrzejów nie tylko Wincentym Kadłubkiem i zabytkowym klasztorem stoi. Szczyci się również unikalnym na światową skalę muzeum wspaniałych, słonecznych zegarów, a także kolejką wąskotorową, zbudowaną przez Austriaków jeszcze w czasach I-szej wojny światowej, do której to „ciuchci” wszyscy jędrzejowianie odnoszą się niezmiennie z ogromnym sentymentem.
Relikty z tamtych czasów są do dziś znakiem firmowym naszego miasteczka i dobrze świadczą o jego historii i korzeniach.
Jest to, oczywiście stwierdzenie typu takiego ogólnego, informacyjnego. Dla każdego bowiem jędrzejowianina to miasto powstaje i rodzi się od nowa razem z pierwszą świadomością życia, miejsca i czasu. I jest to dla nich tak samo subiektywnie prawdziwe, jak dla pierwszych cystersów, którzy miasto nasze nad Brzeźnicą zakładali.

 * * *

Jędrzejów chyba od zawsze, i dzisiaj zapewne również, dzielił się na ten przed kapliczką i ten za kapliczką.

b-opowiesci

Kapliczki stoją dwie w połowie ulicy 11-go listopada co oznacza, że przed kapliczką jest Jędrzejów a za kapliczką Podklasztorze. Był to podział tak naturalny i zwyczajowo uświęcony, że ci z Podklasztorza kiedy szli do apteki, na pocztę albo do kina to mówili, że idą do miasta. Tam przecież był Rynek ze sklepami tam chodziło się pospacerować i pogadać z ludźmi i gospoda Ludowa pod tytułem „Tęcza” i postój autobusów odjeżdżających do Kielc, czy Pińczowa.

Na rogu ulicy Kościelnej, gdzie dziś jest parking samochodowy, stał budynek Magistratu, w którym urzędował burmistrz Jędrzejowa, oraz pan Maj, znany w tamtych latach woźny magistracki. To właśnie on co czwartek, stojąc na środku Rynku najpierw walił w bęben, a gdy zebrała się odpowiednia ilość gawiedzi, ogłaszał wszem i wobec zarządzenia magistrackich władz.
- „Uwaga ludzie!” – wołał - „burmistrz zdycha, zakazuje się z niego mięsa jeść”.
Pan Edward Łuszczkiewicz, jędrzejowianin i czołowy aktor miejscowych teatrów amatorskich, opowiadał mi kiedyś, że ten Maj to lubił sobie popić i chyba wtedy coś mu się pokręciło, bo komunikat powinien brzmieć następująco. „Uwaga ludzie! Bydło zdycha. Burmistrz zakazuje z niego mięsa jeść”. A wyszło jak wyżej.

Zaraz po zakończeniu wojny burmistrzem został niejaki pan Stanisław Konczewski, wyznaczony przez nowe władze maszynista z kolejki wąskotorowej. Panisko to było co się zowie, wysoki, opasły, w butach, jak wtedy należało, z cholewami. Do pracy w Magistracie dojeżdżał z Podklasztorza piękną bryką w parę koni i przemawiać lubił z balkonu ratusza.
Miasto miało także Starostwo i posterunek Milicji Obywatelskiej oraz placówkę niedobrej sławy Urzędu Bezpieczeństwa, zwaną w skrócie UB.
W mieście były dwie apteki: Państwa Smagłowskich w Rynku i państwa Krajewskich na Kościelnej, gdzie mieszano różne specyfiki ziołowe i chemiczne, żeby stworzyć medykament zgodny z lekarską receptą. Wymagało to czasu i cierpliwości, więc przepisane leki odbierało się za dzień lub dwa, zażywając w międzyczasie tabletki, na przetrzymanie.
Pan Bekman miał wytwórnię lemoniady, a pan Sitarski cukiernię z lodami. Latem, co sobotę, naszą ulicą Klasztorną jechał lodziarz, właśnie od pana Sitarskiego i z takiej specjalnej taczki sprzedawał lody. Nakładał je łyżką na waflowy rożek i potem się smakowało i smakowało.
Boże mój wielki, jaki te lody miały niezapomniany smak. Nigdy już potem tak dobrych nie jadłem, choć świata zjechałem kawał, a lody lubiłem zawsze.
Komunikację miejską zapewniały dorożki z których najsłynniejsze były: Jana Klamki, bo miał elegancki powóz i Mikołaja Skóry zaprzężoną w parę koni. Ależ to był szpan wtedy, jechać sobie przez Jędrzejów dorożką, na sumę do klasztoru na przykład, albo z kina do domu.

