Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania i publikacji fragmentów lub całości bez zgody autorów

Opowieści o świecie i zmierzchu    (odcinek 10)

b-1a

Gimnazjum

Budynek jędrzejowskiego gimnazjum nie wygląda już niestety tak pięknie jak za naszych szkolnych lat.

 Józek Gierczak jeden z najwybitniejszych polskich architektów mówi, że „budynek ten reprezentował bardzo wysokie walory architektoniczne. W swej niezmienionej, czystej kompozycyjnie formie mógł stać się świecką wizytówką miasta. Został niestety skutecznie zeszpecony i zdeformowany w wyniku radosnej twórczości powojennych włodarzy.

b-opowiesci 09- Cierpię z tego powodu - mówi Józek Gierczak jako absolwent tamtego gimnazjum, architekt i jędrzejowianin.

Zaraz po wojnie w tym właśnie budynku dokonywały się w naszej szkole wielkie i rewolucyjne przemiany - jak to określali aktywiści z ZMP- na miarę nowej, socjalistycznej epoki. Przedwojenny, tradycyjny system szkolnictwa, oparty na czterech klasach gimnazjalnych (co dawało wtedy tak zwaną „małą maturę, a po dodatkowych dwóch latach nauki w liceum, świadectwo dojrzałości), zmieniono teraz na dwustopniową edukację. Siedem klas podstawówki i cztery liceum.
W taki więc oto nowatorski sposób, zamiast do drugiej klasy gimnazjum zacząłem od nowego roku szkolnego chodzić do tak zwanej „dziewiątej przejściowej”. Uczniowie, którzy ósmą klasę ukończyli w dawnym powszechniaku, zostawali uczniami normalnych już dziewiątych klas, my zaś, starzy gimnazjalni wyjadacze, przez ten jeden „przejściowy rok” byliśmy w naszej budzie jakby trochę elitarni z racji stażu i gimnazjalnej dorosłości.
Potem oczywiście wszystko się wyrównało, spowszedniało, w niepamięć poszły dawne szkolne rodowody, a uczniowie zaczęli nawet chwalić sobie nowy system dający pełną maturę po czterech ledwie latach nauki.
Na początku jednak wszystko było jak przed wojną. Młodzież ze swoimi szkolnymi sztandarami uczestniczyła w świętach państwowych i co niedziele przez cały Jędrzejów szła czwórkami na mszę szkolną do kościoła Świętej Trójcy. Harcerze mieli swoje ogniska w łączyńskim lesie, a młodzież swobodę w strojach i wypowiedziach.

I nagle to wszystko zaczęło się załamywać. Na tak zwanym Kongresie Zjednoczeniowym Młodzieży Polskiej we Wrocławiu, zlikwidowano stare, przedwojenne harcerstwo i inne młodzieżowe organizacje, a w ich miejsce powołano ZMP, czyli związek Młodzieży Polskiej, taką bliźniaczą siostrę radzieckiego „Komsomołu”.
W szkole od razu dało się to odczuć. Sprawy ideologiczne stały się teraz najważniejsze. Doszedł nam też nowy przedmiot. Nazywał się „Propedeutyka czyli „nauka o Polsce i świecie współczesnym” i dotyczył głównie Związku Radzieckiego i innych postępowych krajów świata.
To na tych właśnie lekcjach dowiadywaliśmy się rzeczy rewelacyjnych, niebywałych. Jak to na przykład uczeni z Kraju Rad zmieniali otaczający nas świat. Odwracali biegi rzek, żeby płynęły zgodnie z wolą człowieka, dzięki czemu na dawnych pustyniach powstawały morza. Białomorskie na przykład.
Albo jak najwybitniejsi w świecie biolodzy radzieccy, towarzysze Miczurin i Łysenko w wyniku naukowych eksperymentów poprawiali starego Boga i tworząc nowe, lepsze, niespotykane dotychczas gatunki roślin i zwierząt.
Śmialiśmy się oczywiście z tych wszystkich rewelacji, a nawet tworzyliśmy na ten temat inne, różne ucieszne teorie.

