Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 13)

b-1a

Stancje

To były takie wynajmowane pokoje, albo najczęściej tylko łóżka, głównie przez młodzież, która z okolicznych wiosek przyjeżdżała do szkół w Jędrzejowie. Internatów jeszcze wtedy nie było, choć u nas na rogu ulicy Krzywej a Kilińskiego był jeden taki, gdzie na piętrowych łóżkach spało trzydziestu chłopaków i przy jednym stole odrabiało lekcje. Na stancjach zresztą wcale nie było lepiej. Wiem coś na ten temat, bo moja mama prowadziła w naszym domu przy ulicy 14 go stycznia 91 taką właśnie stancję, gdzie na 30 metrach kwadratowych żyło nas siedem osób. To znaczy trójka nas Kalininów, oraz same późniejsze znakomitości jak: Ludwik Pak, wybitny potem aktor filmowy i teatralny, Heniek Jach Komendant Wojewódzki MO w Gdańsku, Staszek Kowalczyk, inżynier górnik i Gieniu Pełka, który nie zdążył dołączyć do swoich wielkich kolegów, bo śmiertelnie potrącił go samochód z „Podkówczarni”, gdy rano szedł do szkoły.
Tamten czas to był okres wspaniały, żyliśmy wszyscy jak jedna rodzina. Moja mama wszystkim matkowała, doradzała, pomagała przy poprawianiu niedostatecznych ocen. Każdemu z nas przed pójściem do szkoły sprawdzała wygląd i „żałobę” za paznokciami. Trzeba było też mieć na glanc wyczyszczone byty i pachnieć czystością.

- Bo uczeń liceum, proszę panów – mówiła - o, to już inteligencja.
Rodzice chłopaków akceptowali taki dryl. Przyjeżdżali przecież co tydzień, żeby dostarczyć zapisane w umowie o „korzystaniu ze stancji” świeże produkty żywnościowe. Ziemniaki, kapustę i inne warzywa, oraz mąkę, kaszę, smalec, mięso, czasem kiełbasę lub dziczyznę złapaną we wnyki. Wyżywić bowiem sześciu zawsze głodnych dryblasów, nie było wcale łatwo. No i ten dom. Boże, jakiż to był dom. Nigdy potem w życiu tak pięknie już nie było. Każdy z nas miał przecież masę różnych kolegów i koleżanek, którzy prawie codziennie odwiedzali naszą stancję. Fajne dziewczyny spotykały tu fajnych chłopaków, fajni chłopcy dziewczyny. Bywało, że słuchaliśmy wspólnie, jak Lulek Pak, który już wtedy przejawiał ogromne zdolności aktorskie, czytał nam patetycznie propagandową wtedy awangardę Majakowskiego.

„Kto tam znów rusza prawą?
 Lewa, lewa, lewa”

b-opowiesci 14Z Lulkiem Pakiem jakoś szczególnie szybko skumał się Włodek Bożęcki. Przychodził często do nas na stancje, bo jak mówi przysłowie, swój swojego zawsze znajdzie. A Włodek duszę artysty miał od urodzenia.
Już wtedy, niczym w teatrze, czytał nam z Pakiem na dwa głosy sztukę Juliana Tuwima „Porwanie Sabinek”, a my wszyscy, to jest cała nasza stancja i koledzy z sąsiedztwa: Jadzia i Teresa Łatkiewiczówny, Lucek Pawlik, Waldek Znojek, Jadzia Świtalska, Dzidek Wypych, Zenia Leśniewska, że wymienię tylko zapamiętanych, słuchaliśmy zauroczeni.
Tamto „Porwanie Sabinek” musiało chyba Włodkowi Bożęckiemu mocno zapaść w serce, skoro po latach wystawił tę sztukę na scenie jędrzejowskiego Domu Kultury. Grał tam, znakomicie zresztą, sławetną rolę dyrektora Strzygi - Strzyckiego.
Powtarzam. Grał znakomicie i wiem co mówię, bo aż dwa razy oglądałem to przedstawienie, dlatego tak pamiętam je do dziś..