A propos kino. Było takie w Jędrzejowie oczywiście i to jeszcze od czasów przedwojennych. Nazywało się „Bajka” i funkcjonowało na parterze kamienicy państwa Zabłockich przy zbiegu ulic Strażackiej i Klasztornej. Mój starszy brat, Staszek opowiadał, że w czasie okupacji niemieckiej chłopcy z podziemia wymalowali na jego ścianie napis: „Tylko świnie siedzą w kinie a Polacy w Oświęcimie”. Trochę źle to brzmiało po polsku, ale nie rym tu chodziło, ale o patriotyzm.
b-opowiesciKinem w Jędrzejowie rządził od zawsze pan Zbigniew Pacanowski, najpierw jego właściciel, a potem już tylko kierownik, gdy mu to kino władza ludowa znacjonalizowała.
Jego rodzony syn, Rysiu Pacanowski, znany jędrzejowski bard, a także muzyk, poeta, dziennikarz i niestrudzony działacz społeczny, przez prawie cały dzień historie swojej rodziny mi relacjonował. A ponieważ gaduła to ogromny i facecjonista wspaniały, przeto z konieczności w skrócie tę jego opowieść przytoczę.
Pacanowscy to jeden z najstarszych i najbardziej znanych jędrzejowskich rodów. Stanowią kawał historii tego miasta. Senior rodu, Stanisław Pacanowski, był nawet w latach 1927- 29, burmistrzem Jędrzejowa, a jego trzej synowie, znanymi i bardzo oryginalnymi osobistościami w mieście. Najstarszy, Bobek Pacanowski, „Pikuś” jak go nazywano, był komendantem, a potem nawet majorem w miejscowej straży pożarnej. Przyznać trzeba, że umiał tę funkcję prezentować, oj umiał. Nie było uroczystości religijnej czy patriotycznej, żeby nie brylował w niej Pikuś Pacanowski. Zawsze w srebrnym kasku na głowie i w paradnym mundurze z dużą ilością medali i orderów na piersiach. Złośliwcy mówili, że niektóre robił sobie sam z kartofla i malował potem złotą farbką, ale były to tylko plotki, jak to u zazdrosnych ludzi bywa. Bo Pikuś był postacią piękną i bardzo kolorową. Zwłaszcza na koniu gdy jechał na czele pierwszomajowego pochodu, tuż przed orkiestrą, a koń mu się płoszył. Albo gdy w następnych już latach na motocyklu buchał głośno spalinami z tłumika, bo jako jeden z pierwszych w całym Jędrzejowie posiadał motocykl, marki „Triumf”. Miał dzięki temu wielkie wzięcie u dziewczyn, oj miał, a u chłopaków zazdrość budził nie mniejszą, co opisuję, bo wiem po sobie.
Jego młodszy brat, ten od kina, Zbigniew Pacanowski, to postać również wspaniała, Tak się złożyło, że w młodości poznał pewną dziewczynę, której ojciec miał aż dwa własne iluzjony, jak w tamtych latach nazywano kino. Co mógł wiec innego ofiarować młodej parze w prezencie ślubnym? Kino, oczywiście. Tak, tak, są na to dokumenty. Nazywało się „Bajka” i dało początek całemu życiu kulturalnemu Jędrzejowa. Było jeszcze nieme, bo rzecz działa się w latach dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy na ekranach migały tylko czarno białe obrazki. Nie znaczy to oczywiście, że emocje budziły mniejsze niż dziś. Uzupełnieniem obrazu na ekranie była muzyka, grana na żywo, najczęściej na pianinie albo na skrzypkach w zależności od dramaturgii filmu i nastroju na sali.
Dopiero po wojnie, wszyscy jędrzejowianie, zaczęli chodzić do kina

