Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 11)

b-1a

Curriculum vitae
Józef Gierczak - gimnazjum

Moje lata 1945-1949 to jędrzejowskie gimnazjum i liceum, niezapomniane, młodzieńcze lata. Wokół szkoły ogniskowały się nasze losy, przeżycia, emocje, wzloty i upadki. Jędrzejowskie liceum to było latarnią całego miasta. Potencjał moralny i intelektualny kadry profesorskiej i zaangażowanie społeczne promieniowały na całe miasto i jego okolice.
Moja nauka w gimnazjum rozpoczęła się wręcz katastrofalnie. Mama wróciła z pierwszej wywiadówki przerażona i spłakana. Synuś otrzymał bowiem trzy niedostateczne i to z kluczowych przedmiotów: polskiego, łaciny i historii. Przyznaje, że ta jej rozpacz wstrząsnęła mną. W przeciągu paru miesięcy w miejsce tamtych trzech dwój były trzy piątki. Zostałem nawet pierwszym łacinnikiem w klasie z pełną znajomością słownictwa, składni i wykutymi na pamięć wyjątkami Nie będę ukrywał, że zapanowanie nad łaciną sprawiało mi największą satysfakcję. Utwierdziłem się w intuicyjnym dotychczas przekonaniu, że „se ipsum vincecre est maxima victoria”, to prawda uniwersalna. Ale wtedy obok piątek i czwórek była także trója ze sprawowania i karne urlopy od dyrektora Artymiaka, oraz taka nieustająca jego chęć pozbycia się ze szkoły niesfornego, czupurnego ucznia. Teraz to sobie myślę, że były to takie sobie incydenty, które od czasu do czasu dodawały kolorytu gimnazjalnej poprawności.

Nas braci Gierczaków było trzech: Stanisław, Jan i Józef. Zaraz po tak zwanym wyzwoleniu w 1945 roku najstarszy z nas, w czasie okupacji żołnierz AK, zgłosił się na ochotnika do wojska, czego, o ile wiem, nie uczynił żaden z jego rówieśników. Zamiast na front skierowano go do podchorążówki gdyż wojna miała się właśnie ku końcowi. Byłem na promocji i z dumą patrzyłem na jego oficerską gwiazdkę. Służbę pełnił potem w forcie Bema więc mógł podjąć studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Z wojska i z uczelni wyleciał z hukiem, a jego zbrodnia polegała na tym, że był synem przedwojennego wicestarosty a jego żona, de domo Wątko, córką komendanta policji w Jędrzejowie, nota bene zamordowanego potem w Katyniu albo Ostaszkowie.

Bratu na fali „odnowy” roku 56 udało się ukończyć prawo i podjąć prace w charakterze dyplomaty. Zmarł na placówce w Bukareszcie jako attache.
Janek, mój średni brat był z nas Gierczaków najzdolniejszy. Nie umiał, a może nie chciał zdyskontować swych talentów?. W czasach gimnazjalnych, po paru winach sławnej marki „Tur i wyartykułowaniu na głos kilka swoich opinii na aktualne wtedy tematy polityczne, za co został tak zwyczajnie po bolszewicku „zdjęty” z ulicy i zniknął gdzieś bez wieści i śladu na kilka tygodni. Gdy go wreszcie wypuścili zamknął się w sobie. Pewnie był tam bity, gdy nie mógł lub nie chciał odpowiadać na ich klasyczne, ubowskie polecenie: „przyznajcie się do wrogiej działalności”.

Ja byłem podobno w gimnazjum dobrym uczniem. Wymyśliłem więc post factum, taką pożal się Boże, teoryjkę dla potomnych pod hasłem: Jak zostać w szkole najlepszym uczniem. Po pierwsze Ora et Labora z przewagą Labora. Należy też posiadać kilka dodatkowych przymiotów, jak choćby minimum zdolności i maksimum inteligencji. W języku angielskim występuje słowo „smart” co znaczy sprytny, inteligentny. Do tego dochodzi jeszcze taktyka wyrozumowana, przemedytowana lub spontaniczna, immanentna właściwość osobowości.,

