Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 19)

b-1a

O konflikcie doktora Tadeusza Przypkowskiego z jędrzejowską prokuraturą opowiadało całe miasto. Zaczęło się od tego, że któregoś dnia w okolicach muzeum ze słonecznymi zegarami zapaliły się komórki. Strażacy przyjechali właściwie natychmiast, ale cóż, gdy już po chwili zabrakło im do gaszenia wody. Doktor Przypkowski tak się tym wnerwił, że chwycił mosiężną obudowę pompy wodnej i wyrżnął nią w głowę komendanta strażaków. Ten upadł bez tchu, a ponieważ nie było wody, więc trudno go było ocucić. Gdy w końcu oprzytomniał wniósł niebawem odpowiednie doniesienie do prokuratury, zarzucając doktorowi Przypkowskiemu utrudnianie akcji ratowniczej oraz czynną napaść na funkcjonariusza straży pożarnej.

- Problem z tego zrobił się wielki – mówi ówczesny jędrzejowski prokurator, Jan Zając. Trudno było przecież o banalny właściwie przypadek stawiać sławnego astronoma przed sądem. W krajach kapitalistycznych, niechętnych naszemu ustrojowi, dopiero by podniesiono larum propagandowe, że szykanujemy jednego z najsławniejszych Polaków.
Za namową więc prokuratorów, komendant strażaków wycofał swoje doniesienie o przestępstwie. Tyle, że niestety nie był to koniec tej historii. Następny bowiem jej akt odbył się w knajpie miejskiej pod nazwą „Tęcza” na rogu Rynku i Kieleckiej.

W jędrzejowskim Sądzie Powiatowym był wtedy taki zwyczaj, że po jakichś dłuższych rozprawach, czasem do późnego wieczora, cały skład orzekający w tym adwokaci i prokurator szli do restauracji na taką wspólnie kolację. Gdyby zdarzyło się to dziś, pewnie wybuchłby z tego rejwach w prasie radiu i telewizji, że kumoterstwo, że skandal, że sitwa. Wtedy jednak nikomu do głowy nie przychodziło, żeby takie spotkanie mogło mieć inny charakter niż towarzyski.
To właśnie w tej restauracji nastąpił wówczas ciąg dalszy opowiedzianej wyżej historii, bowiem w drugim jej pokoju urzędował już, i to głośno, doktor Tadeusz Przypkowski.
Ktoś mu chyba powiedział, że w sali obok siedzą sędziowie i prokuratorzy, co jakoś szczególnie na niego podziałało, bo krzyknął na cały głos „a ja mam w dupie wszystkich panów sędziów i prokuratorów”

Zrobiło się cicho, więc przedstawiciele jędrzejowskiego wymiaru sprawiedliwości wzięli płaszcze i szybciutko wyszli z lokalu. Dopiero na drugi dzień stanął problem, jak zareagować na takie, bądź co bądź, publiczną zniewagę? Różne padały propozycje, jedna groźniejsza od drugiej i dopiero prokurator Zając powiedział do swojego szefa, że on ma pomysł, jaką zastosować zemstę.

- Kupimy taką pocztówkę z widokiem Muzeum Słonecznych Zegarów - mówił – i zaadresujemy na prywatny adres doktora Przypkowskiego. Jędrzejów Rynek 4” a na odwrocie napiszemy: „a my też mamy Pana docenta w dupie. Z poważaniem, prokuratorzy”. I szef się na to zgodził.
Nie minął dzień jak do prokuratury, z ową pocztówką w ręku, wpadł doktor Przypkowski z krzykiem już od drzwi.

- Co to ma znaczyć? Co?

- A my nic – opowiada Jan Zając - udajemy greków. Skąd możemy wiedzieć, mówimy. Ktoś się widocznie pod nas podszył. Chociaż słyszeliśmy, owszem, jak pan docent w restauracji krzyczał, że ma nas prokuratorów w „d.”
Doktor Przypkowski zasapał wtedy, jak to czynił, kiedy był w zakłopotaniu i powiedział :

- Coś słyszałem, cholera. Ludzie mi mówili. To ja was w takim razie, panowie prokuratorowie, bardzo przepraszam.

- Szczerze?

- Jak najszczerzej.

- No więc przeprosiny zostają przyjęte. Podali sobie ręce i wtedy doktor Przypkowski, jak to on, zaproponował

- To może byśmy teraz panowie poszli na zgodę do „Tęczy” co?

