Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 17)

b-1a

Ale jak już opowiadamy o miłości i zakochaniach to wszystkie one są w jakiś tam sposób jednakowe bo najważniejsze. Jak to mówił kiedyś poeta, że „każda miłość jest pierwsza, najwspanialsza najszczersza, wszystkie inne usuwa w cień”.

No właśnie. Jankowi Zającowi po śmierci ukochanej Ireny dobry los zesłał Marysię z którą są już małżeństwem i widać im po oczach, że są ze sobą szczęśliwi. Ja swoją kolejną wielką miłość też spotkałem niedawno, bo przed dwudziestu pięciu laty zaledwie, na takiej wycieczce w Zakopanem. Dziś jest moją żoną, ale łatwo wcale nie miałem. Pomogła mi znajomość gwary góralskiej (bo Tatrami i góralami zafascynowany jestem od lat) i taka przejażdżka konną dorożką po dolinie chochołowskiej, na temat której napisałem mojej wybrance wiersz. I to ją złamało.
Ponieważ czas już kończyć nasze wspomnienie o dziewczynach i pierwszych miłościach, przeto na koniec już ten mój góralski wierszyk przytoczę.

Konik człapie, drynda trzeszczy
Od gór mgła opada
A na koźle stary gazda
Tak z koniem rozmawia.
Kielo my to roków siwy po górach jeździmy
Ile my to już przewieźli rozmaitego ludu
Ale ta pani, co dzisiok tu jedzie
Piekno jest
Piekno jest do cudu.
Panic uny, co śniom siedzi
Straśnie ją miłuje
Ino w ocy ji poźiro,
Po rąckach całuje.
Hej, Boze wielki. Boze na niebiesie.
Kiebym jo, choć roz jeden naseł taką panią
Tyz bym poseł za niom.
Hej poseł bym za nią
Gazdostwo byk przedął, owce wygnął w hale
I poseł bym śnią, ka by chciała
Nie boł byk się wcale.
Ale nom siwy, cas się wyrtnął,
Kie kwilecka jedna
Noc nos zgoni na dziedzinę,
Jak owce do kierdla
W dzwierzach pies nas obtańcuje
Zajazgoce baba
Dutków mało my przywieźli, to baba nie rada
No to się choć napacmy, za tą piekną parą
Hej, widzis śiwy.
Inse chłopy na tym świecie
Lepse szcęście mają.
Takie ścęście som Panjezus daje rąckom Boską
Dzisok właśnie takie scęście
Wieźli my dorożką.

 * * *

... tamte prywatki.

Moja wnuczka Ania, mówi, że dzisiaj nazywają to „domówkami”. Więc co pokolenie, to inna nazwa. Wcześniej były to „tańcujące wieczorki”, potem „prywatki” teraz „domówki” tylko sens jest wciąż ten sam: dobra zabawa.
Na prywatkach bawiono się za naszych czasów, bawią się ludzie również dziś. Ja też na taką współczesną „domówkę” zostałem nie tak dawno zaproszony, a to z okazji „osiemnastki” wnuczki mojego starego kumpla, Mirka Bijaka, który całą tę imprezę obiecał sfinansować. Stąd nasza tam obecność.

Dla kurażu pocieszaliśmy się faktem, że chyba nie jest z nami jeszcze tak źle, skoro młoda gospodyni na to swoje święto nas zaprosiła.
O oznaczonym więc dniu odświętnie wyelegantowani i odświeżeni zjawiliśmy się z Mirkiem w domu jubilatki. Miejscem uroczystości był największy pokój w jednym z bloków przy ulicy Krakowskiej w Kielcach, gdzie wszystkie mieszkania są podobne w kształcie i rozmiarach do plastrów miodu w pszczelim ulu. Na czas owej „domówki” wszystko w domu jubilatki zostało gruntownie przemeblowane. Precz usunięto większość zawadzających, niepotrzebnych gratów. Wszystkie dywany, chodniki i donice z kwiatami odstawiono do małego pokoju, zaś rodziców i młodszego brata odesłano het, do dziadków w Jędrzejowie. W chacie miał być bowiem luz i pełna swoboda. Na pełny regulator grała już kaseta z najnowszymi przebojami z listy disco polo w powietrzu zaś unosiły się zapachy lawendy rozpylone z odświeżacza typu „Bri”.