„Gdynia”. Kto z nas nie pamięta tamtego budynku i tamtej sali? Pachniało tu pyłochłonem, takim smarowidłem do podłóg, a w czasie seansów również zapachami, jakie przynosili ze sobą widzowie. Sala nie miała przecież wentylacji i ogrzewana była w zimie dwoma piecami na węgiel.
To tu większość z nas pierwszy raz oglądała filmy. Boże, ależ to były emocje. Antek Rokicki schował się kiedyś pod krzesło, gdy czołg z ekranu jakby wjeżdżał wprost na nas, na salę. Chodziło się wtedy do kina na każdy nowo wyświetlany film. Niektóre z nich pamiętam się do dziś. „Świat się śmieje” na przykład, albo „Serenadę w dolinie słońca” z nieśmiertelną do dziś „Czatanogą czu, czu”.
Pan Pacanowski zaś, to była wtedy cała instytucja kulturalna. Wspierał sercem i czynem wszystkie miejscowe inicjatywy artystyczne. To w jego kinie odbywały się przedstawienia jędrzejowskich teatrów amatorskich i występy zespołów muzyczno - śpiewaczych. Tu celebrowano uroczyste akademie ku czci z częściami artystycznymi i organizowano festiwale filmowe. Ale odbywały się tu również procesy polityczne, takie pokazowe, żeby ludzie wiedzieli co ich czeka, gdyby zeszli na jakieś ideologiczne manowce. Było wiec to nasze kino takim miejscem do wszystkiego.

I tu mała ciekawostka. W czasach wczesnej komuny utarł się w mieście dziwny trochę zwyczaj, że wcześniej nim się poszło do kina, to dzwoniło się pod prywatny telefon pana Pacanowskiego, numer 64 z pytaniem, czy na obraz ów (tak wtedy nazywano film), który właśnie idzie w kinie, warto pójść, czy też nie? Moja mama tak robiła, dlatego znam tę historię, że tak powiem z pierwszej ręki. Pan Zbyszek chętnie oczywiście odpowiadał, ale czynił to rozważnie, bo ubecja takich jak on skrzętnie podsłuchiwała, więc gdy szła akurat jakaś radziecka, socrealistyczna chała, typu „Czapajew” albo „Sekretarz Rejkoma”, to chwalił ten film a chwalił pod niebiosa, że warto, że trzeba zobaczyć koniecznie. Gdy zaś pytano o film amerykański, albo zachodnio europejski, to mówił, odwrotnie, że mizerota to straszna, jak to zwykle u imperialistów.
Ten jego przewrotny szyfr wszyscy znajomi odczytywali bezbłędnie, bo wiedzieli, że taki właśnie był czas i taka konieczność. Dlatego na filmach typu „Casablanca” albo „Serenada w dolinie słońca”, frekwencja, jak to się wtedy mówiło, sama waliła do kina, w większej nawet ilości, niż było miejsc na sali.
Tę świetną prosperitę kina przerwała dopiero era telewizorów. Pan Pacanowski był tym faktem najwyraźniej zbulwersowany.

- Co to za inteligencja w tym Jędrzejowie – mówił - co telewizory sobie kupuje? Bez kina, proszę państwa, żyć przecież nie można. A tu niektórzy złośliwcy umyślnie przychodzą i mówią: „Panie Pacanowski, muszę pana poinformować, że więcej moja noga w pana kinie nie postanie.

- A niby to dlaczego?

- Bo kupiłem sobie telewizor.

- Nie, to już jest obłęd proszę państwa, to jest obłęd.

Ale był jeszcze trzeci z braci Pacanowskich, trochę mniej sławny od tych dwóch, a mianowicie Stanisław. Działał głównie w harcerstwie. Był podharcmistrzem, ale i zapalonym żeglarzem, w czasie wojny partyzantem ze słynnych, akowskich „Jędrusiów”. Kolegował z moim starszym bratem Staszkiem i to dzięki niemu właśnie, bodaj w 1947 roku, pojechałem na swój pierwszy obóz harcerski, nad Wierną Rzeką w Bocheńcu koło Małogoszczy. Po latach prawdziwej, okupacyjnej biedy na tym obozie mogliśmy się wreszcie najeść do syta i do woli. Wyżywienie pochodziło bowiem z paczek „UNRRA”, (dziadkowie niech wytłumaczą wnukom, co to było) które w ramach humanitarnej pomocy, Amerykanie zaraz po wojnie przysyłali do Polski. Jedliśmy więc, ile kto mógł, na teraz i na zapas i pewnie dlatego pamiętam do dziś zapach kokosowego masła z tamtych paczek, „małpiego smalcu”, mielonki z zakonserwowanej słoniny, czy cierpkiego soku z nieznanych nam wówczas grejpfrutów.