- Ależ skąd panie docencie – odpowiedzieli prokuratorzy – jesteśmy przecież w robocie.

 * * *

Był taki głuchoniemy człowiek w Jędrzejowie, na którego wołano: Buba. Nikt w mieście nie wiedział skąd do nas trafił, jak naprawdę się nazywał, gdzie mieszkał, z czego żył? Taki człowiek znikąd. Ale jednocześnie był wszędzie. Gdziekolwiek coś się w mieście działo, zawsze pierwszy zjawiał się uśmiechnięty Buba. Gestykulował, coś tam po swojemu mamrotał, usiłował pomagać, gdy taka była potrzeba. Potrafił rozumieć ludzi choć nie słyszał i o nic nie pytał.
Przy tym wszystkim był człowiekiem który wszystko widział jak ta stara mądra sowa z angielskiej bajki,” the more she saw, the less she spoke”. która im więcej widziała tym mniej mówiła.

Nasz Buba odznaczał się jednak samodzielnością. Mimo kalectwa nie żebrał, nie oczekiwał od nikogo pomocy ani współczucia. Żył najlepiej jak umiał z takim dającym się zauważyć poczuciem własnej godności
Dziwny, dobry nieszczęśliwy człowiek.

 * * *

Jakiś czas temu razem z Jankiem Hatysem pojechaliśmy sobie do leśniczówki w okolice jego rodzinnego Cierna. W młodości bywaliśmy tu często, bo kuzyn Janka, tamtejszy gajowy dawał nam trochę zarobić przy naganianiu zwierzyny pod myśliwskie strzelby. Ciekawiły nas zmiany jakie tu zaszły od tamtych lat, więc zaraz po przyjeździe wyszliśmy na ganek i patrzyliśmy na zimę i las. Drzewa stały tu jak dawniej, w śnieżnych czapach, na szybach okien w gajówce widać było mroźne płaskorzeźby, a na plac przed leśniczówką, jak kiedyś saniami, zjeżdżały teraz modne, terenowe samochody z myśliwymi. Jutro razem ze świtaniem miało rozpocząć się polowanie. Za starzy z Jankiem byliśmy żeby brać w nim udział, ale ciekawiło nas bardzo, jakim zmianom w międzyczasie uległ piękny kiedyś myśliwski obyczaj.

Może jest to sprawa upływu lat i nowych obyczajów, ale wydaje się, że dzisiaj jakby brakuje trochę atmosfery tamtych łowów. Flinty myśliwskie są teraz prawie doskonałe, wyposażone w przeróżne lunety i noktowizory z odpornymi na wilgoć nabojami. Myśliwi też, jakby bardziej tacy niecierpliwi, ot odstrzelić co należy, wsiąść w samochód i wrócić do domu.

Tak sobie o tym wszystkim myślałem, a potem już przy ognisku, gdy podawano sobie do rąk piersiówkę z jałowcówką, żałowałem bardzo, że nie zaproszono tu trębacza, który jak kiedyś odtrąbiłby na koniec polowania hejnał na śmierć dzika, jelenia, lisa czy sarny. Bo dopiero wtedy można by powiedzieć, że odbyło się tu prawdziwe misterium łowieckie.

Przy tamtych polowaniach przed laty kręciliśmy się z Jankiem obok myśliwych już od świtu. Niebo świeciło jeszcze dużymi, zimowymi gwiazdami, a garnuszek z gorącym, wiejskim mlekiem parzył dłonie. Wtedy właśnie odbywało się losowanie stanowisk. Niby każde było dobre, ale ja zawsze pragnąłem, żeby wujek Janka wylosował to obok rzeki, bo tam zwierzyna uciekała przeważnie wpław. A do zwierząt walczących z topielą strzelać nie było wolno. Podobnie zresztą jak do zająca, który „stanął słupka”, do kaczki na wodzie, siekącej kuropatwy czy lochy prowadzącej małe. Tak bowiem stanowił honorowy kodeks myśliwski.

