Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 16)

b-1a

Nasze dziewczyny

Wszystkie pierwsze miłości mają żywot motyla. Pojawiają się najczęściej gdzieś w ostatnich klasach podstawówki i trwają najczęściej do końca roku szkolnego, albo przez czas letnich wakacji.
Dzisiaj, to nawet trudno jest określić tamte nasze dziecinne fascynacje płcią przeciwną. Wszystko przecież jest już tylko wspomnieniem, baśnią, legendą, przeszłością. Poplątały się w pamięci i pomieszały złote kłosy zbóż ze złotymi włosami naszych dziewczyn, a kolory wiosny i lata z ich sukienkami, sylwetkami i zalotnymi spojrzeniami. Tamte pierwsze nasze miłości zależały w dużej mierze od książek aktualnie czytanych. Tak naprawdę to wcale nie wiadomo, czy było to prawdziwe zakochania, czy tylko takie naśladowanie miłość Stasia Tarkowskiego do Nel, z sienkiewiczowskiej „W pustyni i w puszczy”? albo Skrzetuskiego do He¬lenki Kurcewiczówny. Książki miały wtedy przeogromny wpływ na nasz rozwój emocjonalny ale i erotyczny również. Ukradkiem przecież pod kołdrą i z wypiekami na twarzy czytało się zakazane przez rodziców książki typu „Dekamerona” albo popularnego wtedy Antoniego Marczyńskiego.

Dopiero w gimnazjum nasze wyobrażenia o dziewczynach jakby trochę spoważniały. Bo co tu mówić, byliśmy już wtedy kawalerką dojrzałą prawie z sypiącym się wąsem i zarostem do golenia. Zaczynało się więc także wielkie szpanowanie na dorosłość. Podpalanie papierosów chowanych jeszcze w zwiniętej dłoni, żeby nikt z dorosłych nie zobaczył jarzącego się ognika, ukradkowe pociąganie wina prosto z butelki i spacerowanie blisko domów, gdzie mieszkały upatrzone dziewczyny.

To właśnie wtedy zaczynała się nasza młodość „chmurna i durna”, jak określił to kiedyś znany poeta.

Oczywiście, żaden z moich dzisiejszych rozmówców nie przyznaje się do takich młodzieńczych zakochań.

Józek Gierczak to wręcz się tego wypiera. On się interesował dziewczynami? Ale skąd!. Unikał ich nawet i lekceważył.
Interesowały go - jak mówi - tylko harcerstwo, gołębie, narty, wycieczki rowerowe i takie tam inne męskie zajęcia. Na żadne dziewczyny nie miał czasu ani ochoty. Aż przyszedł ten dzień, kiedy pani profesor Dylska na którejś ze swoich lekcji wychowania fizycznego zarządziła naukę tańca.

- Zaczęła od „trojaka” - opowiada Józek. Ustawiła nas w pary i rozpoczęła pod „zasiali górale owies...”.
Nie do wiary, jak w nas to wtedy uderzyło. Było bowiem coś niezwykłego i ekstraordynaryjnego w tym chodzeniu i trzymaniu się za ręce. Okazało się w dodatku, że te nasze dziewczyny generują jakieś nowe, nieznane dotąd i o dziwo, przyjemne fluidy. Nadto po takich tanecznych lekcjach bardzo nam się rozszerzyło widzenie świata o jakąś tajemniczą, nową sferę, zauroczenie dziewczynami.

- Mnie dotyczyło to również - opowiada dalej Józek Gierczak - bo tamtego „Trojaka” tańczyłem wtedy z najpiękniejszą chyba dziewczyna w Jędrzejowie, zjawiskową wręcz Zosią Tittenbrun w dodatku baronówną. To była bardzo urodziwa dziewczyna z wdziękiem który zniewolić potrafił każdego, największego nawet twardziela. Miała oczywiście wielu adoratorów i wielbicieli, ale mnie, przyznać to muszę nieskromnie, jakby trochę wyróżniała. I chyba było coś w tym z prawdy, skoro wiedziony zazdrością niejaki Jan Frandofert, kielczanin, później znany dziennikarz, przybył do mnie z wielką, jak mówił, prośbą, bym z Zosi zrezygnował na jego rzecz. Ma bowiem wobec niej poważne zamiary. Połechtała mnie ta sprawa po męskiej ambicji, połechtała, owszem, nie powiem. Jakoś uważniej patrzyłem potem na Zosię, ale ona wyszła potem za mąż za Krzysztofa Komedę-Trzcińskiego. Sławnego potem muzyka i kompozytora.
Od czasów tamtych „Trojaków” my zwyczajne chłopaki coraz bardziej stawaliśmy się kogutami, co to już wiedzą jak o względy dziewczyn zabiegać. Sprzyjały temu zwłaszcza ówczesne prywatki. Był to taki towarzyski hit tamtych czasów, miejsce spotkań, towarzyskich tańców i drobnych alkoholiczności. Kto z nas ich nie pamięta i nie wspomina do dziś. Piosenki nawet na ten temat śpiewano z tą najsłynniejszą: „Gdzie się podziały tamte prywatki”.
Józek Gierczak mówi, że na ich prywatkach najczęściej rej wodziły: Krysia Afanasjew, Alina Majówna, Iśka Kirłowicz, Henia Pszczoła, a wcześniej burmistrzanka, Jadzia Konczeska i tajemnicza Alina Gajdówna. Bywały też licealne koleżanki, z którymi Józek dotarł do matury: Danka Banasik (młynarzówna), Jania Grabowska i Halina Wielińska.

