Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 14)

b-1a

Drugą taką niezwykłą postacią z patriotycznym charakterem, był w tamtych czasach, nasz kuzyn, były żołnierz od Berlinga czyli z kościuszkowskiej dywizji, Niuniek Eret. Przyjechał do nas chyba prosto z frontu, bo szynel wojskowy miał na sobie wojną sfatygowany i buty chodzeniem długim sflaczałe. Jedyny bagaż, jaki miał z sobą, to dwudziestobasowa harmonia, zdobyczna jak o niej mówił i chudy plecak na ramieniu z rzeczami najpotrzebniejszymi
Nasza mama nie mogła go przyjąć na dłużej, bo dom cały uczniowie na stancję zajęli więc Niuniek posiedział u nas tylko trochę ot, żeby się przed dalszym życie rozejrzeć.
To właśnie wtedy przy kieliszku z panem Sobolewskim powiedział nam, że nie z wojska ani z frontu do nas przyjechał, ale z karnej kompanii, gdzie dwa prawie lata kamień na drogi z gór wyrywał.

- A za co oni ciebie do tej karnej kompanii wsadzili? - zapytał pan Sobolewski.

- Za co? Za Katyń.

- Jak za Katyń? Co ty bredzisz?

- No, bo ja chciał, żeby tym pomordowanym dobre imię przywrócić.

- W tych czasach? Zwariowałeś chyba. Po co?

- Dla sprawiedliwości.

- Jakiej?

- Polskiej.
Bo w czasie wojny jak my na Pradze czekali, aż się powstanie w Warszawie zakończy, to różne nam wtedy szkolenia polityczne robili. Któregoś dnia film o Katyniu pokazali, jak to Niemcy polskich oficerów w lesie brzozowym w tył głowy rozstrzeliwali.
Potem specjalna komisja radziecka ich groby odkrywała i dowody na zbrodnię niemiecką w nich odnajdywała. Ilu panie ludzi tam pozabijanych było z rekami do tyłu zawiązanymi, ile listów do żon, do dzieci niewysłanych. Niektórzy żołnierze to aż się płakali i na front przeciw Niemcom domagali się iść.
Ale ja panie prawdę znał już wcześniej. Od naszych żołnierzy, co jeszcze tam w Sielcach nad Oką o Katyniu na ucho sobie szeptali. Więc kiedy oni w żywe oczy wierutne kłamstwa nam na tym filmie pokazywali, to pomyślał ja sobie: dam ja wam, zobaczycie. I już na następnym szkoleniu politycznym głos zabrał i rezolucję taką zgłosił, żeby na cześć tych pomordowanych polskich oficerów nasz trzeci pułk piechoty imieniem bohaterów Katynia nazwać.
Panie, co to się wtedy narobiło. Tak zawrzało wśród żołnierzy, że ten major, co zajęcia prowadził koniec szkolenia musiał zarządzić. A mnie jak aresztanta do dowództwa pułku wnet zaprowadził.

- Co wy nam tu, k.. jakieś prowokacje polityczne robicie? – naskoczyli tam na mnie. Z pierdla za to nie wyjdziecie.

- Jak to z pierdla? zapytał ja wtedy. Przecież na tym filmie komisja z Najwyższego Sowieta wyraźnie mówiła, że to Niemcy tej zbrodni dokonali.

- Bo Niemcy – odpowiedział pułkownik. Jasne że Niemcy.

- No, to czas chyba przyszedł żeby tym z Katynia honor oddać, taki sam jak tym z Westerplatte, albo spod Lenino. Oni przecież też życie za ojczyznę oddali.

- Ale to już nie wasza w tym głowa, kapralu Erecie - odpowiedział pułkownik. Odnośne władze o tym myślą. Partia wie, co robi, a wy Eret Partii nie pouczajcie. Odmaszerować.
No i wywieźli mnie potem do kamieniołomu blisko Głuszycy na Dolnym Śląsku. A tam jak komuś normy w pozyskiwaniu granitu nie udało się wykonać, to jeść nie dostawał. Bo norma to była rzecz święta, polityczna powiedzieć można.

