Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 18)

b-1a

Piękny obrazek Jędrzejowa z tamtych lat z jego folklorem i taką wiejsko - miejska atmosferą oddaje w swoich wspomnieniach Janek Zając, zwłaszcza z tych czasów kiedy pełnił tu urząd prokuratora.

„6 czerwca 1952 roku zdałem maturę. Przyszedł moment zastanowienia się co dalej z sobą zrobić. Rodziców miałem dobrych, troskliwych, ale ich wyobraźnia nie sięgały dalej jak granice gminy. Ojciec wprawdzie ukończył cztery klasy szkoły podstawowej i zakochany był w książkach, ale mojej dziecięcej ciekawość jakoś nie potrafił zaspokoić. Gdy pytałem go gdzie płyną te wszystkie rzeki? To odpowiadał:

- Jak to gdzie? Do Nidy.

- A Nida gdzie?

- Do Wisły.

- A Wisła?

- Do morza

- A morze gdzie?

- Do takiej wielkiej studni bez dna.
O tego był już za dużo. Moja wyobraźnia w żaden sposób nie mogła zrozumieć, żeby coś nie miało dna. Gdy któregoś dnia przyniosłem ze szkoły wiadomość, że ziemia jest okrągła, to rodzice aż zarechotali z uciechy.

- Co ty opowiadasz? mówili. Przecież ludzie nie mogą chodzić do góry nogami. Nie ośmieszam ich, broń Boże.W takich żyli czasach. A ojcu zawsze będę wdzięczny za tamten czas, gdy przy lampie naftowej czytał mi na głos „Marietta”, książkę jak się później dowiedziałem o dekabrystach i ich walce z caratem.

Ale wracając do głównego tematu. Maturę zdałem z wynikiem dobrym. Jako aktywiście zetempowskiemu zaproponowano mi nawet studia w Związku Radzieckim, ale zrezygnowałem. Moja Irena „szła” bowiem „na stomatologie do Łodzi, wiec ja też wybrałem prawo na tym samym Uniwersytecie. Nie ma się co dziwić, byłem zakochany.

Nasz Wydział Prawa dysponował wówczas wspaniałą kadra dydaktyczną. Z tego znakomitego grona wspomnę profesora Stanisława Konopkę, wykładowcę ekonomii który 6 marca 1953 roku rozpoczął swój wykład w sposób następujący. „Kochana młodzieży, jak dowiedzieliśmy się przed chwilą, wczoraj wieczorem przestało bić serce „Ojca Narodów”, „Chorążego pokoju i dobrodzieja Polski Ludowej towarzysza Józefa Stalina”.Zrobiło się cicho zwłaszcza, że profesor Konopka schował w dłoniach twarz i zaczął płakać. Kto więc mógł się wtedy dziwić mnie, chłopakowi z zapadłej wioski, ogarniętemu ideami socjalizmu i sprawiedliwości społecznej, że łzy same napłynęły mi do oczu? Skoro taki wybitny profesor płakał.
W tym samym 1953 roku do Łodzi zjechało wielu Koreańczyków. W ramach internacjonalistycznej współpracy narodów byli oni kierowani na naukę do tak zwanych „demoludów” czyli do Polski również. Nam studentom z akademików proponowano wtedy wspólne z tymi Koreańczykami zamieszkanie w celu ich szybszej asymilacji z naszym językiem i obyczajami.