Najsławniejsze prywatki odbywały się wtedy u sióstr Kielbasianek w Sudole, ale także w młynie u państwa Banasików, lub w domu Janka Hatysa na Pińczowskiej. Każde pokolenie miało potem swoje prywatki i swoje najpiękniejsze dziewczyny. Pewnie jest tak do dziś, zgodnie z odwieczną sztafetą pokoleń.

W naszych czasach był jeszcze taki dodatkowy, piękny zwyczaj, że na szkolne zabawy, bo i takie bywały, dziewczyny przygotowywały kotyliony. Przypinały je potem wybranym chłopakom, co oznaczać miało sympatię i zaproszenie do wspólnej zabawy. Teraz i później.
Chłopaki te kotyliony skrzętnie zbierali. Stanowiły bowiem dowód ich męskości i powodzenia. Nie wszyscy oczywiście z należytą atencją. Bracia Gierczakowie na przykład, Janek i Józek, otrzymanymi na zabawach kotylionami udekorowali któregoś dnia swojego pieska Barcika i wypuścili go na dwór, a ten pognał wnet, jak to miał w zwyczaju, prosto do biura ich mamy. Cała ulica go w tych kotylionach widziała.
Józek mówi, że dzisiaj się tego wstydzi, ot taki głupi szczeniacki wygłup, w którym nie było jednak żadnej młodzieżowej odmiany mizoginii.

Rzecz dziwna, ale żaden z autorów tych wspomnień słowem nie chce nawet powiedzieć o jakiś bliższych i tych pierwszych kontaktach z dziewczynami. Janek Zając to się nawet tego wypiera.

- On się nie interesował żadnymi innymi dziewczynami – mówi – no może tylko poza swoją Ireną..
A Zbyszek Ciałowicz twierdzi, że wcale tak nie było. Bo Janek kiedy był w naszym liceum przewodniczącym zarządu szkolnego ZMP, to lgnęły do niego koleżanki zetempówki, a lgnęły. Tak było na przykład w okresie przerwy rekolekcyjnej. W szkole zorganizowano wtedy tak zwane „dni świetlicowe” na zasadzie konkurencji dla kościelnych rekolekcji. Polegało to na różnych zajęciach w tym tańcach przy muzyce z adapteru.
I nie było wtedy dziewczyny, która nie chciałaby zatańczyć z kolegą przewodniczącym, mimo, że na mszy porannej nasz ksiądz katecheta przypominał, iż wszelkie tańce w okresie wielkiego postu to grzech z gatunku tych najcięższych. No cóż? Urok przewodniczącego okazywał się być jednak mocniejszy, niźli obawy przed potępieniem wiecznym.

Janek Zając tylko się uśmiecha, gdy o tym mówimy, bo jak twierdzi, wie swoje.
Zaraz bowiem po przyjeździe do Jędrzejowa, jakoś wiosną 1948 roku Włodek Bożęcki zaprosił go do swojej podstawówki na szkolne przedstawienie. Z tamtego dnia Janek zapamiętał tylko jedno. Bardzo urodziwą dziewczynkę z długim warkoczem w seledynowej sukience.
Boże, jak ona pięknie tańczyła z takim wdziękiem i gracją. Cała sala zawirowała mu wtedy razem z tamtym dziecięcym korowodem.

- Było to jego - jak mówi – jego pierwsze w życiu takie zupełne oczarowanie dziewczęcą urodą. Już nie pamięta, jak się przy niej znalazł. Dowiedział się tylko, że była uczennicą siódmej klasy i nazywała się Irena Wielińska. Osiem lat później została jego żoną.