- Co będzie – pytano - jeśli Miczurin skrzyżuje węża z jeżem?
Odpowiedź: - drut kolczasty.
Albo. Co powstanie z krzyżówki glisty z chrabąszczem?
Odpowiedź: - lekki czołg dla Armii Czerwonej.
Wszystko bowiem wtedy, czym szczyciła się cała ludzkość, pochodzić musiało z wielkiego Kraju Rad.

- Kto wynalazł radio? Oczywiście nie Maroni, tylko uczony radziecki o nazwisku, Popów.

- Kto zbudował pierwszy parowóz?

- Chłopi na Uralu.

- Kto uszył pierwsze ubranie?

- Gołodupow - dodawaliśmy już od siebie, żeby było śmieszniej.

 * * *

Na szczęście kadra profesorska naszego liceum hołdowała starym i wypróbowanym metodom nauczania. Przekazywano nam wiedze solidną i wychowywano porządnie. Może właśnie dlatego nie ogłupieliśmy doszczętnie. No może nie wszyscy, ale jednak.
Nasze gimnazjum stało wtedy relatywnie na bardzo wysokim poziomie i było w ogóle instytucją, która kulturą, obyczajem i polskością emanowało na całe miasto i najbliższą okolicę.

Piszę to wszystko powodowany nie tylko emocjami wspomnień, ale również ze względu na wielką ilość znakomitych absolwentów którzy mury tej szkoły opuściło.

b-opowiesci 10

O klimatach i wydarzeniach z tamtych niezwykłych lat niech opowiedzą ich uczestnicy, autorzy niniejszych wspomnień. Na początek Józek Gierczak.
Na pierwsze lekcje do naszego gimnazjum przychodziliśmy z własnymi krzesłami, ale za to radośni i ciekawi nowego Uczyć nas zaczęła sprawdzona już w konspiracyjnym nauczaniu stara „gwardia” jędrzejowskiego gimnazjum, moim zdaniem najwyższej klasy profesorowie i wychowawcy. Byli bowiem gruntownie wykształceni z pedagogicznym powołaniem, oddani młodzieży i bardzo patriotyczni. Osobiście najwięcej zawdzięczam chyba polonistce pani profesor Julii Szartowskiej. Nauczyła mnie nie tylko kochać polską literaturę, tych wszystkich naszych romantyków, pozytywistów, młodo polaków, ale zaraziła również bakcylem czytania książek. Zawsze starała się być taka zasadnicza, surowa, lecz kiedy czytała nam fragmenty niektórych literackich arcydzieł, zmieniała się w takiego anioła rozsiewającego perły. Uczyła nas w ten sposób wrażliwości, zwracała uwagę na różne piękne metafory i onomatopeje. Przybliżała artystyczną logikę twórczości literackiej.
Listę profesorów naszego liceum, godnych najwyższego szacunku, będę kontynuował dalej, tak jak niesie pamięć.
Artysta plastyk profesor Antoni Ciosiński uczył nas „robót”- edukacji plastycznej czego w tamtych czasach w szkołach ogólnokształcących nie było. To właśnie tym lekcjom i panu profesorowi zawdzięczam udany egzamin wstępny na Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej, choć o jedno miejsce ubiegało się wtedy dziewięciu kandydatów.

