Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 15)

b-1a

Ogromne poruszenie w całym mieście wywołało aresztowanie dyrektora jędrzejowskiego liceum Ludwika Żuka i to pod pretekstem molestowania seksualnego jednej z uczennic. Napisałem „pod pretekstem” a nie z powodu, bo tak właśnie odbierano to aresztowanie w Jędrzejowie. Dyrektor Żuk cieszył się ogromnym autorytetem tak pośród uczniów jak i w gronie pedagogicznym. Był jednak niewygodny, a może nieposłuszny nowej władzy ludowej, skoro postanowiono najpierw go skompromitować a potem usunąć ze stanowiska. Z tą kompromitacją nie wszystko się jednak udało.

Większość bowiem uczniów z tamtych lat ze specjalną estymą wspominają profesora Ludwika Żuka. Był takim humanistą-omnibusem i takim autentycznym krzewicielem dobrej kultury. Słynne były w naszym liceum jego przedstawienia muzyczne, bo muzykiem był także.

W całej tej jego sprawie dziwny wydawał się fakt, że zwyczajnym przecież molestowaniem (jeśli takie było) zajmował się wtedy, zamiast milicji wszechwładny wówczas Urząd Bezpieczeństwa. A tam rządził przecież sławny na cały Jędrzejów i okolice Edward Szpak, taki jędrzejowski czekista, człowiek jak mówiono okrutny, budujący nowy ustrój według najgorszej, bolszewickiej recepty. Z tego co potem mówiono wiem, że po przełomie październikowym ledwie uniknął linczu.
 
 Głośna również była w Jędrzejowie sprawa pana Stanisława Żelazika i dwóch innych akowców czyli naszych „Jędrusiów”. Ponieważ proces zrobiono pokazowy więc odbywał się w największej sali naszego miasta czyli w kinie „Gdynia”.Kilka klas z naszej szkoły zaprowadzono tam również.

Pana Żelazika na początku nie poznałem, tak miał zmienioną twarz, a przecież znałem go dość dobrze. Bywał czasami w naszym domu, a jego tuż przed aresztowaniem poślubiona żona, pani Adamowicz mieszkała blisko nas na Podklasztorzu.

Od końca wojny upłynęło juz trochę czasu, to wiedzieliśmy już kto był kim w podziemiu czy partyzantce. Niełatwo więc było uwierzyć w stawiane im zarzuty, zwłaszcza że ci trzej młodzi ludzie siedzący na ławie oskarżonych, mimo obrzękłych od śledztwa twarzy, zachowywali się bardzo godnie. Nie prosili o nic, nie łasili się do swoich oprawców za sędziowskim stołem. Mówili, że byli jedynie akowską grupą do wykonywania wyroków wydanych przez władze, Polski podziemnej na gestapowcach, konfidentach, zdrajcach i donosicielach. Wkroczenie Rosjan w ich żołnierskim odczuciu wyroków tych nie anulowało.

Jak wtedy naskoczył na nich ten młody prokurator w mundurze podporucznika. Krzyczał, że to nieprawda, że są zwyczajnymi bandytami bo mordowali dla pieniędzy.
Wtedy wstał ten drugi z oskarżonych, nazywał się Nawrot Stanisław i powiedział, że tam w Sosnowcu, o którym mówi akt oskarżenie, taki właśnie spóźniony wykonywali wyrok na zdrajcy, niejakim Bernardzie Jegierze (późniejszym agencie UB) który donosił gestapowcom na Polaków a także zadenuncjował majora Stefana Gądzio komendanta ówczesnego jędrzejowskiego obwodu AK.
Kazano mu zamilknąć. Niepytani nie mieli prawa nie mówić.

Nie wiem czemu, ale cały ten szybki, niespełna jednodniowy proces, jakoś szczególnie mocno utkwił mi w pamięci. Może dlatego, że zapadły wtedy dwa wyroki śmierci? Dla pana Żelazika i pana Nawrota. Trzeci z oskarżonych Stanisław Duchliński otrzymał karę dożywotniego więzienia.