O Włodku Bożęckim dużo i ciepło napisała pani Beata Znojkowa w swojej pięknej książce pt „Korzenie i Skrzydła”, więc nie będę sie powtarzał (zresztą tak ładnie bym nie potrafił). Dodam tylko, że z Włodkiem Bożęckim przyjaźniliśmy się właściwie od wczesnych, młodych lat. Bywałem potem na Jego wystawach malarskich i w tej niezwykłej piwnicy artystycznej, gdzie emanowało prawdziwą sztuką i jakimś takim artystycznym klimatem. Obrazy były Jego sztuką, On sam zaś takim uosobieniem kultury z tą jego niegdysiejszą już gracją i elegancją w życiu i byciu. Byłem chyba ostatnim z jego przyjaciół, który otrzymał od Niego list, tuż przed śmiercią w krakowskim szpitalu. Ponieważ list ten jest czymś w rodzaju moich relikwii po ludziach pięknych i szlachetnych przeto pozwolę go sobie tu zamieścić.

b-opowiesci 14Włodek musiał być już bardzo chory i myślami pewnie gdzieś tam w przeszłych i lepszych dla siebie latach, skoro w nagłówku listu umieścił datę: Jędrzejów 18 XII 1955 rok.
Co się wydarzyło wtedy Włodku, że ten rok tak zapamiętałeś? Szkoda, że już nam nie powiesz.
Bardzo piękne wspomnienie o Włodku Bożęckim napisał w „Gazecie Jędrzejowskiej” Janek Zając. Razem przecież kiedyś działali w ZMP.
„Włodka poznałem jesienią 1947 roku – pisze Janek -, kiedy któregoś dnia odwiedzałem swojego kolegę Edka Kwietnia, mieszkającego u państwa Bożęckich na tak zwanej „stancji”. Włodek był od nas sporo młodszy. Taki szczupły, drobny blondynek o bystrych oczach obserwatora. Wymieniliśmy uściski dłoni i od tamtego dnia byliśmy już dobrymi kolegami. Dla chłopców z wioski, takich jak ja czy Edek Kwiecień, była to znajomość ważna bo, że tak powiem, miastowa.

Obaj przecież z Edkiem zostaliśmy rzuceni z rodzinnego Jakubowa na jędrzejowski bruk i to prawie dosłownie, bo ulice były tu brukowane i domy kamienne wysokie nawet na dwa pietra. Byliśmy świeżymi absolwentami Szkoły Powszechnej w Imielnie i Jędrzejów jawił się nam jako takie przysłowiowe „city”
Ja po nieszczęsnej naprawie zegara u państwa Turskich wylądowałem w przeludnionym internacie, Edek zaś u państwa Bożęckich, gdzie traktowany był jak syn.
 Już wtedy w roku 1947 rozpoczęło się w Polsce reformowanie nie tylko oświaty, ale życia w ogóle, bo zawsze (dziś też) znajdą się tacy reformatorzy, co to wiedzą lepiej jak trzeba nam żyć, jak pracować, uczyć się, kochać i umierać.
 Właśnie o tych reformach i reformatorach gadaliśmy sobie z Włodkiem przy okazji kolejnego Święta Jędrzejowa. Włodek był już wtedy poważnie chory, ale nie chciał rozmawiać o swojej chorobie. Pytał mnie o moją żonę Irenę. Był przecież niejako naszym swatem, bo przed laty na takiej szkolnej zabawie w „jedynce” poznał nas ze sobą.

Wtedy jednak w roku 1998 na tym jędrzejowskim święcie miasta rozmawialiśmy głównie o polityce. Włodek mówił, że trzeba być okrutnym cynikiem, żeby Warszawę podzielić na gminy, a człowieka zarządzającego sprawami Pcimia nazywać prezydentem.

- Janku – mówił.” Chyba nie ma już Państwa”.
W tym zdaniu zawarł prawie wszystko, żal, obawy i krytykę tego, co się wówczas wokół nas działo.

- To przecież ty – przypomniał mi - napisałeś kiedyś w kieleckim „Słowie”, że największą wartością dla społeczeństwa jest trwałość prawa i struktur organizacyjnych państwa.
Muszę przyznać, że wtedy mnie zadziwił. Napisałem to przecież jakieś dwadzieścia lat temu i On to pamiętał. Ale taki był właśnie Włodek
Przy rozstaniu umówiliśmy się na spotkanie u niego w jędrzejowskiej pracowni, gdzie chciał mi pokazać swoje najnowsze prace.
Bardzo żałuję i boleję, że do tego spotkania nie doszło. Włodek bowiem dobiegł niestety do mety. I nikt mi nie powie, że nie ma ludzi niezastąpionych. Czy ktoś, na przykład wyobraża sobie Jędrzejów tamtych lat bez Włodka Bożęckiego?