Równo z wybiciem godziny osiemnastej zjawili się pierwsi młodzi goście. Panowie przeważnie z kwiatkiem w ręku i dyskretnie ukrytą w kieszeni półlitrówką, panie zaś podmalowane i odstawione na dorosło.
Lojalnie muszę też przyznać, że większość z nich już w momencie przekroczenia progów mieszkania wcale nie kryła swego zdziwienia na widok nas dwóch archaicznych skorupiaków potulnie siedzących na wersalce w kącie pokoju.

- A kto ci tak zachlapał chatę wapnem - pytali gospodynię poufnym szeptem.
Dopiero po stosownych wyjaśnieniach, a właściwie po paru lampkach owocowego likworu zaczęli do nas zagadywać z właściwą sobie spokojną tolerancją i umiarkowanym zaciekawieniem. Jeden z chłopców zapytał nawet, co słychać, jakby nie czytał gazet i nie oglądał telewizji.

Tymczasem wciąż przybywali nowi goście i niebawem było ich już pełne mieszkanie. Słychać było śmiechy dziewcząt i głupawe porykiwania chłopaków. Część młodzieży tańczyła już na parkiecie w przedpokoju, inni w okolicach stołu z trunkami i zakąskami podejmowali trudne, międzypokoleniowe rozmowy.

Dopiero po kilku spełnionych toastach za pomyślność i zdrowie jubilatki, zapanowała atmosfera powszechnej przyjaźni i głośnej radości. Wzmocnione przyniesionymi alkoholami owocowe wino smakowało owszem, owszem i wyjaśniało dlaczego całe towarzystwo tak nagle poweselało. Domówka zaczynała się rozkręcać. W przedpokoju zakochani tulili się w tańcu, reszta dyskutowała zawzięcie o samochodach, forsie i biznesie. Dziwna rzecz, ale słownictwo tych młodych ludzi do złudzenia przypominało język pewnego mojego znajomego mechanika od samochodów, który w każdej rozmowie używa tylko trzech, powszechnie znanych słów: na literę k, ch i p, i wszystko tym sposobem potrafi opowiedzieć zarówno o usterkach silnika, jak o trudnościach codziennego życia.

Uczestnicy tej „osiemnastki” czynili podobnie. W każdym niemal zdaniu rzucali mięsem, bez cienia skrępowania i najmniejszej żenady, jakby w tym właśnie był ich szpan i cała męska osobowość. Co dziwne, dziewczęta wcale się na to nie oburzały. Przyjmowały te wulgaryzmy jak coś zupełnie naturalnego, zwyczajnego i ani myślały czuć się urażone w swojej kobiecej delikatności.

- W naszych czasach, odezwał się Mirek, też wzmacnialiśmy wino wódką, żeby było mocniejsze, ale przy dziewczętach tośmy tak nie klęli. Obowiązywała polska szarmanckość dla płci pięknej i szacunek wobec dam - pamiętasz?

- Pamiętam. Teraz niestety świat się zmienił, zdewaluował wartości, pieniądz uczynił rzeczą najważniejszą. Myśmy byli biedni, ale piękni.
Tymczasem na „osiemnastce” naszej jubilatki zgaszono właśnie światło, co miało oznaczać początek szampańskiej zabawy. Przez jakiś czas słychać było piski dziewcząt i basowe pomruki rozochoconych chłopaków, aż ktoś na powrót włączył prąd i znowu zrobiło się widno.
Wtedy nastąpił całkiem niespodziewanie zwrot - powiedziałbym nawet pokoleniowy - między nami dwoma wapniakami a osiemnastoletnią młodzieżą.
Właśnie do odtwarzacza wrzucono nową płytę i chyba tylko przez pomyłkę zamiast prymitywnych, ogłupiających wrzasków współczesnej muzyki, popłynęło z głośników stare dobre boogie-woogie, takie z repertuaru orkiestry Glenna Millera: „Czy pani zna miasteczko czatanoga czu czu”.

- Zmień tę płytę - zawołało parę głosów, ale mój Mirek właśnie wtedy podniósł się z wersalki i poprosił do tańca swoją osiemnastoletnią wnuczkę.
Dziewczyna miała dryg w nogach, oj miała. On pomimo upływu lat też nie zapomniał wszystkiego. Zaparł się w sobie, wciągnął brzuch i ruszył w tany.
Boże święty, jak oni tańczyli. Cała jubileuszowa młodzież wywaliła na nich gały a po chwili zaczęli nawet pomrukiwać z uznaniem. A ja się cieszyłem;

- Macie, dupki żołędne - mruczałem pod nosem - macie. Wy potraficie tylko podrygiwać w miejscu, trząść kuprami i wykrzywiać twarze. Patrzcie dupki, jak się kiedyś pięknie boogie-woogie tańczyło. Zacząłem im klaskać do rytmu a reszta młodzieży podchwyciła to niebawem i nagle, przez tę parę chwil wspólnego kibicowania tańczącym byliśmy wszyscy zjednoczeni wspólną radością przeżywanego piękna. Bo dobra sztuka nie dzieli pokoleń, ale je łączy.
Wracaliśmy z Mirkiem do domu zadowoleni i zachwiani trochę w swoich sądach na temat naszej współczesnej młodzieży.