b-opowiesciKomendantem obozu był Janek Wiejacz, (starszy brat Waldka) po latach podpułkownik w Okręgowej Prokuraturze Wojskowej w Warszawie, oboźnym, czyli takim szefem sztabu, Józek Gierczak, (na fotografii powyżej) moim zastępowym zaś Zdzisiek Dudkiewicz, późniejszy dyrektor Zakładu Komunalnego w Jędrzejowie.
To właśnie na tamtym obozie, nad Wierna Rzeką, otrzymałem swój krzyż harcerski, który mam do dziś, mimo, że minęło już sześćdziesiąt lat. Wisi w moim domu w Kusiętach na takiej specjalnej macie, gdzie są również medale mojego Ojca, a między innymi jego Krzyże Walecznych: za wojnę w 20 roku z bolszewikami z napisem na rewersie „Polska swojemu obrońcy”.
Tamte nasze obozy harcerskie, w odróżnieniu od współczesnych, były, zupełnie samowystarczalne. Nie było tam kucharek, opiekunek, higienistek ani ochroniarzy. Druhowie sami przygotowywali obozowisko stawiali namioty, budowali w nich drewniane prycze do spania wyplatane gałęziami sosen, na które kładli potem sienniki ze słomą. Sami też przygotowywali posiłki, obierali ziemniaki, gotowali zbożową kawę, wałkowali ciasto na kluski. Wodę czerpało się prosto z Wiernej Rzeki, bo była smaczna i kryształowo czysta. I na tym wszystkim właśnie polegała cała frajda harcerskiego obozowania.

Któregoś dnia mojemu zastępowi przypadła służba w obozowej kuchni. Lepiliśmy na obiad pierogi z uzbieranych wcześniej jagód. Dla draki, jak to u młodych, i dla zabawy, co dziesiąty pieróg zamiast jagodami napychaliśmy ugniecioną trawą. Boże drogi, co to się wtedy narobiło. Tych pierogów nie dało się jeść, tak wszystkie przesiąknięte były zieloną goryczą naszego dowcipu. Śmiechu wtedy było sporo, uciechy także, co zresztą potwierdza pewną starą prawdę, do której dochodzi się dopiero po latach, że nawet najlepsze urlopy nigdy nie były ani tak dobre, ani beztroskie, jak najgorsze nawet wakacje. Gdzieś tam bowiem na ich styku, między młodością a dorosłością, znajduje się owa wyrwa w przeżywaniu beztroski, której potem nigdy już i nikomu nie udaje się zasypać.
Takie to właśnie nostalgiczne myśli naszły mnie któregoś lata, że namówiłem swoją córkę Kasię, dziennikarkę tygodnika katolickiego „Niedziela” na taką sentymentalną podróż do swoich niegdysiejszych, harcerskich obozów. Pojechaliśmy do Bocheńca nad Wierną Rzekę.
Szliśmy sobie potem jej brzegami, zaglądali w każdy kąt, a ja porównywałem sobie dziś z wczoraj. Zmian w krajobrazie było rzeczywiście sporo. Za moich bowiem lat „Wierna” wiła się pięknie między starymi wierzbami, okalała zielone łąki i tworzyła różne odnogi rzeczne pełne wtedy wodnego ptactwa i pasącego się obok bydła, nad którym unosiły się największe jakie w życiu widziałem, latające bąki, zwane Gzami. Ciekawiło mnie też czym różnią się obecne obozy harcerskie od tamtych moich ze wspomnień. Tu jednak stanął nam na drodze jakiś zawodowy ochroniarz i zapytał: gdzie? I to było pierwsze zaskoczenie. Nie harcerz stał na warcie jak to ongiś bywało, ale wynajęty osiłek w cętkowanym kombinezonie i ostrzyżony na łyso. Z daleka wiec zobaczyliśmy tylko, jak harcerze ładowali się do autobusu i wyjeżdżali gdzieś na wycieczkę.
Po co więc z miasta przyjechali na łono natury? – pomyślałem.
Za to my z córką powędrowaliśmy sobie dalej brzegami Wiernej Rzeki I wtedy, jak na zawołanie, od strony skałek bielejących przy zakolu rzeki wymaszerował wprost na nas, jakiś harcerski zastęp.  „Gdzie strumyk płynie z wolna” – śpiewali sobie nieśmiertelną, skautowską piosenkę.