I jeszcze o jednej artystycznej pasji pana profesora Ciosińskiego chciałbym tu wspomnieć. O teatrze mianowicie.
To było jakoś zaraz po wojnie, gdy w naszym gimnazjum, siłami swoich uczniów, wystawił „Dziady” Mickiewicza, rzecz piekielnie trudną nawet dla teatrów zawodowych, ale profesorowi Ciosińskiemu się udało. Przedstawienie stało się wnet wielkim wydarzeniem kulturalnym w mieście. Panu profesorowi asystował wówczas mój brat, Janek Gierczak. Rewelacyjnymi zaś kreacjami aktorskimi popisali się: Staszek Jackowski, jako Konrad i Jurek Skrobiszewski w roli Mefistofelesa.
W moim sercu zapisała się również profesor Krystyna Karczewska, która niestety tego miała pecha, że przez czas jakiś była moją wychowawczynią. Lekko jej nie było. Starała się być surowa, ale nie leżało to w Jej naturze. Matce mojej, z którą kiedyś przeprowadziła rozmowę taką ostrzegawczą, powiedziała na koniec, że mimo wszystko chciałaby mieć takiego syna. Bo dokuczałem jej a jednocześnie skrycie uwielbiałem.
Profesor Sokołowski, germanista, błyskotliwy nauczyciel. Jego lekcje pełne były fantazji, dynamiki, zaskakujących point z powodu ulubionego przez profesora utworu „Die Kraniche des Ibikus’ zwany „Ibikusem”. Albo profesor Stanisław Polak, uosobienie dobroci, empatii, życzliwości. Nie było wśród uczniów i grona nauczycielskiego nikogo, kto nie darzyłby profesora szacunkiem i uznaniem. Dla mnie szczególnie był wyjątkowo życzliwy i wyrozumiały. Jego postępowanie przywodzi na myśl pewną pedagogiczno-psychologiczną prawdę, że dobrocią i wyrozumiałością można generować więcej dobrego, niż ich odwrotnością. Ja uchodzący w szkole za nieposłusznego i krnąbrnego, nigdy nie popadałem w żadne konflikty z Profesorem. Myślę, że Go nie zawiodłem.

Ze specjalną estymą wspominam także profesora Ludwika Żuka, humanistę-omnibusa, człowieka renesansu, krzewiciela kultury. W naszej szkole organizował na przykład przedstawienia muzyczne, bo muzykiem był także wspaniałym. Śpiewaliśmy wtedy z nim: „Śpi ogródek mój czarowny otulony siną mgłą…” Pięknie prawda? Pewnie dlatego refren tej piosenki kołacze mi się w pamięci do dziś.
A tak na marginesie. Kiedyś w Jędrzejowie podeszła do mnie czarująca pani, dziennikarka i pisarka, córka jak się później okazało Janki Zakrzewskiej-Kurgan i wyartykułowała życzenie, że chciałaby poznać człowieka, który nic się nie uczył a wszystko umiał. Tak jej podobno mówiła o mnie ciotka Danka Zakrzewska, moja koleżanka z klasy, osoba, niezwykle wrażliwa i uczuciowa.
Matematyka w tamtych pierwszych gimnazjalnych latach była podobno najsłabsza ze wszystkich przedmiotów naszego liceum. Uczył jej profesor Wagner „kaczorek” jak żeśmy go nazywali, mocno już leciwy pan, który znaczną część każdej swojej lekcji poświęcał rozważaniom transcendentalnym z wyraźnym ukierunkowaniem religijnym. Było to oczywiście interesujące, ale od matematyki dalekie. Po profesorze Wagnerze z naszymi matematykami było jeszcze gorzej, więc aż dziw bierze, że pojawił się w naszym liceum fenomen Wieśka Kołkiewicza. Bywało, że poprawiał naszych belfrów od matematyki. Potem zabłysnął jeszcze matematyczny talent Andrzeja Zajtza w późniejszych latach profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.
Dopiero w roku maturalnym zgodnie z maksymą „se ipsum vincere..” zacząłem intensywnie nadrabiać matematyczne braki. Razem z Wieśkiem Kołkiewiczem, owym „cudownym dzieckiem” jędrzejowskiego liceum zdawaliśmy egzamin wstępny na Politechnikę Warszawską. On na mechaniczny, ja na architekturę. Do ostatniej chwili Wiesiek wtajemniczał mnie w matematyczne arkana. Zawsze, jak go pamiętam, był inteligentny i dowcipny. Kiedy tam na Politechnice przy egzaminie wstępnym wypełniał kolejną już ankietę, to w rubrykę „stan cywilny” wpisał „tak”.