Dochodziła północ, biły zegary.

- Fajnie było, co? -zapytałem.

- Fajnie – odpowiedział Mirek. Zupełnie jak kiedyś za naszych młodych lat. W niczym wtedy nie byliśmy od nich lepsi ani gorsi - pamiętasz?

- Tylko że to było tak dawno. Tak dawno.

- Spoko stary, spoko – poklepałem Mirka po ramieniu - czas ich dogoni. Tylko oni jeszcze o tym nie wiedzą.

Opowiedziałem tę historie o współczesnej „domówce” bo zawsze przecież tego typu towarzyskie spotkania mały urok takiej serdecznej spontaniczności popartej młodymi temperamentami. W tamtych tuż powojennych czasach najlepsze prywatki mieliśmy u Janka Hatysa na Pińczowskiej no i oczywiście te najsłynniejsze u sióstr Kielbasianek w Sudole. Szczególnie jedna z nich, gdy zlikwidowało ją jędrzejowskie UB, stała się wręcz legendą. Całe miasto o niej mówiło. Byłem na niej wiec opowiem.

To zdarzyło się jakoś na wiosnę w okresie ferii wielkanocnych. Na tę prywatkę namówił mnie Jurek Kamizela, chłopak z Kielc ale rozmiłowany w Jędrzejowie, gdzie szalał na motorze i podrywał nam dziewczyny.
Mówił do mnie. Wszystko jest już ustalone, kto przywiezie żarcie, a kto trunki. Ważne, żeby towarzystwo było eleganckie, kapujesz?
No i towarzystwo dopisało rzeczywiście, najlepsze. Cała złota młodzież zjawiła się na tej prywatce,.

O tej naszej jędrzejowskiej złotej młodzieży muszę tu słów kilka powiedzieć. Zetempowcy nazywali ich też bikiniarzami, dżoleami, a byli to po prostu młodzi ludzie, którzy nie chcieli brać udziału w życiu nowej, na wzór radzieckiej rzeczywistości. Cenili sobie stare, przedwojenne tradycje, lubili wolność i luz, słuchali muzyki z radia Luxemburg zamiast patetycznych pieśni rewolucyjnych. Ubierali się też zupełnie inaczej niźli nakazywała ówczesna proletariacka moda. Spodnie nosili węższe u dołu, zamiast 27 tylko 23, marynarki najczęściej z samodziału, kolorowe krawaty na gumce i buty na słoninie, czyli na wysokiej podeszwie i kolorowe w prążki skarpety.
Wyśmiewano ich za to w radio i prasie partyjnej, nazywano bikiniarzmi (niby od małp na wyspie Bikini), ale im to wcale nie przeszkadzało.
Pamiętacie, jak to się wtedy na złość zetempowcom śpiewało?

Bikiniarze to są ludzie tacy
Co to sobie nic nie robią z pracy
Bo na to im pozwala
Słynny plan Marshala
Hej boogie woogie.

Idzie sobie bikiniarz ulicą
Przed nim cizia z rozciętą spódnicą
Pepegami tupie, socjalizm ma w dupie.
Hej boogie woogie.
(Co to wtedy była „cizia”? To dziewczyna, a pepegi to dzisiejsze tenisówki)

 

Więc na tamtą, sławna potem prywatkę u sióstr Kielbasianek, zjeżdżała najfajniejsza młodzież z Jędrzejowa. Byliśmy tam z Waldkiem Znojkiem jako jedni z pierwszych, więc mogliśmy obserwować przybywających gości. Zaraz po nas na „Zindapie” z przyczepą przyjechał Jurek Kamizala i przywiózł ze sobą Elę Serafinówną i Wandą Kupską, najładniejsze chyba dwie dziewczyny w naszym miasteczku. Potem zjawił się Jurek Klimczak na „Panonii” z piękną Baśką Mrozówną. Wielki Boże, co to znaczyło w tamtych latach mieć taki motocykl. Wszystkie chłopaki zazdrościły im tak wspaniałych maszyn. Ile oni na te motory dziewczyn poderwali. Ale ich było stać. Ojciec Kamizeli miał prywatny warsztat blacharski i naprawiał w całej Polsce dachy muzeów i kościołów, a ojciec Jurka Klimczaka był młynarzem. Dlatego Jurek przywiózł z sobą bułki i ciastka jako składkowe na tę prywatkę. Kto czym mógł to dokładał się do tej imprezy Zdzisiek Zakrzewski na przykład, zwany przez nas „wielki łeb”, dostarczył kiełbasy z masarni rodziców, a Leszek Afanasjew zabrany cichcem z domowej spiżarni słój z ogórkami kiszonymi.