- Więc harcerze wciąż tu przyjeżdżają – pomyślałem, nie wiedzieć czemu uradowany. Kiedy podeszli bliżej, zobaczyłem, że na ich czele kroczy mój gimnazjalny kumpel, też jędrzejowianin Mirek Kaleta, pełniący, jak się później okazało, funkcję wychowawcy w domu poprawczym w Zawierciu. On też wiedziony starymi sentymentami przywiódł swoich podopiecznych w miejsce zapamiętane jeszcze z młodości, bo tak to już jest ze starymi ramolami, że ciągną do wspomnień.
Wieczorem tego samego dnia siedziałem przy ich ognisku, śpiewałem z nimi harcerskie piosenki i opowiadałem swojej dorosłej córce, jak to przed laty w tych oto lasach razem z Mirkiem zdawaliśmy egzamin na sprawność harcerską „leśnego człowieka”.

- Mirek wtedy, ha, ha, ha, całą noc przesiedział na gałęzi drzewa – mówiłem - zamiast w zbudowanym przez nas szałasie, bo bał się buszujących po lesie dzików. Taki to z niego był odważny harcerz.
Pośmialiśmy się wtedy zdrowo, ale rano przy śniadaniu Mirek jakby trochę nadąsany powiedział, że do wczorajszej mojej opowieści wnosi małe dementi.

- Bo nieprawdą jest, Kasiu– mówił do mojej córki - że to ja całą noc przesiedziałem na drzewie, bo bałem się dzików. Prawdą jest natomiast, że to właśnie twój tata uciekł przed dzikami na drzewo, gdzie przesiedział do rana. Moja córka zaczęła się wtedy śmiać.

- Wiec jak to było tato? – zapytała.

- No, cóż? chyba coś pokręciłem – odpowiedziałem. Tyle przecież minęło lat.
Harcerstwo, zaraz po wojnie, było w Polsce czymś naprawdę wspaniałym i w najwyższym stopniu patriotycznym. Z jaką dumą po latach okupacyjnej niewoli śpiewaliśmy nasz hymn „Wszystko co nasze Polsce oddamy” i jak bardzo to harcerstwo zaważyło na dalszym naszym życiu w sensie intelektualnym i wyborze właściwych postaw moralnych.
Najwięcej o tamtym naszym powojennym harcerstwie może opowiedzieć Waldek Wiejacz, ponieważ z wszystkich nas, jędrzejowskich chłopaków, zaszedł najwyżej w harcerskiej hierarchii.
Gdy więc przygotowywałem tę książkę, poprosiłem go o kilka wspomnień z tamtych jego skautingowskich lat.

I oto one.
 „Do harcerstwa wstąpiłem wcześnie, bo już jesienią 1945 roku. Rozwój tej młodzieżowej organizacji w Jędrzejowie był zasługą właściwie kilku osób które naszemu harcerstwu poświęciły cały swój zapał, siły i fantazję. Niektórych z nich pamiętam do dziś. Druha Kazimierza Jęczmyka na przykład, podharcmistrza sprzed wojny, albo Zygmunta Biernackiego, pierwszego w powojennych latach komendanta naszego hufca ZHP. Jego następcą został Zygmunt Pawłowski, który gdzieś w 1948 r. niespodziewanie zniknął nam z oczu. Okazało się później, że został aresztowany pod zarzutem przynależności do Narodowych Sił Zbrojnych i dopiero po 1956 r. zrehabilitowany.
Cała ówczesna działalność harcerska wzorowana była na tradycjach przedwojennego skautingu, ale z odnośnikami do okupacyjnej działalności. Atrybutem tego była wydana w masowym nakładzie książka Aleksandra. Kamińskiego pt „Kamienie na szaniec”. W naszym Jędrzejowie, gdy tylko była pogoda, wiosną, latem czy jesienią, organizowane były ogniska harcerskie najczęściej w lesie łączyńskim, gdzie poszczególne drużyny popisywały się śpiewaniem, skeczami i innymi występami artystycznymi. Cały Jędrzejów przychodził na te ogniska. Co tu mówić, było pięknie.
Na swój pierwszy harcerski obóz wyjechałem w roku 1946 do Jabłonki k. Szczytna na Mazurach. Do dziś z podziwem wspominam organizację, całego, tamtego przedsięwzięcia. Bo oto do dwóch wagonów towarowych, załadowanych zostało: uwaga! 12O chłopców z plecakami, namiotami, kuchniami polowymi, prowiantem i innym ekwipunkiem obozowym. Nikt jednak nie narzekał. Sama podróż (wyżywienie, toaleta, spanie) też była niemałym wydarzeniem.
Obozowisko umiejscowione zostało w przepastnym lesie, nad dużym i pięknym jeziorem. Najbliższe wsie zamieszkiwali głównie autochtoni, czyli ludzi, którzy twierdzili, że nie są Niemcami, ani Polakami, ale Mazurami. Życia obozowego nie będę opisywał, bo toczyło się normalnym, harcerskim trybem, powiem tylko, że była to dla mnie pierwsza, znakomita szkoła życia.