 * * *

W trzech najstarszych klasach naszego liceum zebrano samych wyrośniętych chłopaków, znacznie opóźnionych w nauce na skutek wojny i oświatowej dyskryminacji, jaką Niemcy w czasie okupacji stosowali wobec Polaków. W normalnych warunkach powinni już chodzić do trzeciej, niektórzy nawet czwartej liceum, a oni dopiero teraz w przyśpieszonym trybie rozpoczynali swoją gimnazjalną edukację.
Była to młodzież bardziej od innych dojrzała, wycwaniona życiowo i zahartowana przez wojnę w walce o codzienny byt. Całe zresztą, tamto pokolenie w taki właśnie szybki i od razu dorosły sposób wchodziło w nowe życie. Lubili się chwalić swoimi wojennymi wyczynami i patriotycznymi zasługami, a ich strój, zwłaszcza buty oficerki z wyglancowanymi cholewami, czy kurtki „andersówki” z napisem Poland na ramieniu, miały być tego widocznym dowodem.
Resztę gimnazjalnej gawiedzi obowiązywała dyscyplina tak w ubiorze jak obyczajach. W okresie jesienno-zimowym na przykład po godz 19-ej nie wolno było przebywać poza domem. Do kina chodziło się tylko na I-sze seanse, kończące się przed tą właśnie godziną. Dziewczęta musiały nosić białe bluzki, granatowe spódniczki i czarny fartuch z białym kołnierzykiem z całkowitym zakazem malowania paznokci o twarzy nie mówiąc. Chłopcy zaś ciemne ubrania, krótko ostrzyżone włosy i płaszcze lub kurtki z emblematem szkoły na rękawie.
Inaczej oczywiście ubierali się ZMP-owcy. Obowiązywał ich tak zwany proletariacki luz i tylko od święta i na różnych akademiach ku czci zakładali strój organizacyjny, to jest zieloną koszulę i czerwony krawat.
W któreś wakacje na obozie „Służby Polsce”, (była wtedy taka organizacja młodzieżowa) dowódca kompanii tłumaczył nam, junakom, że noszenie krawata przy marynarce jest nawykiem burżuazyjnym, jaskrawo kłócącym się z nowymi, leninowsko-marksistowskimi zasadami proletariackiej elegancji.

- Jeśli zamierzacie być ludźmi nowoczesnymi - mówił - to noście się zgodnie z postępową modą.
Po powrocie z tego obozu do domu matka zgromiła mnie srodze, gdy w niedzielę wybrałem się do kościoła w niezapiętej pod szyją koszuli.

- Chodzisz rozchełstany jak parobek jakiś – krzyczała.

W taki to mniej więcej sposób rozpoczął się w tamtych, powojennych latach ów moralno - etyczny konflikt pomiędzy starymi maksymami, a nowymi trendami wychowawczymi i estetycznymi na gwałt importowanymi do Polski z radzieckiego wschodu.
W wielu domach budziło to oczywiście sprzeciw. Naruszany był bowiem dotychczasowy sposób bycia, przekonań i zachowań. Życie jednak i wszechobecna wówczas propaganda potrafiły zrobić swoje, więc chcąc nie chcąc wielu z nas zaczęło przyjmować te ich niby nowoczesne maksymy. Zło zaczęto nazywać dobrem, zdradę cnotą, oszustwo powodem do dumy, a donosicielstwo obowiązkiem obywatelskim.
I nic, że było to tak dawno. Nie wypięknieliśmy jakoś od tamtej pory. Zapoczątkowany wtedy proces zmian w obyczajach, modzie i imperatywach moralnych trwa właściwie do dziś. I jeśli coś się w tym zmieniło, to tylko kierunek, skąd te nowe trendy do nas przychodzą.