- Irena była rodowitą jędrzejowianką – opowiada Janek. Jej ojciec uczestniczył w wojnie 1920 roku i z Piłsudskim był aż pod Kijowem i wtedy – jak mówił - „cofli ich aż pod Warszawę”. Ta legenda o wojnie pana Wielińskiego z bolszewikami tworzyła w ich domu taką bardzo polską, patriotyczną atmosferę. Irena w niej wyrosła. Już na początku szkoły średniej wstąpiła do harcerstwa. Była nawet w Rewalu na wakacyjnym kursie drużynowych ZHP, ale drużynową zostać już nie zdążyła, bo nowa ludowa władza postanowiła zlikwidować stare, przedwojenne harcerstwo i zastąpić je Związkiem Młodzieży Polskiej.
W liceum Irena uczyła się niżej o rok od Janka. Już się zaczęło między nimi coś jarzyć, kiedy on zapragnął zostać oficerem w myśl modnego wówczas hasła, że „nie matura lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera” i zgłosił się ochotniczo do Szkoły Wojsk Pancernych w Poznaniu. Tam zaś już po paru miesiącach dopatrzono się w dokumentach, że kadet Zając nie ma jeszcze osiemnastu lat więc należy odesłać go do cywila.
Trochę nieswój i ze spuszczoną głową wrócił znowu do swojej starej budy w Jędrzejowie. Stracił rok, ale znalazł się za to w tej samem klasie co Irena. Ożyły więc na nowo wszystkie wzajemnie fascynacje i oczarowania. I tak aż do matury. Kiedy potem na tle budynku gimnazjalnego robiono im wspólną, pamiątkowa fotografie, Przewodniczący Komisji Egzaminacyjnej, profesor Karol Dębski powiedział:

- „Panie Zając, niech pan stanie obok pani Ireny Wielińskiej, bo chciałbym wam życzyć, żebyście tak samo pięknie przeszli przez życie, jak pięknie zdaliście maturę”.

b-opowiesci 22- Podszedłem wtedy do Ireny – wspomina Janek i wziąłem ją za rękę. Byliśmy szczęśliwi. To była miłość taka od pierwszego wejrzenia, od tamtego szkolnego przedstawienia, gdy zobaczyłem ją tańczącą w seledynowej sukience. Razem już potem złożyliśmy podania na studia do Łodzi. Irena na stomatologię, ja na prawo. Niestety Irenie się nie powiodło. Wróciła do domu i rozpoczęła pracę w banku rolnym w Jędrzejowie. Rozdzieliło nas to prawie na pięć lat.

- Tęskniłem bardzo – wspomina dalej Janek. Zwłaszcza, że życzliwi koledzy dostarczali mi różnych do zazdrości powodów.
A to, że jeden z braci Lechów usiłuje ją poderwać, a to że inni miejscowi przystojniacy jak Jędrek Kalinin, Zdzichu Dutkiewicz czy Jurek Skrobiszewski wyraźnie smolą do niej cholewki.
Zacząłem więc pisać listy i to obowiązkowo raz w tygodniu, żeby o mnie nie zapomniała. Chodziło mi głównie o pamięć, toteż listy moje były krótkie zwięzłe, zapewniające jedynie o mojej miłości. Ireny zaś na cztery strony kancelaryjnego papieru. Mam je wszystkie, około dwustu, do dziś, bo zawsze zachowuję to, co jest dla mnie cenne i ważne. Aż przyszedł wreszcie rok 1955. Ostatnie moje wakacje przed ukończeniem studiów. Poszliśmy sobie z Ireną na taki długi spacer po obrzeżach Jędrzejowa, aż do źródełka „Świętej Barbary”. Nagle Irena przytuliła się do mnie i zaczęła popłakiwać.

- Co się stało? – zapytałem.

- Bo odjeżdżasz i zapomnisz o mnie. Tak twierdzi moja mama i namawia mnie, żebym wyszła za mąż za Zdzicha Dudkiewicza.
Za Dudkiewicza? A to drań. Był przecież moim kolegą szkolnym. Przez pewien czas, siedzieliśmy nawet w jednej ławce. Czekaj ty Brutusie, niech ja cię spotkam. Żeby jednak nie kusić złego postanowiliśmy się pobrać. Nasz ślub odbył się 3 września 1955 roku przed Urzędnikiem Stanu Cywilnego w Jędrzejowie. Świadkami byli: Ela Szczygieł, serdeczna przyjaciółka mojej Ireny i kolega z roku Henio Siewierski. Na skromnej kolacji w domu panny młodej spotkali się również nasi rodzice. Nie stać nas było na nic więcej, nawet na nowe ubrania „ale to nie jest ważne mój mężu” powiedziała wtedy Irena.
Przeżyliśmy potem z sobą czterdzieści siedem lat, aż do tamtego tragicznego 11 maja 2002 roku, gdy moja żona odeszła. Dziś, kiedy piszę te słowa znowu płaczę. Bo tak to już jest z prawdziwymi miłościami.