Ja się zgodziłem. Zamieszkał ze mną młody człowiek o nazwisku Czoi Han Czer, co o ile pamiętam oznaczało „wschodzący promień słońca”.
Mnie już się wtedy powodziło dobrze. Żadnej pomocy z domu nie otrzymywałem. Stypendium, które wynosiło wówczas w granicach 240-300 złotych wystarczało na całkowite utrzymanie. Dom akademicki kosztował 10 złotych, stołówka z całodziennym wyżywieniem 180 złotych, bilet sieciowy miesięczny 15 złotych; pozostawało około 50 złotych na własne rozrywki. Miałem się więc dobrze. Już na początku studiów zaciągnąłem się do uniwersyteckiego baletu, bo tańczyć zawsze lubiłem. Ale ten balet rozpadł się po dwóch miesiącach i Pani Szaniawska, która prowadziła również balet przy Zakładach Włókienniczych w Łodzi zaproponowała mi taniec w tym zespole za 300 złotych miesięcznie. O to już była kwota wielkości stypendium. Tyle że balet to ciężka robota. Ile potu i wysiłku trzeba włożyć aby trzydzieści par, a czasem i więcej w tym samym momencie wykonało ten sam ruch, ten sam gest i ten sam uśmiech. Taniec to była i jest do dziś przyjemność dla ciała i radość dla duszy. No i bardzo często sposób na życie.
Był wtedy taki lokal w Łodzi o nazwie „Delfin” przeznaczony wyłącznie dla pań, bo. Łódź z racji swojego przemysłu zatrudniała głównie kobiety. Było ich tu o kilka procent więcej niż mężczyzn. Więc ten lokal „Delfin” urządzony był w taki sposób, że pod ścianami ustawione były stoliki 2-osobowe. Przy każdym z nich siedziała jedna pani. „Fortancerze” tacy jak ja stali za kotarą i gdy zagrała orkiestra szybko startowali do którejś z dam porosić do tańca. Jeżeli pani zaprosiła potem do stolika, znaczy zaaprobowała partnera, to była darmowa kolacja i 30 złotych ekstra premii. Jeśli podziękowała, to wracało się za kotarę i kiedy orkiestra zaczynała grać itd.
Korzystałem wiele razy z takiego właśnie dorabiania do stypendium. I dodam tu jeszcze nieskromnie, że nie zdarzyło się, bym od partnerki usłyszał „dziękuję”.

Koniecznie muszę przypomnieć rozmowę z moim ojcem, gdy powiedziałem, że wybrałem sobie dziewczynę na żonę.

- Tato – mówię - chcę się ożenić”, Rodzice wiedzieli o Irenie. Ojciec pyta: ‘synu, a musisz?
Odpowiadam „nie”.

- To znaczy, że kochasz tę Irenę?
Odpowiedziałem: tak.

- No to dobrze” - powiedział ojciec.
Wiosną 1957 roku urodził nam się syn – Leszek. Zamieszkaliśmy u rodziców Ireny, a ja podjąłem pracę w Prokuraturze Powiatowej w Jędrzejowie, uzyskałem etat i nominację na stanowisko aplikanta sądowo-prokuratorskiego.

Warto tu opowiedzieć o jednym wydarzeniu sądowym, Uczestniczyłem w nim jako aplikant i protokólant. To był słynny w Polsce proces słynnego Kargula, albo Kierbela, bo nikt nawet sąd nie znał jego prawdziwego nazwiska. Prokurator Bałuka po zakończeniu przesłuchania zapytał oskarżonego, zgodnie zresztą z procedurą: Panie Kargul, czy Kierbel, jak się pan tam nazywa, kogo mam zawiadomić o pańskim aresztowaniu?”
A na to Kargul: panie prokurator, to ja się pana pytam, czy pan się dobrze zastanowił?.

- Tak, oczywiście – odpowiada prokurator Bałuka.

- To ja się pana zapytam jeszcze raz. Czy pan się dobrze zastanowił?
W trzy dni potem dotarło do naszej prokuratury polecenie o natychmiastowym zwolnieniu obywatela Kargula z aresztu. Podpisał sam ówczesny Minister Spraw Wewnętrznych, Józef Berman.
Czas biegł. 22 lipca 1960 roku powołano mnie na stanowisko zastępcy Prokuratora Powiatowego w Jędrzejowie.
Spośród wielu spraw karnych w jakich oskarżałem, trafiały się też takie z gatunku tragikomicznych. Oskarżyłem kiedyś dwie kobiety, matkę i babkę o zabójstwo dziecka. Kobieta urodziła je w stanie panieńskim, poza domem i nie za bardzo miała gdzie z nim wracać. Pojechała w końcu do swojej matki. I tu rozegrała się tragedia. W trakcie awantury między kobietami dziecko zostało po prostu rozerwane na kawałki, a potem cichcem pochowane w przydomowym ogródku.
W czasie rozprawy przed Sądem Wojewódzkim zapytałem domniemanego ojca o kontakty z oskarżoną. Czy przyznaje się do ojcostwa? Świadek oświadczył, że on ojcem na pewno nie jest.