Gdy wszyscy już się odliczyli, Włodek Kielbassa zarządził składkę na coś mocniejszego. Siadł potem na rower i po chwili wrócił z taką aluminiowa konewką pełną świeżuteńkiego samogonu. Od tamtej chwili nasza prywatka zaczynała nabierać rumieńców.

Kto chciał biesiadować wygodnie, ten siadał za stołem, kogo ciągnęło do śpiewania i trunków, podchodził do ławy pod oknem, gdzie ustawiono ową przywiezioną przez Władka konewkę z bimbrem i metalowym kubkiem wznosił okolicznościowe toasty. Każdy powód był tu dobry. Za zdrowie na przykład, przyjaciela wszystkich postępowych ludzi na świecie, towarzysza Józefa, Wisarionowicza Stalina. Albo za urodę najpiękniejszych rewolucjonistek, Nadieżdy Krupskiej i Klary Zetkin.

Tam przy „wódopoju”, jak żeśmy ten kąt z samogonem nazywali, odbywały się takie improwizowane na poczekaniu konkursy satyryczno – poetyckie, parafrazujące modne wówczas hasła polityczne, wypisywane na plakatach i różnego rodzaju transparentach.

Brylował tu Jurek Żuk, uchodzący już wtedy za dobrze zapowiadającego się poetę.

Zamiast w łożu klepać klępę – wołał
Buduj stadion dla ZMP
Zamiast w nocy drażnić prącie
Działaj w Narodowym Froncie - wtórował mu Wiesiek Kołkiewicz

Zamiast z dziwką się łajdaczyć
Buduj ustrój świata pracy - dorzucił ktoś inny, a potem, na całą okolicę płynął śpiew wspólny i donośny:

Nad kołchozem ciemne chmury wiszą
Polną drogą idzie Sasza z Griszą.
Sasza kandydat do partii
A Grisza już członkiem K.C.
Stalin życie im zamienił w bajkę
Zamiast chleba dał im bałałajkę.

Było w tym naszym śpiewaniu i w tych rymowankach, sporo zwyczajnego sarkazmu i nieukrywanej kpiny przeciw wszechobecnej i ogłupiającej propagandzie politycznej. Ale było też sporo zwyczajnego, młodzieńczego wygłupu, zwłaszcza gdy mocno już podchmieleni, zaczęliśmy tańczyć i śpiewać na cały głos, zakazane przez wszystkie zetempowskie ideologie imperialistyczne, boogie woogie.

Mówił murzyn do Murzyna kuku.
Chodź stukniemy komunistę z łuku
Bo na to nam pozwala
Ojców naszych wiara
Hej, boogie woogie

Byliśmy rozgrzani samogonem, podekscytowani zabawą, rozhulani w tańcach, toteż nikt z nas nie dosłyszał warkotu motorów, ani dziwnych cieni przesuwających się za oknami domu.
Dopiero gdy cały teren wokół oświetliły samochodowe reflektory i smugami prześwietliły okna naszej prywatki, stanęliśmy wszyscy porażeni strachem, zapamiętanym jeszcze z czasów niedawno minionej wojny.

- Obława – zawołał ktoś głośno.
Zrobiło się nagle cicho. Płyta na patefonie grała jeszcze przez chwilę, a potem zgrzytaniem igły dobiegła do końca i wtedy, doleciał do nas z dworu ochrypły głos.
- Tu Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa. Jesteście otoczeni. Wychodźcie z domu pojedynczo, z rękami uniesionymi do góry.
Nikt się nie ruszył. Staliśmy wciąż w bezruchu, jak zastygli gdy tamten głos z dworu wciąż powtarzał swoje: Tu Urząd Bezpieczeństwa...
Nie przypuszczaliśmy wtedy, że tych ubowców zesłała na nas mieszkająca obok komunistka, niejaka Nawrotowa, posłanka do tak zwanego Sejmu Ustawodawczego.
Niektórym z nas udało się wtedy uciec na tyły domu i w pole, ale kilku złapali. Mnie też. Zawieźli nas potem taką milicyjną suką do budynku UB na wprost obecnego banku i ustawili na korytarzu z rękami uniesionymi do góry opartymi o ścianę.