Drugi mój harcerski obóz ulokowano w Paczkowie na Opolszczyźnie. Byłem już wtedy podharcmistrzem i zastępcą komendanta hufca w Jędrzejowie. Z tego obozu, razem z Mańkiem Kuderą i Jurkiem Skrobiszewskim pojechaliśmy do Wrocławia, gdzie akurat odbywał się Kongres Zjednoczeniowy Ruchu Młodzieżowego. Wzięliśmy udział w wiecu na stadionie olimpijskim, wysłuchaliśmy okolicznościowych przemówień, które zupełnie, ale to zupełnie nie pasowały do naszych dotychczasowych harcerskich zasad. Nikt jednak wtedy nie mówił jeszcze oficjalnie o likwidacji starego harcerstwa. Dopiero gdzieś w grudniu 1948 roku, gdy zostałem zaproszony na kurs hufcowych w Zakopanem, zjawiła się tam wysłanniczka z Warszawy, niejaka Pelagia Lewińska, która poddała totalnej wręcz krytyce całą filozofię Baden-Powelowskiego harcerstwa, sprzeczną jak mówiła z nową, polską racją stanu. Jedynym przyjemnym momentem na tym kursie był fakt, że otrzymałem tam stopień harcmistrza RP, najwyższego stopnia w ZHP.

Potem wypadki potoczyły się już szybko. Gdzieś z początkiem 1949 roku, władze polityczne i administracyjne Jędrzejowa przejęły cały nasz harcerski majątek i przekazały go Związkowi Młodzieży Polskiej Był to podobno rezultat kongresu zjednoczenia młodzieży polskiej, jaki odbył się we Wrocławiu. Próbowałem się temu jakoś przeciwstawić i jeździłem do innych miejscowości powiatu: Wodzisławia, Sędziszowa, łudząc się, że może tam sytuacja jest inna. Ale i tam również na harcerskie zbiórki nikt już nie przychodził. Zadziałał strach. Zrozumiałem, że to niestety koniec starego harcerstwa w jego pięknym, patriotycznym wydaniu. Mimo to, moja harcerska przeszłość towarzyszyła mi jeszcze przez kawał życia. Nie raz stanowiło to dla mnie wielkie polityczne obciążenie, stokroć większe nawet niż fakt że byłem ministrantem.

Kiedy gdzieś w roku 1953, zgłosiłem chęć przystąpienia do PZPR, a było to w czasie studiów w Szkole Głównej Służby Zagranicznej w Warszawie, podniesiono wobec mnie zarzut przynależności do wrogiej, burżuazyjnej organizacji harcerskiej i wyrażono wątpliwość czy aby już całkowicie uwolniłem się od jej ideologii.
Wielu harcerzy z tamtych lat patrzy na swoją harcerską młodość z dumą i satysfakcją. Była to bowiem znakomita szkoła życia, zarówno w sferze wychowawczej jak patriotycznej. Z pewnym więc żalem myślę, że tak głupio władza ludowa zgasiła ów wspaniały żar i entuzjazm młodych ludzi, którzy rwali się do odbudowy Polski po kataklizmie wojennym. I nie tylko w sensie materialnym, ale duchowym również.

JSN Boot template designed by JoomlaShine.com