Reasumując więc: ora et labora, trochę zdolności, inteligencja + spryt i taktyka, taktyka. Postępujemy uderzeniowo. Wyrabiamy sobie u nauczycieli dobrą opinię: Pracowity, zdolny, pilny, inteligentny, markując te rzeczy i pozorując. Wdrażanie teorii jest niełatwe i trochę trwa, ale potem, ho, ho można dcinać kupony. Moja teoryjka jest jak widać poniekąd cyniczna. Tworzenie bowiem teorii post factum niejedno działanie usprawiedliwiło.
Oprócz nauki były też rozrywki. Profesor Dylski odkrył przed jędrzejowskimi gimnazjalistami narciarstwo. Bakcylem tej pięknej dyscypliny zainfekował znaczną grupę swych wychowanków i to na zawsze.
Z Jędrzejowa jeździliśmy na narty do Sobkowa, na Słowik, na Kadzielnię a nawet do Zakopanego. Piękne, niezapomniane lata. Dzięki Profesorze!

b-opowiesci 11W tamtych czasach byłem też harcerzem, tak zresztą jak większość uczniów naszego gimnazjum. To był piękny czas obozów, wycieczek, piosenek podchodów biwaków. Hufcowym w Jędrzejowie był wtedy Zygmunt Biernacki. Znałem go dobrze. Spotkaliśmy się powtórnie w 1949 roku we Wrocławiu. On był już studentem III roku architektury, ja zaś zagubionym w całym tym uniwersyteckim tyglu pierwszakiem. Zygmunt pomógł mi wtedy bardzo. Jego rodzice, ludzie szlachetni, empatyczni przyjęli mnie na mieszkanie podobnie zresztą jak Wojtka Leśkiewicza, Zymka, Pęczaka, Mariana Rojka i Mariana Warwasa. Wcześniej przez dwa semestry mieszkałem ze Stasiem Piątkiem u państwa Smorągów, też jędrzejowiaków.

* * *

Trzecie wspomnienie o tamtych zetempowskich czasach w naszym liceum pochodzi od Waldka Wiejacza, ówczesnego Przewodniczącego Samorządu Szkolnego, który z urzędu niejako pośredniczył między zetempowcami, niezrzeszonymi i dyrekcją szkoły.
Waldek pisze tak: „Nasze liceum miało w tamtych latach bardzo wysoki poziom nauczania. Jeśli dodamy do tego poważny stosunek młodzieży do nauki i szerokie zainteresowania życiem i światem, to wynikał z tego fakt, że większość uczniów (około 90%) po zdaniu matury, wybierało się na studia. Niektórzy zrobili potem piękne kariery. Ludwik Pak stał się dobrym aktorem. Hanka Socha-Jelonek dobrą malarką. Już w szkole był dostrzegany jej wieki talent. Jurek Wyglądała był jednym z głównych konstruktorów fabryki ciągników Ursus”. Kilku kolegów wróciło do Jędrzejowa jak: Boguś Kniewski czy Tadek Krzeszowski i uczyli tam swoich młodszych kolegów. Oczywiście do ZMP należałem również, bowiem zawsze przemawiały do mnie zasady równości i sprawiedliwości społecznej. W dodatku losy mojej rodziny i jej oczywisty awans społeczny zdecydowanie plasował mnie po stronie nowych czasów.
Były jednak sprawy, które mnie w tej nowej rzeczywistości bulwersowały. W naszej szkole gdzieś od początku 1950 ZMP zaczął forsować rzeczy i sprawy, które mnie „nie leżały”. Chodziło o poczucie kolektywizmu kosztem ograniczenia znaczenia jednostki (z tym miałem kłopoty i na uczelni), walkę z religią i lekceważenie młodzieży wierzącej (to mnie denerwowało), publiczne i gwałtowne demonstrowanie przywiązania do idei „socjalizmu” (manifestacje, pochody, szturmówki, skandowanie) i wreszcie, co było nader ważne, służalcze tony wobec ZSRR i generalissimusa Stalina. Nasz szkolny ZMP był rządzony przez Stanisława Cieślika, ambitnego chłopaka ze wsi, pozbawionego skrupułów, a za to wyposażonego w wielką ilość złych cech charakteru. Tenże Cieślik zaczął się szarogęsić, etykietować koleżanki i kolegów w zależności od jakichś klasowych czy pochodzeniowych kryteriów. Halina, moja przyszła żona, też miała u niego „przechlapane”, gdyż pewnego razu odważyła się skarcić go za jakieś niewłaściwe zachowanie.
Przykro było patrzeć jak niektórzy zastraszeni profesorowie dawali mu lepsze oceny niźli innym uczniom. Bywało też, że odpytywany uczeń Stanisław Cieślik bezczelnie odczytywał swoją odpowiedz z kartki a ten czy inny profesor nie reagował na to w ogóle.