- Nie wolno się ruszać – ogłosili - ani rozmawiać, ma być cisza.
Staliśmy więc jak kazali, a upływający czas zaczął gubić minuty i wydłużał każdą chwilę w coraz większą udrękę. Uniesione do góry ręce drętwiały, dokuczało pragnienie i potrzeba skorzystania z ubikacji.
Któryś z chłopaków, o jakieś dwa, może trzy miejsca wcześniej, nie wytrzymał, chyba bo wrzasnął na cały głos: - Chcę do sracza, do sracza A potem dodał jeszcze, że Polacy nie powinni traktować Polaków, jak Niemcy za okupacji, bo to hańba.
Uspokoił go natychmiast jeden ze strażników, uderzeniem kolbą karabinu w plecy, co wywołało jego krzyk i nasze poruszenie.

- Bedzie tera spokojny? – zapytał strażnik.
 Muszą być tutejsi - pomyślałem o strażnikach. Mówili przecież naszą, kielecką gwarą, każdą literę „ą” na przykład zamieniając na „o”.

- Jak bedo stać cicho, to nie oberwio. Przyjdo kumendant to rozsodzo, co bedzie z wami - wyjaśnił na koniec.
To są parobki z pobliskich dworów - pomyślałem znowu. Z czworaków poszli do UB i do milicji. Dali im tam dobre pensje, broń do ręki i władzę prawie bezkarną. Na każdym przecież słupie ogłoszeniowym wisiał apel: „Wstępuj w szeregi Milicji Ludowej, zakładać nowy ład społeczny”. Dla chłopaków z przeludnionych wsi i małych rolniczych miasteczek była to szansa na zmianę życia, na lepszy, codzienny byt. Zgłaszali się więc chętnie, głównie dawni partyzanci z Gwardii Ludowej lub z Batalionów Chłopskich, a i akowców nie brakowało. Selekcji dokonywano później, gdy kandydaci okazali, swoją gorliwością w służbie i zaangażowaniu. Mówili im tam również o walce klas, o równości i sprawiedliwości społecznej, przywoływali przykłady ze Związku Radzieckiego, aż im wmówili, że wrogiem jest własny naród.
Obok mnie otworzyły się drzwi i jakiś sierżant za biurkiem zaczął spisywać nasze personalia.
Jako pierwsza odpowiadała Wanda Burska

- Nazwisko?

- Burska.
 Kto był, oprócz was, na tym nielegalnym zebraniu?

- To nie było zebranie, tylko prywatka.

- Nie szkodzi. Podawać nazwiska.

- No, Stachu Kolarz.

- Nazwiska podawać, a nie pseudonimy.

- Znaczy, Stanisław Piasecki..

- Kto jeszcze?

- Zenek Kalfas.

- Nazwiska, mówię podawać, nie pseudonimy

- No, znaczy Zenek Znojek.

- Kto jeszcze ?
- Jurek Kamizela.
- Mówiłem, kurwa, bez pseudonimów – krzyknął rozgniewany sierżant itak uderzył ją ręką, że spadła z krzesła na podłogę. Stamtąd dopiero powiedziała.
- Jak Boga kocham, on się tak nazywa.
Czas się potem wlókł i wlókł. Z dworu doleciało jakieś wściekłe ujadanie psa, trzasnęły gdzieś drzwi i ktoś szedł korytarzem. Na jego widok strażnicy wyprostowali grzbiety i zasalutowali dwoma palcami do czapki.

- Obywatelu kumendancie – przywieźli my tych ludzi z Sudoła, zgodnie z waszym rozkazem.

- Dobrze! Przesłuchać, spisać personalia i zwolnic do domu. Gównażeria jedna - rzucił w naszym kierunku i zniknął za drzwiami swojego pokoju.
Z całej tej sprawy kłopot mieli potem tylko nasi rodzice, żeby u dyrektora liceum wybłagać amnestię dla swoich dzieci.
Prywatka u sióstr Kielbasianek długo potem komentowana była w Jędrzejowie i do dziś jeszcze obrasta legendą. Zbyszek Ciałowicz twierdzi na przykład, że dziewczyny tańczyły tam nago. Fajnie by było, ale to nieprawda. Gdyby nie ta cholerna posłanka Nawrotowa nasza prywatka była by zwyczajną prywatką jak wszystkie inne. A tak jest do dziś o czym opowiadać.

* * *