 * * *

Po jakimś czasie w naszym liceum rządziło już właściwie ZMP. Byli pewni swego, świadomi faktu, że mają za sobą poparcie ówczesnej władzy z wszechwładnym wtedy Urzędem Bezpieczeństwa.,
Janek Zając nie za bardzo się z tym zgadza. W swoich wspomnieniach pisze tak: To prawda, że byliśmy aktywni. Mówiliśmy o sobie, że jesteśmy młodą awangardą proletariackich mas, a naszym wzorem jest radziecki „Komsomoł”. Wierzyliśmy bowiem święcie, że jedynie klasa robotnicza w sojuszu z małorolnym chłopstwem może wszystkim nam przysporzyć pomyślności tak państwowej jak osobistej. Byliśmy więc politycznie aktywni, ideologicznie pryncypialni i po bolszewicku czujni. Najważniejszym naszym działaniem było kształtowanie świadomości politycznej całej gimnazjalnej młodzieży. Omawialiśmy wydarzenia w kraju i na świecie, określaliśmy nasz do nich stosunek i krytykowaliśmy tych, którzy głosili inne niż my poglądy. Naszych członków wzywaliśmy często do składania tak zwanej samokrytyki. Delikwent stawał wtedy przed członkami szkolnego zarządu ZMP i takie słyszał słowa:

- „Chcielibyśmy kolego abyście krytyczne ocenili swoją postawę ideowo – polityczną. Postępowa ona jest czy wsteczna”
Nie ma się z czego śmiać. Wtedy takie działania były konieczne, ponieważ nasza organizacja młodzieżowa nie miała właściwie w szkole żadnego poparcia. Z grona profesorskiego nikt nie należał do Partii. Naszą więc działalność oceniano bardzo niechętnie i niesprawiedliwie. Popierał nas jedynie, profesor. Roman Ferens. Uczył elementarnej kultury politycznej, doradzał w trudnych tematach i temperował rozpalone głowy. Był przez nas lubiany i szanowany w gronie pedagogicznym.
Funkcja przewodniczącego Szkolnego ZMP dawała wtedy prawo do uczestnictwa w posiedzeniach Rady Pedagogicznej. Nie potrafię dziś powiedzieć czyja to była dyrektywa i kto w tej sprawie podjął decyzję. Faktem jest, że uczestniczyłem i broniłem tam skrzywdzonych moim zdaniem kolegów a także naszych przekonań ideologicznych. Pamiętam, że politycznie pomagali nam głownie profesorowie: Roman Ferens, Stanisław Polak, Karol Dębski, a w ostatnim okresie także dyrektor Stanisław Adamczyk.

 * * *

Zupełnie odmiennie na ten okres w naszym liceum patrzy Józek Gierczak. Pisze on tak:
W roku 1949 powstał w naszej szkole taki nowy twór o nazwie ZMP. Od początku preferowali przemoc, kłamliwa, przymusowa indoktrynacja i terror w „poszerzaniu szeregów”. Sięgano po środki brudne i brutalne, gdy chodziło na przykład o wydawanie tak zwanych „opinii organizacji zetempowskiej”.To były takie obligatoryjne świadectwa moralności marksistowskiej, niezbędne przy egzaminach wstępnych na wyższą uczelnie. Najlepsze takie dossje otrzymywali oczywiście aktywiści zetempowscy, którzy z tego powodu rośli w siłę i znaczenie.
Wielkie pole do popisu mieli tu tacy, przepraszam za określenie, podlece, jak towarzysz Henryk Cudzik, deus ex machina, przewodniczący naszego szkolnego ZMP i towarzysz Matera, szef zarządu powiatowego. Pojawili się też odnowiciele, a raczej grabarze przedwojennego, polskiego harcerstwa. Nazwisk nie wymienię. Z litości.