Wyroków śmierci na szczęście nie zdołano wykonać, gdyż sąd drugiej instancji zmienił ją na karę dożywocia, która później też okazała się zwyczajnym blamażem tamtego ustroju i tamtego, ludowego sadownictwa. Już bowiem w rok chyba po gomułkowskiej odwilży z roku 1956, pan Staszek Żelazik wrócił do domu z takim oficjalnym pismem w ręku, że był ofiarą błędów i wypaczeń poprzedniej ekipy rządzącej Polską. I to wszystko. Ani słowa przeprosin ani słowa o rehabilitacji. Wiem o tym bo poszliśmy do niego z Antkiem Rokickim, ale on nie chciał już o tych sprawach rozmawiać, wyalienowany jakiś z życia i myśli.

Po latach dopiero poprosiłem Janka Zająca, wtedy Prezesa Sądu Wojewódzkiego w Kielcach, o odpis wyroku z tamtego procesu. I Janek mi to załatwił. Dlatego mogę w tej książce zamieścić ostateczną decyzję Sądu Wojewódzkiego z roku 1989, który na wniosek pani Krystyny Fatygi, córki nie żyjącego już wtedy Stanisława Żelazika oczyścił go z wszystkich zarzutów.

Sygn. akt.III/.Ko/ 345.93/Un

Kielce 13.o3.1998

Postanowienie
Sąd Woj w Kielcach. Wydział III Karny w składzie:
Przewodniczący: Sędzia SW, Anna Bojara.
Sędziowie: S.S.W.. Zbigniew. Karamara
SSW. Tadeusz Romański / Spr./
Protokolant: sekretarz sądu, Barbara Reniecka
przy udziale Prokuratora.Woj Kielce: F..Hajduk –Frończyk

Po rozpoznaniu w sprawie przeciwko Stanisławowi Żelazikowi s. Ludwika skazanemu o przestępstwo z art.14&2 dekretu z 13. 0.6.1946 r.Z wniosku: Krystyny Fatygi. W przedmiocie o stwierdzenie nieważności orzeczenia
Na podstawie art.1 ust.1Ustawy z dnia23lutego 1991r./ Dz.U.Nr.34 poz.149.
Postanawia:

Stwierdzić nieważność wyroku b. Wojskowego Sadu Rejonowego w Kielcach z dnia 27.07.1947r.Nr SR-760/47 zamienionego postanowieniem Najwyższego Sądu Wojskowego z dnia 16.09.1947r..odw. S 2417/47 wydanego wobec Stanisława Żelezika, s. Ludwika.
II. Kosztami postępowania obciążyć Skarb Państwa.

UZASADNIENIE

Przytoczonym wyżej wyrokiem Stanisław Żelazik został skazany na podstawie art.14 & 2 dekretu z 13.06. 1946. I innych na łączna karę śmierci, a nadto utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze i utratę całego majątku.
Wyrok powyższy został częściowo zmieniony w postępowaniu odwoławczym w ten sposób m. in, że w miejsce kary śmierci orzeczono karę dożywotniego więzienia. O stwierdzenie nieważności tego wyroku wystąpił sam Stanisław Żelazik. Który jednak zmarł pod koniec postępowania dowodowego w tej sprawie/ k.42/. Po jego śmierci ze stosownym wnioskiem wystąpiła jego córka Krystyna Fatyga.