- Ale utrzymywał świadek kontakty cielesne z oskarżoną?

- No niby tak.

- Więc na jakiej podstawie z taką pewnością twierdzi świadek, że nie jest ojcem tego dziecka.

- Bo Wysoki Sądzie ja zawsze uciekałem.
Mówiło się potem w naszym środowisku i nie tylko, że najlepszym środkiem antykoncepcyjnym jest uciekanie.
Wiosną 1961 roku mając niepełne 29 lat zostałem powołany na stanowisko Prokuratora Powiatowego w Kazimierzy Wielkiej. Urzędowało tam już przede mną czterech prokuratorów, ale żaden nie mógł sobie poradzić z ówczesnym 1- szym Sekretarzem Komitetu Powiatowego PZPR Józefem Darolem. Dziwny to był człowiek, słabo czytał jeszcze gorzej pisał, ale daj nam Boże w Polsce jak najwięcej takich pracowitych, konsekwentnych i pomysłowych ludzi. Niewielu znało jego życiorys. Ja też dowiedziałem się niewiele, ot tyle tylko, że przed wojną był członkiem komunistycznej partii Zachodniej Ukrainy, po 45 roku pełnił funkcję Sekretarza PPR a później PZPR w różnych powiatach województwa rzeszowskiego. Był ścigany przez UPA i musiał przed nimi uciekać. Trafił w końcu do Kielc na stanowisko sekretarza ds. rolnych. I tu, jak twierdzili niektórzy towarzysze, oszalał. W trakcie tak zwanej odwilży w 1956 wraz z sędzią Agijewiczem i adwokatem Płoskim wynieśli z sali posiedzeń Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Kielcach gipsowe popiersie Stalina i przed budynkiem rozbijali je młotkiem. Był to akt odwagi wtedy ogromny, więc władze jakby za karę wysłały go do szkoły partyjnej w Warszawie, żeby ochłonął i zmądrzał..

Ale wracając do początków mojej prokuratorskiej pracy w Kazimierzy Wielkiej W pierwszej kolejności zacząłem od tak zwanych „spraw starych”. Ze zdumieniem odkryłem dwie zakończone prawie przed rokiem i leżące bez końcowej, merytorycznej decyzji. Jedna dotyczyła dużych przekrętów finansowych w gminnej spółdzielni, „Samopomoc Chłopska”, druga przyjęcia łapówki przez przewodniczącego Gromadzkiej Rady Narodowej. Wezwałem niezwłocznie podejrzanych i w stosunku do obu zastosowałem areszt tymczasowy. Nie minął dzień jak zostałem wezwany na posiedzenie Sekretariatu Komitetu Powiatowego PZPR. Uczestniczyli w nim obaj sekretarze, Komendant Powiatowy MO, a także szef miejscowej placówki SB.

Nikt mnie w życiu tak jak wtedy nie opieprzał, Sekretarz Darol zażądał wręcz bym w przypadku ludzi z jego nomenklatury każdą decyzję uzgadniał z nim, jako Iszym sekretarzem. Zapytałem wtedy czy mogę się wypowiedzieć?