O innej, równie wielkiej miłości życia, opowiada także Waldek Wiejacz. Z tym, że on sprawę stawia jasno. Dziewczynami zaczął się interesować bardzo wcześnie. Tyle, że były to takie chłopięce zauroczenia, krótkie niewinne i szybko przemijające. Miał chyba 13 lat gdy pierwszy raz zadurzył się w koleżance z sąsiedztwa, Zosi Wójcik. W dwa lata później zakochał się znowu, ale tym razem jak sam mówi, nieprzytomnie w Marysi Olkowskie. Była to bowiem dziewczyna intrygująco piękna, ładnie też śpiewała i chętnie grała na pianinie. Umiała też zawracać chłopakom w głowach. To jego zakochanie w Marysi stało się wnet znane w całej naszej szkole, że nawet dyrektor Gugulski wezwał Waldka do siebie na taką ojcowską rozmowę. W głowie mu się bowiem nie mieściło, żeby prymus jego szkoły mógł trwonić dla dziewczyn swoje talenty.

- Na co ci te amory Wiejacz? – pytał więc Waldka – Na co? Tyle jest ładnych dziewczyn, a ty do jednej musisz się absztyfikować?
No i chyba miał rację stary profesor, skoro niebawem wyszło na jaw, że jego ukochana Marysieńka zdradza go z innym chłopakiem i to z sporo od niej starszym.

- Oczywiście, że mnie to zabolało – mówi dalej Waldek. Dlatego wziąłem na ambit, jak to teraz mówią młodzi i przez jakiś czas w ogóle nie patrzyłem na dziewczyny. Harcerstwo było mi tylko w głowie, piłka nożna i inne typowo męskie zajęcia. Trwało to tak gdzieś do roku 1948, kiedy na mojej drodze stanęła nagle Halinka Chatysówna, najmłodsza i najpiękniejsza z wszystkich czterech urodziwych sióstr Chatysianek. Od razu i to zupełnie straciłem dla niej głowę. Była przecież dziewczyną bardzo piękną, wesołą, entuzjastyczną nawet z takim zawsze ciepłym i serdecznym sposobem bycia. Dla porządku rzeczy dodam tu jeszcze, iż była we mnie zakochana z wzajemnością zresztą. I nie ma tu żadnych bałwochwalczych przechwałek. Dowodem niech będzie podpis na pierwszej fotografii jaką od niej dostałem. Stało tam napisane tak. „Jeśli zapomnisz oryginał, zniszcz kopię”.
Mam tę fotografię do dziś.
 
Zbyszek Ciałowicz o swoich dziewczynach mówić oczywiście nie chce. On nie. Jego nie interesowały żadne dziewczyny ani wtedy w czasach gimnazjalnych, ani późnie. Piłka go zajmowała. „Naprzód” Jędrzejów był najważniejszy, bo tam trenował codziennie swoje bramkarskie umiejętności. Dopiero dużo, dużo później, gdy spotkał Krystynę, obecną swoją żonę, to się zakochał na zabój, co zresztą niezmiennie trwa do dziś.
Pięknie to oczywiście zabrzmiało, chociaż Janek Zając twierdzi, że to nieprawda, bo Zbyszek Ciałowicz już jako licealista tłukł się o dziewczyny z innymi chłopakami. Raz to nawet wynikła z tego spora chryja i to na cały Jędrzejów. Chciano go wtedy wyrzucić ze szkoły.

- To Janek Zając chciał mnie wyrzucić - prostuje Ciałowicz. Za nieprzestrzeganie regulaminu socjalistycznej szkoły.
Janek na takie dictum tylko się uśmiecha i mówi, że jest to takie Zbyszkowe parafrazowanie faktów.
Jak wiec było naprawdę? Mam na ten temat wspomnienia obydwu adwersarzy, więc je tutaj przytoczę. Zbyszek Ciałowicz pisze tak:

„Był marzec 1952 roku. Wszystkich uczniów naszego liceum obowiązywał zakaz przebywania na ulicach miasta po godzinie 20 wydany przez dyrekcję naszej szacownej szkoły. Tamtego dnia wieczór był na tyle piękny, że umówiliśmy się z naszymi koleżankami Haliną Solarską i Lalką Wsułek, na taki mały przedwiosenny spacerek. Nie będę tu ukrywał, że Halinka Solarska, była wówczas moją pierwszą sympatią.
Idziemy więc sobie spokojniutko para za parą, ja z Haliną, Andrzej Latacz z Lalką ale wnet przyłączają się do nas dwaj inni koledzy: Dzidek Adamski i Józk Kubicki. Idziemy sobie teraz szóstkę. Mijamy po drodze kawiarenkę na Kieleckiej o szumnej nazwie „Gubałówka”, gdzie oprócz herbaty można się było napić taniego wina i zagryźć go herbatnikiem. Tylko jako uczniowie nie mamy tu wstępu i słusznie, bo dwie butelki wina marki „Tur” niesiemy w kieszeniach ze sobą. Robi się trochę chłodno, wiec odbijamy nasz trunek i siadamy do ucztowania w pobliskim zagajniku. I wtedy podchodzi do nas kilku chłopaków z równoległej klasy naszego liceum. Też mają wino tak, że balanga zaczyna nabierać rumieńców. Jest coraz weselej i coraz fajniej, aż do momentu, kiedy oni zaczęli dowalać się do naszych dziewczyn. Przyznaję, że to ich uparte, a nawet takie nachalne emablowanie mojej Halinki wyprowadziło mnie wtedy z równowagi.
Wynikła z tego dość ostra bijatyka z kilkoma siniakami i rozkwaszonymi nosami, ale pogoniliśmy ich wtedy a pogonili, tyle tylko że skandal się później z tego zrobił na cały Jędrzejów.
Już następnego dnia rano zebrał się w naszej sprawie Zarząd ZMP jak również Rada Pedagogiczna szkoły. Sam dyrektor Adamczyki wezwał nas też do siebie na dywanik. Zaraz potem zwołano więc na głównej klatce schodowej naszego gimnazjum, gdzie odbywały się apele, masówki i inne szkolne wydarzenia, żeby potępić wczorajsze, niecne zachowanie niektórych uczniów. Sprawę zreferował przewodniczący naszego ZMP, kolega Jan Zając, który zażądał przykładnego ukarania uczniów którzy jawnie złamali regulamin szkolny i w godzinach wieczornych wszczęli chuligańskie burdy na ulicach miasta.