Myśmy to wszystko widzieli, cała klasa i milczeliśmy. Komentarze były tylko w zaufanym gronie, bowiem taka atmosfera sprzyjała przecież donosicielstwu. I tak było z pewnością. Siostra Haliny, moja szwagierka Isia, nie dostała się na studia z powodu złej opinii ZMP. Uznano ją za wroga „obecnej rzeczywistości” gdyż lubiła śpiewać piosenkę” Polesia czar”, co było wyrazem wrogości wobec ZSRR, a może nawoływaniem do rewizji granic. Ja byłem prymusem w klasie, ale nie dostałem dyplomu przodownika nauki i pracy społecznej” który uprawniał do studiów wyższych bez egzaminu, na wybranym kierunku. Otrzymał go, no któż by inny, kolega Cieślik, który wybrał metalurgię kolorową na jednej z uczelni w ZSRR. Nie pracował potem w wyuczonym zawodzie. Okazał się być przydatnym w aparacie partyjnym, gdzie doszedł do stanowiska I-go Sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Legnicy”.
Wspomnienia Waldka Wiejacza, mimo, że pisane z dużej perspektywy czasu zaskakują niezwykłą szczerością. Nie jest to wcale łatwe zwłaszcza dla ludzi o uznanych już zasługach dla minionego ustroju. Dotyczą przecież czasów trudnych, kiedy czyny i działania rozmijały się często z sercem i sumieniem. Ów dualizm moralny jest w pamiętnikach Waldka Wiejacza bardzo widoczny. Dla kontrastu więc jego druga wypowiedz poniżej
„Mój ojciec zgłosił się do pracy pierwszego dnia po wyzwoleniu. Stanął za tą samą tokarką w warsztatach naprawczych PKP. Wkrótce zapisał się do Polskiej Partii Socjalistycznej. Nigdy nie dowiedziałem się dlaczego to zrobił. Nie było wtedy jeszcze żadnego nacisku na przystępowanie do partii. Gdyby się kierował oportunizmem to by wstąpił do PPR, która już istniała i była wówczas „siłą wiodącą”. Sądzę, że miał Ojciec jakieś lewicujące poglądy, które wyniósł ze Związku Zawodowego Kolejarzy. Ciekawe były dalsze losy Ojca. Po zjednoczeniu partii robotniczych, stał się oczywiście członkiem PZPR i był wybierany do władz partyjnych (chyba jako „ozdobnik” np. jako członek Komitetu Miejskiego PZPR w Jędrzejowie), Zaraz potem stał się „przodownikiem pracy”. Otrzymywał wtedy różne nagrody i odznaczenia, wyjeżdżał na wczasy. W roku 1952 w ramach modnego wówczas awansu społecznego został mianowany zastępcą naczelnika warsztatów naprawczych kolejki wąskotorowej. Był z tego bardzo dumny. Po 1956 roku, w ramach odwilży i usuwania z kierowniczych stanowisk ludzi niemających dostatecznych kwalifikacji zawodowych Ojcu polecono stanąć ponownie za tokarką.
Tę degradację przeżył strasznie, choć nie dawał tego poznać po sobie. Wkrótce dopadł go pierwszy zawał, potem drugi.Umarł w roku 1962.
Często myślę o Ojcu jako o ofierze „rewolucyjnych” przemian, ale i o jego uczciwości połączonej z naiwnością. Ile się ten człowiek naszarpał żeby sprostać zadaniom i oczekiwaniom. A był człowiekiem ambitnym i ogarniętym społecznikowską pasją”.

b-opowiesci 12

   * * *

Najmłodszym z nas, autorów tej książki jest Zbyszek Ciałowicz, który mówi, że nowa ideologia związana z przemianami politycznymi w Polsce, różne w naszym jędrzejowskim ogólniaku przybierała formy. Jedni byli za, inni przeciw. Z tego powody powstawały oczywiście liczne grupy i grupki, tu zetempowcy, tam złota młodzież, ówdzie ci z katolickimi przekonaniami więc bywało, że bijatyki wynikały z tego rozmaite, jak to u chłopaków gdy głowy stawały się gorące. Różne też przezwiska sobie dawano, Tadka Głuchowskiego na przykład nazywano Czang-Kai-Szek.iem, a był to przecież przywódca imperialistycznych Chin, najgorszy wróg całego postępowego świata ze Związkiem Radzieckim na czele. Dlaczego takie przezwisko dano właśnie Tadkowi? Nikt tego nie wie.
Kiedyś, po takiej ideologicznej bójce, na przerwie miedzy lekcjami, jeden z uczniów, atakujących grupę Czang-Kai-Szeka, złapany został przez dyżurnego profesora i celem ukarania zaprowadzony przed oblicze dyrektora Adamczyka
Dyrektor wstał zza biurka i zapytał.