I to byłby właściwie koniec całej tej historii o naszym Niuńku, który tak szlachetnie stawał w obronie polskiego honoru, gdyby nie ta jego harmonia i wielkie serce do muzykowania. Bo też tak, jak ten Niuniek umiał zagrać na swojej guzikówce „Poemat” Fibicha, to żaden skrzypek nie był w stanie mu dorównać.
Potem znikł nam jakoś z oczu, bo jak mówili znalazł sobie dziewczynę, taką Maniusię z Zielonek, wdowę po leśnym partyzancie.
Ona podobno goniła go potem do roboty, a goniła, bez żadnej wyrozumiałości dla jego sztuki. Wziął więc Niuniek któregoś dnia swoją harmonię na plecy i na jarmark na Łysakowską poszedł grosza trochę na swoje wydatki zarobić. Czapkę starą wojskową u nóg sobie położył, oczy zamknął, żeby hańby swojej żebraczej nie widzieć i zaczął grać wszystko, co mu akurat w duszy muzyką śpiewało. Ludzie stawali wokół niego i dziwowali się bardzo, że tyle pięknych dźwięków z harmonii wydobyć potrafi. Więc Niuniek im grał zapamiętale i od serca, jakby znowu na froncie żołnierzom przygrywał, albo na akademii pierwszomajowej występował.

- A co na to twoja żona Maniusia? – zapytałem - gdy któregoś dnia spotkałem go na targowisku. Niuniek skrzywił się na to koślawo jakoś, przetarł ręką oczy i powiedział prawie ze złością w głosie.

- To przez nią tu jestem. Gderała, gderała, że niby przednówek i pieniędzy w domu brakuje, więc co było robić. Dałem się namówić bynajmniej.
Zmarniał mi ten Niuniek przez ten czas, gdy go nie widziałem. Postarzał się, zmalał jakby a szczeciniasty zarost na brodzie posiwiał mu wyraźnie. Teraz gładził go palcami w zakłopotaniu a potem zapylał

- Zagrać cóś?

- Oczywiście, że zagrać – odpowiedziałem.
Pokiwał głową, poprawił rzemienny pasek, podtrzymujący na ramieniu harmonię i ułożył żółte od nikotyny palce na basowych guzikach. Harmonia ziewnęła, westchnęła, miechy rozciągnęła podługowato i zagrała na początek cicho, jakby tylko paroma klawiszami oddychała.
Kochany stary Niuniek pamiętał o moim ulubionym „Poemacie” Fibicha.

- A widział ja ciebie, widział jak ty w „Naprzodzie” za piłką gonił - powiedział w takt granej melodii. Razem z moją Maniusią w jedną niedzielę na mecz my poszły.

- Zobacz – mówię ja wtedy do niej - jak mój kuzyn pięknie na skrzydle gra. Bardzo my obydwoje zadowoleni z ciebie byli - dodał i po chwili znowu roz¬ciągnął miechy harmonii, dodał im powietrza, a potem przechylił głowę na bok i zagrał głośno do wtóru patriotycznej piosenki.
„Szumi dokoła las, czy to jawa czy sen”. Głos miał ochrypły, charczący, a słowa niewyraźne, pogubione w czeluściach brakujących zębów. Ludzie stawali obok, grzebali w kieszeniach płaszczy w poszukiwaniu pieniędzy, a Niuniek na ten widok grał im jeszcze głośniej i śpiewał „płynie, płynie Oka, jak Wisła szeroka”. Zalatywało wtedy od niego kiepskim winem, pijacką nostalgią i całym tym przechowywanym gdzieś w pamięci minionym, wojennym czasem. Przyklaskiwałem mu do rytmu, stojąc obok, ale on chyba tego już nie widział zajęty swoją harmonią, muzykowaniem i wspomnieniami.
Wszystko to jednak działo się dawno, nawet bardzo dawno temu i dopiero po wielu latach, gdy w któreś wakacje przyjechałem do Jędrzejowa, spotkałem na ulicy Antosię, córkę Niuńka.

- A jak tam twój tata? – zapytałem.

- Nie ma go.

- Co to znaczy, Antosia, nie ma go?

- A to, że pomarł.