- Nie licuje to zupełnie z wychowawczo -politycznymi zasadami nowej, socjalistycznej szkoły – mówił - i niegodne miana ucznia. W imieniu więc zdrowego trzonu naszej młodzieży żądamy usunięcia wyżej wymienionych ze społeczności szkolnej.

- Powiało nam wtedy strachem - opowiada Zbyszek Ciałowicz. Był przecież rok 1952, w Kraju toczyło się kilka młodzieżowych procesów politycznych. Grupy Ciołka na przykład czy Burmajstra, relacjonowanych obficie przez radio i prasę typu „Sztandar Młodych”.
Ten nasz szkolny „proces” w obecności wszystkich uczniów liceum, pasował jak ulał żeby zaliczyć nas do takich właśnie wrogich i przestępczych grup.
Decyzją więc Rady Pedagogicznej Liceum Ogólnokształcącego w Jędrzejowie, Halina Solarska i Lalka Wsułek otrzymały nagany z wpisaniem do akt szkolnych. Podobnie zresztą jak Zdzisław Adamski, Józef Kubicki i Zbigniew Ciałowicz. Tylko Andrzejowi Lataczowi, oprócz nagany, obniżono oceną ze sprawowania.

I to mnie bardzo poruszyło – mówi Zbyszek. Przecież to ja, Ciałowicz a nie Andrzej Latacz byłem prowodyrem całej tamtej bójki. To ja w oczach Haliny chciałem być mężny i rycerski niczym sam Kmicic i teraz oto chcą mi to wszystko odebrać. No i dlaczego właśnie Andrzeja miała spotkać taka niezasłużona kara? Nie mogłem do tego dopuścić, więc rychło zaprotestowałem.
Powiedziałem, że to ja jestem wszystkiemu winien. Mnie należy ukarać i nikogo innego.
Zrobiło się cicho. Dyrektor Adamczyk chrząknął coś zakłopotany, po czym ogłosił, że Rada Pedagogiczna powtórnie udaje się na naradę.
Wyrok potem zaaplikowano mi srogi. Uczeń, Zbigniew Ciałowicz - czytał dyrektor - za krnąbrność i brak skruchy, zostaje okresowo usunięty ze szkoły. Pozostałe wyroki Rada Pedagogiczna utrzymuje w mocy.
Mama Zbyszka, gdy o tym usłyszała, załamała ręce.

- I co teraz będzie – zapytała. Jeśli się nie zastanowisz nad sobą, to kamienie przyjdzie ci tłuc na drodze – dodała prawie z płaczem. Rano poszła jednak do dyrektora i chyba wybłagała zmianę decyzji, skoro gdzieś w tydzień potem Zbyszek wrócił do szkoły. Miał tylko na świadectwie obniżoną notą ze sprawowania.

Janek Zając w swoich wspomnieniach pisze o tej sprawie tak.
„Zbyszek Ciałowicz, właściwie od tamtego wydarzenia po dzień dzisiejszy wytyka mi fakt, że to niby ja wtedy w 1952 roku usiłowałem wyrzucić go ze szkoły. Oczywiście wcale tak nie było, co w niczym nie zmienia faktu, że na ten właśnie temat wadzimy się sympatycznie już od ponad 50 lat. Zbyszek opowiada swoją wersje, najczęściej w trakcie jakichś wspólnych, towarzyskich spotkań, ja zaś uparcie ją prostuję i mówię, że Zbysiu faktycznie zaprawił się wówczas winem marki „Tur”, a potem pobił sie o dziewczyny, co stało się głośne na całe gimnazjum. Prawdą jest również, że wszyscy uczniowie byli wtedy po jego stronie. Szczególnie dziewczyny, że taki szarmancki i rycerski dla dam.