 * * *

Ale wracając do naszej stancji na Podklasztorzu. Tu oczywiście najważniejszy był Lulek Pak, artysta od urodzenia, jak żeśmy o nim mówili. On chyba też tak o sobie myślał, skoro do szkoły aktorskiej wyjechał jakoś tak w środku dziesiątej klasy liceum, kiedy trwał taki kolejny zetempowski zaciąg, tym razem pod hasłem. „Młodzi proletariusze na artystów kina i teatru”, albo coś w tym stylu. Ludwik wyjechał wtedy do Lublina, gdzie ukończył tamtejsze studium dramatyczne i, co najważniejsze, zdał również maturę. Dzięki temu mógł potem podjąć studia aktorskie w warszawskiej Wyższej Szkole Teatralnej, którą w 1955 roku ukończył i w której należał do grona najbardziej utalentowanych absolwentów.

Zadebiutował w teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, żeby potem już na stałe związać się z teatrami stołecznymi: Dramatycznym, Ateneum i Rozmaitości, gdzie stworzył wiele interesujących kreacji. Był bowiem aktorem wszechstronnym. Dobrze czuł się zarówno w dramacie, jak i w komedii.
b-opowiesci 14Ja spotkałem go potem tylko jeden raz, gdzieś w latach siedemdziesiątych w Jędrzejowie. Poszliśmy wtedy na wódkę do restauracji na Wodzisławskiej i Lulek opowiadał mi wówczas o pracy nad swoim pierwszym, większym filmem pt: „Szklana Góra”.

- Żeby dostać w nim główną rolę – mówił - musiałem się zapisać do PZPR-u.

- O, to teraz jesteś artystą partyjnym, tak?

- No. Tyle, że w tej Partii Jędrek, to nawet jest fajnie, wiesz?. No co tak patrzysz? Wszyscy tu z wszystkimi jesteśmy na „wy”,
Cały Lulek.

W filmie zadebiutował w 1954 epizodem w „Godzinach nadziei” Jana Rybkowskiego. Dzięki swojemu interesującemu emploi grywał często role główne. W tym okresie jego bohaterowie: negatywni (chuligan Tolek w Lunatykach) czy pozytywni (majster Anastazy w „Szklanej górze”, sierżant Kamiejczuk w „Jarzębinie czerwonej”), najczęściej obdarzeni byli silną osobowością. Wyjątkiem były pamiętne kreacje: Gościka w noweli „Rozwód po polsku” (w filmie „Trzy kroki po ziemi”) oraz Katjana w „Długiej nocy”, w których wcielił się w osoby postawione przed życiowym wyborem i niepotrafiące podjąć właściwej decyzji.
Wieloletnie zmagania z chorobą alkoholową spowodowały, że coraz rzadziej pojawiał się na ekranie grywając raczej role drugoplanowe bądź epizody, które nie dawały możliwości ukazania w pełni jego talentu. Widoczna zmiana fizjonomii (zniszczona, postarzała twarz) zadecydowała, że reżyserzy chętnie obsadzali go w rolach ludzi prostych, często z marginesu, niezaradnych, „skłóconych z życiem”, czy kierujących się własną, trudną do zaakceptowania przez otoczenie, filozofią życia. Stworzone przez niego postacie robotników, chłopów, a nawet alkoholików, np. w „Misiu” Stanisława. Barei, obdarzone ciepłym uśmiechem, niekiedy smutnym i zagubionym wzrokiem, były małymi aktorskimi perełkami, na długo pozostającymi w pamięci widzów.

Zwieńczeniem jego filmowej kariery (około 30 ról) była wybitna rola drwala Peresady w „Siekierezadzie” Witolda Leszczyńskiego wg opowiadania Edwarda Stachury. Za tę kreację, bardzo gorąco przyjętą przez krytyków i publiczność, został w 1989 roku nagrodzony „Brązowymi Lwami Gdańskimi” za najlepszą męską rolę drugoplanową na XI Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku.
Był bardzo lubiany przez widzów i środowisko aktorskie.

(Bibliografia: „Ekran” 2/1989, s. 5; Encyklopedia kina (red. Lubelski T.), Kraków 2003; „Film” 4/1989 s. 2, 10/1989 s. 5; Kaszyński S. Teatralia kaliskie, Łódź 1972; Leksykon Polskich filmów fabularnych (red. Słodowski J.)