W związku z powyższym Sad dokończył postanowienia częściowo zmieniające tenże wyrok. W toku postępowania w tej sprawie był przesłuchiwany wnioskodawca Stanisław Żelazik oraz zgłoszeni przez niego świadkowie a to: Jan Gajerski, Jan Kordon, Julian Jaroń oraz świadek Jerzy Wilczyński Sąd dopuścił także dowód z opinii biegłego Andrzeja Jankowskiego. W przedłożonej pisemnej opinii biegły ten stwierdził, że wniosko¬dawca był członkiem patriotycznej, podziemnej organizacji opozycyjnej wobec ustroju ustanowionego w Polsce w latach 1944- 1945. Należąc do WiN. W okresie okupacji niemieckiej należał do AK. Motywem zamachu na życie Bernarda Jegiera za co został skazany Stanisław Żelazik było to, że już w okresie okupacji miał on być agentem Gestapo i zadenuncjować m. In, mjr. Stefana Gędzio, b. komendanta jędrzejowskiego obwodu AK. Bernard Jegier po wyzwoleniu kraju od okupacji niemieckiej był współpracownikiem organów bezpieczeństwa. Trafnie biegły podnosi w swojej opinii, że w czasie okupacji niemieckiej, wnioskodawca, Stanisław Żelazik wykorzystywany był w AK między innymi do akcji likwidacji szpiegów, konfidentów i agentów niemieckich. Do takich należał Bernard Jegier. Zamach na B. Jegiera w czym on brał udział, nie polegał na zabieraniu im pieniędzy i innych wartościowych przedmiotów. Zamierzali oni po wylegitymowaniu wykonać na nim wyrok, co w Przytocznej wyżej sytuacji.było uzasadnione.

Mając powyższe na względzie Sąd uznał, że skazanie Stanisława Żelazika było związane z jego działalnością na rzecz Niepodległego Bytu Państwowego, co wyczerpuje treść art.1ust..1 Ustawy z 23.02.1991r./ dz.U.nr.34.poz.149/

 * * *

Sprawą ubeckiego funkcjonariusza Edwarda Szpaka, oprawcy wielu akowskich żołnierzy, zajęła się już w Polsce niepodległej, Komisja do Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Kielcach. O jej ustaleniach napisała pani Martyna Głębocka w kieleckim „Słowie Ludu” z 8 maja1995 roku.

A jest tam tak: „Jeden ze świadków więziony w areszcie Jędrzejowskiego Urzędu Bezpieczeństwa jesienią 46 roku mówi, że w czasie przesłuchań był bity tak, że tracił przytomność. Zapamiętał dokładnie jednego z oprawców, Edwarda Sz. To było wielkie chłopisko, ważył ponad sto kilo. Kazał mi siadać na nodze odwróconego taboretu. Nogi musiałem mieć wyciągnięte do przodu a stopy oparte o ziemię. Ręce leżały na kolanach. Po kilku minutach takiego siedzenia noga taboretu wbijała się w odbyt. W tych przesłuchaniach nie interesowało ich, co mam do powiedzenia. Chcieli tylko abym potwierdził ich wersję”.

Dalej pani Głębocka pisze tak: „Wśród dokumentów jakie w sprawie jędrzejowskiego UB zgromadził kielecki IPN najczęściej przewija się nazwisko Edwarda Sz. który pośród innych funkcjonariuszy wyróżniał się wyjątkowym okrucieństwem – bił, kopał odbijał nerki, wybijał zęby, Wielu Jędrzejowian pamięta go do dziś jak wzbudzał popłoch jeżdżąc na uliczkami miasta z ogromnym radzieckim rewolwerem wystającym z otwartej kabury. Ludzie schodzili mu z drogi a ci, którzy siedzieli w areszcie, modlili się, żeby nie wpaść w jego ręce”.

 * * *

Nie wszystkim jednak w tamtych latach odpowiadał wiejący właśnie wiatr ze wschodu i związana z nim atmosfera. Niektórzy nie chcieli albo nie potrafili tego zaakceptować, buntowali się. Bywało nawet, że zawiązywali różne organizacje niepodległościowe, za co potem trafiali do więzień. Inni zaś uciekali gdzieś na Zachód, czyli jak to się wtedy mówiło „wybierali wolność” Niektórym to się nawet udawało Taki na przykład Janek Rudnicki z Podklasztorza, który już po miesiącu przysłał wiadomość, do domu, że jest w Niemczech i niebawem wyjeżdża do Anglii.