 * * *

Wszystkie pokolenia, w naszym Jędrzejowie miały i mają swoje piękne dziewczyny. To zrozumiałe. Urodę dziewczyn odkrywamy przecież niemal na każdym kroku i wciąż od nowa. Tyle, że nasze pokolenie, o którym piszemy w tej książce, miało oczywiście dziewczyny najpiękniejsze. Janek Hatys mówi nawet o jędrzejowskim zagłębiu dziewcząt urodziwych.
Każdy więc z nas, ówczesnych jędrzejowskich donżuanów, mógłby wymieniać z imienia i nazwiska te dziewczyny, które ich zachwycały wdziękiem i urodą.
Siedzimy z Józkiem Gierczakiem, Jankiem Zającem, Zbyszkiem Ciałowiczem i Jasiem Hatysem przy nalewce w moim ogrodzie w Kusiętach i przypominamy sobie dziewczyny z naszych lat. Było ich sporo: Halina Abramowicz, Maryla Bakuła, Lilka i Malina Baranówny, Hanka Ciekalska, Teresa Chowaniec – Szwach,(później lekarka i przewodnicząca Rady Miasta Jędrzejowa) Wanda Kupska, Krystyna Kornalska, Jadzia Świtalska, Maryla Wielińska, Sławka Łatówna, Jadzia i Teresa Łatkiewiczówny, Toska Łatasiówna, Ela Szczygłówna, Marysia Kniewska, oraz Marysia Bałuka–Horecka, Basia Głodzin, Halina Solarska, Krystyna Łukasik, Danka Skrzypcówna (potem lekarz w Rabce) Regina Piskorska, Mirka Kłosówna, Halina Wójcicka, siostry Kochańczykówny, Basia Gajerska, Jadzia Kałwianka, Halina Wieczorek, Danusia Dobrowolska, Maryla Rusakiewicz, Maryla Kamińska, Marysia Żelazna, że wymienię tylko te nazwiska, bo o innych piszemy w treści tej książki.

W odróżnieniu od moich kolegów, współautorów tej opowieści, którzy uparcie twierdzą, że zawsze byli, o jej, jacy bogobojni i nie w głowie im były żadne miłosne fascynacje, to ja się tu przyznam, że zawsze byłem bardzo kochliwy. Nadto tyle lat upłynęło od tamtych dni, że można już spokojnie o tym wszystkim opowiadać.
Więc najpierwszą moją miłością była Ela Serafinówna. Spotkałem ją na takiej dziecięcej kolonii w Czarncy koło. Włoszczowej i od razu zachłysnąłem się jej urodą. Bo co tu mówić była piękna, smukła, zgrabna z oczami migdałowymi jak sarna. Tak ją zresztą w myślach nazywałem: Moja sarna. Chłopaki to dosłownie szalały, żeby się jej przypodobać, ale ona w dziwny jakiś sposób mnie właśnie faworyzowała. Ciągle gdzieś się koło mnie kręciła. Gdy szliśmy na jakąś kolonijną wycieczki to brała mnie za rękę, czym wprawiała mi serce w szybkie łomotanie.
Niestety zakochała się w innym chłopaku, Jurku Żuku za którego wyszła potem za mąż i na stałe wyjechała z Jędrzejowa. Potem byłem nieprzytomne zakochany w jasnowłosej Sławce Łatównie i jeździłem nawet za nią do Łodzi, ale wcześniej.

No właśnie. Wtedy skończyłem akurat siedemnaście lat i był to czas, kiedy chłopców nawiedzają różne pragnienie i erotyczne sny. Ile to miało się wówczas marzeń na temat znajomych dziewczyn, ile planów na miłosne podboje. Tyle, że chcieć nie znaczyło jeszcze to samo co móc.
Jakoś wtedy właśnie pojechałem do Chrobrza, takiej urokliwej wioski ze starym pałacem Wielopolskich nad samą Nidą. Pałac oczywiście był już upaństwowiony, mieściła się w nim Szkoła Rolnicza, na czas wakacji zamieniona na wczasowisko. Moja mama pełniła tu funkcje kierowniczki kolonii letniej dla dzieci pracowników wąskotorówki z Pińczowa i Jędrzejowa, stąd moja tam obecność. Spotkałem tam również swojego gimnazjalnego kolegę, Czarka Pawlikowskiego, tego samego, który w kilka lat potem stał się w Jędrzejowie najważniejszym facetem od telefonów, a potem i telewizorów również.
Zaczęło być fajnie, bo z miejscowymi chłopakami, Franiem Zubem, Józiem Klapaczem i Mariankiem z jedną krótszą nogą, skumplowaliśmy się dość szybko i serdecznie. Było więc z kim pogadać, wykapać się w rzece, a pod wieczór wypić jakieś winko.
To właśnie od nich, miejscowych chłopaków, dowiedziałem się o Ludwice. Przyjechała tu jak mówili uczyć polskiego w miejscowej szkole.