- O mój Boże, a kiedy?

- Będzie z pół roku temu, na wiosnę. I matka tyż umarła. We dwa tygodnie po nim jakoś wyzionęła ducha.

- Boże święty, co za nieszczęście. A na co oni umarli, tak razem? - powiedz Antosia.
Ale Antosia wzruszyła tylko ramionami.

- Jak to na co? Stare już byli, zgryzoty różne mieli i życie ciężkie, tak i pomarli w spokoju.

- To nie mogłaś jakoś dać znać? - zapytałem - Wiesz przecież gdzie mieszka mój brat.

- A czy ja pomyślała, że wy chcecie wiedzieć? Nikogo zresztą na pogrzebie nie było. Pogrzeb zrobili my cichy i mały. Jeden tylko taki, co z nim teraz w chałupie siedzę, na organkach mu zagrał nad grobem „Spozapoza gór i rzek” i tyle. Umartym ludziom na hucznym pogrzebie nie zależy, nie?

- A gdzie oni są pochowani?

- Tam gdzie my wszystkie kiedyś legniemy. Na smentarzu, znaczy obok siebie.

- Powiedz mi jeszcze Antosiu, a chorowali przed śmiercią, ciężkie mieli konanie?

- Życie mieli ciężkie, to konanie lekkie. Ojca przy wódce dosięgło. Kieliszek jak raz do ust podnosił, gdy nagle głowa mu spadła na harmonię, co ją na kolanach trzymał. Ręce jakoś same miechy rozciągnęli i harmonia zagrała mu jeszcze raz na koniec życia, to co lubił najbardziej. Znaczy ten „Poemat” od Fibicha. A teraz, wiesz pan, smutno jakoś w domu bez tej jego harmoni. Bo ten mój nowy chłop żadnego drygu do muzyki nie posiada. Nie to, co nieboszczyk ojciec. Nie to. Mieli racje ludzie, co mówili, że Niuniek to był taki przedwojenny artysta. Z sercem, powiedzieć' można do sztuki i muzyki. Tera, panie to nikt już tak grać nie potrafi. Bo te dzisiejsze młode, to tylko na gitarach bębnio i bębnio. A jaka to muzyka, to sam pan wiesz.

 * * *

Do galerii ludzi z sercem takim do sztuki, zaliczyć muszę jeszcze dwóch panów, którzy kiedyś mnie i Lutkowi Pawlikowi mieszkanie malowali.
Otóż gdy w roku 1956 z tak zwanym nakazem pracy trafiłem do Wałbrzycha, spotkałem tam starego kumpla z Podklasztorza rzeczonego wyżej Lucka Pawilka. Lucek był już wtedy inżynierem górnikiem po Politechnice Gliwickiej i pracował jako sztygar zmianowy na kopalni „Bolesław Chrobry”. Miał już tam mieszkanie służbowe, dwa duże pokoje z kuchnią i łazienką i pewnie ze względu na jego wielkość czuł się tam obco i samotnie. Zaproponował mi więc wspólne zamieszkanie. Tyle, że wcześniej całą te chałupę trzeba było jakoś odremontować, odświeżyć, pomalować. Poszliśmy zatem do biura budowlanego kopalni, gdzie Lutek miał kumpla, z prośbą o pomoc w tej sprawie.

- Oczywiście przyślemy wam malarzy – zapewnili. W trymiga dom wam odremontują.
Z tymi malarzami, którzy przyszli do nas następnego dnia umówiliśmy się tak. My na trzy, cztery dni wyniesiemy się do hotelu, a oni w tym czasie ściany ładnie nam pomalują i wszystko potem elegancko po sobie posprzątają.
Nie było żadnych targów o cenę, co się naszym malarzom bardzo spodobało. Daliśmy im konieczną zaliczkę na farby i obiecali suty napiwek przy odbiorze roboty.

-To w jakich kolorach mamy zrobić ściany – zapytali.