- A ty synu jak się nazywasz?

- Ciałowicz Zbigniew – usłyszał w odpowiedzi.

- To jaką znowu burdę na dużej przerwie żeście zrobili?

- Walczyliśmy panie dyrektorze

- Jak to walczyliście? Kto z kim?

- Chiny Ludowe z Czang-Kai-Szekiem

- A ty kto jesteś?

- Chiny Ludowe-

- To dobrze. Możesz wracać do klasy.
W taki więc niewyszukany sposób ideologia uratowała ucznia Ciałowicza Zbigniewa od obniżonej oceny ze sprawowania. Ale co się odwlecze, jak mówi przysłowie..

- Byłem już w dziesiątej klasie –wspomina dalej Zbyszek Ciałowicz kiedy na lekcje historii prowadzoną przez profesor Wandę Wiśniewską przyjechała wizytatorka z kieleckiego Kuratorium. Tematem jej pokazowej lekcji był wpływ jednostki na bieg historii w oparciu rzecz jasna o marksistowską teorię dziejów, że jednostka jest niczym, zerem, a tylko masy pracujące in gremio tworzą historię i lepszy świat.
Ja wtedy byłem akurat pod takim mocnym wpływem tyle co przeczytanej, wybitnej zresztą książki Wiktora Hugo pt. „Dziewięćdziesiąt trzy”, która historyczną rolę jednostki przedstawiła zupełnie inaczej niż pani wizytator. Zapytałem więc czy zna może tę książkę, która jest zupełną intelektualną przeciwwagę do głoszonej przez nią teorii?

- To o czym pani nam mówi – twierdziłem - sprzeczne jest również z działalnością choćby Mahometa, Czyngis-chana, Tamerlana, a ze współczesnych Włodzimierza Lenina i Józefa Stalina.
Tego to już dla pani wizytator było za wiele. Podniosła się zza stołu i wyszła z klasy, za nią pobiegła nasza pani profesor, a mnie po małej chwili wezwano do dyrektora.
Obniżono mi wtedy stopień ze sprawowania z „bardzo dobrego” na „dobry” więc i tak miałem szczęście, bo gdybym dostał „odpowiedni” musiałbym powtarzać rok.
Na początku jedenastej klasy rozpoczął się w naszym liceum taki bum na zapisywanie się do ZMP.

- Ja też się wtedy zapisałem – mówi Zbyszek. – Kto był bowiem uznany przez ZMP jako ideologicznie już dojrzały mógł idąc na studia liczyć na dobry wpis w formularzu personalnym, a kto miał zły, to szedł w odstawkę. Dużo tutaj do powiedzenia miał przewodniczący naszych zetempowców, kolega Julian Łebek, z dziesiątej klasy. Różnił on się tym od swoich ideologicznych poprzedników, Józka Góry i Janka Zająca, że lubił wypić a i zachuliganić potrafił.
W XI klasie dokooptowano nam dwóch drugorocznych uczniów to jest Czesława Kałkę, który później został dyrektorem Jędrzejowskiego Liceum, oraz Stanisława Palimąkę późniejszego księdza. To, że Czesiu Kałka będzie w przyszłości wybitnym pedagogiem, wszyscy żeśmy przeczuwali, był bowiem znakomitym uczniem, ale że Stachu Palimąka zostanie księdzem, nie, tego się nikt nie spodziewał. Nagle zjawił się u nas w domu w Jędrzejowie w sutannie już jako kleryk.

W naszej XI kasie przewodniczącym zetempowców wybrano Zygmunta Łapaja. Fajny był z niego kumpel, taki trochę powolny, opieszały ale swoją funkcje piastował z dużym namaszczeniem, co powodowało różne uwagi i uszczypliwości z naszej strony. Gdy Zygmunt zaczynał coś mówić politycznie, to chłopaki zaraz wołali.