- Nakaz pracy znaczy taki dostała – wyjaśnił Józiu Klapacz.

- Bo tamten stary nauczyciel to na suchoty pomarł wiosną jakoś – dorzucił Franiu. Cała wieś teraz o tej nowej nauczycielce mówi.

- A dlaczego – zapytałem.

- Bo chłopy na nią lecą, he, he, he, to się baby na nią wnerwiają i obgadują.

- Ładna taka?

- Chyba ładna, ale dla nas, co ty? za stara. Ze dwadzieścia lat ma. A zresztą zobacz, właśnie idzie.
Odwróciliśmy głowy. Uliczką od strony pałacu szła w naszym kierunku jakaś dziewczyna. Siedzieliśmy na ławkach przy budce z piwem więc mogliśmy ją sobie obejrzeć dokładnie. Czarkowi Pawlikowskiemu to aż grdyka na jej widok podskoczyła na gardle. Bo też i zjawisko to było nie dziewczyna. Szła jak królowa jaka, a za nią w tle ten piękny pałac i ona taka młoda, elegancka jakby zeszła wprost ze starych, burżuazyjnych portretów w czasy demokracji ludowej.

- Cześć chłopaki – powiedziała przechodząc obok nas.
Staliśmy wciąż jak zaczarowani z butelkami piwa w ręku. Czarkowi znów grdyka skoczyła do góry, a Józuś powiedział: O kurde!
Od tamtego dnia już ją podglądałem. Widziałem jak całymi godzinami na tyłach pałacu wylegiwała się w cieniu zdziczałej jabłoni. Jak czytała książki w przeciwsłonecznych okularach, albo jak podsypiała z ręką pod głową.
Chłopy to się rzędem ustawiały przed kościołem, niby na papierosa, żeby ją zobaczyć idąca w niedzielę na sumę.
Potem różne rzeczy opowiadano we wsi na jej temat. A to jak gruby i bogaty Kosmala, kułakiem przez partyjnych wtedy nazywany, przyjechał bryczką któregoś dnia w parę koni zaprzężoną, żeby wziąć pannę na „potańc do Pińczowa”, i odjechał z niczym wyśmiany przez nią w głos. Albo gajowy Niecpoń, co po drabinie wchodził pod okno nowej nauczycielki, żeby ją - jak mówił - przestraszyć dla „szpasu”. Czarek i Franek zgodnie powiedzieli mi kiedyś przy winie, że im się ta Ludwika ukazuje w snach. Mnie zresztą też.
W tamtą ostatnią niedzielę wakacji dzień już od rana stał się upalny. Wody w Nidzie jakby ubyło i tylko głębia pod skarpą obok mostu zachowała jeszcze zdrowy chłód. Poszliśmy tam w czwórkę chłopaków zaraz po obiedzie prosto na skoszoną łąkę nad brzegiem Nidy. Do rzeki przy moście skoczył tylko Czarek, ja z Józusiem trochę za nim, Maniuś zaś, ten z jedna noga krótszą, pluskał się przy brzegu i pilnował nam porzuconych na piasku ubrań.
Rozsiedliśmy się potem leniwie pod starą wierzbą, od kościoła szło dzwonienie na nieszpory, a słońce nisko nad ziemią oświetlało już tylko czubki drzew pobliskiego lasu. I wtedy, dla szpasu chyba tylko, zacząłem opowiadać chłopakom o Ludwice, że niby chodzę do niej.

- Coo? – zapytali i aż podnieśli się na łokciach.

- No, że chodzę do niej już od wtorku, noc w noc.

- Bzdury pieprzysz – stwierdzili zgodnie i z powrotem legli na trawę.

- Chodzę do niej – powiedziałem jeszcze raz - pod zdziczałą jabłoń.

- I co z tego i co? – dopytywali się z kpiną w głosach.

- A to, że robimy sobie z nią różne fajne rzeczy.

- Z tą Ludwiką?

- Z Ludwiką.
Kłamałem oczywiście. Oni wiedzieli, że kłamię, ale chcieli mnie słuchać, bo też marzyli o tym, o czym im teraz mówiłem. Opowiadałem im więc o naszych nocnych z Ludwiką spotkaniach nie dobierając słów, po świńsku i w brzydkich słowach, ale z najszczerszym zasłuchaniem w tę swoją opowieść, pyszniąc się nią i sławiąc niezwykłą piękność swojej kochanki. Nie wiem skąd o tym wszystkim wiedziałem, bo przecież tak naprawdę nie znałem jeszcze kobiety, a mimo to opowiadałem, jak to robiliśmy, ona ze mną, ja z nią, że było wszystko najpiękniej na świecie. W tym naszym zasłuchaniu nie zauważyliśmy nawet, że podsłuchuje nas ktoś jeszcze inny.
Zaszedł nas od tyłu cichym krokiem zza wierzby i stanął nade mną. To był miejscowy gajowy, ten sam, o którym mówiono, że chciał się po drabinie dostać do okna Ludwiki. Był stary, miał ze trzydzieści lat i pewnie dlatego od razu uwierzył w to, co tak pięknie i głupio zmyślałem.
Tamci trzej odskoczyli na boki. On zaś uniósł mnie z ziemi i patrzył jak blednę.