- W ładnych – odpowiedzieliśmy. W ciepłych, raczej wiosennych Panowie jesteście malarzami więc sami dobrze wiecie jak powinno wyglądać ładnie odmalowane mieszkanie.
Chyba w złą godzinę żeśmy to powiedzieli, bo gdy po umówionych czterech dniach wróciliśmy do domu, to oczy ze zdziwienia aż nam wylazły z orbit. Ściany w dużym pokoju wymalowane były na taki mocny niebieski kolor na wzór letniego nieba z białymi tu i ówdzie obłokami między którymi fruwały wielkie jak odrzutowce bardzo egzotyczne ptaki. Nie przesadzam ani słowem. Malarze musieli w to włożyć masę serca i pracy, piórka bowiem tych ptaków były wręcz wypieszczone, wydmuchane taką specjalną rurką pożyczoną, jak się pochwalili z cukierni, gdzie służyła do dekoracji tortów.
Patrzyliśmy na to wszystko oniemiali i kombinowaliśmy, jak im to powiedzieć, że w takiej pstrokaciźnie żyć ani mieszkać nie można, zwłaszcza, że w drugim pokoju wcale nie było lepiej. Ściany miały tu soczysty kolor zielonej łąki, na niej zaś rosły czerwone kwiaty z pszczołami na nich tak ogromnymi, że w życiu takich dużych nie widziałem. I tu także wszystko było cierpliwie i realistycznie wymalowane, tu i tam trochę dla sztuki przerysowane niczym w dziełach jakiegoś Ociepki albo Nikifora.
O gustach się podobno nie dyskutuje, zwłaszcza, że obaj malarze stali obok nas wyraźnie z siebie zadowoleni.

- Wiecie co panowie – powiedział wtedy Lucek. My pójdziemy na trzy albo, cztery dni do hotelu a wy w tym czasie zmienicie te ściany na jakiś taki normalny jednolity kolor. „Jolo bahama” na przykład.

- Co? Oburzyli się wtedy. To pan bynajmniej pojęcia nie masz o sztuce malarskiej. To są brzydkie ściany, co? Cztery dni my tu zasuwali.

- Ależ my panom oczywiście zapłacimy i dodamy coś jeszcze na zgodę.

- Wiesz pan, gdzie my mamy pańskie pieniędze?
Nie tknęli położonego na stole wynagrodzenia, zabrali swoje klamoty i ruszyli do drzwi. Pobiegliśmy za nimi i prawie na siłę wetknęliśmy im pieniądze. Napracowali się przecież.
Nie był jednak koniec z tym ich malowaniem. Kolejni bowiem fachowcy żadną farbą nie mogli pokryć ich malunków. Ciągle na wierzch wyłaziła im ultramaryna tamtego nieba i złote pszczoły na kwiatach. Dopiero gruba tapeta kupiona za dewizy w Peweksie, (dziadkowie niech wytłumaczą wnukom co to było), uratowała nam dom.

 * * *

O czym się jeszcze na naszej stancji mówiło? O Józku Gierczaku na przykład, jak poniemieckie miny rozbierał.
A było tak: W starej, nieczynnej już gipsiarni na Podklasztorzu, znalazł Józek magazyn szwabskich min zegarowych. Tak długo kombinował, aż nauczył się je rozbierać. Na szczęście wspomniany wcześniej pan Migalski zdetonował je w porę strzelając do nich z karabinu, ale Józkowi udało się uratować kilka, bo jak mówił; ciekawiły go w nich precyzyjne, niemieckie mechanizmy. Jedną z tych min wziął na groble, gdzie teraz jest trybuna ziemna stadionu „Naprzodu” i zaczął oczywiście rozbierać.

- Zdjąłem pokrywę – opowiadał potem - i struchlałem bo Iglica w minie była odblokowana. Zacięła się sprężyna. W każdej chwili mogła spowodować wybuch, a ja trzymałem ją w rękach. Pomalutku, ostrożnie starałem się ją wyrwać. Na szczęście eksplodował tylko detonator, ale i tak na chwilę straciłem przytomność. Gdy otrzeźwiałem, zobaczyłem, że palce mam we krwi, poszarpane spodnie i paskudną rana powyżej kolana. Lekarz, do którego jakoś się dowlokłem, opatrzył mnie papierowym niemieckim bandażem i nakazał zastrzyk przeciwtężcowy. Zdobyłem go od kogoś, kto szabrował niemieckie magazyny, ale dostałem po nim, na skutek uczulenia, takich męczarni, że tydzień nie mogłem ruszyć się z łóżka.