- Siadaj Łapaj bolszewiku jeden.

Z tamtych lat Zbyszek Ciałowicz opowiada jeszcze jedną, bardzo fajną historyjkę, a ponieważ dotyczy ona bardzo sławnego dziś człowieka, więc warto ją tu przytoczyć.
Otóż uczniowie XI klas mieli w ramach pracy społecznej obowiązek prowadzenie takich pogadanek oświatowo - politycznych z uczniami młodszych klas. Zbyszkowi również przypadło przeprowadzenie takiej lekcji. Po wygłoszeniu referatu na temat „miejsca niepodległej Polski Ludowej w świecie”, nastąpiła dyskusja a potem zadawanie pytań.
Jako pierwszy zgłosił się do dyskusji taki drobny blondynek i zapytał, czy rzeczywiście jesteśmy suwerennym krajem, jak to szanowny prelegent powiedział, skoro na naszych ziemiach zachodnich stacjonują wciąż wojska radzieckie?

- Zdębiałem - opowiada Zbyszek. Wiedziałem oczywiście o tym. Też cichcem słuchałem Londynu i „Głosu Ameryki” gdzie stawiano często takie właśnie pytania. Ale żeby mieć odwagę w szkole i tak pro publico bono?
Już nie pamiętam jak z tego wybrnąłem. Starałem się pewnie uzasadnić to zagrożeniem imperialistycznym, zwartością obozu socjalistycznego, przyjaźnią polsko-radziecką, szybko jedna zmieniłem temat i zakończyłem dyskusję. Szkopuł tkwił jednak w tym, że z każdego takiego spotkania należało składać pisemne sprawozdanie zarządowi ZMP. I co ja miałem wtedy zrobić? Napisałem oczywiście to sprawozdanie ale słowem nie wspomniałem o wystąpieniu Stanisława Gomułki, ucznia wtedy ósmej klasy, a obecnie wybitnego ekonomisty i doradcy kilku kolejnych Prezydentów Rzeczypospolitej Polskiej. Uratowałem go wtedy, co? Bo gdyby trafił na kogoś innego.

* * *

Należy tu również powiedzieć, że w tamtych powojennych czasach jędrzejowskie Liceum Ogólnokształcące było jedyną szkołą w mieście i okolicy, która zapewniała biednej młodzieży możliwość zdobycia przynajmniej średniego wykształcenia. I wielu młodych ludzi z tego skorzystało. Dla przykładu przywołam tu casus Teresy Łatkiewicz- Podsiadło z którą zaprzyjaźniony jestem od wczesnego dzieciństwa, więc wiem w jak niesamowicie trudny sposób zdobywała wykształcenie.
Gdy chodziła do liceum, to jeszcze świeć Panie, jakoś to było. Ciężko oczywiście, gdyż ich rodzina składała się z pięciorga dzieci i wszyscy wraz z rodzicami mieszkali w jednym pokoju z kuchnia (30 m2) co oznaczało, że każda z osób miała dla siebie 4 m2.Tytle co duży stół.
b-opowiesci 13Poprawę sytuacji przyniósł Teresie wyjazd do Kielc, gdy w lipcu 1956 roku zdała egzamin wstępny na wydział filologii polskiej Studium Nauczycielskiego w Kielcach, gdzie już po dwóch latach nauki mogła zdobyć zawód i podjąć pracę.
Na normalne studia jej rodziców nie było po prostu stać.
Po ukończeniu SN-u podjęła pracę nauczycielki w Szkole Podstawowej w Zagnańsku k. Kielc. Uczyła też dorosłych, którzy musieli zdobyć przynajmniej podstawowe wykształcenie, żeby móc pracować. Na zajęcia przychodzili często zmęczeni, głodni, śpiący, ale na ogół otrzymywali upragnione świadectwo.
Teresie nie wystarczyło jednak tylko półwyższe wykształcenie. Lubiła się uczyć, miała swoje zawodowe i intelektualne ambicje, więc postanowiła kształcić się dalej. Rozpoczęła studia zaoczne w otwartej właśnie w Kielcach filii krakowskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej.
I tu mała ciekawostka. Gdy profesor Jan Hatys z tej właśnie filii krakowskiej WSP zobaczył na świadectwie maturalnym Teresy Łatkiewicz, że łaciny uczyła ją profesor Eugenia Żukowa, która była również jego nauczycielką w jędrzejowskim liceum, zaliczył jej ten przedmiot od razu. Uważał bowiem, że musi być w tej łacinie dobra skoro wyszła spod ręki profesor Żukowej.