Pytałem niektórych myśliwych czy dzisiaj tamten obyczaj jest również przestrzegany? Twierdzili, że tak, że prawdziwi „polowacze” są tym zasadom wierni. Zawsze byliśmy przecież krajem wielkich i mądrych myśliwych. Potwierdzają to nawet karty naszej, narodowej literatury. Każdy myśliwy, nim ukończy terminowanie łowieckie i otrzyma broń do ręki, starał się przeczytać „Puszczę” Ejsmonda i „Sobola i panny” Weyssenhoffa, bo są tam niczym w biblii usankcjonowane zasady łowieckiej godności.
Ja przy tamtych przed laty nagonkach uwielbiałem wręcz takie opowieści. Sadowiłem się między uczestnikami polowania, dokładałem polan do ogniska i słuchałem, słuchałem. W każdej takiej opowieści było przecież coś niesamowitego. Jakiś jeleń, na przykład, o bajecznym porożu, który tylko przy pełni księżyca wychodził na rykowisko. Albo o lisie przecherze, cwaniaku nad cwaniaki albo o odyńcu wielkim jak koń. Jasiu Hatys twierdzi, że w każdym większym leśnym kompleksie do dziś są takie miejsca z zaczarowanym jeleniem i odyńcem wielkim jak koń, bo wciąż w poświacie księżyca spotyka je każde następne pokolenie myśliwych.

Najbardziej jednak lubiliśmy słuchać opowieści, w których zwierzęta były górą, gdy udawało się im przechytrzyć człowieka. W tym bowiem zaklęty jest cały urok łowiectwa, kiedy szansa potyka się z możliwością.
Dziś, przy całej tej nowoczesnej broni myśliwskiej, wszystkich tych ambonach i rejonach łowczych, zwierzęta nie mają szans w spotkaniu z człowiekiem. Dlatego w naszych lasach, niestety coraz mniej jest zwierzyny, a leśnicy prawie osobiście znają wszystkich swoich podopiecznych.
W tym temacie, że tak powiem Janek Hatys tam w Ciernie opowiedział nam bardzo fajną anegdotkę na temat współczesnych polowań. Oto ona.
Do lasu na polowanie przyjechał jakiś ważny gość. Razem z leśniczym weszli na ambonę i czekają. Po chwili na polanę wbiega zając. Leśniczy od razu w krzyk:

- Nie strzelać !!. Niech pan nie strzela. To jest Małgosia. My do Małgosi nigdy nie strzelamy.

- Aha.
Po jakimś czasie na polanie pojawia się znów zając. A leśniczy w krzyk:

- Strzelaj pan, Teraz pan strzelaj. To jest Adaś.
My do Adasia zawsze strzelamy.

 * * *  

Opowiadamy na łamach tej książki o czasach i zdarzeniach bardzo odległych, toteż zrozumieć niektóre sytuacje czy powiedzonka z tamtych lat wcale nie jest łatwo. O, choćby takie słowo jak kindersztuba.
Jechałem kiedyś pociągiem do Krakowa i siedzący naprzeciw mnie w przedziale jakiś młody człowiek cały czas rozwiązywał krzyżówki. W pewnym momencie podniósł oczy i zapytał..

- Przepraszam, wiesz pan może, co to jest kindersztuba?

- Pewnie, że wiem. Jest to rodzaj takiego kodeksu moralnego i etycznego, jaki w moich czasach wynosi się z rodzinnego domu. I innymi słowy taki zakodowany już na zawsze zestaw imperatywów moralnych, co człowiekowi wolno, a czego pod żadnym pozorem, czynić nie powinien.

- Ale mnie chodzi o sześć liter- odpowiedział mój rozmówca – na tyle jest tu kratek

- Na sześć liter, to chyba będzie „ogłada”.

- O właśnie, widzi pan, ogłada. Teraz się zgadza.
Skinąłem mu głową i pomyślałem, że jak bardzo słowo kindersztuba jest już, dziś niemodne. Bo przecież nikt dzisiaj tak naprawdę nie zajmuje się wychowywaniem dzieci. Dzieci się teraz „chowie”, to znaczy daje się jeść, pić, wydziela kieszonkowe, ubiera zgodnie z telewizyjną modą i spełnia inne zachcianki.

A kindersztuba? Po co ona komu? Żeby się dzieciak stresów nabawił. W szkole mają religię i lekcję wychowawcze i to im powinno wystarczyć.
Okazuje się jednak, że nie wystarcza. Bo tylko w domu cierpliwością i codziennym przykładem można wpajać dziecku zasady, według których nie czyta się cudzych listów i nie wystawia fałszywego świadectwa, nie czyni źle bliźniemu, aż stanie się to imperatywem, czyli takim nawykiem na całe życie.
Moja mama do chłopaków na stancji często mówiła tak.