- Najtragiczniejsza w tym wszystkim – mówi Józek Gierczak - była wiadomość jaką po tamtym incydencie z poniemiecką miną przyniesiono mojej mamie. Zawiadomiono ją mianowicie w formie bardzo delikatnej, wręcz subtelnej, że „Józka na grobli rozerwała na kawałki mina”.
Moi bracia od tamtej pory nazywali mnie „Dzidek- pirotechnik” Wtedy w domu byłem jeszcze Dzidkiem.

 * * *

W naszym liceum chyba od czasów jeszcze przedwojennych istniała taka uświęcona tradycją praktyka, że w okresie wiosenno – wielkanocnym odbywały się rekolekcje. W tym czasie zawieszone były wszystkie zajęcia szkolne i chętni w naszym kościele parafialnym uczestniczyli w naukach rekolekcyjnych. Mniej zaś religijni organizowali sobie tak zwaną „koleżeńską pomoc w nauce”. Najczęściej były to takie schadzki w szkolnej świetlicy z wygłupami i gadaniem o niczym, a często też takie wcale nie wielkopostne lekcje tańca towarzyskiego. Większość jednak chodziła do kościoła/

- Ja w takich właśnie rekolekcjach uczestniczyłem - opowiada dziś Janek Zając. I rzeczywiście. Wszyscy mieszkańcy naszej stancji bardzo się temu dziwili, bo przecież był to pierwszy zetempowiec w naszej budzie. A tu masz, na rekolekcje poszedł i do spowiedzi nawet przystąpił. Wszyscy żeśmy to widzieli.

- Bo taki wtedy istniał zwyczaj – odpowiada Janek Zając, że zaraz po rekolekcjach szło się do spowiedzi więc ja też ustawiłem się w kolejce do konfesjonału. Spowiadał stary ksiądz prałat Jabłoński o słuchu już trochę stępionym ale sumieniu twardym. Gdy kolej przyszła na mnie przyklęknąłem, wypowiedziałem odpowiednie formułki i zacząłem wymieniać swoje grzechy. Nie było ich wiele, dziś nie wiem czy to w ogóle były grzechy. O polityce przecież nie mówiłem. W pewnym momencie powiedziałem, że ściskałem się z jedną dziewczyną w kolejce wąskotorowej gdy jechałem na niedzielę do domu. Ale ksiądz prałat nie odezwał się na to słowem. Wydawało się nawet, że zwyczajnie drzemie sobie w konfesjonale. Ale gdy powiedziałem, że wkładałem tej dziewczynie rękę pod spódnicę, obudził się od razu.

- Ty huncwocie – huknął na mnie. Ty świntuchu jeden, to ty takie rzeczy robisz? W dodatku żadnej skruchy w twoim głosie nie słyszę.
Coś tam jeszcze mówił, ale ja purpurowy ze wstydu, wstałem już od konfesjonału i na oczach wszystkich rekolekcjonistów wyszedłem z kościoła. Od tego czasu ciągle jestem na etapie studiowania biblii i innych ksiąg świętych, choć mój kontakt z kościołem skończył się wtedy właśnie na zawsze.

 * * *

Protokół z zebrania Zarządu Szkolnego Koła ZMP przy Liceum Ogólnokształcącym w Jędrzejowie
z dnia 11 marca 1951 roku (tekst i pisownia oryginalne)

Porządek zebrania:

1. Zagajenie
2.Referat o konieczności szkolenia ideologicznego i światopoglądowego.
3.Dyskusja nad referatem.
4. Sprawy nauki i zachowania
5.Sprawy organizacyjne
    a) Przyjecie nowych członków do ZMP
6 Odśpiewanie hymnu ŚFMD.

Zebranie otworzył i zagaił kol. Włodarczyk.