- Mówcie – usłyszałem.
Oświadczyłem, że będę postępował zgodnie z przepisami prawa. A jeśli wam, towarzyszu Darol prokurator w Kazimierzy Wielkiej w ogóle nie jest potrzebny, to od jutra możecie zająć moje biurko. Wstałem i wyszedłem. Wybiegł za mną Komendant Powiatowy MO i trzymając się za głowę mówił „coś ty narobił, coś ty narobił? Przez następne kilka dni był jednak spokój. Dopiero sprawa ze strażakami pokazała mi Darola od nowa.
Straż pożarna w warunkach wiejskich przez lata całe była głównym organizatorem zabaw tanecznych. Właśnie po jednej z takich zabaw na tle nierównego podziału zysków porąbało się toporkami kilku strażaków. Otrzymali za to dwuletnie kary bezwzględnego więzienia. Nie siedzieli jednak bo wszyscy byli aktywnymi członkami Partii i czynnymi strażakami. Kiedy zapoznałem się z aktami sprawy kazałem ich natychmiast zamknąć. No i znowu wybuchła z tego awantura. Komendant Powiatowy MO pytał mnie podniesionym głosem: Tylko powiedzcie mi towarzyszu prokuratorze, co ja mam robić? Wy każecie zamykać, a Darol każe wypuszczać..

- To chodźmy do Darola – odpowiedziałem i poszliśmy
Zapytałem tam sekretarza, na jakiej podstawie wydał takie polecenie.

- Bo ja się z takim wyrokiem nie zgadzam – odpowiedział.
Zacząłem mu wtedy czytać wyrok wydany na tych strażaków. „W imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej Sąd Powiatowy w Kazimierzy Wielkiej.
Wyrok więc zapadł nie w moim ani waszym imieniu,ale w imieniu Rzeczypospolitej.

- Ale czy oni – przerwał mi Darol ale już przyciszonym głosem – mogliby to odsiedzieć dopiero po żniwach?

- Na to się mogę zgodzić –odpowiedziałem - skoro tyle czekaliśmy, zaczekamy jeszcze miesiąc, dwa..

Na koniec jeszcze jedna śmieszna historyjka. Zgłosiła się do prokuratury kobieta w średnim wieku ze wsi Chruszczyna i oświadczyła, że przyszła zameldować, o gwałcie. Poprosiłem sekretarkę do protokołowania i zapytałem jak to się stało?

- No bo mój chłop tego dnia dostał w robocie wypłatę i powiedział, że idzie na wieś. To wiedziałam, że wróci późno. Posprzątałam chałupę zgasiłam światło i poszłam spać. Budzę się, a tu ktosik na mnie leży. Tak sobie myślę wtedy: mój to, czy nie mój? Ale to nie był mój, bo miał miękciejszą brodę.
Zleciłem postępowanie przygotowawcze.. Okazało się, że owa kobieta od dłuższego czasu utrzymywała bliskie kontakty z sąsiadem i tego dnia umówili się na spotkanie wiedząc, że mąż po wypłacie nie wróci prędko. I tu się pomyliła. Mąż złapał ją na gorącym uczynku.

- Bo ón mnie zgwałcił – tłumaczyła się żona.

- Jak zgwałcił to idź do prekuratora – odpowiedział jej mąż.
Oczywiście umorzyłem sprawę, ale śmiechu mieliśmy sporo.
W 1998 roku zdecydowałem się przejść w stan spoczynku. Tak się nazywa emerytura sędziowska. Różnica pomiędzy emerytura a stanem spoczynku polega na tym, że sędzia w stanie spoczynku zachowuje wszystkie uprawnienia i obowiązki, zachowuje także immunitet, zwolniony jest tylko z orzecznictwa.
Mam teraz taką nadzieję, że zachowałem po sobie dobrą pamięć. Wielu przecież moich wychowanków pracuje dziś w różnych sadach. Pełnią odpowiedzialne funkcje prezesów sądów okręgowych, apelacyjnych; wielu jest adwokatami, radcami prawnymi, spotykam się z nimi i to daje mi radość i satysfakcję.