Ludwik Pak, to był nasz krajan, chłopak, artysta, którym my, jego koledzy, szczyciliśmy się wszędzie i zawsze. Ja też. Ilekroć spotykałem się z jakimiś znanymi ludźmi ze świata sztuki, mówiłem im, że Ludwik Pak to mój kolega ze stancji i jędrzejowskiego liceum.
- Myśmy go nazywali Lulu – odpowiada zaprzyjaźniona z naszym domem Emilka Krakowska. Był przecież absolwentem tej samej akademii teatralnej co ja. O ile dobrze pamiętam zadebiutował w Warszawie rolą Tourterelle'ego w „Niemcach” Kruczkowskiego. Ale największy poklask i uznanie zyskał znakomita rolą, nieznanego bohatera w prapremierze „Kartoteki” Różewicza w tetrze Dramatycznym w Warszawie. Zapowiadał się znakomicie i mógł być jednym z największych naszych aktorów gdyby...No właśnie.
Podobne zdanie o Lulku mieli również inni bywalcy mojego domu w Kusiętach: Marek Perepeczko, Janusz Zakrzeński czy Andrzej Łapicki. Ten ostatni grał przez czas jakiś razem z Pakiem w teatrze „Wojska Polskiego” w Warszawie i Lulka oczywiście pamięta świetnie. Zakrzeński grał z nim w „Rozmaitościach” a Marek Perepeczko spotykał go często na planach filmowych. Wszyscy zgodnie uważali, że był to wielki talent i aktor znakomity.
Jako pewnego rodzaju ciekawostkę warto tu jeszcze dodać, że nasz Ludwik miał zagrać rolę Balcerka w sławnej komedii Stanisława Barei „Alternatywy 4”. Kręcenie tego serialu przerwało wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Po wznowieniu zdjęć reżyser Stanisław Bareja zdecydował się na zmianę w obsadzie filmu i przekazanie tej roli Witoldowi Pyrkoszowi. Powodem decyzji była podobno odmienna koncepcja tej postaci. Inną miał reżyser, a inną chciał zagrać Ludwik Pak.
 W ocenie Zofii Czerwińskiej odtwórczyni roli żony Balcerka, Lulu postać Balcerka zbytnio „trywializował”.

Swoje ostatnie lata życia Ludwik Pak spędził w Domu Aktora Weterana w Skolimowie, gdzie zmarł 7 grudnia 1988. Pochowany został na cmentarzu swojej rodzinnej wiosce w Jasionnej, niedaleko Jędrzejowa.

 * * *

Ale jak mówimy już o aktorach i teatrze, to Jędrzejów był w tym zakochany. Zaraz po zakończeniu wojny powstało tu klika amatorskich grup teatralnych. Kto nie czuł scenicznego powołania, ten na rzecz teatru działał. Robiono w ten sposób dekoracje, malowano afisze, szyto stroje, sprzedawano bilety, organizowano transport, ustawiano krzesła albo ławki. Taki był wtedy ogromny głód polskiej kultury i wolnego słowa. Całe miasto znało swoich aktorów a frekwencja sama wypełniała salę każdego przedstawienia

O tych wszystkich jędrzejowskich grupach teatralnych pęknie i wyczerpująco napisała w swojej książce „Korzenie i skrzydła” pani Beata Znojkowa, więc nie będę konkurował. Dodam tylko nieskromnie, że ja też kiedyś w Jędrzejowskim teatrze występowałem, oczywiście.
Graliśmy słynną sztukę Jerzego Lutowskiego „Sprawa Rodzinna”. Zdjęcie mam nawet z tego spektaklu. Występuje tu razem z panem Brodzikowskim, reżyserem tego spektaklu i piękną panią Danutą Osińską. Scenografię zrobił sam Tadeusz Chmielarz.

b-opowiesci 14

Ale przedstawiam także poniżej fotografie unikalną, bo z przedstawienia, które jako pierwsze, zaraz po wojnie, odbyło się w sali kina „Gdynia” przy Krzywym Kole. Sztuka nazywała się „Tam wśród gór” i reżyserował ją pan Zawłocki. Fotografia pochodzi z prywatnych zbiorów pani Teresy Łatkiewicz Podsadło. A ta mała dziewczynka siedząca jako druga z lewej to właśnie ona..