W tak zwanym międzyczasie Teresa wyszła za mąż i urodziła syna Marka.
Po ślubie zamieszkała w Kielcach.
Przez pierwsze dwa lata studiów, przy pomocy męża, jakoś sobie radziła. W następnych latach było już trudniej, ponieważ zajęci odbywały się w Krakowie.

-„Był to dla mnie niezwykle trudny czas – pisze w swoich wspomnieniach. Mój synek był dzieckiem chorowitym, wymagał większej niż inne dzieci opieki, a ja, oprócz pracy zawodowej musiałam się uczyć. Więc uczyłam się często z dzieckiem na kolanach, w nocy czytałam lektury, dokształcałam się w autobusach którymi codziennie dojeżdżałam do pracy w szkole.
 W czasie letnich zjazdów w Krakowie wychodziłam z domu o 5 rano, stawałam przy ulicy Krakowskiej, oddalonej od mojego bloku o jakieś dwa kilometry i czekałam na okazje do Krakowa. Byłam tam około godziny 7-mej, zjadałam szybkie śniadanie w barze mlecznym i pędziłam na uczelnie. Zajęcia, z godzinną przerwą na obiad, kończyły się około godziny 17 lub 18 tej i zaraz potem gnałam też okazją, z powrotem do domu, gdzie sprzątałam, prałam, szykowałam obiad na następny dzień. A rano biegłam o 4 lub 5 na ulice Krakowską, etc, etc.
Sporo wtedy przez mój dom przewinęło się opiekunek do dzieci. Musiałam przecież zapewnić mojemu synkowi jakąś nianię, abym spokojnie mogła wyjeżdżać do Krakowa. Syn bowiem nie nadawał się ani do żłobka, ani przedszkola, bo nieustannie chorował na anginy.

Te opiekunki to zupełnie odrębny temat na opowiadanie. Jedna kradła, inna przyniosła mi do domu wszy, jeszcze inna pochłaniała niewyobrażalne ilości jedzenia. Przez 7 lat cała prawie moja nauczycielska pensja szła na te nieszczęsne pomoce. Dobrze, że mąż jako tako zarabiał.
Gdy mój syn miał 6 lat pojechałam do Kołobrzegu jako wychowawczyni na kolonię. Były to kolonie dzieci pracowników Kieleckiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Miejskiego. Dyrektor Przedsiębiorstwa Zbigniew Ciałowicz zgodził się, żebym do tej pracy pojechała z synem. Miesięczny pobyt w Kołobrzegu sprawił, że dziecko prawie przestało chorować.
Bardzo ci, Zbyszku, za to jeszcze raz dziękuję.
Studia ukończyłam w roku 1970. Pracę magisterską pisałam na temat: „Nazwiska znaczące w utworach Józefa Korzeniowskiego”. Przez okres dwóch miesięcy przeczytałam 12 tomów dzieł tego autora (powieści, nowele, utwory sceniczne) Wybrałam 155 nazwisk i wszystkie je wszechstronnie omówiłam.
Już z dyplomem magistra otrzymałam etat nauczycielki języka polskiego w Zespole Szkół Ekonomicznych Zaocznych w Kielcach, gdzie przepracowałam kolejnych 15 lat.
Dziś, po 30- tu latach pracy w szkolnictwie jestem na tak zwanej zasłużonej emeryturze. Mój syn Marek ukończył informatykę na Politechnice Świętokrzyskiej i podobnie jak ja został nauczycielem.
 
Z obszernych wspomnień pani profesor Teresy Łatkiewicz-Podsiadło wybrałem do tej książki jedynie fragment dotyczące jej, co tu mówić, niesamowitego wręcz hartu ducha i uporu, z jakim dążyła do osiągnięcia wyznaczonych sobie celów. Niczego od losu nie dostała. To co jej rówieśnikom przychodziło stosunkowo łatwo, jak normalne dzienne studia, dostatek materialny czy pomoc rodziny, ona musiała się sama po wszystko schylić, wyrwać z życia, zdobywać, kosztem zdrowia, codziennej harówki i zarywanych nocy.
Dziś mówi, że mimo wszystko był to najpiękniejszy okres w jej życiu.

 * * *