Gdy odchodziłem w stan spoczynku moja żona Irena była już na emeryturze. Pracowała także w Sądzie Okręgowym. Przez ostatnie 20 lat była wizytatorem a potem kierownikiem zespołu kuratorów dla nieletnich. Dzieło Jej życia to ośrodki kuratorskie na terenie Kielc przeznaczone dla niepełnoletnich z rodzin patologicznych, ale nie tylko.
Ostatnie lata poświęcała głównie ukochanym wnukom: Maćkowi i Michałowi. To była jej miłość i cała radość życia.
Umarła nagle 12 maja 2002 r. na wylew krwi do mózgu.. Spoczywa na cmentarzu w Cedzynie. Dla mnie to był najtragiczniejszy dzień w życiu. Zostałem sam. Przez parę lat chodziłem po mieszkaniu od ściany do ściany i płakałem. Świat mi się zawalił. Mężczyźni nie są przygotowani do samotności, bywa, że są zdolni do rzeczy wielkich, ale nie umieją porządnie posłać łóżka, zaradzić smutkom.
Wszystkim którzy być może będą kiedyś czytali te wspomnienia, dedykuję mój wiersz napisany w chwili głębokiej rozterki:

Gnałem do przodu, roztrącałem ludzi i rzeczy.
Giąłem do ziemi i dźwigałem w górę
Wyciągałem szyję by zobaczyć metę.
Dziś finiszuję – widzę zdziwienie i grymas współczucia.
Czas skończyć – rękę wyciągnąć do zgody.
 2000 razy przeprosić i do stołu zasiąść.
Dla zdrowia nalewkę wysączyć do dna.
Pokłonić się nisko – zapragnąć miłości.
Gdy się myśli jest się wolnym.
Prosić o słowa „ego te absolwe”.

Cierpiałem, aż los zesłał mi Marię. Przebywałem w sanatorium w Solcu Zdroju. Uwielbiałem chodzić tam na wieczorki taneczne. Siedziałem sobie przy piwku i obserwowałem salę. Grała muzyka, pary się kołysały i nagle tak jak kiedyś w lokalu „Delfn” w Łodzi, ogłoszono białe tango. Panie proszą panów. Wtedy podeszła do mnie Marysia. Dygnęła i zapytała: Mogę pana prosić?
Dziś jest moją żoną. Wygrałem szczęście, wróciło do mnie życie.

 

Obrazki ze starych klisz

Będą to takie króciutkie opowieści, jak pstrykniecie aparatu fotograficznego, o ludziach, zdarzeniach i klimatach z tamtych naszych lat, gdy wszystko było młode, inne od dzisiejszych, więc warte zapamiętania.

Michał Konieczyński, to była jedna z wielkich postaci naszego Jędrzejowa. Kochał życie, dobre towarzystwo i miał bardzo życzliwy stosunek do swojej osoby. To był przystojniak, jak do dziś mówią o nim dziewczyny. Świetny kumpel jak twierdzą koledzy i uczynny, otwarty chłopak jak go zapamiętali pozostali. Mnie Michał, bez obrazy, kojarzył się zawsze z pozytywnymi cechami Ostapa Bendera z „Dwunastu Krzeseł” znakomitej sztuki Ilii Ilewa i Eugeniusza Pietrowa, bo tyle w nim było autentycznej sympatii do życia, ludzi i świata.
Przychodził często do nas na stancję, bo kolegował z Ludwikiem Pakiem. Chodzili do tej samej klasy. Wszystko więc, co zrobił Michał, lub częściej czego nie chciał zrobić, mieliśmy, że tak powiem z pierwszej ręki. Uczył się znakomicie mógł więc pozwalać sobie na pewien polityczny i obyczajowy luz.

Kiedyś, już w klasie maturalnej na jednym ze szkolnych zebrań zetempowskich przewodniczący Cudzik zarzucił mu, że bywa często pod wpływem alkoholu.
A na to Michał zupełnie niezbity z pantałyku.