Mimo to zaskoczyła nas wszystkich wiadomość, że kilku chłopaków z Jędrzejowa zatrzymali w Tatrach Czechosłowaccy pogranicznicy, gdy usiłowali nielegalnie przekroczyć granice ludowej ojczyzny.
Ależ to była wtedy sensacja, chodziło przecież o naszych kolegów z liceum, Staszka Jackowskiego i Mariana Kuderę. Po Mańku to się można było tego spodziewać. Był przecież takim nieprzejednanym skautowskim harcerzem i w szkole nr 1 drużynowym 2-giej jędrzejowskiej drużyny harcerskiej imieniem Księcia Józefa Poniatowskiego. Zrozumiałe więc, że się wściekł i chciał dać dyla na zachód, skoro zlikwidowano mu ukochane harcerstwo. Ale żeby Stasiu Jackowski, taki spokojny ułożony chłopak?.
Maniek Kudera, który od wielu już lat mieszka w Chrzanowie, dopiero teraz opowiedział mi prawdę o tamtym zdarzeniu.

- Wszystko zaczęło się zaraz po ukończeniu dziewiątej klasy – opowiada - czyli po tak zwanej małej maturze. W kilku chłopaków zaplanowaliśmy wtedy wakacyjny wyjazd do Zakopanego, ale nie tylko turystycznie. Chcieliśmy się rozejrzeć przy okazji, zbadać sytuację, bo różne nam, że tak powiem, wolnościowe plany chodziły po głowach.
Kilku kolegów miało już wtedy swoje motocykle wiec ustaliliśmy termin a potem w drogę. Ja jechałem na „Harleyu” z Leszkiem Augustynikiem, Jurek Żuk ze Staszkiem Jackowskim na DKV, zaś Adaś Piasecki ze Staszkiem Zakrzewskim na „Vilersie”, takim angielskim cudzie z demobilu.

„Jacek” miał w Zakopanem na Bystrym rodzoną siostrę Wandę Sławińską wiec mieliśmy się gdzie zatrzymać. Chodziliśmy trochę po górach, gadaliśmy wiadomo na jakie tematy, ale po tygodniu nasi motocykliści z trefili i odjechali z powrotem do Jędrzejowa. Tylko my dwaj, to znaczy Staszek Jackowski i ja zostaliśmy przy swoich planach.
Rano z plecakami na grzbietach poszliśmy w góry. Zamysł był prosty: przez Czechosłowację musimy się dostać do amerykańskie strefy okupacyjnej w Niemczech. Wielu ludziom przed nami taka eskapada się powiodła, więc czemu miałaby nie nam?

Drogę do „Łysej Polany” znaliśmy dość dobrze, potem należało tylko przekroczyć zieloną granicę i wsiąść do pociągu jadącego w stronę Niemiec.
No, niestety. Nie znaliśmy dobrze terenu, szliśmy po harcersku tak na wyczucie no i stało się. Wytropił nas pies, na szczęście w kagańcu, bo bestia była ogromna. W chwilę potem otoczyli nas pogranicznicy z radzieckimi pepeszami skierowanymi w naszą stronę. Nie wiedzieć dlaczego krzyczeli po rosyjsku: „ruki wierch” i ruki wierch”. Skuli nam ręce do pary i pod tymi pepeszami zaprowadzili do jakiejś granicznej strażnicy. Pamiętam, że na jej froncie wisiały dwie flagi; czechosłowacka i czerwona radziecka. Tu nas dokładnie przeszukali, sprawdzili plecaki, dokumenty i rozpoczęli śledztwo.
Cały czas nam potem wmawiali, że mu „szpiony” i „szpiony”, że czekali na nas już od cztery dni. A my w zaparte.

- Jakie szpiony, jakie? W górach na wycieczce żeśmy zabłądziliśmy, ot co.