- Do kogo chodziłeś skurwysynie? - wysyczał przez zęby. Do kogo?
Wiedziałem, co stanie się dalej, ale postanowiłem bronić się przed śmiechem moich kolegów i przed własnym honorem. Zawołałem więc.

- Do panny Ludwiki.

- Łżesz jak pies – odpowiedział i znowu zwalał mnie na ziemię.
Coraz trudniej było mi wstawać. W oczach miałem ciemność, choć słońce czerwieniło się jeszcze poprzez gałęzie lasu.
Z pomocą przyszedł mi nagle Czarek Pawlikowski Zaczął ciskać w gajowego kamieniami. Był w tym szybki i rzucał dobrze, bo już po chwili trafił go w głowę, nad okiem chyba, bo oślepiony krwią gajowy z nową furią pognał za nim w las. Ja zaś powlokłem się do rzeki żeby zmyć z siebie krew, wstyd i ból.

Wtedy ona wyszła wprost na mnie z wiklinowej dróżki, taka sama jaką widywałem pod zdziczałą jabłonią i z włosami związanymi na karku w samej koszuli i zrudziałej spódnicy osłaniającej smagłe od słońca nogi. Niosła ze sobą niewielką miskę z jakimiś fatałaszkami do przeprania w rzece.

- Słyszałam, co opowiadałeś chłopakom – powiedziała nagle.
Spuściłem oczy i zacząłem wycofywać się do tyłu, ale ona mnie zatrzymała.

- Zaczekaj - powiedziała. Pomożesz mi odnieść pranie.
Zatrzymałem się więc. Widziałem, jak podwijała spódnicę, wchodziła do rzeki i płukała to co przyniosła. W rozwarciu koszuli kołysały się piersi, o których tak prawdziwie opowiadałem swoim kumplom i lśnił drobnym potem jej kark opalony na brąz sierpniowym słońcem. Siedziałem już blisko rzeki na zwalonym pniu drzewa i patrzyłem na jej pracę, ona zaś Ludwika odwróciła do mnie głowę i zapytała przez ramię.

- Więc chodzisz do mnie tak?
Nie było w tym pytaniu ani drwiny ani śmiechu, co chyba dodało mi odwagi bo odpowiedziałem, że tak.
Uśmiechnęła się, wyprostowała plecy i podała mi miskę ze swoimi mokrymi łaszkami. Szliśmy potem w milczeniu ścieżką przez nadrzeczne zarośla, aż ona przystanęła i spojrzała mi w twarz. Staliśmy tak chwilę, od rzeki szedł zapach śniętych ryb i było słychać plusk wody.

- To opowiedz mi teraz, jak mnie kochałeś – powiedziała.
Znowu zrobiło mi się gorąco i nie miałem czym oddychać, więc milczałem.

- No co? Chłopakom opowiadałeś, a mnie nie chcesz? zapytała i przybliżyła swoją twarz do mojej. Oczy jej ściemniały jak zachodnia strona nieba nad lasem, oddech stawał się szybszy a zza wilgotnych warg pokazały się białe zęby., Ale nie był to uśmiech.

- No powiedz mi, powiedz - powtarzała swoja prośbę i zaczęła pomału rozpinać guziki mojej koszuli. Stałem jak wryty, a ona tymczasem zsunęła z siebie spódnicę w dół aż do białych stóp. Wyszła z niej potem biała i naga jak z piany morskiej. Jakoś mimowolnie ukląkłem u jej nóg drżący i bez tchu, a ona wtedy zamknęła oczy i wyciągnęła ręce, którymi przyciągnęła mnie do siebie. Dalej nie pamiętam już nic, bo znalazłem się w niebie, albo w snach, jakie na jej temat nachodziły mnie co noc. Wiem tylko, że pomogła mi we wszystkim i dopiero gdy bez tchu padłem obok niej, otworzyła oczy. Były granatowe i gwiaździste niczym noc, która przyszła nad naszą wiklinę wcześniej, nawet, nim dostrzegliśmy jej nadejście.

Boże mój wielki, jak ja się potem tej Ludwiki wstydziłem. Omijałem ja z daleka. Na sam jej widok oblewał mnie pot i paliły oczy. A jednak po jakimś czasie zacząłem jeździć do niej do Chrobrzy i to dość często naszą jędrzejowską kolejką wąskotorową.

* * *