- No cóż. Kolega przewodniczący nie może niestety chodzić pod takim wpływem, ponieważ nie pije alkoholu.
I to był właśnie cały Michał.
Po ukończeniu studiów w Krakowie, już jako inżynier magister, Michał Konieczyński został w Jędrzejowie... taksówkarzem. Jeździł taką garbatą „Warszawą” model M-20, najczęściej na trasie: stacja PKP – Rynek.
W dni za to targowe miał szalone „branie”. Na ogół podpici mieszkańcy okolicznych wiosek mieli tę ambicję, żeby ich do domu odwoził taksówką sam, najprawdziwszy pan magister. Michał najpierw pobierał opłatę wstępną, na przykład 100 zł i dopiero na miejscu kasował resztę I wszystko spokojnie, beznamiętnie z klasą i gracją jak przynależało magistrowi. Był kopalnią pomysłów i duszą każdej imprezy czy prywatki. Jędrzejów bez Niego, nie jest już taki sam.

 * * *

Kto z nas chłopaków w tamtym Jędrzejowie nie zazdrościł panu Mieczysławowi Augustynikowi jego pięknego BMW 600 boxer. No kto?
To było cacko wprost, a nie motocykl. Pan Mietek ścigał się nim na różnych ważnych rajdach w Polsce, czym wzbudzał w naszym mieście powszechny zachwyt, pożądanie męskiej strony, (Boże żeby kiedyś mieć taką maszynę).
A on lubił też pojeździć sobie po Jędrzejowie. Jak przelatywał tą swoją „beemwicą” przez Rynek z Wodzisławskiej na Kielecką, to nie było chłopaka, by nie mówił w zachwycie, o kurde. Czasem pogadał z tymi co kręgiem go otaczali i wyjaśniał różne tajemnice wyczynowej jazdy. Czasem kogoś, a ściślej mówiąc ładne dziewczyny, zabierał na tylne siodełko i pruł gdzieś w okolice łączyńskiego lasu. Niestety tak to już bywa, że wielcy szczęściarze nie żyją długo. Pan Mieczysław Augustynik zmarł tragicznie, bo jak wykazało potem śledztwo, „nie zachował należytej ostrożności przy manipulowaniu z benzyną”.
Szkoda, bo to była piękna postać.

Jako jeden z pierwszych szalał też na motorze po Jędrzejowie Józek Gierczak. Jego wiec pytam o ówczesne fascynacje motoryzacją. - Pierwszy raz w życiu siadłem na motocykl marki DKW 125 należący do Włodka Kielbassy – opowiada Józek - i tak mi się to spodobało, że potem wespół podrywaliśmy w ten sposób dziewczyny. To był wtedy szpan, że ho, ho. Zosia baronówna Tittenbrun jako pierwsza uprosiła Włodka, cichego zresztą jej wielbiciela, żeby nauczył ją prowadzić motocykl. Zgodził się, bo jakże inaczej i po krótkim instruktarzu Zosia ruszyła. Niedaleko, bo niebawem, bez szwanku wylądowała w rowie na Kieleckiej. Włodek podniósł ja z ziemi, otrzepał, ale usiąść ponownie na motocykl już nie pozwolił. Miłość do DKW- ki okazała się bowiem mocniejsza, niż sympatia dla dziewczyny.

 
DKW tyle, że 250 miał również Tadeusz Chmielarz.

- To on właśnie – mówi Józek Gierczak - tak naprawdę zaraził mnie motoryzacją. Mimo różnicy wieku i statusu zaprzyjaźniliśmy się i pewnie dlatego pozwalał mnie uczniowi jeździć do woli swoim motocyklem. Szalałem więc nim ile wlezie po drogach i bezdrożach niczym jakiś niewyżyty rajdowiec. Później miałem już własne motocykle, „eshaelkę”125,,” jawę” 250, a dziś dziewiąty już z rzędu samochód. Nieskromnie tu dodam, że ukoronowaniem tej motoryzacyjnej fascynacji stała się moja monografia naukowa pt „Fenomen auta w przestrzeni”. Pozwoliła mi ona dopisać do tytułu doktora „ikonkę” habilitowany.