- No uwidim – odpowiedzieli nam, spisali odpowiednie protokoły jeszcze tego samego dnia zapakowali nas w taką enkawudowską więźniarką całą z blachy w ciemno zielonym kolorze. Gdzieś nas wieźli i trzeba tu powiedzieć, że strach jechał z nami. A jeśli nas wywożą na Sybir? – myśleliśmy. Oni przecież takie rzeczy robią, ze szpiegami szczególnie, na białe niedźwiedzie ich wysyłają, a nam takich właśnie „szponów” przypisali. Boże wielki, że też zachciało nam się wolność wybierać.

Na szczęście była to znajoma już nam „Łysa Polana” gdzie czechosłowaccy pogranicznicy przekazali nas swoim polskim kolegom. Przed nocą dostarczono nas do Zakopanego i zamknięto w piwnicy placówki granicznej. Były tu cztery drewniane prycze z siennikami wypchanymi jęczmienną słoma i po jednym kocu śmierdzącym taką piwniczną zgnilizną. Aha i stały tam jeszcze dwa wiadra, jedno z wodą do picia drugie na sikanie. Ten areszt był, jak się później okazało, w willi „Świt” przy ulicy Zamoyskiego. Jakoś w nim przekiblowaliśmy noc.
Rano zaś rozpoczęły się przesłuchania. Nasi śledczy w pełni podtrzymali wersję czeskich pograniczników o naszym szpiegowskim działaniu. Dopytywali się więc, do jakiej nielegalnej organizacji należymy, kto i gdzie nas szkolił i jakie cele nam postawiono. Mieliśmy podawać tylko fakty, osoby i zdarzenia, bo inaczej to kto inny się za nas zabierze.

A my wciąż mówiliśmy swoje, że byliśmy w górach na wycieczce i pobłądziliśmy. I tak minęło nam pierwsze trzy dni. Rano strażnik, który przynosił nam jedzenie, szepnął nam dyskretnie, że w naszej sprawie prowadzony jest wywiad środowiskowy w miejscu zamieszkania. Co my jesteśmy za jedni i czy rzeczywiście „szpiony”.
To nas ucieszyło. Przecież w Jędrzejowie wszyscy na znają, to może zaświadczą o naszej niewinności.
Fakty jednak wyprzedziły rzeczywistość. W piątym chyba dniu weszła do naszej piwnicznej celi jakaś sowiecka szycha w mundurze pułkownika. Nasi pogranicznicy to chodzili przed nim na paluszkach. Wiec ten pułkownik zapytał patrząc na nas.

- Nu, a ani kto?

- Polacy - odpowiedział mu strażnik.

- A czto ani zdiełali?
Zaczęliśmy mu wtedy opowiadać jeden przez drugiego nieskładnie i chaotycznie, aż on uniósł rękę i powiedział, chwatit, chwatit.

- Znaczy u was Palaki Palaków w ciurmu zakrywajt, a? Odwrócił się do swojej świty i powiedział.

- Pustite ich, eto tolka maładyje pacany.
W dwie godziny później szliśmy już sobie Krupówkami wolni i szczęśliwi, świadomi faktu, że po raz drugi zostaliśmy oswobodzeni przez Ruskich.

Zakopane wyraźnie nam się spodobało zwłaszcza, że na budynku Państwowego Liceum Budowlanego wisiało ogłoszenie o rekrutacji na pierwszy rok.
Wstąpiliśmy tam i o dziwo spotkaliśmy dawna jędrzejowiankę panią profesor Stefanię Strzelbiecką, za namowa której obaj ze Stasiem Jackowskim zapisaliśmy się do jej szkoły. Zakopiańskie Liceum Budowlane miało znakomitą renomę od czasów jeszcze Cesarsko Królewskiej Szkoły Przemysłu Drzewnego. Obaj ze Staszkiem Jackowskim ukończyliśmy tę szkołę z tytułem technika budowlanego, ja dostałem nakaz pracy do Chrzanowa, gdzie mieszkam do dziś. „Jacek” zaś wrócił do Zakopanego, gdzie żył i pracował do ostatnich swoich dni.

 * * *