* * *

Jakoś wtedy właśnie, ale już za rządów Janka Zająca wybuchła w naszym liceum sprawa księdza prefekta Piotra Stycznia.
Pamiętam dobrze tamten dzień. Tuż przed rozpoczęciem lekcji kilku zetempowców w strojach organizacyjnych z Jankiem oczywiście Zającem jako przewodniczącym, ustawiło się na schodach, tych szerokich które z ulicy prowadziły na wysoki parter szkoły i zaczęło skandować: „ksiądz Styczeń ze szkoły precz”. „Nie chcemy księdza Stycznia”.
I ksiądz Styczeń rzeczywiście odszedł wtedy.
Dlaczego? Bo podobno tworzył wśród profesorów taki cichy front w celu wydalenia ze szkoły Janka Zająca. Miał z nim bowiem nieustające kłopoty i to na każdej niemal lekcji religii. I było w tym sporo prawdy.
Dla równowagi trzeba tu jednak dodać, że Janek Zając to był piekielnie inteligentny chłopak. W trakcie owej wojny z księdzem Styczniem dokładnie przestudiował Biblie, tę starą i tę nową, zapoznał się z listami świętego Pawła i kilkoma jeszcze innymi ewangeliami, odrzuconymi przez kościół. Fascynacja tą tematyką trwa zresztą u niego do dziś i trzeba by być co najmniej kardynałem, żeby z Jankiem w tym temacie usiąść do dyskusji.

Gdy dziś pytam go o tamtą światopoglądową wojnę, z księdzem Styczniem, odpowiada mi tak.

- O, to zupełnie oddzielny rozdział. Ksiądz styczeń wciąż dyrygował niektórymi nauczycielami. My zetempowcy nie mogliśmy się na to zgodzić. Doszła nas też wiadomość, że w jednym z kieleckich liceów, pod wpływem organizacji młodzieżowej, całkowicie zrezygnowano z katechezy w szkole. Więc czemu by u nas nie? Z takim przesłaniem zaczęliśmy co lekcję zadawać księdzu prefektowi różne kłopotliwe pytania. Dlaczego w kościele nie mówi się słowem, że Jezus miał czterech braci i dwie siostry? W ewangelii świętego Matusza wymienia się nawet ich imiona. Podnieśliśmy także odmienność sformułowań w znanej wszystkim modlitwie „Ojcze Nasz”. Powiedziane jest tam: „i nie wódź nas na pokuszenie. Co to znaczy? że Pan Bóg wodzi nas na pokuszenie, a my go prosimy żeby tego nie robił? Przecież to bezsens.
Takie pytania oczywiście złościły księdza prefekta i najczęściej kończyły się rozkazem: „wyjdź mi z klasy”.

- Ale za co? – pytaliśmy wtedy - że chcieliśmy interpretować pismo święte?
Postawiliśmy więc sprawę jasno: ksiądz prefekt musi odejść. Nikt nas do tego nie nakłaniał, niczego nie sugerował. Sami tego dokonaliśmy.
Na jego miejsce przyszedł nowy prefekt, ksiądz Wojciech Opozda. Zacny kapłan, roztropny, pryncypialny w swoich poglądach i zasadach. Był naszym przyjacielem, chodził z nami na wycieczki, a nawet grał w piłkę na bramce. Gdyby takim był jego poprzednik, też byśmy go pewnie polubili.

Zupełnie, ale to zupełnie inne zdanie ma na ten temat Józek Gierczak. Mówi tak:
„Jedną z dominujących postaci w naszym liceum był bez wątpienia ksiądz Piotr Styczeń. Na temat tego kapłana można by napisać książkę. Uznawano powszechnie jego autorytet i kapłańską charyzmę. W szkole oczywiście nie obywało się bez różnych spięć z tak zwaną postępową młodzieżą. Prowadzenie religii przy rządach tak wrogiej ideologii była ogromnie trudne. Kiedy więc zetempowcy wystąpili przeciwko naszemu prefektowi, a dyrekcja szkoły nie stanęła w jego obronie, on po prostu odszedł. Na drugi dzień przysłał do szkoły swojego następcę.
W czasach późniejszych, już, jako architekt, wykonywałem dla niego projekty sal katechetycznych z pomocą takiego kamuflażu, że są to niby kaplice, które on potem przerabiał (czytaj psuł) i to od razu na placu budowy. I cóż z tego, że w najlepszej wierze. Bubel był potem bublem. Ale on taki był. Samorządny i niezależny, trudny człowiek z mocnym charakterem.