b-opowiesci 14

 * * *

Wszystkie stancje uczniowskie dla młodzieży spoza Jędrzejowa, były w tamtych latach chyba najlepszymi i najbardziej poinformowanymi instytucjami w całym mieście. Tu się wszystko o wszystkich wiedziało: kto z kim, gdzie, kiedy i dlaczego, bo młodzież z natury była i jest ciekawa wszystkiego więc wszędzie obecna.
O tym co wydarzyło się w mieście w szkole czy kościele rozmawiało się najczęściej przy obiedzie zaraz po powrocie z lekcji. Każdy coś wtedy miał do powiedzenia.
A to jak ubowcy uganiali się otwartym łazikiem po polach w okolicach Prząsławia i z karabinu maszynowego polowali na zające, a to jak szewc pan Poskuta, facet wielkiej urody, uwodził dziewczyny w swoim warsztacie, a to jak funkcjonariusze bezpieki z Jędrzejowa postrzelili pana Papkę, młynarza z Sudołu, który nie chciał im oddać swojego młyna.

Władza ludowa rozpoczęła wtedy wielką, zakrojoną na szeroką skale „bitwę o handel i drobne rzemiosło”. Duży przemysł został już upaństwowiony, zaczęto więc odbierać ludziom sklepy i sklepiki, małe fabryczki i warsztaty rzemieślnicze. Wszystko teraz musiało być uspołecznione, a nieliczni już, tak zwani „prywaciarze” określani był jako wrogowie ustroju i socjalistycznego państwa.
Sposób na odebranie ludziom dorobku ich życia znaleziono prosty i po bolszewicku skuteczny. Nakładano na ludzi tak zwane „domiary”. Czyli zwiększano podatki do wymiarów tak horrendalnie wysokich, że nikt nie był w stanie ich spłacić. Rósł wiec dług podatkowy za który potem zabierano ludziom sklepy, małe fabryczki, warsztaty rzemieślnicze. Trwało to wszystko tak długo, aż ogłoszono zwycięstwo w bitwie o uspołeczniony handel i drobną wytwórczość. Wielu ludzi tej klęski nie wytrzymało psychicznie. Ojciec naszej koleżanki, Bożeny Kozielskiej z Sędziszowa powiesił się w stojącej na dworze ubikacji gdy skarbówka z bezpieką przyszła odebrać mu sklep.
Znany był w Jędrzejowie cytowany wyżej przypadek pana Papki właściciele młyna w Sudole, którego ubowcy, a właściwie niesławnej pamięci Edward S, postrzelili, gdy z siekierą w ręku stanął w obronie swojej własności.

 * * *

Wielkie kiedyś wrażenie zrobiła na nas wszystkich wiadomość, że pan Marian Migalski, człowiek z wielką fantazją były partyzant od „Jędrusiów”, który zaraz po wyzwoleniu został komendantem jędrzejowskiej milicji i kiedy zobaczył, co się tak naprawdę dzieje się w Polsce, to wyprowadził wnet wszystkich swoich podkomendnych z powrotem do lasu.
Nikt nie zna niestety dalszych losów tego niezwykłego człowieka, takiego naszego, jędrzejowskiego Hubala, jak żeśmy go wtedy nazywali.
Ja to go sobie nawet przypominam. Bo u nas na Podklasztorzu w remizie strażackiej (była taka buda z drewna naprzeciwko „Pompki”. Do dziś stoi tam e figura świętego Floriana) odbywały się latem zabawy taneczne. Grał nam tam ze swoją orkiestrą pan Piecyk, albo pan Wiktor Wysoki, artysta z nosem nad harmonią wielkim jak u Cyrano de Bergeraca.
I na którąś z takich zabaw
przyszedł kiedyś pan Migalski. Na jego widok harmonista przestał grać, a on stojąc w drzwiach remizy powiedział.

- O 21 koniec.
To my do niego. Ale panie komendancie, przecież jutro jest niedziela, nie idziemy ani do szkoły ani do pracy, to dlaczego?

- To o 22 koniec – powiedział i wyszedł.
Nawet nie sprawdził potem czy jego polecenie zostało wykonane. Bo władza to była wtedy władza.
Gdyby takie zdarzenie miało miejsce dzisiaj, to pewnie by go gdzieś cichcem zakatrupili.
A u nas o 22-giej rzeczywiście nastąpił koniec zabawy.

 * * *