- Szkoła jest szkołą, tam zdobywacie wiedzę, a kultury bycia, żeby nie siorpać przy jedzeniu, prać skarpety żeby nie śmierdziały, nie sikać po desce ustępowej, etc, etc, to tego musicie nauczyć się w domu.
Takich rad i poleceń było codziennie bez liku.

- Bo skoro tu mieszkacie – mówiła – to chcąc nie chcąc muszę zastąpić wam rodziców. A wyglądało to tak:

- Staszek pokaż mi ręce. Z taką żałobą za paznokciami chcesz iść do szkoły? Natychmiast obetnij pazury.

Albo: Pana poznać po cholewach a inteligenta po wyczyszczonych butach.
Podśmiewywaliśmy się oczywiście z tych mamy upartych nakazów wychowawczych, ale coś tam z nich jednak zostało. Bo czym jak mówią, skorupka za młodu?
Gdzieś w pięćdziesiątym piątym albo szóstym roku wracaliśmy ze Stasiem Kowalczykiem, wtedy studentem Politechniki Śląskiej w Gliwicach, do Jędrzejowa. Była zima, pociąg spóźnił się prawie godzinę, więc przy piwku czekaliśmy w dworcowym bufecie. I wtedy przysiadło się do o nas jakichś dwóch meneli. Zagadywali, molestowali więc postawiłem im po piwie, potem Staszek zrobił to samo, ale im wciąż nie wystarczało. Zwłaszcza jeden z nich był szczególnie natarczywy. Na szczęście w sukurs przyszedł na drugi z tych meneli. Powiedział do kumpla:

- Daj już spokój temu panu. Widzisz przecież, że to jest lepszy gościówa.
O, właśnie. Bo Staszek był zawsze takim lepszym gościem. Może po trosze zasługa to mojej mamy, która tak uparcie wpajała nam zasady kindersztuby?

 * * *

O panu Janie Klamce, o którym już trochę w tej książce pisałem, można by opowiadać bez liku. Bo też i postać to była wyjątkowa, barwna, oryginalna charakterem i obyczajem znakomicie wpasowana w folklor naszego miasta. W pamięci jędrzejowian tych zwłaszcza, którzy przeżyli tu okupację i wczesne lata powojenne, postać wręcz legendarna. Był, jak pamiętamy, dorożkarzem, fiakrem, sałatą, jak go wtedy nazywano i lubił, co mu tylko dodawało wdzięku, być często pod wpływem... Ale patriotą trzeba dodać był wielkim. W czasie okupacji niemieckiej, kiedy był po, to jeździł swą dryndą po mieście śpiewał „jeszcze Polska nie zginęła”. Niemcy jakoś dawali mu spokój, a nas niewolników podnosił wtedy na duchu. Nie lubił też potem tej nowej: „od Ruskich” jak mawiał, władzy. Niektórzy przypisują mu nawet twierdzenie: „przeżyliśmy okupację, przeżyjemy demokrację”.

Józek Gierczak opowiadał o pani Klamce przezabawną historię.
Otóż po uzyskaniu stopnia doktora na wydziale architektury Politechniki Wrocławskiej przyjechał Józek do Jędrzejowa, żeby się mamie i kolegom pochwalić dyplomem. W tym celu na drugi dzień wsiadł do dorożki pana Klamki, aby ze szpanem podjechać do kawiarni na „Gubałowce”, gdzie umówił się z kumplami. Pan Klamka oczywiście go poznał, obaj byli przecież z Podklasztorza, więc zapytał: co słychać?

Józek odpowiedział, że wszystko pięknie i pochwalił się swoim doktoratem.

- To znaczy, że jesteś doktór, tak? - zawołał zadowolony pan Klamka. Ludzi będziesz leczył.

- Nie, nie. Ja mam doktorat z architektury – wyjaśnił Józek.

- To znaczy, że recept nie będziesz wypisywał, co?

- Nie.

- Pfii. A to ci z ciebie doktor. Taki sam jak nasz Przypkowski. Znaczy, będziemy mieli tera w Jędrzejowie dwóch wariatów. Wio Zośka - popędził batem swoją kobyłę – wio!
A tak między nami. Jędrzejów tamtych lat bez Jasia Klamki?
Niewyobrażalne, co?

 * * *