I jeszcze jedna historia związana z księdzem Styczniem, którą warto tu opowiedzieć.
Otóż w roku 1947 czy może 48 miała miejsce tak zwana amnestia. Nowa władza ludowa obiecała wszystkim ludziom podziemia, tym z AK, z WIN-u, i Konspiracyjnego Wojska Polskiego darowanie „win” pod jednym wszakże warunkiem, że przyjdą osobiście i się ujawnią.

- Właśnie wtedy – opowiada Józek Gierczak - dyrektor naszego liceum, który już wcześniej chciał się mnie koniecznie pozbyć ze szkoły, wymyślił pewien fortel. Rozpuścił mianowicie plotkę, że Józef Gierczak jest w naszej szkole przywódcą jakiejś podziemnej, antypaństwowej organizacji. Wszyscy nagle zaczęli o tym mówić. Ksiądz Piotr Styczeń niezwłoczne wziął mnie na spytki. Mimo moich zapewnień, że to nieprawda, że to czysta bzdura, ubłagał mnie jednak abym się ujawnił.

- Bo inaczej pójdziesz do więzienia – mówił - a z tobą twoja Matka i bracia. Chcesz tego? Byłem wstrząśnięty, trudno pomyślałem ujawnię się. Tylko co ja im powiem? co? Jakoś nic mądrego nie przychodziło mi do głowy. Dopiero nad ranem wpadłem na genialny pomysł. Miałem w gołębniku schowaną i zakonserwowaną taką poniemiecką parabelkę zdobytą, albo raczej zabraną wieczorem 14 stycznia 1945 z byłej willi Chałupskich, skąd w ostatniej chwili uciekali lubelscy gestapowcy. Pomyślałem tedy, że ktoś życzliwy mógł to wtedy zobaczyć i zbudował potem sobie konspiracyjną fantasmagorię.
Włożyłem więc parabelkę za pas i poszedłem się „ujawnić”.
Już pierwsze spotkanie z wartownikiem w bramie Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie wyznaczono punkt amnestyjny miało wyraźne znamiona tragikomedii. Ludzi do ujawnienie nie było jeszcze wcale, wiec strażnik zapytał, czego chcę? A ja wtedy durny wyciągnąłem tę parabelkę. Strażnik pobladł, od razu wyciągnął łapy do góry i zaczął wrzeszczeć: nie strzelać, nie strzelać. Ktoś wtedy łupnął mnie z tyłu w łeb, aż zwaliłem sie na ziemię. Gdy po chwili otrzeźwiałem i usiadłem przed biurkiem ubowca spisującego protokół amnestyjny, znowu oberwało mi się po gębie ponieważ, jego zdaniem nie chciałem ujawnić swojego organizacyjnego pseudonimu. Mówiłem, że nie mam takiego i nie miałem, na co on tak wpadł w nerwy, że aż sobie przypomniałem przedwojenny, peowiacki pseudonim mego ojca - „Gnat” i tak zostało w protokóle zapisane.
Dodam tutaj na koniec jeszcze, że po całej tej historii z ujawnieniem, ksiądz Piotr był chyba święcie przekonany, że uratował mnie wtedy od więzienia. W jego mniemaniu byłem przecież dowódcą jakiejś dobrze zakamuflowanej patriotycznej, podziemnej organizacji.

Za to wszytko dzięki dziś Księże Piotrze.