Referat wygłosił kol. Majcherski w którym zwrócił uwagę na rozwijający się front walki ideologicznej szczególnie ze strony reakcyjnego kleru i jego zauszników.
Mówił o konieczności zaktywizowania pracy kół ZMP na tym właśnie polu. Wzorem i przykładem takiej działalności powinien być bratni nam Komsomoł.
Nasza szkoła to też front walki ideologicznej nowego ze starym porządkiem. Są nauczyciele którzy posługują się burżuazyjnymi metodami nauczania nie biorąc pod uwagę przodującej nauki i kultury radzieckiej.

W dyskusji głos zabrali:
Kol Tarach Julian: Zwrócił uwagę na klerykalizacje postaw niektórych kolegów, którzy w ten sposób niszczą swój świecki światopogląd. Powinno się im pomóc poprzez prenumeratę pism młodzieżowych np „Sztandar Młodych”
Kol. Włodarczyk. Bo zaostrza się w szkole walka klasowa. Trzeba umieć dusić w zarodku wszystkie wrogie wystąpienia naszych kolegów. Dużo jest dwulicowości między członkami ZMP również.
Kol. Wyglądała: Polska ludowa jest państwem świeckim, więc koledzy którzy nie chodzą do kościoła i nie byli na rekolekcjach nie powinni być wyśmiewani.
Kol. Wiejacz Józef: podkreślił zadania ZMP na terenie szkoły. A mianowicie: naukę czujność rewolucyjną / wytykać wrogów/ z poczuciem odpowiedzialności. „Nasza organizacja, państwo ludowe jest zdrowym organizmem na silnych podstawach, a błędy to wady organizmu które można usunąć” Następnie zdał sprawozdanie z pracy Samorządu Szkolnego.
Następnie w sprawach nauki i wychowania poruszono problem bumelanctwa. ZMP- wcy mają dwóje i źle się na lekcjach zachowują, a na zebraniach niechętnie śpiewają pieśni rewolucyjne.
Następny punkt porządku zebrania to przyjęcie do organizacji nowych członków. Kol. Zając przemówił do kandydatów zaznaczając, że członkiem ZMP mogą być jedynie najlepsi uczniowie.

Do organizacji przyjęto jednogłośnie kolegów którzy wykazali się prawidłowym światopoglądem:

Stańczak Zofia
Oliwkiewicz Maria
Chowaniec Feliksa
Chudzik Teresa
Łyska Edward – wszyscy z VIII b

Kol. Baran Maria z 8b ma zmienić swoje postępowanie i zastanowić się nad sobą, a wtedy będzie przyjęta.
kol. Sadowska z 8b. Po sprawdzeniu danych personalnych będzie jej sprawa rozpatrzona.
Kol. Sękówna. Gdy poprawi stopnie będzie przyjęta.

Zebranie zakończono odśpiewaniem hymnu Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej.

Sekretarz

Stańczak Regina

 

Przewodniczący

Przew Zarz. Szk. ZMP

Jan Zając

 * * *

Wycieczki szkolne w tamtych naszych licealnych czasach były prawdziwymi atrakcjami tak towarzyskimi jak poznawczymi. Za okupacji niemieckiej nie można było przecież jeździć ot tak sobie i zwiedzać kraj, więc teraz chcieliśmy sobie to powetować. Nasz szkolny katecheta ksiądz Opozda, pierwszy zainicjował takie krajoznawcze wojaże. Był zagorzałym kibicem Cracovii więc najpierw namówił nas na mecz Wisły z Cracovią. Potem wycieczek było więcej ze zwiedzaniem zabytków Krakowa z przedstawieniami w Teatrze Słowackiego, gdzie raz nawet obejrzeliśmy „Kościuszkę pod Racławicami” z udziałem sędziwego już, bo prawie stuletniego Ludwika Solskiego. Zwiedzaliśmy również grobowce królów polskich w Katedrze Wawelskiej oraz sarkofag Marszałka Józefa Piłsudskiego. Zdarzyło się wtedy, że kilka dziewczyn z naszej wycieczki to uklękło nawet i zaczęło się modlić do Marszałka, co oczywiście wywołało gniew u naszych zetempowców.

A oto fotografia z jednej z takich wycieczek, zrobiona w Ojcowie. Był rok 1949 i cała nasza IX b w pełnej krasie.

b-opowiesci 20